Chłodne powiewy wiatru drażniły rozgrzane policzki Asha, niezbyt skutecznie obniżając ich temperaturę. Jego niemal nieruchomy wzrok, skupiony na podążającej tuż przed nim sylwetce Eijiego, zdawał się nie zauważać niczego, co wykraczało poza granice jego ciała. Wydawało się niemożliwe, by jego oczy mogły zarejestrować cokolwiek innego, by jego umysł uznał jakikolwiek inny obraz za godny uwagi.

Trzecim w kolejności miejscem, do którego zmierzali była wspomniana przez Shortera kręgielnia. Trzecim, a zarazem ostatnim – pomyślał Ash, przyspieszając kroku, by nie stracić go z zasięgu wzroku, gdy jego postać powoli znikała za solidnymi, drewnianymi drzwiami.

Ogromna przestrzeń z rzędem połyskujących torów, paradoksalnie przytłaczała różnorodnością barw i dźwięków, wydobywających się z głośników i gardeł tłoczących się w kilkuosobowych grupkach ludzi.

Stojąc nieco dalej, Ash nieprzerwanie wpatrywał się w roześmianą twarz Eijiego, który nadzwyczaj dobrze odnajdywał się w towarzystwie najbliższych mu osób. Jak zareagowałby na wiadomość, że oprócz nich w jego życiu istnieje tylko jedna osoba, której gotów byłby powierzyć własne życie?

W jakim świetle, by go to stawiało?

Na myśl o potencjalnym wyjawieniu prawdy poczuł na skórze nieprzyjemne mrowienie. Nie potrafił wyobrazić sobie, że konieczne w takiej sytuacji słowa opuszczają jego gardło, że jego usta są zdolne wypowiedzieć je na głos, tak by ta aspirująca na najważniejszy, żywy element jego życia osoba usłyszała i ostatecznie zrozumiała ich sens.

– Ash! Twoja kolej – zawołał Sing, gdy po raz kolejny dzisiejszego wieczora myśli Asha zawędrowały znacznie dalej niż rozgrywająca się aktualnie teraźniejszość.

Ash podniósł się z miejsca, które było równie odległe jak jego myśli i chwyciwszy kulę, zbliżył swoje stopy do krawędzi toru. Dobiegające go z każdej strony dźwięki, zdawały się być niezwykle odległe, docierały przytłumione, niepełne. Westchnąwszy cicho, skupił wzrok na odległym celu i wypuściwszy kulę, obserwował jak sunie po gładkiej powierzchni, by w końcowym odcinku zburzyć wszystko, co stanęło jej na drodze. Po chwili jego spojrzenie powędrowało do zawieszonego tuż nad nim monitora i z wyraźną ulgą zarejestrowało, że koniec jest już bliski.

– Nie cieszy cię prawdopodobne zwycięstwo, Ash? – zapytał Alex, bacznie przyglądając się wracającemu na miejsce przyjacielowi. Jego niewzruszony wyraz twarzy wzbudził w nim ciekawość i lekkie zdezorientowanie.

– Nie posiadam się z radości – odparł beznamiętnym tonem.

Jedyne spojrzenie, na które zareagował należało do Eijiego. Czując na sobie, wwiercające się w niego czekoladowe tęczówki, nie potrafił ich zlekceważyć, nie chciał zostawiać ich bez odpowiedzi. Słowa były całkowicie zbędne, przekaz wpatrzonych w siebie oczu był jednoznaczny.

– Jeszcze raz. Tym razem stanę na podium – odezwał się Sing, gdy runda pierwsza dobiegła końca, a zdobyte punkty ulokowały go na ostatnim miejscu.

– To prawda, tym razem staniesz na podium – zgodził się Ash, sięgając pod stolik po swoje czerwone trampki.

– A wy dokąd? – zdziwił się Alex, dostrzegając Eijiego, który najwyraźniej również szykował się do opuszczenia ich towarzystwa.

– Męczy mnie hałas – wyjaśnił lakonicznie Ash.

Eiji w odpowiedzi zgodził się bezgłośnie z wypowiedzianymi przed chwilą słowami Asha i spuściwszy wzrok, skupił go na czarnych sznurówkach swoich równie czarnych trampek.

