Rozdział 2: Dorastanie bazyliszka
— Możesz tutaj zostać, a ja pójdę i przyniosę coś do jedzenia — zasugerował Harry, z trudem wspinając się z powrotem przez wąski tunel, którym przedostał się do pokoju wylęgowego. Dash był owinięty wokół niego, z głową zwisającą obok Harry'ego po drugiej stronie jego szyi, ogon zaś miał owinięty wokół jego talii.
Nie. Nie chcę. A co jeśli, ktoś napadłby na ciebie w drodze powrotnej i nigdy nie dostałbym śniadania? A potem musiałbym wędrować tunelami w poszukiwaniu zemsty, a to mogłoby zająć dużo czasu.
Harry zatrzymał się z jedną ręką na ścianie, chociaż Dash jęczał na niego, żeby się ruszył.
— Skąd wiesz o zasadzkach i zemście? A czy twoje zdania nie były o wiele prostsze kilka minut temu?
Był pewien, że tak, chociaż nie wiedział dokładnie, jak sklasyfikować różnicę.
Uczę się tego, czego ty się uczysz. Wiem, co wiesz. Wiesz o zasadzkach i zemście, więc ja również. Nastąpiła chwila przerwy i Harry miał wyraźne poczucie, że Dash robił coś z jego wspomnieniami. Miał wrażenie, że w jego głowie była tasowana talia kart. I Czarni Panowie. Dlaczego tak bardzo chce cię zabić?
— Wyłapujesz wszystko, a tego nie możesz znaleźć? — mruknął Harry, znów wspinając się.
Próbował wyobrazić sobie wyrazy twarzy wszystkich, kiedy wyjdzie z tunelu z bazyliszkiem. Nie wyglądało to ładnie w jego głowie. Zastanawiał się, czy ludzie znów zaczną nazywać go Dziedzicem Slytherina. Byłoby najlepiej, gdyby Dash został tutaj.
Nie, tak się nie stanie. Jak mógłbym cię bronić, gdybym był tutaj? A głupi ludzie nie mogą uciec od mówienia takich rzeczy, jeśli są one obelgami. Harry miał wyraźne wrażenie, że Dash nie uważał, by nazywanie go czymś kojarzonym z wężami było zniewagą. I nie mogę wiedzieć o Czarnym Panu, ponieważ ma to związek ze ssakami. Rozumiem zemstę. Zemsta to rzecz gadów. Ale wojna to rzecz ssaków.
Harry potrząsnął głową, a Dash szturchnął go w ucho. Harry zastanawiał się, czy ugryzłby go tak, jak robiła to Hedwiga, gdyby nie te niesamowicie ostre i trujące kły w jego pysku.
— Chciał zabić moich rodziców. Naprawdę nie wiem dlaczego. Myślę, że z nim walczyli. Ale próbował przekląć mnie tym samym zaklęciem, którego użył do zabicia moich rodziców, a ono odbiło się i uderzyło w niego.
Czy jest dziedzicem Slytherina? Dash brzmiał na zamyślonego. Harry miał nadzieję, że nie zamierzał zdecydować, że lepiej będzie, jeśli pomoże Voldemortowi.
— Tak. — Harry zamilkł, sapiąc i dysząc przy wejściu z powrotem do głównego tunelu, który prowadził do Komnaty. — Jesteś ciężki. Jesteś pewien, że nie możesz ze mnie zejść i sam iść?
Mógłbyś rozmawiać ze mną w swojej głowie, a wtedy nie musiałbyś mówić na głos i marnować oddechu w ten sposób. Ale pomimo tych słów Dash ześlizgnął się na podłogę z ogromną godnością, łaskocząc Harry'ego przez całą drogę i zaczął pełzać tunelem przed nim. Czyli tak naprawdę nie wiesz, dlaczego próbował cię zabić.
Harry lekko wzruszył ramionami.
— Wiem, że teraz próbuje mnie zabić, ponieważ nie udało mu się zabić mnie w przeszłości.
Dash zatrzymał się i odwrócił głowę w kierunku Harry'ego, który naprężył się instynktownie, ale powieki na oczach Dasha wciąż były mocno zaciśnięte. Syk, który wydał, brzmiał jakby był zachwycony i był wężomową, jak pierwsze prośby o pomoc, które słyszał Harry, a nie mentalną rozmową.
Opierałeś się mu? Tak, stawiałeś mu opór. I jest potężny, ale i tak udało ci się z nim walczyć.
