Rozdział 12: Tlący się żar
— Naprawdę wziąłeś moją pelerynę niewidkę i wszedłeś na lekcję eliksirów, aby szpiegować profesora Snape'a?
Harry zadał to pytanie po raz drugi i chociaż znał Syriusza od niedawna, już rozpoznawał ten wyraz twarzy mężczyzny. Był niecierpliwy i nie wiedział, dlaczego Harry ciągle go przesłuchiwał. Lekko potrząsnął głową, co sprawiło, że jego czarne włosy rozwiały się dziko.
— Tak. Cały czas robiliśmy takie rzeczy z twoim tatą — powiedział.
Harry pokiwał niepewnie głową, ale nie mógł powstrzymać się od zastanowienia się nad tym. Wiedział o tym, że jego tata traktował poważnie quidditcha i umarł chroniąc Harry'ego. Niewiele poza tym wiedział o swoim tacie. Ale żadna z tych rzeczy, których był świadomy, nie sugerowała, że James Potter zakradłby się na zajęcia Snape'a.
A większość innych dorosłych, których Harry znał, również nie zrobiłoby czegoś takiego. Profesor McGonagall, dyrektor Dumbledore i cała reszta była na to zbyt poważna. Dursleyów by to nie obchodziło.
Jest innym rodzajem dorosłego — powiedział Dash, opierając głowę na ramieniu Harry'ego i obserwując Syriusza z żółtą poświatą świecącą za jego powiekami. Powinieneś być przy nim ostrożny.
Harry ponownie skinął głową, tym razem w odpowiedzi na Dasha i zapytał Syriusza:
— I on cię przyłapał?
— Tak.
Syriusz na sekundę odwrócił wzrok. Byli w tymczasowych kwaterach, które Dumbledore dał Syriuszowi w Hogwarcie, dopóki ten nie znajdzie domu gdzieś indziej. Harry nie sądził jednak, by Syriusz był bardzo chętny do zdobycia jakiegoś. Wydawało się, że uznaje Hogwart za swój dom.
Harry mógł to zrozumieć. To był także jego dom.
— Powiedział mi kilka rzeczy — stwierdził Syriusz i spojrzał na Harry'ego ze spekulacyjnym błyskiem w oczach, który sprawił, że nastolatek poczuł się nieswojo. — Powiedział, że prawie zostałeś przydzielony do Slytherinu. Czy to prawda?
Harry pomyślał, żeby skłamać, ponieważ Syriusz mówił wystarczająco dużo o Slytherinie i Gryffindorze, by było jasno po której stronie stoi, ale nie chciał zaczynać swojego związku z ojcem chrzestnym od kłamstwa na ten temat. Zamiast skłamać skinął głowa, a kiedy Syriusz zmarszczył brwi, Dash położył się na ramieniu Harry'ego i wymamrotał: Nie ma się czego wstydzić.
Tak naprawde nie rozumiesz Domów ani się nimi nie przejmujesz — powiedział Harry. Dash powiedział mu to niedawno. Stwierdził, że ludzie wyglądają dla niego tak samo i nie rozumiał, dlaczego noszenie różnych krawatów i szat było tak ważne. Ważna rzeczą było to, jak pachnieli.
Nie rozumiem, ale wiem, że różnice są tak niewielkie, że nie mają większego znaczenia — powiedział szczerze Dash. I nie pozwolę, żeby cię unieszczęśliwiał, bo prawie zostałeś przydzielony do jednego domu zamiast drugiego.
Dash syknął cicho, a Syriusz drgnął i spojrzał na niego. Harry pośpiesznie położył dłoń na szyi Dasha, próbując wyglądać niewinnie. Potem się skrzywił. Syriusz patrzył teraz na Dasha całkiem inaczej.
— Czy to dlatego prawie zostałeś tam przydzielony? — zapytał cicho Syriusz. — Bo jesteś wężousty?
