Rozdział 11: Opadające emocje

— To tylko chwila twojego czasu, panie Potter. Tylko tyle zajmę.

Harry słyszał proszący ton w głosie ministra Knota, kiedy to powiedział. Harry zgodził się jak idiota, którym był i o czym nieustannie przypominał mu Dash, więc wyszli przed szkołę, żeby fotografowie mogli zrobić zdjęcia, a reporterzy przeprowadzić wywiad z ministrem o uznaniu Syriusza Blacka za niewinnego, co było zdumiewającym obrotem wydarzeń. Nie wydawali się w ogóle zainteresowani rozmową z Syriuszem lub Harrym.

Nikt też nie był zainteresowany rozmową z Dashem, ale wszyscy chcieli mu robić zdjęcia. Dash był owinięty wokół ramion, szyi, talii i nóg Harry'ego, jakby chciał mieć najwięcej kontaktu swojego ciała z Harrym. Miał również wiele komentarzy na temat tego wszystkiego.

Kim jest ta kobieta w zielonych okularach? Czy wie, że wygląda w nich jak chrząszcz?

Harry zerknął lekko z ukosa na kobietę, o której mówił Dash, mając nadzieję, że uda mu się to zrobić, nie zdradzając się. Wyglądała idiotycznie, ale wątpił, żeby była tego świadoma. Trzymała pergamin, na którym szybko gryzmoliło pióro. Nie znał jej.

Wiesz, że musisz się dowiedzieć? Język Dasha znajdował się na jego karku, idealnie ułożony, by Harry wzdrygnął się i chciał zniszczyć zdjęcie, które właśnie zrobił najbliższy fotograf, przedstawiające Knota uśmiechającego się nad ramieniem Harry'ego.

Knot spojrzał w dół z pogardą.

— Wiem, że nie przywykłeś do takiej uwagi, mój chłopcze, ale musisz się do tego przyzwyczaić! Jesteś Chłopcem-Który-Przeżył! — Odwrócił się do aparatu z uśmiechem.

Harry pomyślał, że minister miał zamiar położyć dłoń na jego ramieniu, ale najwyraźniej obecność Dasha skłoniła go, aby tego nie robił.

Im częściej to robisz, tym dłużej muszę tu stać — przekazał bezgłośnie Dashowi i przykleił do twarzy kolejny fałszywy uśmiech.

Wiem. Ale to świetna okazja, by rozpocząć edukację polityczną. Dash wskazał ogonem na innego reportera, tak aby nikt nie zwrócił na to uwagi. Kto to?

Harry spojrzał, mrużąc oczy, ale dostrzegł tylko tak naprawdę, że czarodziej był niski i siwowłosy oraz nosił absolutnie olśniewające żółte szaty, które sprawiały, że Dumbledore przy nim nie wydawał się tak szalony. Nie wiem. Dlaczego się nie dowiemy?

Poczekał, aż zostanie zrobione następne zdjęcia. Kiedy minister już chciał się ponownie odezwać, pociągnął go delikatnie za rękaw.

— Przepraszam, panie ministrze, ale kto to jest? — zapytał, kiwając głową w stronę czarodzieja w żółtej szacie.

Uznał, że miał dobre maniery, kiedy chciał. Ciotka Petunia byłaby z niego dumna. Uśmiechnął się niemal potulnie, kiedy Knot spojrzał na niego, jakby zaskoczony, że Harry może sam mówić.

Przynajmniej Knot pobłażał mu, spoglądając na czarodzieja w żółtej szacie. Potem roześmiał się głośno, sprawiając, że Harry znów podskoczył. Brzmiało to jak szczery śmiech, a przynajmniej na tyle, na ile Knot był do niego zdolny.

— Ach, on — powiedział Knot, kręcąc głową. — Nie musisz się o niego martwić, Harry. — Znowu jego ręka drgnęła, jakby zamierzał poklepać Harry'ego po ramieniu lub zmierzwić mu włosy, i znowu uznał, że lepiej tego nie robić. — Nazywa się Xenophilius Lovegood i publikuje artykuły w śmieciowej gazecie zwanej Żonglerem, na którą nikt nie zwraca uwagi. Może zadać ci pytania dotyczące twojego bazyliszka, ponieważ interesują go wszelkiego rodzaju magiczne stworzenia. Ale jest nieszkodliwy!