— Oczywiście, że z nim walczyłem — warknął Harry, trochę zirytowany, omijając Dasha i obejmując prowadzenie. To on był wcześniej w tym tunelu. To on znał drogę.
Mówiłem ci, że wiem, co wiesz, przynajmniej jeśli mogę to zrozumieć.
— Cóż, właśnie się urodziłeś.
Myślisz, że żyję od momentu, gdy rozbiłem skorupę? Jak ssak?
Harry westchnął i zrezygnował z tej części rozmowy. Miał wrażenie, że to umiejętność, której będzie musiał się nauczyć.
— Ale walczyłem z nim, ponieważ chciał mnie zabić. Nie dlatego, że naprawdę chciałem być bohaterem czy coś.
Kim jest bohater?
— Kimś, kto walczy, by ocalić innych ludzi — powiedział Harry, po czym przerwał, niepewny. Tak naprawdę nie wiedział. Nigdy nie zadawał sobie tego pytania. Wiedział tylko, że nim nie był. Był normalnym chłopcem albo byłby, gdyby Voldemort zostawił go w spokoju. — To ktoś, kto umiera, aby ratować innych ludzi.
Dał Dashowi obraz swoich rodziców, kiedy wyobrażał sobie ich śmierć, chociaż mógł się oprzeć jedynie na obrazie jego mamy, krzyczącej, gdy Voldemort ją zabijał.
Rodzice powinni walczyć o swoje młode — powiedział Dash z aprobatą. Wił się obok Harry'ego i owinął zwój swojego ciała wokół nóg Harry'ego w czymś, co dziwnie przypominało uścisk. Czyli kot, który walczy o swoje kocięta, jest bohaterem. Teraz rozumiem.
Harry lekko jęknął. Potem zdecydował, że nie powinien się tym martwić, bo i tak nikt inny nie mógł porozmawiać z Dashem i dowiedzieć się o jego dziwnej definicji bohatera. Harry był jedynym, który będzie musiał z tym żyć.
— Tak jakby. W każdym razie chcę wiedzieć więcej o jajach. Miałeś braci i siostry?
Skąd mam wiedzieć? Dash odwinął się z nóg Harry'ego i prześlizgnął się przed nim. Jego cień tworzył długą, pełną gracji krzywiznę na ścianach w świetle Lumos Harry'ego. Wyklułem się pierwszy. Nie widziałeś żadnych innych kawałków jaja? Nikt do mnie nie przyszedł i nie powiedział, co mam robić. Wiedziałem tylko, że muszę rozbić jajo i muszę mieć pomoc. Potem przyszedłeś i mi pomogłeś.
Harry tym razem poczuł się nieswojo, gdy głos Dasha przemknął przez jego umysł. Był w tym jakiś rodzaj uwielbienia. W taki sposób ciotka Petunia rozmawiała z Dudleyem i Harry nie wiedział, czy to dobrze.
Ale pomyślał też, że to kolejna rzecz, na którą nic nie mógł poradzić, więc powiedział na głos:
— Ale powiedziałeś, że żyłeś, zanim wyszedłeś z jaja. Myślałem, że będziesz wiedział… różne rzeczy. O Komnacie i jajach oraz o tym, jak wyklułeś się jako bazyliszek, kiedy powinieneś wykluć się z kurzego jaja, które ogrzewałaby ropucha.
Nie jestem kurczakiem ani ropuchą. Przez chwilę Harry znów miał to uczucie tasowania, ale tym razem wiedział, że Dash tasuje warstwy wspomnień, szukając obrazów kurczaka lub ropuchy. To są rzeczy, które bym zjadł.
— Ale tak właśnie wykluwają się bazyliszki.
Nie, nieprawda. Jestem tego dowodem.
Harry potrząsnął głową, dziwnie rozczarowany. W każdym razie nie obchodziły go tak mocno Komnata, węże i bazyliszki oraz to, jak znalazły się tam jaja bazyliszka, a przynajmniej tak sobie wmawiał. Nie był cholernym Ślizgonem.
Ale nadal miło było wiedzieć, dlaczego nagle znalazł się z ogromnym wężem, który będzie sprawiał więcej kłopotów, niż był tego wart, zwłaszcza gdy dorośnie.
Nie lubisz mnie?