– Spotkamy się później? – dopytał Sing, odnosząc trafne wrażenie, że Ash nie zamierza zdradzić żadnych konkretnych szczegółów.

– Niewykluczone – rzucił krótko. – Gotowy? – zwrócił się ciszej do Eijiego.

Eiji skinął głową, posyłając mu delikatny uśmiech i rzuciwszy szybkie do zobaczenia, ruszył w stronę wyjścia. Idący tuż za nim Ash, niezwykle wyraźnie czuł na sobie odprowadzające ich spojrzenia przyjaciół. Wiedział, że co najmniej jedna para oczu w pełni rozumiała, dlaczego samotność z Eijim była dla niego bardziej kusząca i pożądana. Dlaczego zrobiłby w tej chwili wszystko, by mieć go tylko dla siebie.

– Plaża? – odezwał się Eiji, gdy ich stopy stanęły na popękanej płycie chodnika.

– Ok – zgodził się od razu, świadomy że przystałby na wszystko, co zaproponowałby stojący tuż przed nim chłopak.

Chłodne powiewy wiatru wezbrały na sile, gdy dotarli do celu, przedarłszy się wcześniej przez zatłoczone ulice Los Angeles. Zaczepiani co jakiś czas przez będące pod wpływem nieznanych im substancji osoby, stosunkowo krótki odcinek pokonali w nadzwyczaj wydłużonym czasie.

– Przyjemna odmiana – stwierdził Ash, siadając na piasku.

Znalazłszy idealne miejsce tuż przy nieczynnej już budce ratownika, odgrodzili się skutecznie od zachodniej, bardziej zatłoczonej części plaży.

– Tak, bardzo przyjemna – przyznał Eiji, odchylając się do tyłu. Jego dłonie zakopały się głębiej w drobnym piasku, a rozbieganym spojrzeniem powiódł po gwieździstym sklepieniu nocnego nieba.

Uczyniwszy to samo, prawa dłoń Asha natrafiła na palce Eijiego, całkiem naturalnie dopasowując się do ich kształtu, gdy swobodnie spoczęła na wierzchu jego dłoni.

– Meteor – powiedział Eiji, dostrzegając sunący po niebie jasny punkt.

– Bardzo ładnie, Eiji – pochwalił go Ash, z łatwością odnajdując na niebie właściwe miejsce.

Eiji posłał mu lekko naburmuszone spojrzenie, jednak gdy to radosne Asha napotkało jego, rysy twarzy uległy złagodzeniu, poddając się rodzącym się w nim uczuciom.

– Shorter mówił, że... – zaczął Eiji, ale słysząc niezadowolenie Asha, wyrażające się przeciągłym westchnieniem, zawahał się nie wiedząc czy mówić dalej.

– Już się boję... – rzucił zrezygnowany.

– Niepotrzebnie – zareagował szybko Eiji. – W zasadzie nie usłyszałem od niego ani od Singa czy Alexa żadnego złego słowa na twój temat. Oni... widać, że jesteś dla nich bardzo ważny.

– ...Co takiego powiedział Shorter? – zapytał po chwili, celowo unikając tematu więzów jakie ich łączą.

Nadal nie czuł się gotowy, by o tym mówić, a przynajmniej nie w tej chwili. Temat potencjalnego niewygodnego komentarza jego najlepszego przyjaciela zdawał się być niepomiernie łatwiejszy do udźwignięcia.

– Że najciekawsze rozmowy jakie przeprowadził w swoim życiu były z twoim udziałem – wyznał Eiji. Zaskoczenie Asha nie powstrzymało go tym razem przed kontynuacją. – Przyznam, że doskonale rozumiem, co miał na myśli. Ja również bardzo lubię z tobą rozmawiać.

– Dla mnie... – zaczął Ash, starając się by słowa, które wypowie uchwyciły wszystko, czym chciał się z nim podzielić. Skupione na nim spojrzenie Eijiego sprawiło, że umysł odniósł porażkę, próbując ubrać w słowa to, co skrywał głęboko w swoim sercu.

– Dla ciebie? – cichy głos Eijiego opuścił jego gardło.

– ...Przy tobie nie czuję się sobą, Eiji i szczerze mówiąc, jest to niesamowicie przyjemne uczucie. Będąc z tobą, mógłbym nawet zaakceptować to kim jestem, to jaki jestem.