Harry powoli pokiwał głową i zastanowił się, czy nie chciałby porozmawiać z Lovegoodem bardziej niż z niektórymi innymi reporterami. Żaden z nich o nic go nie pytał, a już na pewno nie o Dasha, ponieważ woleli udawać, że nie istniał poza zdjęciami.

Minister odpowiedział na więcej pytań, głównie dotyczących nudnych rzeczy, jak się wydawało Harry'emu, a potem miał szansę uciec. Minister machnął elegancko ręką, a Harry rzucił się do biegu w kierunku Lovegooda, zanim mógł zmienić zdanie, albo zanim minister przyciągnie go z powrotem na kolejną sesję fałszywych uśmiechów. Nie było to tak złe, jak pozowanie z Lockhartem, ale dla Harry'ego nie oznaczało to wielkiej poprawy.

Zatrzymał się tuż przed Lovegoodem, który spojrzał na niego spod imponujących zmarszczonych brwi. Harry wstrzymał oddech i zapytał o pierwszą rzecz, jaka przyszła mu do głowy.

— Czy chcesz przeprowadzić ze mną wywiad na temat mojego bazyliszka?

Powinien — powiedział Dash i uniósł głowę, obracając ją na bok, żeby Lovegood mógł podziwiać miękkie, zielone błyski na jego ciemnych łuskach, gdyby tylko chciał. Ktoś musi opublikować hołd, aby kiedy przeistoczę się w moją pełną, przerażającą postać, świat był gotowy się z tym uporać.

Lovegood przyjrzał mu się, a potem Dashowi, a w jego oczach pojawiła się tęsknota, która według Harry'ego różniła się od tej, jaką widział u Lupina czy Syriusza, kiedy na niego patrzyli, jakby był wyjątkowy, ale zdystansowany. Różniła się nawet od tego, w jaki sposób patrzył na niego Dumbledore, którego wzroku Harry w ogóle nie rozumiał.

— Bardzo chciałbym porozmawiać z tobą o twoim bazyliszku — powiedział Lovegood, a jego wzrok zapłonął. — Ale nie sądziłem, że lubisz udzielać wywiadów.

— Nie lubię, wtedy gdy ktoś inny mówi wszystko o tym, co się wydarzyło. — Harry przesunął się tak, że ogon Dasha, który wlókł się po ziemi między jego stopami, znów owinął się wokół jego nogi. — Ale pozwoliłbyś mi mówić?

Lovegood, wciąż intensywnie go obserwując, skinął głowa i wyciągnął notatnik.

— Możesz mówić, co chcesz. Chociaż nie mogę obiecać, że opublikuję to wszystko. Mam odpowiedzialność wobec odbiorców.

Harry uśmiechnął się z zadowoleniem. To było coś, co miał nadzieję usłyszeć. Nie lubił być przesłuchiwany, ale uważał również, że ktoś powinien wiedzieć o rzeczach, o których ministerstwo nie chciało mówić.

Jak mówi Dash, muszę dowiedzieć się więcej na ten temat, bo inaczej ludzie będą za mnie mówić przez cały czas.

Uczysz się pierwszej lekcji wynikającej z posiadania bazyliszka — powiedział Dash. Brzmi ona: Bazyliszek zawsze ma rację.

Harry zignorował to i skinął na Lovegooda.

— Czy mogę ci opowiedzieć, jak go znalazłem?

Miał nadzieję, że jeśli Lovegood opublikuje tę historię, może ktoś, kto zna się na jajach bazyliszków, zobaczy artykuł i się z nim skontaktuje. Harry wciąż miał pytania dotyczące Dasha i sposobu, w jaki się wykluł. Sam bazyliszek w tych sprawach nie był pomocny.

— Tak — powiedział Lovegood i milczał wyczekująco.