Harry pochylił się szybko i położył ręce na głowie i plecach Dasha. Rozpoznał ton w jego głosie, to uczucie. Czuł się tak samo, kiedy patrzył przez szpary w drzwiach komórki, widząc, jak Dursleyowie bawili się z Dudleyem lub go rozpieszczali. Dlaczego jego nie lubili? To nie miało sensu.
I nie miało to również sensu dla Dasha, biorąc pod uwagę sposób, w jaki Harry odczuwał jego emocje.
— Nie chodzi o to, że cię nie lubię — mruknął Harry i pochylił głowę jeszcze bardziej, by móc pocierać czołem o plecy Dasha. Jego łuski były dziwnie miękkie i gładkie, lśniły przy skórze Harry'ego, jakby ktoś już je pocierał od dłuższego czasu. — Po prostu… nie rozumiem, jak to się stało. Wiem, że nie ma wielu innych wężoustych, ale nigdy nie słyszałem, żeby którykolwiek z nich był związany z bazyliszkiem.
Oczywiście, że nie — powiedział Dash, owijając ogon wokół kostki Harry'ego, w taki sposób, że chłopiec wiedział, że mógłby się potknąć, gdyby Dash za nią szarpnął. Jednak dzielenie umysłu z bazyliszkiem sprawiło, że Dashowi byłoby dość trudno oszukać go. Jestem wyjątkowy, ty jesteś wyjątkowy. To ma sens, że byłbym pierwszym, który wybierze wężoustego i wybrałbym najbardziej wyjątkowego.
Harry zaśmiał się powściągliwie i wstał, prowadząc Dasha z ręką na jego karku. Czy jesteś głodny? — zapytał, poddając się nieuniknionemu i wypowiadając słowa w swojej głowie. I tak musiałby to robić, kiedy byliby w pobliżu innych ludzi, chyba że chciałby ich przez cały czas niepokoić wężomową lub przypadkowym ujawnianiem informacji.
Wokół innych ludzi? Ale tak, tak będzie. Harry nie sądził, by Dash zgodził się przez cały czas pozostawać poza zasięgiem wzroku w Komnacie Tajemnic lub w sypialni, a biorąc pod uwagę, jak wścibscy byli ludzie wokół niego, było tylko kwestią czasu, zanim ktoś i tak odkryje Dasha.
Już ci o tym mówiłem, gdy zapytałem, gdzie jest śniadanie. Dash przez sekundę pozostawał w kontakcie z kostką i dłonią Harry'ego, a potem odsunął się od niego, wijąc się po popękanym kamieniu z gracją, którą Harry podziwiał. I chcę czegoś żywego, żebym mógł to zabić spojrzeniem.
Harry zatrzymał się na chwilę, po czym zmusił się do normalnego oddychania. Domyślał się, gdzie powinni szukać.
— W porządku. Ale będziemy musieli wyjść na zewnątrz.
Trochę martwił się o dementorów, ale nie o Syriusza Blacka. Już nie, kiedy miał ze sobą bazyliszka.
A mówiąc o tym, może nie musiał również martwić się do Dursleyów…
Z małym, złośliwym uśmiechem Harry podążył za Dashem z powrotem po schodach i wyszedł z tuneli, z powrotem ku temu, co miało być jego normalnym życiem.
OoO
Harry trącił bok Dasha stopą. Odkąd wyszli w ciemność poza mury zamku, Dash nie przestawał wpatrywać się w księżyc. Kręcił szyją w przód i w tył, wznosząc wzrok w górę. Daj spokój. Nie mamy dużo czasu, zanim ktoś zacznie się zastanawiać, gdzie jestem.
Ale to jest światło. Na niebie. Jak ogień w mojej jaskini, ale o wiele ładniejsze. Dash w końcu zaczął pełznąć za Harrym, ale dobrze, że był wężem i mógł owijać się wokół różnych rzeczy, ponieważ nadal nie chciał odwrócić wzroku od księżyca. Kto to tam umieścił?
Harry przewrócił oczami. Nie wiesz, kto rozpalił ogień w twojej jaskini, a ja nie wiem, kto umieścił księżyc na niebie. Ale chodź. Tylko upewnij się, że odwracasz ode mnie wzrok, kiedy otwierasz oczy, żeby coś zabić.
Podskoczył, gdy coś mokrego i gładkiego dotknęło tylnej części jego nogi. Potem zdał sobie sprawę, że to był język Dasha. Prychnął i przesunął dłonią po szyi Dasha.