Harry wzruszył ramionami. Był to gest, którego Dursleyowie zawsze nienawidzili i nawet Syriusz wyglądał na nieco zniecierpliwionego. Ale nie wiedział, co jeszcze zrobić.
— Nie wiem. Tiara Przydziału powiedziała mi, że mam ambicję i dobrze bym sobie poradził w Slytherinie. Ale stwierdziłem, że nie chce tam iść i umieściła mnie w Gryffindorze.
W ciągu kilku sekund Syriusz wziął wdech, wystarczająco głęboki, by jego klatka piersiowa nadęła się, jak u postaci z kreskówki, którą widział Harry, gdy ukradkiem zaglądał nad ramieniem Dudleya.
— W takim razie to jest ważne. Nie to, że prawie poszedłeś do Slytherinu, ale to, że wybrałeś Gryffindor.
Nie, tak naprawdę tego nie zrobiłem — pomyślał Harry. Poprosił tylko Tiarę Przydziału, by umieściła go w innym domu niż Slytherin i ona to zrobiła. To nie było to samo, co wybranie Gryffindoru.
Myślę, że to nie ma znaczenia — powiedział Dash i owinął jeden zwój wokół karku Harry'ego, pocierając go tak, jakby robił masaż. Jesteś mu winny prawdę, ale nie tę część. To by go tylko zdezorientowało.
Harry się zdziwił. Ale jest dorosły. Jeśli mogę to zrozumieć, to on też powinien. Harry był przyzwyczajony do tego, że dorośli są dużo mądrzejsi i wiedzą dużo więcej niż on, chociaż czasami musiał zachować przed nimi tajemnice, ponieważ nie byliby z niego zadowoleni, gdyby znali prawdę.
Nie zawsze tak jest — powiedział Dash. Musnął językiem bok szyi Harry'ego i dodał: Jeśli wpadniesz któregoś dnia w kłopoty za to, że mu o tym nie powiedziałeś, możesz obwiniać mnie za to. Możesz powiedzieć, że kazałem ci zachować to w tajemnicy.
Harry zrelaksował się. Nie było tak, że mógłby wiele zrobić przeciwko Dashowi, albo żeby Syriusz mógł skrzywdzić Dasha. Odwrócił się więc do Syriusza i mruknął:
— Cieszę się, że możesz mi opowiadać różne historie o moich rodzicach. Ale chcę wiedzieć, kim byli. Nie chcę, żebyś robił to, co oni. Czy możesz opowiedzieć mi o tacie i nie zakradać się już do klasy Snape'a?
Syriusz spojrzał na niego z powagą.
— Chciałem tylko zobaczyć, jak Smarkerus cię traktuje, Harry. Wiem, że nie jest w porządku w stosunku do ciebie.
— Nazywasz go Smarkerusem?
Harry był trochę przerażony. Sam nie otrzymał takiego rodzaju przezwiska, kiedy był w podstawówce, ale to głównie dlatego, że Dudley był zbyt głupi, by jakieś wymyślić. A jednak wciąż go mocno irytowało że Malfoy i ludzie do niego podobni zwracali się do niego różnymi wyzwiskami. Smarkerus brzmiało okropnie.
— Tak — powiedział Syriusz i posłał Harry'emu konspirujący uśmiech. — Zawsze pochlipywał, gdy był dzieckiem, skamląc, gdy robiliśmy mu psikusy. Wpadał w taką wściekłość. Nosił te podarte szaty i szare gacie… Harry, co się stało?
Harry zamknął oczy. Dash owinął się wokół niego, nie poruszając się inaczej, ale będąc tą napiętą i wibrującą obecnością.
Noszę ciuchy Dudleya. A jeśli moje bokserki nie są szare, to tylko dlatego, że prałem je częściej. Może Snape'a nie było stać na ich pranie, albo nie mógł tego zrobić z innego powodu.