– Nic dziwnego. Niczego bym w tobie nie zmienił, Ash.

– Ani jednej rzeczy? – zapytał z niedowierzaniem, odnosząc wrażenie, że całe jego ciało spowiła niewidzialna powłoka, unosząca go nad ziemią niczym mydlana bańka, którą z łatwością mógłby zniszczyć najdrobniejszy ruch.

– Nie. Ani jednej – zapewnił, nie odrywając od niego oczu.

– Dlaczego? Czy nie byłoby łatwiej...

– Ponieważ to w takiej wersji Asha się zakochałem. Nie chcę jej zmieniać – głos Eijiego rozbrzmiał ponownie, nie pozwalając mu dokończyć.

Słowa, którego użył nie można było już cofnąć. Przekaz jaki krył się za nim był oczywisty, istniało tylko jedno słuszne wyjaśnienie. Eiji cierpliwie czekał, aż wzrok Asha wyostrzy się na tyle, że widok jego twarzy będzie dla niego wyraźny, a sam charakter spojrzenia zdradzi, że jego słowa dotarły do niego, że zrozumiał ich sens.

– Co jeżeli... co jeżeli zaślepia cię uczucie do mnie?

– To nie ma znaczenia, ponieważ nie planuję przestać cię nim darzyć.

Ash zawahał się z podzieleniem się jakąkolwiek odpowiedzią. Emocje, które w tej chwili nim zawładnęły były tak silne, że zapragnął uwierzyć, przestać poddawać w wątpliwość każde słowo i gest Eijiego.

– Ash... – usłyszał swoje imię. Piękna twarz Eijiego znalazła się tuż przy jego, potęgując wrażenie cudownego snu, którego doświadczał jego nieświadomy umysł. – Przesadziłem? Powiedziałem za wiele? – zapytał cicho, a w jego głosie Ash wyczuł niepewność.

– Nie. To ja... cały czas przetwarzam. Staram się uwierzyć.

Eiji uśmiechnął się, po raz kolejny sprawiając, że ciało Asha przeszyło przyjemne ciepło i uniósłszy rękę, przyłożył otwartą dłoń do jego ciepłego policzka.

– W takim razie pospiesz się – powiedział, nie przestając się uśmiechać – zaczynam się trochę niecierpliwić.

Ash roześmiał się cicho, coraz silniej ufając własnym zmysłom, coraz bardziej zawierzając jego słowom, coraz skuteczniej zagłuszając wewnętrzny głos zwątpienia.

Poddając się całkowicie naiwnej, ale jakże trafnej interpretacji zachowań Eijiego, przyciągany przez jego niesamowite spojrzenie poruszył się, natrafiając na jego miękkie, znajome już w dotyku usta.

– Szybko ci poszło – stwierdził cicho Eiji, nie tracąc z nim kontaktu.

– Czułem presję – jego równie cichy głos rozszedł się przyjemną falą ciepła, drażniąc delikatnie skórę Eijiego.

– Przepraszam? – uśmiechnął się, uwalniając więzioną w piasku dłoń.

Dotknąwszy jego twarzy, ruchem przerwał fizyczną więź jaka łączyła ich usta i powiódłszy po nich opuszką palca, przywarł do nich raz jeszcze, tym razem mocniej, zachłanniej.

Toczące się w oddali rozmowy, śmiech zebranych nieopodal ludzi, hałas silników wydobywających się z przejeżdżających po wąskiej ulicy samochodów – to wszystko nie istniało, było nic nie znaczącym tłem, szumem na który żaden z nich nie reagował.

– Widzisz ten zbiór gwiazd po lewej w kształcie litery 'W'? – zapytał Ash, bawiąc się nieprzerwanie palcami, leżącego tuż obok niego na chłodnym piasku chłopaka.

Eiji skierował tam swoje zaciekawione spojrzenie, a gdy natrafił jego zdaniem na właściwe, ciche tak wdarło się wprost do ucha Asha.

– To gwiazdozbiór Kasjopei – oznajmił, wpatrując się w tworzące go gwiazdy.

– Słyszałeś to już pewnie wiele razy, ale... jesteś całkiem mądry, prawda? – powiedział Eiji, zerkając na niego z uśmiechem.