Nigdy bym cię nie zranił. Nie celowo.
Harry przewrócił oczami i zatrzymał się na skraju Zakazanego Lasu. Hagrid powiedział coś w zeszłym tygodniu o królikach harcujących w tym miejscu i Harry miał nadzieję, że znajdą jakieś, aby Dash mógł je zabić. W przeciwnym razie musiałby zabrać go nad jezioro i mieć nadzieję, że uda im się złowić rybę.
Czujesz coś?
Nie… czekaj. Harry usłyszał słaby, dziwny dźwięk i spojrzał w dół, aby zobaczyć, jak Dash wyciąga i wsuwa język w szybkim tempie, co, jak sądził, pomogło mu lepiej wyczuć zapachy. Czuję coś małego i ciepłego. Czy to dobre do zjedzenia?
Przypuszczam, że tak, jeśli dobrze pachnie — powiedział Harry. Nie wiem, co jest dobre do jedzenia dla węży. Poza mugolami, tak jak zrobił to bazyliszek Slytherina, jednak bez względu na to, jak Harry nie lubił niektórych z nich, nie miał zamiaru napuszczać Dasha na uczniów.
Nawet jeśli fajnie byłoby poszczuć nim Ślizgonów. Albo Snape'a.
Mówiłem ci, że mogę zjeść, kogo chcesz — powiedział Dash z roztargnieniem, ale napiął się, zwinął tak, że pierwsze dwie trzecie jego ciała oderwało się od od ziemia. Harry wiedział, że nie skupiał się już na rozmowie. Nadchodzi coś małego i ciepłego.
Harry ostrożnie stanął za bazyliszkiem. Nie miał zamiaru stanąć na drodze jego spojrzeniu. Biorąc pod uwagę, jak bardzo Dash starał się trzymać powieki na oczach pomyślał, że wzrok bazyliszka prawdopodobnie nadal mógłby go skrzywdzić, niezależnie od tego, że był związanym z bazyliszkiem wężoustym.
Dash przesunął się trochę do przodu, a potem nagle jego powieki uniosły się. Harry mógł zobaczyć z miejsca, w którym stał, jak podnoszą się one niczym rolety. Słaby, złoty blask na sekundę rozbłysnął w ciemności nocy.
Rozległ się zdezorientowany, cichy dźwięk i Harry zobaczył cień, o którym wcześniej nie wiedział, że tam był, który przesunął się i przewrócił. Uświadomił sobie, że to był królik,, kiedy Dash ponownie zasłonił oczy drugą parą powiek i prześlizgnął się do przodu, a potem owinął wokół ofiary górną część swojego ciała.
Dobra robota — rzekł trochę niepewnie Harry, czując, że powinien coś powiedzieć.
Dash ziewnął na znak zgody. I dalej ziewał. Kiedy Harry wpatrywał w niego, całkowicie rozwarł szczękę, aż wyglądała jak zepsute drzwi, a potem pochylił się i włożył królika do pyska, a potem go połknął. Harry widział, jak bezkształtna masa przesuwała się coraz głębiej w jego gardle.
To było trochę fascynujące i odrobinę przerażające. Harry musiał tylko pomyśleć o tym, że to mogłoby przydarzyć się Voldemortowi, żeby stało się to również lekko zabawne.
To było dobre — powiedział Dash. Ale nadal jestem głodny. Wiesz, to pochłania dużo energii. Poruszanie się i rozmawianie z tobą. Czołgał się przed Harrym, kierując wzrok na Las.
Harry zrobił kilka ostrożnych kroków za nim, mówiąc:
Bądź ostrożny. W lesie żyją istoty… no cóż, stworzenia, takie jak centaury i nie chcę, żebyś ich zabijał.
Co to jest centaur? — zapytał Dash i ponownie przetasował kilka wspomnień Harry'ego, aż znalazł odpowiedź. Och. Cóż i tak nie chciałbym ich zjeść. W tej chwili są dla mnie za duzi.
Harry przełknął ślinę. To "w tej chwili" trochę go niepokoiło.
OoO
Ale w końcu znaleźli kolejnego królika i kilka myszy, a Dash owinął się sennie wokół Harry'ego i pozwolił mu zanieść się z powrotem do Hogwartu. Jego ciało było dziwne, nierówne. Harry wiedział, że to od wszystkich zwierząt, które zabił, ale nie mógł powstrzymać się od pocierania czasami guzów, które znajdowały się na wysokości jego brzucha i ramion, dopóki Dash nie poruszył się i wymamrotał w proteście.
