Itachi odprowadził Irukę wzrokiem, czując jak przygnębienie ogarnia jego duszę. Był ostatnią osobą, która chciałaby doprowadzić do rozbicia czyjegoś związku. A mimo to. Właśnie się to działo. W Iruce wciąż było tak wiele żalu. Patrzył na Itachiego niemal z nienawiścią.
Pomyślał, że był przyzwyczajony do bycia znienawidzonym przez ludzi, którzy nie mieli całego oglądu sytuacji i wydarzeń. Do nienawiści ludzi, którzy mieli tylko swój punkt widzenia i myśleli, że wiedzą najlepiej. Znosił nienawiść Sasuke, Kakashiego, całej Konohy. A teraz, z zupełnie innego powodu, ten uparty nauczyciel darzył go bardzo podobną nienawiścią. Bolało. Sam nie wiedział, dlaczego, ale jakoś nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego. Częściowo chodziło o Kakashiego i jego życie, ale Itachi czuł, że nie tylko. Nie. Chodziło o samego Irukę. O Irukę, który, choć był przeciętnym, raczej szarym ninją i na pierwszy rzut oka też przeciętnym, niezbyt fascynującym człowiekiem, wzbudzał jego ogromny szacunek. Zainteresował się nim z powodu Sasuke. Chciał upewnić się, że jego młodszy brat jest w dobrych rękach. Obserwował więc młodego senseia. Wkrótce dotarło do niego, że Iruka jest chyba najbardziej prawym, skromnym i pracowitym ninja w całej Konosze. Do tego dość samotnym, w tamtym czasie. Miał tylko kolegów po fachu i jednego przyjaciela, który zresztą okazał się zdrajcą…
Itachi zwiesił głowę. Nie można było się dziwić problemom z zaufaniem Iruki. Naprawdę chciał się z nim spotkać i porozmawiać, wyjaśnić…
Jego lodowate słowa na nowo zadźwięczały w głowie Uchihy: Nie potrzebuję twoich wyjaśnień.
Co za uparty człowiek - pomyślał Itachi, poirytowany. Odwrócił wzrok od wychodzącego z biblioteki Iruki i skierował swoje kroki w głąb biblioteki. Prędko napotkał wpatrujące się w niego duże, ciemne oczy. Kabuto. Ich spojrzenia się spotkały. No tak. Przecież po to tu przyszedł. Niemal zapomniał. Widział Yakushiego wchodzącego do biblioteki, ruszył więc tam tak prędko, jak tylko jego obowiązki mu na to pozwoliły, mając nadzieję, że jeszcze go tam zastanie. Od dwóch dni próbował się z nim spotkać. Na próżno. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Kabuto go unika. Normalnie znalezienie go w tej wiosce nie powinno przysparzać mu trudności.
Itachi ruszył w jego stronę, nie spuszczając go z oczu, jak gdyby obawiał się, że ten postanowi uciec. Miał złe przeczucia. Nie podobało mu się też, że był świadkiem jego rozmowy z Iruką. Z pewnością nie mógł ich usłyszeć z tej odległości, ale po samej mowie ciała widać było, że mieli jakiś problem. Nie chciał mu tego wyjaśniać. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Wszystko to było zbyt zawiłe.
Kabuto nie zdawał się być szczęśliwy na widok Itachiego. Gdy zbliżył się, obdarował go jedynie bladym uśmiechem.
- Kabuto - Itachi też chciał się uśmiechnąć, ale był prawie pewny, że mu to nie wyszło. Jego żołądek zdążył już zawiązać się w ciasny, bolesny supeł. Znał to uczucie aż za dobrze.
- Cześć, Itachi - odparł Kabuto i opuścił wzrok, jak dziecko, które zrobiło coś złego.
- Mogę? - spytał, wskazując miejsce naprzeciwko niego, przy stole. Kabuto obłożony był notatkami i książkami, a jego palce były już poplamione tuszem z pióra. - Jesteś bardzo zajęty?
- Właściwie to… - odchrząknął i znów uciekł gdzieś wzrokiem. - Nie, to znaczy…
- Nie zajmę ci całego dnia - obiecał i usiadł na drewnianym krześle, po czym założył ręce na piersiach, wpatrując się w Kabuto i myśląc, od czego zacząć. Teraz był już niemal pewien, że go unikał. Jego mowa ciała mówiła sama za siebie. Nagle Kabuto zaczął rozglądać się na boki. Itachi zmarszczył brwi. Widział już, że nie było sensu owijać w bawełnę. - Co się dzieje? - spytał cicho. - Wiem, kiedy ktoś mnie unika. Udało ci się to, bo jesteś bardzo utalentowanym szpiegiem, ale…
- Nie jestem już szpiegiem. Jestem medykiem - powiedział, wyglądając na niemal obrażonego.
