Minęło pięć długich dni od powrotu Asha i pozostałych członków zespołu do Nowego Jorku. Przez te pięć dni cierpliwość Asha można by było określić jako zmienną w czasie z wyraźnym trendem spadkowym. Z równie wyraźnym przecięciem w punkcie zero.

Ash w końcu wybuchł.

– Wszystko co od ciebie usłyszałem w ciągu tych pięciu, cholernie dłużących się dni, nie było warte poświęcania mojego czasu.

– Zapewne wolałbyś spędzić ten czas z Okumurą – odparł chłodno młody mężczyzna i sięgnąwszy po niskie ceramiczne naczynie, skosztował starannie przygotowanej zielonej herbaty.

Ash spiął się na wspomnienie Eijiego i gotowy już na kolejny wybuch, usłyszał.

– Swoją drogą zabieranie go ze sobą w trasę było wybitnie głupim i nieodpowiedzialnym pomysłem. Żałuję, że nie było mnie wtedy na miejscu, bym mógł temu zapobiec – powiedział, kryjąc swoje ciemne oczy za jasną skórą powiek.

I po raz kolejny zanim Ash zdążył zareagować, głos mężczyzny rozległ się ponownie.

– Co sobie myślałeś, Ash? – zapytał, spoglądając na niego krytycznie.

– Nie zamierzam rozmawiać z tobą na ten temat. To była moja decyzja i nie żałuję jej.

– A powinieneś. To, że nie dostrzegasz w tej sytuacji zagrożenia dla przyszłości zespołu, świadczy o twoim braku dojrzałości.

– Twój brak precyzjności w wypowiadaniu się świadczy, jak bardzo nie jesteś pewien swoich przekonań. Nie potrafiłeś nawet zakończyć poprzedniego projektu, a już obarczasz nas kolejnym.

– To się nazywa wielozadaniowość.

– To niezdrowe i obciążające. Nie zdziw się, jeżeli któregoś dnia przyjdziesz do studia, a nas tam nie będzie.

– Grozisz mi zerwaniem umowy?

– Ostrzegam jedynie.

– Pamiętaj, że będzie się to wiązało z konsekwencjami finansowymi.

– Zapamiętaj sobie, że mam to gdzieś.

– Ash! – uniósł się Sing, wstając gwałtownie z fotela, który okupował do tej pory w ciszy, jak również rosnącej w siłę irytacji. – Zapominasz chyba, że my też mamy coś do powiedzenia.

– W takim razie mów. Co takiego masz do powiedzenia, Sing? – odezwał się Ash, wpatrując się w niego prowokacyjnie.

W jego spojrzeniu można było dostrzec niezaprzeczalną gotowość do odparcia ataku wszelkimi możliwymi sposobami.

– Kłótnią niczego nie rozwiążemy – wtrącił szybko Shorter, czując potrzebę, by wkroczyć i zapobiec potencjalnie mogącym pogorszyć sytuację słowom Singa.

– Czasami tylko kłótnia jest w stanie oczyszcić atmosferę – zauważył ostrożnie Alex.

– Nie teraz, Alex – syknął ostrzegawczo Shorter, zerkając na niego bokiem.

– Widzę, że macie jakieś nierozwiązane konflikty. Obstawiam, że ich źródłem jest nie kto inny, jak ten japoński chłopiec – stwierdził mężczyzna, przeczesując swoje długie, czarne włosy.

– I na tym zakończ swoje domysły – powiedział stanowczo Ash.

– Nie skończyliśmy jeszcze, Ash – zwrócił się do niego mężczyzna, gdy dzwoniący w tej chwili telefon skierował jego stopy w stronę wyjścia.

– Owszem, skończyliśmy – rzucił, nie patrząc na niego.

– To, że jesteś liderem nie oznacza, że będę tolerował takie zachowanie – uniósł się, ale jedyne co usłyszał w odpowiedzi, to trzask zamykanych drzwi i stłumiony głos Asha dobiegający zza ich drewnianej powłoki.

Znajomy głos w słuchawce sprawił, że na krótką chwilę rysy jego twarzy złagodniały, a usta wykrzywił delikatny uśmiech.

– Zależy kto gotuje – odpowiedział ostrożnie, gdy głos w słuchawce zaproponował spotkanie. – Do teraz pamiątam smak potrawki, którą przygotowała.

– Masz szczęście, że cię nie słyszy – roześmiał się mężczyzna. – Z tego co mi wiadomo dzisiaj będzie kuchnia japońska. Obok nas otworzyli nowy sushi bar...

Ash nie usłyszał nic więcej. Skojarzenie, które zrodziło się w jego głowie było oczywiste. Ciemnowłosy chłopak na nowo zapanował nad jego myślami.

– ...tak więc proponuję byś zjawił się około szóstej – dotarł do niego dalszy ciąg wypowiedzi.

– Ok, pasuje – zgodził się, biorąc pod uwagę ryzyko, że jakaś istotna informacja została pominięta przez jego zblokowany do niedawna umysł.