Prawdę mówiąc, Harry nie wiedział, dlaczego był tak zdenerwowany. Myślał, że Snape potrafi o siebie zadbać, tak jak Dash potrafi zadbać o siebie. A Syriusz nigdy by się nie naśmiewał z Harry'ego. Byłby jedynie zły, gdyby dowiedział się o Dursleyach i to byłoby dobrze, gdyby ktoś był zły w jego imieniu.
Ktoś inny niż ja? — powiedział sztywno Dash.
Jesteś wspaniały — stwierdził Harry i oparł policzek o Dasha. Ale czasami ludzie potrzebują innych ludzi.
Dash zastanawiał się nad tym przez chwilę, zanim niechętnie pokiwał głową. Czasami tak. Chociaż nie wiem dlaczego. Świat byłby o wiele bardziej rozsądny, gdybyście wszyscy polegali na tym, jak pachniecie i nie podróżowali na stopach. Myślę, że decyzja o posiadaniu stóp, sprawiła, że większość z was jest taka głupia. Jak możecie zachować zdrowy rozsądek, kiedy jesteście ponad ziemią?
— Harry?
Do tego momentu Syriusz stał się naprawdę niespokojny. Harry otworzył oczy i posłał mu słaby uśmiech.
— Chcę tylko usłyszeć o tacie — powiedział. — W ogóle go nie znam. Dursleyowie powiedzieli mi, że był pijakiem i zginął w wypadku samochodowym.
Syriusz warknął jak pies, w którego mógł się zmienić, co było lekko przerażającym dźwiękiem, ale kiedy był kierowany w stronę Dursleyów, to Harry mógł to tylko pochwalić.
— Pewnego dnia ich dorwę — powiedział ponuro, ale potem uśmiechnął się uprzejmie do Harry'ego i powiedział: — Pierwszą rzeczą, która powinieneś wiedzieć, jest to, jak twój tata został animagiem zmieniającym się w jelenia. Zajęło mu to wieczność. Dużo dłużej niż mi. Najpierw zobaczył cień swojego poroża w lustrze. Wrzasnął i powiedział, że to nie może być on, że jego głowa nie ma tych rogów. Chciał być drapieżnikiem tak ja i… i ja. Spędził cały czas, próbując zmusić się do zmienienia w jednego…
Harry słuchał i śmiał się. Jego tata brzmiał jak ktoś, komu mógł powiedzieć prawdę, myślał tęsknie. Chciałby się z nim spotkać, nawet gdyby to miało trwać tylko chwilę. Cieszyłby się rozmawiając z nim o Snape'ie, podartych ubraniach i wszystkich rzeczach, o których wiedział, że Syriusz tak naprawdę nie zrozumie ich.
Nawet gdy miał dorosłego, który był dla niego dobry, było zbyt wiele rzeczy, których ten nie rozumiał.
Ja cię zrozumiem.
Harry nigdy bardziej nie był wdzięczny za Dasha. Położył jedną dłoń na nim i pogłaskał go, przesuwając się w dół jego ciała, słuchając opowieści Syriusza.
OoO
— Posłuchaj, nie możesz poważnie wierzyć, że wszystkie te stworzenia istnieją.
Wyglądało na to, że tego sobotniego poranka Draco wędrował przez pół szkoły, szukając Pottera. W akcie desperacji zajrzał do biblioteki, a kiedy tam był podążał za protekcjonalnym głosem Granger. Brzmiało to tak, jakby znalazła nową ofiarę do swojego wykładu, chociaż Draco nie mógł sobie wyobrazić, kto z własnej woli, mógłby się do niej zbliżyć, poza Weasleyem i Potterem.
Potter siedział na krześle, odchylając się na nim. Jego bazyliszek spoczywał głównie na jego kolanach nie licząc jego głowy, która zwisała z ramienia. Ten obrazek przypominał Draco obraz, który kiedyś widział, przedstawiający go z brodą na ramieniu mamy, gdy krzyczał. Draco zmarszczył brwi i odłożył tę myśl na bok. Po pierwsze, nie lubił pamiętać, że kiedykolwiek był tak mały, bezradny i nadąsany. Po drugie, bazyliszek smakował powietrze językiem, a Draco nie chciał pachnieć, jakby się bał.