Nawet nie zadawał żadnych pytań, chciał tylko żeby Harry mówił! Opinia Harry'ego o nim poprawiła się. Lovegood mógł być szalony, ale przynajmniej był uprzejmy.

— W porządku. Jestem wężosutnym i pewnej nocy usłyszałem, jak ktoś woła mnie…

Kiedy zaczął mówić, Lovegood rozpoczął pisanie. Zadał mu kilka pytań, na przykład o Komnatę Tajemnic i bazyliszka, który tam był, ale przez większość czasu po prostu notował. Harry obserwował to z satysfakcją. Będzie artykuł na temat Dasha, który był przyczyną, dzięki której Harry miał w ogóle Syriusza i może zawierać odpowiedzi. Harry aprobował oba te aspekty.

Harry'emu w końcu zabrakło rzeczy do powiedzenia, a Lovegood uniósł wzrok i skinął głową.

— To bardzo ważne — powiedział. — Nowe historie o magicznych stworzeniach zawsze są ważne. Twoje słowa zostaną opublikowane w następnym wydaniu Żonglera. — Zawahał się. — Poznałeś moją Lunę? Jest rok niżej niż ty. Chętnie poznałaby Dasha.

Harry próbował sobie przypomnieć, ale w swoich wspomnieniach nie znalazł żadnej dziewczyny o nazwisku Lovegood, a sądził, że zapamiętałby taką. Z drugiej strony może nie nosiła tak jasnych żółtych szat.

— Nie poznałem jej. W jakim jest domu?

— Ravenclaw. — Lovegood obdarzył go wymuszonym uśmiechem. — W każdym razie prawdopodobnie nie miałeś wielu okazji jej poznać. Gryffindor ma chyba większość zajęć ze Slytherinem?

— Tak, proszę pana — powiedział Harry z roztargnieniem, ale wciąż próbował ją sobie przypomnieć. Wydawało mu się, że słyszał, jak ktoś mówił o dziewczynie o nazwisku Lovegood, ale to było rok temu i wtedy nie zwracał prawie żadnej uwagi na nic innego niż na głos, który słyszał w ścianach. — Przedstawię się jej.

— Dziękuję — powiedział Lovegood, co była tak dziwne, że Harry był tym zaskoczony. Na chwilę Lovegood nachylił się mocno w jego stronę. — Myślę, że byłaby zadowolona, gdyby poznała… przyjaciela.

To również było dziwne, ale Harry nie sądził, że musi się tym martwić.

— W porządku — powiedział. — Dziękuję panu. — Odwrócił się i zawahał. Dash milczał na jego ramieniu, co oznaczało, że nie miał nic przeciwko Lovegoodowi, tak jak to było w przypadku wielu innych ludzi, a to oznaczało, że Harry mógł zaoferować coś niesamowitego, coś, czego nie mógł zaproponować większości osób. — Czy chciałbyś pogłaskać Dasha? Podobał mu się sposób, w jaki na niego patrzyłeś.

Wiedział, że to prawda, choć Dash nawet tego nie powiedział. Harry czuł szum zadowolenia w umyśle bazyliszka.

Dash wysunął język, żeby posmakować powietrza i skinął głową w małym, łaskawym pozwoleniu, które, jak Harry sądził, mógł zrozumieć nawet Lovegood, który nie był zbyt obeznany z osobowością Dasha. Tak, w każdym znaczeniu, niech mnie dotknie.

To brzmiało trochę mniej obiecująco i Harry bacznie obserwował Dasha, gdy Lovegood wyciągnął drżącą rękę. Ale to drżenie wydawało się uspokoić Dasha, który stwierdził: No cóż, oto ktoś, kto ma należyty szacunek. Powiedz mu, że może podrapać małe łuski za moją głową. Nie nauczyłem cię jeszcze, jak odpowiednio się nimi zająć. Odwrócił głowę na bok i prawie uniósł te łuski, coś, co Harry nie wiedział, że może zrobić.

— Pozwoli mi się dotknąć? — wykrztusił Lovegood. — Tam?

— Tak — powiedział Harry i obserwował, jak Lovegood drapie miejsce między łuskami, uśmiechając się i lekko potrząsając głową.