Przepraszam — powiedział Harry i przestał to robić. Również nie chciałby, aby ktoś inny pocierał mu brzuch po pełnym posiłku. Zwłaszcza, że tak rzadko jadał pełny posiłek, gdy byli w to zamieszani Dursleyowie.
Kim oni są? Wspomniałeś o nich wcześniej.
Harry milczał. Ale nie musiał tego mówić na głos, nie, kiedy Dash mógł prześledzić jego umysł i dowiedzieć się, kim oni byli. I na swój sposób rozumiał, co się stało z Harry'm.
Nie pozwalali ci jeść i trzymali cię w maleńkiej klatce. Dash wysunął język tak, że musnął płatek ucha Harry'ego, który podskoczył tak, jak wtedy, gdy bazyliszek polizał tył jego nogi. Przyzwyczajenie się do tego zajmie mu trochę czasu. Umrą. Największy powinien nasycić mój głód na tydzień.
Harry westchnął.
— Nie chcę, żebyś zabijał ludzi! — Wypowiedział to na głos, po angielsku, aby upewnić się, że Dash zrozumiał, że był bardzo poważny, jeśli chodziło o tę kwestię.
Co to ma wspólnego z czymkolwiek? Dash brzmiał na zbitego z tropu. Zemściłbym się za ciebie. Tak to działa.
— Nie możesz zabijać ludzi!
— Jest pan bardzo stanowczy, panie Potter. Szkoda, że nie był pan równie stanowczy w unikaniu niebezpieczeństw, kiedy wie pan, że Black włóczy się po okolicy, próbując pana zabić.
Harry zatrzymał się i poderwał głowę. Profesor Snape zbliżał się do niego, jego szaty trzepotały za nim jak flaga. Dash poruszył się obok niego i zaczął podnosić głowę, ale Harry sięgnął w dół i zakrył mu dłonią oczy.
— Mówiłem ci, żadnego zabijania!
Snape zatrzymał się. Harry wpatrywał się w niego. Wydawało się, że mężczyzna podszedł bliżej, mając wrażenie, że Harry mówił do siebie czy coś, ponieważ patrzył na Dasha w sposób, który dawał do zrozumienia, że wcześniej go nie zauważył.
Normalnie Harry nie zastanawiał się zbytnio nad tym, co Snape zrobi lub czego nie zauważył. Ale tym razem tak zrobił i nawet próby Dasha, by odepchnąć jego rękę, jęcząc: "Dobrze, w porządku. Będę trzymać powieki opuszczone. Puść mnie.", nie sprawiły, że oderwał swój wzrok od bladej twarzy Snape'a.
— Coś ty znalazł? — wysapał Snape najmniej wrogim tonem, jaki Harry kiedykolwiek od niego słyszał. Harry zakładał jednak, że ten ton wróci za chwilę. Mężczyzna był po prostu w szoku, dlatego nie zawracał sobie głowy spokojną czy dyplomatyczną odpowiedzią.
— Małego bazyliszka. Słyszałem głos wołający z Komnaty Tajemnic i to był on.
Powiedz mu, jak mam na imię i że jesteśmy związani — powiedział Dash, a jego ogon lekko postukał w żebra Harry'ego. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli. Nie chcę, żeby jakiś brudny kot lub sowa myślały, że mogą mi cię ukraść.
Mam sowę. Musisz się z nią dogadać — powiedział wzbudzony Harry do Dasha.
Nawet o tym nie pomyślał. Wyglądało na to, że myślał o wszystkich sprawach w swoim życiu, które Dash miał zmienić, dopiero wtedy, gdy Dash o nich wspomniał. Musiał przestać zachowywać się w ten sposób.
Dogadam się z czymś, co należy do ciebie. Ale każdy przypadkowy kot lub sowa niech lepiej uważają. Dash położył głowę na ramieniu Harry'ego i dotknął językiem jego ucha, sprawiając, że chłopiec znów podskoczył. Ten też. Niech nie myśli, że może cię zamknąć w klatce albo nie nakarmić.