– Wiem to i owo – przyznał nieskromnie, odwzajemniając uśmiech.

– Przyznam, że zastanawiało mnie to od samego początku – zaczął Eiji, podpierając się na łokciu, by mieć lepszy widok na jego oczy, by najdrobniejsza zmiana na jego twarzy nie umknęła jego uwadze. – Być może tutaj jest inaczej, ale w moim kraju, mając tyle lat co ty... moim głównym zajęciem byłaby nauka w szkole.

Nawet najdrobniejszy mięsień nie drgnął na twarzy Asha. Nie mając pewności, jak interpretować taką reakcję, a raczej jej brak, głos Eijiego rozbrzmiał ponownie.

– Przepraszam. Jeżeli nie chcesz, nie musisz tego komentować.

Tym razem wyraz twarzy Asha zmienił się bardzo wyraźnie. Wprawiając w drżenie mięśnie, zaśmiał się cicho, a jego usta poruszyły się, mówiąc:

– W zeszłym roku ukończyłem matematykę na uniwersytecieColumbia.

Szok jaki malował się na twarzy Eijiego popchnął Asha, by mówić dalej.

– Odkąd pamiętam nauka przychodziła mi z dużą łatwością. W zasadzie... uzależniłem się od niej. Podobało mi się, że mam nad tym kontrolę, że to ja decyduję o kierunku, w którym chcę podążyć, co nowego chcę przyswoić, co chcę zrozumieć. – Przerwał na moment, ale widząc, że Eiji nadal przetwarza zdobyte informacje, zdecydował się kontynuować. – Decyzja o rozpoczęciu studiów była dla mnie bardzo trudna. Domyślasz się zapewne, że koszty na takiej uczelni są bardzo wysokie, a ja... byłem jeszcze dzieckiem.

– Rodzice wahali się ze względu na twój wiek? – zapytał Eiji, odzyskawszy zdolność mówienia.

– To ja byłem tym, który się wahał.

– Nie rozumiem – przyznał powoli. Czuł, że rozmowa wkracza na wyjątkowo niebezpieczny i trudny dla Asha grunt.

Ash milczał. Gonitwa myśli, której doświadczał w tej chwili uniemożliwiała wypowiedzenie choćby słowa.

– W porządku, Ash. Nie musimy teraz o tym rozmawiać – łagodny głos Eijiego dotarł do niego, sprawiając, że zapragnął wyznać wszystko. Podzielić się z nim całym swoim życiem, wszystkim co go spotkało.

– Daj mi chwilę – poprosił, zamykając na krótką chwilę oczy.

Wziąwszy głęboki wdech, wtłoczył w swoje płuca życiodajne powietrze i uniósłszy powieki, powrócił spojrzeniem do Eijiego.

– W wieku ośmiu lat trafiłem do domu dziecka – spokojne brzmienie własnego głosu zaskoczyło Asha, zaś treść samej wypowiedzi zszokowała Eijiego. – Moja... matka nie była stworzona do posiadania dziecka, a tym bardziej do sprawowania nad nim jakiejkolwiek opieki. Nie interesowało ją nic poza nią samą. Rzadko ze mną rozmawiała, nie pamiętam by kiedykolwiek wykazała choć cień zainteresowania. Przebywając z nią, wątpiłem we własne istnienie.

Do oczu Eijiego napłynęły łzy, a jego ręka odruchowo powędrowała do ciepłego policzka Asha.

– Tak mi przykro, Ash.

Na bardzo krótką chwilę zapadła cisza, którą sekundy później przerwał głos Asha.

– Któregoś dnia nie wróciła do domu, a ja... nadal nie wiem dlaczego, nie wiem gdzie jest... nie wiem nawet czy żyje.

– A twój ojciec? – zapytał Eiji, czując jak po jego policzku spływa kolejna już łza.

– Dowiedziałem się o jego istnieniu cztery lata później, miałem wtedy dwanaście lat.

– I od tamtej pory to on cię wychowywał?

– Nie. Wychowywał mnie Max, jeden z pracowników sierocińca, w którym przebywałem. Gdy miałem dziesięć lat, stał się moim pełnoprawnym opiekunem. Mieszkałem z nim do piętnastego roku życia. Wyprowadziłem się krótko po narodzinach jego syna.