Nie rozumiał jeszcze iskier widocznych w oczach Lovegooda, ale sądził, że zaczyna. Lovegood był kimś, kto po prostu chciał patrzeć na zwierzęta, myśląc, że są piękne i trzeba je podziwiać. Harry przypuszczał, że pod pewnymi aspektami podobnie było z graczami quidditcha.

— Proszę mu powiedzieć, że dziękuję — powiedział Lovegood i cofnął rękę. W jego oczach pojawiły się nie wylane łzy. — Być tak blisko bazyliszka. Wyjątkowego bazyliszka, zrodzonego w tak niezwykły sposób…

Tak, możesz mu powiedzieć, że jest mile widziany za każdym razem, gdy chce mnie znowu pogłaskać. Dash wykręcił głowę tak, że była prawie do góry nogami. Jest prawdziwym akolitą.

OoO

W chwili, gdy wszedł do klasy eliksirów, Severus poczuł zmianę w powietrzu. Szedł z różdżką trzymaną blisko twarzy, gdy szedł środkiem klasy - w czasie, gdy większość uczniów, z wyjątkiem kilku ślizgonów, i tak była zbyt onieśmielona, by mu się przyjrzeć z bliska - i rzucił małe zaklęcie, które powie, czy miał rację.

Nie mylił się. Po prawej stronie klasy czaił się cień, który był widoczny, gdy się szukało. Severus mógłby go nie zauważyć, gdyby nie te szpiegowskie instynkty, które dały mu od razu znać, że coś było nie tak.

Przynajmniej Potter nie zdradzał w żaden sposób, że o tym wiedział. Wciąż jednak namiętnie kłócił się szeptem z Granger. Umilkł w chwili, gdy zobaczył Severusa i usiadł prosto. Snape uważnie go obserwował. Przekona się, czy pełne szacunku zachowanie chłopca tamtego dnia przełoży się na bardziej pełne szacunku uczenie się w jego klasie.

Potter przynajmniej zwracał uwagę, czego Severus nie mógł powiedzieć o niektórych gryfonach. Nigdy nie zrozumie, dlaczego wybrali najbardziej niebezpieczne zajęcie w szkole - nie licząc zaawansowanej transmutacji - żeby nie zwracać uwagi. Rzucił proste zaklęcie, które wywołało ostry trzask w powietrzu, najwyraźniej pochodzące z jego płaszcza i obserwował, jak niektórzy uczniowie podskakują na swoich krzesłach.

— Warzycie dzisiaj eliksir powiększający — powiedział Severus. — Przeciwieństwo zmniejszającego, który tak wielu z was zrujnowało miesiąc temu. — Szydził z kulącego się Longbottoma. Tchórzostwo chłopca go irytowało. Wywoływał strach wśród kolegów z klasy, a to było niewybaczalne. — Lista składników jest na tablicy. — Znów machnął różdżką i pojawiły się instrukcje. — Macie pracować samodzielnie nad tym eliksirem.

Granger chciała coś powiedzieć. Severus zgromił ją wzrokiem. Dziewczyna zamknęła usta.

— Będę wiedział, czy oszukujecie i pomagacie sobie nawzajem — dodał ponuro Snape, a do siebie: Będę miał pewność, gdy Longbottom stworzy miksturę, która będzie znośna.

Zaczął powoli chodzić po klasie, mimo że uczniowie biegli po składniki i nikt jeszcze nie zaczął warzyć. Draco ukradkiem zerkał na Pottera, ale to samo w sobie było nieszkodliwe. Severus nie wtrącał się, dopóki chłopak nie zacznie wywoływać wystarczająco dużo kłopotów, aby zakłócić lekcje.

Nie, jego celem był ten cień w kącie, ten którego nic nie rzucało, a przynajmniej nie powinno, gdy znało się kontury ścian, drzwi i stołów tak dobrze, jak Severus.

Nie poruszał się również, gdy się do niego zbliżył, ale gdy Severus wymamrotał zaklęcie letniej bryzy, coś jedwabistego w nim zakołysało się. Severus następnie rzucił zaklęcie wiążące, ponieważ teraz już wiedział, co to było. Syriusz Black ukrywający się pod peleryną niewidką Pottera.