- Przepraszam - zreflektował się Itachi. - A więc byłeś. Co się dzieje?
Kabuto również założył ręce na piersiach, po czym rzucił mu krótkie, ostre spojrzenie i znów uciekł wzrokiem.
- Nic się nie dzieje. Jestem zajęty. Mam pracę w szpitalu, praktyki i materiał do przyswojenia na egzamin.
- Mhm… i uczysz się w domu ze słuchawkami na uszach, bo nie słyszysz mojego pukania? - Itachi westchnął z rezygnacją, a Kabuto zaczerwienił się. Bingo. Był wtedy w domu.
Yakushi odchrząknął.
- Dobrze, powiem ci, co się dzieje. Nie sądzę, że ja i ty, że my… że to dobry pomysł - wyszeptał pospiesznie, a jego blada zwykle twarz zapłonęła żywym ogniem.
Równie dobrze mógłby dźgnąć go bardzo głęboko kunai. Zapewne ból byłby porównywalny. Itachi przełknął ślinę i odchylił się nieco. Nie można było nikogo zmusić do miłości, ale… on kłamał. I to kiepsko.
- Faktycznie wyszedłeś z wprawy jako szpieg. Beznadziejny z ciebie kłamca. A to oznacza, że tak naprawdę mówisz to, co myślisz że powinieneś powiedzieć. Ale nie chcesz tego. Jestem pewien, że stać cię na lepsze przedstawienie. Dlatego spytam raz jeszcze: co się dzieje?
Kabuto zacisnął szczęki.
- To, co powiedziałem. Ja i ty, to kiepski pomysł.
- OK… Dlaczego tak uważasz?
Kabuto westchnął ciężko i odłożył pióro.
- To niezbyt dobre miejsce na takie rozmowy.
Itachi miał ochotę gorzko się roześmiać. Już to dzisiaj usłyszał, dosłownie przed chwilą.
- Dobrze… W takim razie spotkajmy się. Tylko nie unikaj mnie znowu. Nie uważasz, że mamy do pogadania?
Szczęka Kabuto zadrżała.
- Spójrz na mnie - Yakushi posłusznie podniósł głowę. Uchiha nie był pewien, czy mu się tylko wydawało, czy źrenice Kabuto rozszerzyły się nieco. - Kiedy znajdziesz dla mnie czas?
Kabuto westchnął ciężko.
- Dla twojego dobra lepiej by było, gdyby ludzie nie widzieli nawet, że rozmawiamy…
Więc o to chodziło?...
- Nie rozumiem - odrzekł jednak, niezadowolony takim wyjaśnieniem.
Kabuto przełknął ślinę i strzelił kostkami w palcach, coraz bardziej podenerwowany.
- Czego nie rozumiesz? Dlaczego Itachi Uchiha, bohater Konohy, miałby choćby chcieć się zadawać ze zbirem, który gdyby nie był jakoś użyteczny, siedziałby dziś w więzieniu do końca swoich dni? Dlaczego? Naprawdę nie rozumiesz? Ludzie mnie nienawidzą, nie ufają mi za grosz. Trudno się im zresztą dziwić. Jak myślisz, jak związek ze mną wpłynie na ciebie? Co ci wszyscy ludzie zaczną o tobie myśleć? Może nawet cię zdegradują, albo będą utrudniać karierę… Utrudniać życie.
- Ludzie. To jest twój problem? Co ludzie pomyślą? Naprawdę? Bo mnie to nie zajmuje. Ani trochę. Nie pamiętasz już, co zrobiłem? Jestem przyzwyczajony do tego, że ludzie mnie nienawidzą. I nic sobie z tego nie robię, wiesz? Czynię to, co wydaje mi się w danym momencie słuszne. Dokonuję takich wyborów, jakie wydają mi się najlepsze, a teraz… teraz wybieram ciebie. I nie dbam ani trochę o karierę, o opinie innych, ani o swoje miejsce w szeregu tutaj. Ani trochę. Więc lepiej przestań kręcić i powiedz mi, o co tak naprawdę chodzi.