Podszedł do stołu i spojrzał na dwie pozostałe osoby. Granger siedziała obok Pottera, pochylając się nad nim, podczas gdy machała jedną ręką w powietrzu. Przed nią siedziała z rozmarzonym uśmiechem dziewczyna z Ravenclawu. Draco starał się przypomnieć jej imię. Pomyluna? Nie, Luna.
— Nie ma czegoś takiego jak krętorogi — powiedziała Granger i położyła jedną rękę na stole, jak ojciec Vince'a, gdy coś podkreślał. — Nigdy nie czytałam o nich w żadnej książce.
Luna przechyliła głowę na bok. Wyglądała jak prawdziwa czystokrwista, uznał krytycznie Draco, ale nie mógł od razu przypomnieć sobie jej nazwiska, przez co trudno było mieć co do tego pewność. Była blada i dość ładna, chociaż jej srebrne oczy za bardzo się wyróżniały.
— I nigdy nie czytałaś o Hogwarcie, zanim tu przybyłaś — odpowiedziała.
Granger wbiła w nią spojrzenie, a później nadęła się.
— To co innego. Czarodzieje celowo utrzymują tajemnicę przed mugolami. Twierdzą…
— Potter — powiedział Draco. Chciał cicho zakaszleć i nie przerywać, ale nie brzmiało to tak, jakby Granger zostawiła mu otwarcie, by wślizgnąć się w rozmowę, więc musiał to zrobić. — Chcę z tobą porozmawiać.
Potter odwrócił się i spojrzał na niego ze zdziwieniem. Potem skinął głowa i wstał.
— W porządku, Malfoy — powiedział. Pochylił się nad stołem, by uścisnąć dłoń Lunie, podczas gdy Dash poprawił swoją pozycję z gracją, która sprawiła, że Draco zrobiło się niedobrze od zazdrości. — Miło było cię poznać, Luna. Cieszę się, że lubisz Dasha. Mogę jutro z tobą porozmawiać?
— Tylko po południu — powiedziała dziewczyna i rozejrzał się przez chwilę, po czym obniżając swój głos stwierdziła: — Rano będę szukała swoich butów.
— W porządku — odpowiedział Potter, ledwo się dziwiąc, co na moment zirytowało Draco. To sprawiło, że zaczął podejrzewać, że Potter tolerował poszukiwania Draco w taki sam sposób, w jaki tolerował dziwactwa Luny, zamiast zrozumieć, że to jest coś ważniejszego. — Ale może mógłbym przyjść i pomóc ci w ich poszukiwaniu?
— To byłoby do przyjęcia — powiedziała Luba i posłała mu pogodny uśmiech, którym obdarzyła również Draco. — Ty również możesz przyjść. Masz długie palce. To znaczy, że urodziłeś się podczas pełni księżyca i jesteś dobry w znajdowaniu rzeczy.
Draco zdumiał się. Wydawało mu się, że teraz pamięta, dlaczego przyszło mu do głowy imię Pomyluna.
— Oczywiście — powiedział i patrzył, jak Luna odwraca się do Granger.
— Nie masz długich palców — kontynuowała poważnie Luna. — To znaczy, że nie możesz dobrze przewracać wszystkich stron książek. Urodziłaś się pod półksiężycem. Czy wiesz, że ludzie, którzy urodzili się pod półksiężycem, widzą tylko połowę otaczających ich książek? To niebezpieczna przypadłość. Na przykład…
Draco sądził, że jeśli będzie słuchał jej przez dłuższy czas, jego umysł zacznie delikatnie gnić. Odciągnął Pottera od stołu i skierował się w stronę długiego rzędu książek o astronomii, które nie wyglądały, jakby ktoś je ostatnio przeglądał. Bazyliszek oczywiście im towarzyszył, podobnie jak błyszczące srebrne instrumenty, które Dumbledore zaczarował, by odbijały spojrzenie bazyliszka, ale nadal był to rodzaj prywatności.