Nigdy by tego nie zrobił — powiedział znużony Harry w wężomowie, nie spuszczając Snape'a z oka. Mężczyzna nie poruszył się. Po prostu stał tam i gapił się, jakby to mogło sprawić, że Dash zniknie lub zmieni się w coś innego, co nie będzie bazyliszkiem, a zatem nie będzie stanowiło większego problemu. Nienawidzi mnie, ale daje mi tylko szlabany. Szybko podzielił się z Dashem wspomnieniem, gdy ten poruszył się z niezadowoleniem obok niego. Nie wiem dokładnie, dlaczego mnie nienawidzi, ani nigdy nie chciałem się tego dowiedzieć.
Zawsze powinieneś dowiedzieć się, dlaczego ktoś cię nienawidzi. To pierwszy krok do ich pokonania.
Harry zmrużył oczy, ponieważ nie brzmiało to jak myśl, którą powinien mieć młody wąż lub taką, która kiedykolwiek przeszła przez jego własną głowę, ale nie miał szansy się nad tym zastanowić, ponieważ Snape znów się odezwał.
— Udamy się bezpośrednio do gabinetu dyrektora.
Nie lubię go — powiedział Dash. Jeśli nie pozwalasz mi zabić go wzrokiem, to pozwól mi go ugryźć. Moja trucizna spowodowałaby wolniejsza śmierć. Nie musiałbyś tego oglądać.
Przestań być tak żądnym krwi — odpowiedział mu Harry, zadowolony, że zdecydował się poćwiczyć rozmowę w myślach, gdy poszedł za Snape'em. Chciał go zapytać, czy Dumbledore wysłał go, by znalazł Harry'ego, ale nie sądził, żeby Snape mu to powiedział. I może Snape właśnie zdecydował, że muszą iść do Dumbledore'a, ponieważ Harry miał teraz niebezpiecznego chowańca, który był niedozwolony w szkole.
Co mam zrobić, jeśli będą chcieli odesłać Dasha?
Walczyć o mnie — powiedział Dash, całkowicie zaskoczony. Oczywiście, że będziesz walczyć dla mnie. Walczyłbym dla ciebie. I mogę cię nauczyć, jak być bardziej niebezpiecznym.
Harry zatrzymał się. Ta myśl była właściwie dość interesująca.
— Dyrektor nie ma całej nocy, Potter.
Harry zesztywniał, przekładając ramię pod Dashem, żeby jego ogon nie ciągnął się po ziemi i poszedł dalej. Nie chciał pozostawić tego stwierdzenia bez riposty, ale nie chciał również zachęcać Dasha do naśladowania jego zachowania, a Dash był ważniejszy od Snape'a.
W każdym razie podczas ich spaceru mogli odbyć cichą rozmowę, której Snape nigdy by nie zauważył.
OoO
Severus miał Pottera na oku, tak jak miał to w zwyczaju od lat, ale jego uwaga była przynajmniej tak samo skupiona na wężu, jak na chłopcu. Widział stojący mały, czerwony pióropusz na głowie gada, dający mu do zrozumienia, że chłopiec miał rację, że to był bazyliszek, młody i w dodatku samiec.
Portrety obudziły Severusa swoją podekscytowaną paplaniną o "powrocie Slytherina". Severus spodziewał się, że jedno z dzieci z jego Domu robi sobie kawał. Oczywiście, jeden z młodszych, bo żaden ze starszych uczniów nie byłby taki głupi, by w środku nocy obudzić gniew Snape'a.
Ale zamiast tego wyszedł i znalazł - to. Bazyliszka, który owijał się wokół chłopca i wydawał się być w stanie trzymać oczy zamknięte na jego polecenie.
Severus nie był ślepy. Chociaż nie mógł zrozumieć wężomowy, którą posługiwał się chłopiec mówiąc do węża, zauważył długie przerwy i sposób, w jaki uwaga nastolatka nie skupiała się na Severusie i kierowała się ku bazyliszkowi. Mówiło to o więzi bliższej nawet od tej, którą Severus widział, gdy Czarny Pan dzielił ją z niektórymi wężami.
Kiedy wchodzili po obrotowych schodach do gabinetu dyrektora, Severus celowo cofnął się o krok, by móc obserwować wyraz twarzy Albusa i moment, w którym ten błysk zniknie z jego oczu.
Severus zdał sobie sprawę, że na jego ustach pojawił się lekki uśmiech, ale na szczęście ani Albus, ani Potter nie patrzyli na niego w tej chwili.
Wyglądało na to, że sytuacja stała się właśnie znacznie bardziej interesująca.