Samotna łza spłynęła po policzku Kabuto. Starł ją niecierpliwym ruchem dłoni.
- Trywializujesz sprawę. Nie chodzi o to, co sobie myślą ludzie per se. Chodzi o to, że… mogę źle wpłynąć na twoje życie. Boję się tego. Nie chcę tego dla ciebie. Nie chcę, bo… kocham cię. Ale wiem, że na ciebie nie zasługuję. Po prostu.
Itachi uniósł brwi do góry.
- Naprawdę? To dlatego mnie unikałeś?
- Tak.
Kabuto opowiedział mu o spotkaniu z Kakashim.
- Jest strasznie cięty na mnie teraz. Co by mnie w ogóle nie dziwiło, ale wcześniej zachowywał się inaczej. To nie jest tak, że nagle dałem mu jakiś powód. Nie wiem… Może miał kiepski dzień. Hokage też człowiek, jakby nie było.
Itachi zasępił się. Teraz Kakashi będzie odgrywał się na Kabuto, tak? Pożałował tego ostentacyjnego pocałunku pod jego oknem. Całe szczęście Kabuto nie połączył kropek. Nie miał zresztą jak, nie dysponował kluczowymi informacjami.
Nagle Itachi zdał sobie sprawę z tego, że Kabuto nie wie nic o jego romantycznej przeszłości. Nie wie ani o Kakashim, ani o Deidarze…
- Tak… Hokage też człowiek, dobrze powiedziane - odparł Itachi. Nagle zirytował go fakt, że Hatake został hokage. W innej sytuacji inaczej by sobie z nim porozmawiał.
Itachi westchnął ciężko. Wygląda na to, że cała ich czwórka jest w stanie konfliktu. Nawet on i Kabuto nie mogą już dojść ze sobą do ładu…
- Kiedy znów się z nim widzisz?
- Hm. Wtorek. Co wtorek mam składać mu raporty - odparł.
Itachi zasępił się. Faktycznie, miało sens to co mówił. Nie mógł go znaleźć od wtorku.
- Unikasz mnie od rozmowy z nim - zauważył.
- To nie tak, to po prostu… dało mi do myślenia. Nie powiedział mi przecież, żebym trzymał się od ciebie z daleka, czy coś…
I pomyśleć, że on miał wyrzuty sumienia i próbował ratować związek jego i Iruki. Nagle oboje, Hatake i sensei, zaczęli go wybitnie drażnić. W jakimś sensie Kabuto miał rację. Ich relacja mogła na przykład skonfliktować go z Kakashim. Może przez ich dawną zażyłość, może przez to, że hokage naprawdę nie ufał Yakushiemu, a może z powodu obu tych czynników. Tak czy siak… To było poniżej pasa. Nie zamierzał rezygnować z Kabuto, dlatego że Kakashi ma z tym jakiś problem. Poza tym, jeśli tak jest, może nie kocha Iruki tak, jak powinien.
- Posłuchaj mnie. Jesteśmy wolnymi ludźmi…
- Mów za siebie - bąknął Kabuto, który właśnie bezwiednie szkicował na arkuszu papieru trójkąty i kwadraty.
Itachi zamrugał. Fakt, to było bardzo nietrafione stwierdzenie. Kabuto nie mógł nawet opuścić Konohy. Przynajmniej póki co.
- Chcę tylko powiedzieć, że jesteśmy dorośli i nikt, nawet hokage, nie może ci choćby sugerować…
- Itachi, owszem, jesteśmy dorośli, nie tłumacz mi oczywistości. Po prostu się o ciebie zmartwiłem. Nie chciałem przysporzyć ci kłopotów i nieprzyjemności. Tyle.
- I byłeś gotów ot tak… mnie odrzucić?
- Ja też staram się postępować właściwie - odparł, niezwruszony.
Itachi zamyślił się. Kabuto podobał mu się coraz bardziej. Miał naprawdę piękne serce. Piękne i smutne.
- Zależy mi na tobie - powiedział w końcu. - Nie myśl, że gdybyś nagle zniknął, to byłoby dla mnie dobre. To byłoby najgorsze, wiesz?
Łzy znów zebrały się w dużych oczach Yakushiego.