Black walczył przez chwilę, ale upadł wciąż z peleryną na sobie. Spojrzenie Severusa postraszyło kilkoro dzieci, które spojrzały w jego kierunku. Wśród nich nie było Pottera. Poszedł po swoje składniki i mrużył oczy spoglądając na instrukcje z godnym pochwały niepokojem.

Severus rzucił kolejne zaklęcie, które odbijało światło od ciała Blacka i peleryny, co utrudniałoby dostrzeżenie ich, a następnie lewitował ciało obok siebie.

— Będę chwilowo w swoim biurze — powiedział. — Spróbujcie nie dodawać plam krwi do tych, które znajdują się obecnie na podłodze.

Odwrócił się i wszedł do swojego biura, a Black podskakiwał za nim jak balonik na sznurku. Severus nie próbował ułatwić Blackowi podróży.

Miał odpowiedź na pytanie, nad którym się zastanawiał. Tak, Potter podziękował Severusowi za jego wysiłki na rzecz Blacka, ale Black nigdy tego nie zrobi.

Nie pogorszyło ich relacji rzucenie Blacka na podłogę i zerwanie peleryny machnięciem różdżki, posyłając ją pod sufit. Nie szkodziło to nawet delikatnej więzi, która Severus miał nadzieję zbudować między nim a Potterem. Po pierwsze, wierzył, że Potter nie wiedział, że Black tam był.

Po drugie, sądził, że pewna część chłopca nie zaaprobuje wybryków Blacka. Tak długo, jak Severus tak naprawdę nie skrzywdzi Blacka, nie było powodu, by chłopiec stanął po stronie mężczyzny, a nie Severusa.

To była tak niezwykła rzecz do pomyślenia o synu Jamesa Pottera, że Severus zatrzymał się na dłuższa chwilę, zanim rzucił zaklęcie wyciszające na drzwi biura, a następnie uwolnił Blacka spod wpływu zaklęcia.

Black zerwał się na równe nogi. Czarne włosy załopotały mu wokół twarzy. Severus obserwował go klinicznie. Chociaż szaleństwa wywołane przez Azkaban nie zmieniłoby tego mężczyzny na lepsze w oczach większości ludzi, miało ono znaczącą zaletę z punktu widzenia Severusa. Więcej osób ujrzy w nim obłąkanego maniaka, którym był przez cały ten czas.

— Nie masz prawa mi tego robić — warknął Black i naprawdę, Severus powinien był wiedzieć, że był animagicznym psem, w ten sam sposób, w jaki powinien wiedzieć, że Pettigrew był szczurem, gdy zobaczył go jako dorosłego mężczyznę kulejącego się i pochlipującego.— Jestem opiekunem Harry'ego i mam prawo sprawdzić jego wykształcenie…

— A czy planowałeś obserwować lekcje Lupina w ten sam sposób? — Severus oparł się łokciem o biurko i obserwował Blacka. — Minerwy? Sinistry?

Zdumiona i pełna gniewu cisza Blacka była równie dobrą odpowiedzią jak cokolwiek innego. Severus skinął głowa i zaczął okrążać Blacka, zbliżając się do niego coraz bardziej. Black warknął i sięgnął ręką w stronę różdżki.

— Powinieneś być ostrożniejszy — powiedział cicho Severus.

— Jeśli skrzywdzisz mnie w tej szkole, odczujesz gniew Albusa Dumbledore'a — powiedział Black z taką pewnością, że Severus musiał powstrzymać ostrą ripostę przed ucieczką z jego ust.

Wiem o tym. Był pewien, że to dlatego Albus był tak chętny, by dać Blackowi druga szansę w chwili, gdy dowiedział się, że mężczyzna może być niewinny. Albus miał taki poziom uczuć do Blacka, jakiego nie okazywał nikomu innemu według wiedzy Severusa. Nie był taki nawet wobec Pottera. Czy Lupina.

Nawet wobec młodszego Pottera.

— Nie mówię, że powinieneś być ostrożniejszy wobec mnie — powiedział Severus. — Mówię, że powinieneś zwrócić uwagę na swojego chrześniaka.