– Dlaczego?

– On i jego żona Jessica zaczynali tworzyć prawdziwą rodzinę, a ja... czułem, że... mogę nie wpasować się w ten idealny obraz.

– Jestem przekonany, że ty i Max również tworzyliście prawdziwą rodzinę, że...

– Max jest wyjątkowym człowiekiem, wiele mu zawdzięczam – odezwał się Ash, przykładając otwartą dłoń do tej Eijiego, która przez cały ten czas spoczywała na jego policzku. – Nie chciałem nadużywać jego dobroci.

– Nie sądzę, by on tak to odbierał. Nie potrafię wyobrazić sobie, by osoba która zapragnęła stać się dla ciebie ojcem, pomyślała choć przez chwilę, że jesteś dla niego ciężarem.

– Pewnie masz rację – przyznał, ściszając głos, jakby nie do końca wierzył, że to prawda. – Poza tym nie tylko dlatego zdecydowałem się na wyprowadzkę. Potrzebowałem spokoju, a mieszkanie samemu, w dodatku blisko uczelni, okazało się być całkiem dobrą decyzją.

Tak wiele pytań cisnęło się na usta Eijiego, tak wiele wątpliwości rodziło się w jego pobudzonym do granic możliwości umyśle. Postanowił zacząć od jego zdaniem najbardziej oczywistego.

– A co z twoim biologicznym ojcem? Utrzymujecie ze sobą kontakt?

– Nie. Nigdy go nie poznałem, nie miałem okazji. W przeciwieństwie do niego.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– To, że gdyby nie zapis w testamencie i jego przedwczesna śmierć, mógłbym nigdy nawet nie poznać jego imienia.

Wyraz twarzy Eijiego sugerował, że nadal nie do końca rozumie, że w jego umyśle narodziła się kolejna kaskada pytań.

– O jego istnieniu poinformował mnie urzędnik, który zjawił się w domu Maxa... moim i Maxa. Dowiedziałem się wówczas, że jestem jednym z dwóch spadkobierców jego majątku... całkiem sporego majątku.

– To znaczy, że...

– To znaczy, że pieniądze są jedyną rzeczą, która nie stanowi dla mnie problemu.

Za mało, zdecydowanie za mało. Eiji chciał usłyszeć więcej, zdecydowanie więcej. Kolejne pytania cisnęły mu się na usta. Jednak spojrzenie Asha, wyrażające z nieznanego mu jeszcze powodu lęk, powstrzymało go przed wypowiedzeniem ich na głos.

– To dlatego nie chciałem ci powiedzieć – usłyszał jego cichy, zdradzający niepewność i smutek głos. – Nie chciałem, żebyś wiedział... że dla moich rodziców nie byłem osobą wartą poznania, że byłem dla nich... nieistotny.

– Ash... – drżącym głosem wyszeptał jego imię.

Spięte ramiona Eijiego objęły jego ciało i przyciągnęły do siebie, wtulając się w niego mocno.

– Nie jesteś nieistotny – wyrzucił z siebie, pragnąc by uwierzył. – Nie jesteś... nie myśl tak o sobie, proszę – wydusił, przyciskając twarz do jego ramienia.

Łzy, które spływały po policzkach Eijiego plamiły bawełnianą koszulkę Asha, zaś te Asha opadały bezgłośnie na chłodny piasek, gdy leżąc nieruchomo ze wzrokiem wbitym w gwieździste niebo, całkowicie poddał się tej pierwotnej reakcji własnego organizmu.

Ciepło ciała Eijiego zdawało się być dla niego źródłem energii, której potrzebował, by odpowiedzieć na jego kojący, pełen czystych i dobrych uczuć głos.

Brzmienie głosu Eijiego zdawało się być drogowskazem, który prowadził go do miejsca, gdzie miał szansę zrozumieć, co oznacza kochać, co oznacza uwierzyć. Miejsca, gdzie nikt, nawet on sam nie poddawał w wątpliwość wartości jego istnienia.

...

"...So if you call in the night
If you cry, cry
If you call my name
I will fly
Fly to your side
Cause you're the place I need to find
To remember the light..."
Rememberance, Tommee Profitt x Fleurie