- Hej… nie ma powodów do płaczu… - Itachi wyciągnął rękę w jego stronę i chwycił go delikatnie za nadgarstek. Kabuto drgnął i chciał cofnąć dłoń, ale Itachi zacisnął palce nieco mocniej. - Przestań się przejmować ludźmi. Przestań w ogóle marnować swoją energię w ten sposób. Przestań się zadręczać.
- Łatwo ci mówić…
- Czyżby?
Kabuto spojrzał na niego z przestrachem w oczach.
- Wiem doskonale jak to jest, gdy wszyscy wokół cię nienawidzą - ciągnął Itachi. - Albo się ciebie boją.
- Nie było cię w Konosze…
- Byłem w Akatsuki. Zresztą nie zgadzam się z tobą. Nasza relacja prędzej pomoże tobie niż zaszkodzi mnie. Przestań się tym zamartwiać. Zacznij żyć - na ostatnie dwa słowa położył większy nacisk.
Kabuto spojrzał na niego szeroko otwartymi oczami. Łzy uciekły spod jego powiek, gdy zacisnął nagle powieki. Gdy na powrót otworzył oczy, Itachi wiedział, że właśnie podjął jakąś decyzję. Puścił jego nadgarstek i odchylił się nieco na krześle. Czekał.
- Mnie też na tobie zależy. Dlatego chciałem się od ciebie odsunąć.
Itachi zaśmiał się cicho. W kontekście ich rozmowy miało to sens, ale wciąż brzmiało całkiem bez sensu.
- Wiem, rozumiem - odparł.
- No i nie jestem gotowy na… zbytnie afiszowanie się z naszą relacją.
- A ja na intensywne ukrywanie się. To i tak nie ma sensu.
- Dobrze… myślę, że coś pomiędzy będzie dobrym rozwiązaniem.
- Wstydzisz się mnie? - Itachi postanowił zażartować, chcąc rozładować napiętą atmosferę. Miał dosyć dramatów jak na jeden dzień.
- Raczej boję się twoich zazdrosnych fanów i fanek - zachichotał.
- Och? Mam jakichś?
- Zapewne całe mnóstwo.
Itachi uśmiechnął się ciepło do Kabuto.
- Najwyższa pora, żebyś dał się zaprosić na randkę.
Kabuto znów poczerwieniał nieco.
- W miejsce publiczne?
- Owszem, już ci mówiłem, nie pozwolę ci się zaszyć jedynie w domu i szpitalu.
- Jest jeszcze biblioteka, nie zapominaj o bibliotece - wymamrotał, poprawiając okrągłe okulary na nosie.
- Kabuto, jesteś niemożliwym molem książkowym - zaśmiał się Itachi.
- Hm, wszystko jedno.
Uchiha spojrzał na niego z rozrzewnieniem, ale jednocześnie coś bolesnego odezwało się w jego piersi. To małe "hm" o kimś mu przypomniało.
Z zamyślenia wyrwało go intensywne spojrzenie Kabuto. Zamrugał.
- No? To co proponujesz?
Itachi uśmiechnął się.
- Zabiorę cię do mojej ulubionej herbaciarni. Jeszcze tu jest, sprawdziłem. A potem na spacer.
A potem…
Kabuto wzruszył ramionami, jakby nagle postanowił udawać niedostępnego. Dość nieudolnie zresztą. I fascynująco uroczo.
- W porządku, brzmi dobrze. Pokażesz mi Konohę, bo masz rację, kursuję tylko szpital-dom, i dom-szpital.
- I biblioteka, nie zapominaj o bibliotece - zaśmiał się Itachi. Część nagromadzonego ciężaru wreszcie spadła z jego piersi. Poczuł się, jakby znów mógł oddychać. Perspektywa spędzenia czasu z Kabuto napawała go czystą radością.
Kabuto uśmiechnął się i poprawił okulary na nosie.
- I biblioteka - potwierdził.
- To co? Jutro po pracy?
- Jeśli nie wezwą cię na misję - Kabuto spojrzał wymownie na jego uniform Anbu. - Ładne wdzianko, swoją drogą.
Itachi zmrużył oczy, uśmiechając się.
- Na pewno lepsze od płaszcza Akatsuki - zauważył. - Okej, skup się wreszcie, o której jesteś wolny?
Kabuto wydął usta, myśląc.
- O 18:00, z tego co pamiętam.
- Uh, późno!
- Najpierw praktyki, potem praca…
- Rozumiem. Będę na ciebie czekał kilka minut po 18:00 pod szpitalem.
Młody medyk skinął głową.
- W porządku.