— Chcę wiedzieć, jak znalazłeś Komnatę Tajemnic — powiedział Draco, wpatrując się w Pottera.
Potter obserwował go, wciąż trzymając nieruchomo jedną dłoń na bazyliszku, jakby patrzenie na Draco wymagało całej jego koncentracji, ale na te słowa prychnął i znów zaczął gładzić węża. Draco zastanawiał się, czy powinien czuć się urażony.
— Powiedziałem Żonglerowi wszystko o tym, jak znalazłem Dasha — powiedział Potter zmęczonym głosem. — Możesz przeczytać ten artykuł, jeśli chcesz się dowiedzieć więcej.
— Jestem ponad czytanie takich bzdur — powiedział Draco. — A poza tym ma to więcej wspólnego z ubiegłym rokiem niż obecnym. Powiedziałeś tylko, że w tym roku słyszałeś weżomowę i odkryłeś, że ten głos dochodzi z Komnaty Tajemnic, ale to sugeruje, że już wiedziałeś, gdzie ona jest. Byłeś tam wcześniej?
Sądził, że jego mowa była imponująca, ale Potter tylko się w niego wpatrywał.
— To są szczegóły pochodzące z Żonglera — powiedział. — Myślałem, że nie czytasz takich bzdur?
Bazyliszek zasyczał z rozbawieniem, albo przynajmniej z tym, co Draco uważał za takie. Biorąc pod uwagę, że nie był wężousty, nie mógł być pewien. W odpowiedzi spojrzał na bazyliszka. Dlaczego dar wężomowy musiał trafić do kogoś takiego jak Potter, który był tylko półkrwi oraz nie ślizgonem i nie mógł docenić takiego prezentu?
— Nie lubię ludzi, którzy mnie okłamują — powiedział Potter, jakby kontynuował rozmowę, którą rozpoczął Draco, nie zdając sobie z tego sprawy. Albo odpowiadał na głos na coś, co jego wąż powiedział po cichu.
Draco nienawidził myśli, że ludzie rozmawiają o nim w sposób, który nie mógł usłyszeć i odpowiedzieć.
— Chcę tylko wiedzieć o Komnacie Tajemnic — warknął. — Nie możesz mieć nic przeciwko dyskutowaniu o tym, inaczej nie rozmawiałbyś na ten temat z reporterami!
— To była jedyna osoba, która była zainteresowana Dashem, za to, że jest Dashem — powiedział Potter, a jego wzrok stał się surowszy. — Pan Lovegood był miły. Nie lubię rozmawiać o tym, co wydarzyło się w zeszłym roku. Ginny prawie wtedy umarła. Czy rozumiesz to?
Lovegood musi być nazwiskiem tej Luny - pomyślał Draco. Dobre czystokrwiste nazwisko, choć nieco zdeprawowane dziwnymi wierzeniami.
— Muszę znaleźć drogę do Komnaty Tajemnic — powiedział. — I wiedzieć, czy potrafię to zrobić, nie będąc wężoustym.
— Po co? — Potter potrząsnął głową, jak zbity z tropu pies. — Naprawdę nie ma tam nic, co chciałbyś zobaczyć. Jest wypełniona kości i jest ten brzydki posąg, a także zwłoki bazyliszka, którego tam zabiłem. — Przerwał i przechylił głowę, a Draco był pewien, że słucha czegoś, co powiedział jego waż. — Tak, cóż ten bazyliszek nie był tobą — wymamrotał Potter sekundę później, a Draco był jeszcze bardziej przekonany co do słuszności swojego wcześniejszego przekonania.
Draco zignorował niegrzeczność tego. Może gdyby był szczery, Potter by mu pomógł. Gryfoni lubili szczerość.
— Chcę własnego bazyliszka.
Potter spojrzał na niego ze zdziwieniem.
— Dlaczego? Dash jest świetny, ale nie jesteś wężousty i nie mógłbyś związać się z jednym z ich. I jest okropny jeśli chodzi o jedzenie i czasami po prostu jest nieznośny.