Spojrzenie Blacka stało się lodowate i wyglądał w tamtej chwili bardziej jak Bellatrix, niż ktokolwiek przy zdrowych zmysłach miał do tego prawo. Z drugiej strony Severus już uważał, że Black był niebezpiecznie blisko krawędzi szaleństwa.

— Jeśli sugerujesz, że go odrzucę, ponieważ ma tego węża, to już mu powiedziałem, że może go zatrzymać.

— Ale czy jesteś wystarczająco elastyczny, by zaakceptować, że może być mniej synem Jamesa Pottera, niż jest obecnie postrzegany? — Severus uśmiechnął się, obserwując jak Black drga nerwowo. To było tak, jakby słowa Severusa były maleńkimi, zatrutymi strzałkami, bez wysiłku kłującymi Blacka, a Severus nie musiał nawet kłamać. — Że nigdy nie znał swojego ojca i dlatego nie może go naśladować?

Black roześmiał się dziko.

— Hipokryta z ciebie, Smarkerusie! Mówisz to, kiedy w szkole krążą plotki, że nie widzisz żadnej różnicy między Jamesem a Harrym!

Chęć uderzenia Blacka z powodu tego pogardzanego przezwiska była silna, ale Severus trzymał nerwy na wodzy. Miał więcej do powiedzenia.

— Czy możesz zaakceptować, że jest wężoustym? Że prawie został przydzielony do Slytherinu?

Tym razem wstrząsnął Blackiem na tyle, że niebezpiecznie trzasnął zębami w pobliżu głowy Severusa.

Kłamiesz. Harry nigdy by tam nie poszedł.

Severus roześmiał się, ciesząc się tym niezmiernie.

— Nie wiesz tyle o swoim drogim Harrym, ile sądzisz.

Black zacisnął pięści. Cały się trząsł.

— Wiem, że nigdy by ci nie zaufał ani nie zrobiłby niczego, czego od niego byś chciał.

Severus zastanawiał się, czy powiedzieć Blackowi o przeprosinach Pottera i zdecydował, że tego nie zrobi. To przysporzyłoby Potterowi więcej kłopotów, a większość dotychczasowych deklaracji Severusa była dobrze znanymi faktami, poza tą dotyczącą przydziału do domu. I to było znane Albusowi, z którym Black na pewno o tym porozmawia.

Severus próbowałby wbić mały klin między Potterem i jego ojca chrzestnego, gdyby tylko mógł, ponieważ na kogoś z potencjałem Pottera nie powinien wpływać wyłącznie przeklęty Syriusz Black. Ale nie mógł być związany z klinem, który był zrobiony z prawdy, jednak Severus nie miał skrupułów, aby go użyć.

— Może masz rację — powiedział Severus i zdołał przechylić głowę i wzruszyć ramionami w taki sposób, którego Black nie mógł uznać za zwycięstwo, jakie odniósłby pokonując Severusa, ponieważ go nie ujarzmił, a jedynie uczynił mu przyjemność uznania tej prawdy. — Ale nie sądzę, że chciałby, abyś szpiegował go pod jego peleryną niewidką. Czy w ogóle zapytałeś, zanim ją pożyczyłeś? A może wziąłeś to bez pytania, ponieważ po raz kolejny pomyliłeś syna z ojcem i nie sądziłeś, że będzie miał coś przeciwko?

Bladość występująca na twarz Blacka dała mu odpowiedź. Severus uśmiechnął się w sposób, w który wiedział, że był nieprzyjemny i uniósł różdżkę. Black naprężył się, ale Severus rzucił tylko na niego zaklęcie uwalniające i przywołał z powrotem pelerynę niewidkę. Skinął głową w stronę drzwi do klasy.

— Wyjdź, Black. Nie powiem o tym Potterowi, jeśli wyjdziesz teraz i nigdy nie wrócisz.