Bazyliszek pokazał swoje kły Potterowi, który tylko się roześmiał. Draco potrząsnął głową. Miałby bazyliszka o bardziej dostojnej nazwie niż ten. Zastanawiał się, dlaczego Potter wybrał takie imię i dlaczego bazyliszek się na nie godził.
— Myślę, że więź pozwoliłaby mi komunikować się z jednym, mimo że nie jestem wężousty — powiedział Draco. — Oraz…
Zastanawiał się, jak wytłumaczyć swoje odczucia wobec bazyliszków, jak się czuł, kiedy patrzył na niebezpieczną bestię na ramieniu Pottera. Jak obojętnie Potter ignorował spojrzenia, jakie otrzymywał za to, że go miał, jak uśmiechał się podczas tych cichych rozmów. Draco pragnął tego spokoju, pragnął tej odwagi, tego ducha.
I chciał kogoś, kto by się nim zaopiekował, tylko nim.
— Chodzi mi o to, że nie możesz związać się z bazyliszkiem, ponieważ nie jesteś wężousty — powiedział Potter. Patrzył na Draco z frustracją, jakby to Draco powodował tutaj problemy, a nie próbował ich rozwiązać. — To jest wymagany warunek. I musisz być też wężousty, żeby dostać się do Komnaty.
— Mógłbyś mnie do niej zabrać, jeśli byś chciał — powiedział Draco. — Możesz mnie tam zabrać i pokazać mi jaja bazyliszka, a zobaczymy, czy jeden by się nie wykluł, a bazyliszek nie wziąłby mnie za swojego pana.
Wąż na ramieniu Pottera syknął ostro, a Potter wyglądał na nieco zszokowanego. Ale zaczął mówić, zanim Draco zdążył się mocniej zastanowić, czym było to spowodowane.
— Nie możesz być panem bazyliszka. Tak mówi Dash. Musisz być jego partnerem, związany z nim, a jeśli nadal będziesz mówić o byciu jego panem, prawdopodobnie nie nadajesz się do tego w żaden sposób. Tak powiedział Dash — powtórzył, może dlatego, że widział jak widocznie Draco zamykał się emocjonalnie.
Draco jednak myślał o tym, jak chwalił się Blaise'owi, że sam będzie szukał Komnaty Tajemnic i nie będzie pytał nikogo, gdzie ona jest. Był sfrustrowany, ponieważ przez kilka dni próbował ją odnaleźć i niczego nie znalazł, więc uznał, że pójdzie na skróty i poprosi Pottera o pomoc.
Powinien był posłuchać swoich pierwszych instynktów, które mówiły mu, że Potter oczywiście nigdy nie będzie chciał pomóc Draco, ponieważ był ślizgonem.
Powinien był ich posłuchać.
— Bierzesz moje słowa i je przekręcasz — powiedział Draco. Jego głos drżał, a potem stwardniał. To było dobre. Wiedział, że jego ojciec nie byłby z niego dumny za poszukiwanie Pottera i błaganie go o pomoc, ale mógł to naprawić, stojąc teraz na własnych nogach. — Nie miałem na myśli, że zniewolę bazyliszka.
— Ale nadal uważasz, że by ci służył — stwierdził Potter. — Jak Zgredek. Nadal byłbyś najważniejszy w związku.
Draco spojrzał na Pottera nie odpowiadając. Czy nie widział jak bardzo był obłudny? To on nosił bazyliszka na ramieniu i nazwał go takim imieniem jak Dash. Pozwolił dyrektorowi użyć luster i trucizny, aby go powstrzymać. To on krzywdził swojego bazyliszka, jeśli już była o tym mowa.
— Nie powinienem był do ciebie przychodzić — powiedział Draco. Odwrócił się i wyszedł z alejki.