Pomyślał, że mógłby pozostawić niewypowiedzianą groźbę, zarówno dotyczącą tego, co zrobiłby gdyby Black wrócił, jak i groźbę szantażu, którą mógłby teraz trzymać nad głową Blacka. Usłyszał niski, dudniący warkot z fali cienia, która była ukrytą formą Blacka, a potem ten odwrócił się i wyszedł z klasy.

Severus usatysfakcjonowany, wrócił do uczniów i stwierdził, że w międzyczasie nikt nie stopił stołu ani kociołka - chociaż Longbottom zrobił to niecałe piec minut później, tworząc podmuch zielonego pyłu i oparów, które wymagały wycieczki do skrzydła medycznego dla trzech uczniów.

Dobrze. To wciąż był lepszy dzień niż wiele innych, podczas których musiał uczyć Pottera.

OoO

— I wiem, że Potter mógłby mi załatwić bazyliszka, gdyby chciał…

To nie było nic osobistego, tak naprawę nie, ale jeśli Draco nadal będzie opowiadał o Potterze w ten obsesyjny, nieprzyjemny sposób, Blaise będzie musiał go zabić i gdzieś pochować ciała. A dzięki mamie wiedział dużo o dyskretnym chowaniu zwłok.

— Chce zachować bazyliszki tylko dla siebie. Jakbyś musiał być wężoustym, aby móc komunikować się z wężem, który przemawia w twoim umyśle!

Czy powinien zwrócić uwagę, że Potter mógł stworzyć więź tylko dlatego, że był wężoustym? Zastanawiał się Blaise i przesunął się tak, że jego głowa prawie wisiała do góry nogami z kanapy w pokoju wspólnego Slytherinu, żeby zobaczyć czy Draco to zauważy. Werdykt: Negatywny.

— Czasami myśli, że jest taki wyjątkowy! Potrzebuję, żeby mnie zauważył.

To prawda, ale nadal jest to irytujące — zdecydował Blaise i odwrócił się. Draco maszerował przed nim, machając rękami. Niektórzy starsi ślizgoni posyłali mu rozbawione spojrzenia, ale to nie przebijało się przez świadomość Draco, skupionego na Potterze, jak to zwykle robiła każda kpiąca uwaga.

To jest złe — uznał Blaise i przerwał jego tyradę.

— Jeśli chcesz bazyliszka, to dlaczego sam nie wykradniesz jednego?

Draco urwał swoją wypowiedź i spojrzał na niego.

— Co?

Zauważył teraz rozbawione spojrzenie rzucane w jego stronę i odwzajemnił je. Kilku uczniów ze starszych klas nie zdało sobie trudu, by ukryć chichot, gdy wrócili do pracy domowej lub czytania swoich praca, niezależnie od mocy Lucjusza Malfoya.

— Czy w ten sposób Potter nie dostał jednego? — Blaise nie zapoznał się ze szczegółami opowieści Pottera o bazyliszku w Żonglerze, ponieważ szczerze go to nie obchodziło, ale Draco i tak przeczytał mu ten artykuł, więc tyle wiedział. — Zszedł na dół i znalazł te jaja, a potem wziął jedno. Jeśli znajdziesz drogę do Komnaty Tajemnic, możesz zrobić to samo.

— Musisz być wężousty, żeby znaleźć Komnatę Tajemnic — wycedził powoli Draco, znów brzmiąc bardziej jak on sam.

— Tak jak musisz być nim, żeby związać się z bazyliszkiem? — zapytał Blaise ze znaczącym spojrzeniem.

To sprawiło, że Draco wyprostował się, jakby Blaise wbił mu różdżkę w tyłek.

— Dobrze — powiedział. — Znajdę ją i udowodnię ci, że to jest możliwe.

Pobiegł do ich sypialni. Blaise roześmiał się. Bardzo mało prawdopodobne, aby Draco sam znalazł drogę do Komnaty Tajemnic, a tymczasem Blaise mógłby cieszyć się ciszą i spokojem.

A jeśli Draco ją znajdzie?

Wtedy Potter będzie musiał go uratować, a Draco będzie urażony tym, a ja będę się cieszył innym rodzajem przyjemności — stwierdził wesoło Blaise i wrócił do starannego poprawiania swojej pracy domowej z eliksirów.