Potter zawołał za nim, próbując skłonić go do powrotu, ale Draco tego nie zrobił i znów był zadowolony oraz dumny z siebie, gdy odchodził. Był słaby. W porządku. Zapłacił za to i już nigdy nie będzie taki słaby.
Przynajmniej zdarzyło się to na osobności. Wyjdzie stąd, znajdzie Komnatę i wykluje własnego bazyliszka przy ogniu. A może znalazłby ropuchę i kurze jajo, wykluwając w tradycyjny sposób bazyliszka. Istniały bazyliszki wyhodowane przez czarodziejów, którzy nie byli wężouści. Draco przeprowadzi na ten temat badania.
Tak czy inaczej będzie wolny. Nie byłby zależny od Pottera, bazyliszka Pottera, profesora Snape'a, swojego ojca ani od nikogo innego. Będzie miał bazyliszka, którego chciał. Czy to będzie sługa, przyjaciel lub cokolwiek, co zechce.
Zrobi to.
OoO
Severus następnego ranka zajął swoje miejsce przy stole nauczycielskim w Wielkiej Sali, mając wiele do przemyślenia.
Po pierwsze Black nie wrócił i nie skonfrontował się z nim na temat jego rewelacji ani sposobu, w jaki Severus go potraktował, gdy odkrył Blacka ukrywającego się pod peleryną niewidką, ani z powodu przeszłych konfliktów Severusa z Huncwotami czy czegokolwiek innego. Znając zwyczajowe zachowanie Blacka, gdy był zdenerwowany, upokorzony, wyśmiewany, a nawet gdy lekko udaremniono się jego plany, Severus podejrzewał, że Albus powstrzymał Blacka.
Po drugie, Potter nadal przechadzał się korytarzami i uczestniczył w zajęciach Lupina bez spekulacyjnych spojrzeń rzucanych profesorowi. To wskazywało Severusowi, że Black i Lupin nie powiedzieli Potterowio prawdy o likantropii Lupina.
To było wspaniałe. Wyjawienie tego było dla Severusa niczym klejnot, którym mógł się zachwycać. Nie wiedział, czy kiedykolwiek go użyje, tak samo jak nie mógłby sprzedać drogocennego kamienia, gdyby miał go szczęście odziedziczyć lub nabyć, którego nie potrzebował do eliksirów. Ale czasami mógłby dotknąć go w swoim umyśle i patrzeć, jak błyszczy.
I wreszcie Potter przyszedł na wczorajsze eliksiry i rzucił mu długie spojrzenie, ale nie powiedział nic Severusowi na temat Blacka. Black musiał mu powiedzieć. Oczywiście, że tak. Severus nie mógł pojąć myśli Pottera, ale mimo to wydawało się, że pozostawił tę sprawę między dorosłymi.
Severus znał niewiele dzieci, które podeszłyby to tego w tak rozsądny sposób. Nawet Draco powiedziałby coś Severusowi, gdyby doszło do podobnego konfliktu między Severusem a Lucjuszem.
Potter mógł być jednym z tych, którzy mogliby się częściowo uczyć, nawet bez podstępów Severusa.
A teraz Potter pochylał się, by porozmawiać ze swoimi przyjaciółmi, ale jego wzrok padł na stół Slytherinu, gdzie Draco agresywnie spożywał posiłek, wbijając widelec w jedzenie niemalże wystarczająco mocno, aby go złamać. Severus uniósł brwi. Potter nie wyglądał, jakby spiskował przeciwko Draco. Ze wszystkich rzeczy wyglądał na zmartwionego o niego.
— Severusie? Chcę z tobą porozmawiać w moim gabinecie.
I to był Albus. Severus wstał z łatwością, a jego spojrzenie powędrowało tam i z powrotem od twarzy do twarzy, zauważając że Lupin i Black byli nieobecni przy stole, gdzie zwykle siedzieli, chociaż ubiegłej nocy nie było pełni księżyca. Potter wciąż patrzył na Draco, a nie na Severusa.
Życie jest teraz ciekawsze niż w przeciągu ostatnich lat.