Te kilka godzin, które upłynęły od rozmowy telefonicznej, Ash spędził w swoim mieszkaniu. Siedząc pod ścianą, tuż przy skulonej obok Elizabeth, grał cicho nowy utwór, do którego w dalszym ciągu brakowało mu słów. Czuł presję, do czego nie chciał się przyznać nie tylko przed samym sobą, ale również przed przyjaciółmi, a już na pewno nie zamierzał zdradzać tego ich długowłosemu agentowi. Nie pomagał również fakt, że emocjonalnie również nie czuł się najlepiej.

Czuł niepewność.

Na bardzo wielu poziomach.

W związku z bardzo konkretną osobą.

Przepełniony tymi wszystkimi emocjami stał w tej chwili przed doskonale znajomym mu i bądź co bądź bliskim budynkiem, za murami którego spędził kilka lat swojego życia. Wszedł do środka i minąwszy windę, skierował się w stronę klatki schodowej. Znalazłszy się przed właściwymi drzwiami, uniósł rękę i wcisnął metalowy przycisk. Dźwięk dzwonka z towarzyszącym w tle tupotem stóp i podekscytowanym głosem dotarły bardzo wyraźnie do jego uszu. Drzwi się otworzyły, a tuż za nimi ujrzał postać małego chłopca, który po niespełna sekundzie dosłownie stopił się z powierzchnią jego nóg.

– Ash! – zawołał chłopiec, spoglądając na niego swoimi skrzącymi się radością oczkami.

– Hej, Michael – przywitał się, kładąc dłoń na jego małej główce. – Nie powinieneś sam otwierać drzwi. Co jeżeli stałby za nimi ktoś niekoniecznie mile widziany?

– Wiedziałem, że to ty! Widziałem cię przez okno!

– Siedział na parapecie od co najmniej godziny – rozległ się kolejny znajomy Ashowi głos. – Nie mógł się ciebie doczekać – dodał, posyłając mu delikatny uśmiech.

– Mam dużo nowych gier! Zagramy? – spytał Michael, nie odsuwając się od Asha nawet na milimetr.

– Jasne, ale pod warunkiem, że zjesz wszystko, co przygotowała dla ciebie mama, ok?

– Ok! – zgodził się bez wahania i wziąwszy Asha za rękę, pociągnął za sobą, prowadząc go do środka.

Wnętrze mieszkania było takie jak zapamiętał. Nie zmieniło się znacząco od jego ostatniej wizyty, która miała miejsce równe osiem tygodni temu. Zdjąwszy buty, czym odrobinę zaskoczył swojego ojca, pozwolił by jego silne ramiona objęły jego ciało i zwyczajnie poddał się temu w końcu niezaskakującemu gestowi.

– Witaj Ash – kobiecy głos dobiegł z prawej strony, gdy cała trójka zjawiła się w salonie.

– Jessica... cześć.

– Mamo! Ash obiecał, że jak zjem kolację, to ze mną zagra – odezwał się chłopiec, przez cały czas zaciskając w swoich małych palcach dłoń swojego starszego brata.

– W takim razie rozumiem, że dzisiaj zero wybrzydzania – odparła, podchodząc bliżej.

– Tak, zero! – zawołał, szczerząc się do niej.

Zająwszy swoje stałe miejsca przy stole, które wbrew temu, co nie raz wyobrażał sobie jego wątpiący umysł, Ash również takowe posiadał, ropoczął się oczywisty preproces do głównej części spotkania. To znaczy przesłuchania.

– No to opowiadaj jak trasa koncertowa – jako pierwszy odezwał się Max.

– Mógłbyś zadać konkretne pytanie? Wiesz, że nie jestem dobry w tego typu rozmowach – westchnął, zgrabnie chwytając pałeczkami nigiri z tłustym kawałkiem tuńczyka.

– To była długa podróż, obyło się bez komplikacji? – sprecyzował, spodziewając się poniekąd takiej reakcji.

– Powiedzmy.

– Czyli nie wszystko przebiegło zgodnie z planem?

– Przebiegło. Koncerty się odbyły, było nawet sporo ludzi.

– Ale?

– ...Fakt, że był z nami ktoś z zewnątrz zdenerwował Lee – powiedział, decydując się na tę wersję prawdy.

– Ktoś z zewnątrz? To znaczy? – spytał, nie kryjąc zdziwienia.

Ash zawahał się z odpowiedzią. Czuł na sobie świdrujące spojrzenia dwóch dorosłych par oczu, przed którymi skutecznie uciekł, kryjąc się za długą, jasną grzywką.

– Ash? Czyżby... tym kimś była twoja dziewczyna? – zapytał raz jeszcze, tym razem ostrożnie i powoli wypowiadając każde słowo.

Oczy Asha rozszerzyły się, a jasną skórę twarzy pokrył rumieniec. Co prawda podejrzenie Maxa trochę odbiegało od rzeczywistości, ale sens pozostawał ten sam. Ash zabrał ze sobą chłopaka, z którym zdecydowanie wiązało go coś więcej niż przyjaźń, coś więcej niż pozbawiona pierwiastka romantyzmu fascynacja nowo poznaną osobą.

Ash był zakochany w Eijim. Ta oczywista prawda właśnie w tym momencie niczym niezakłócona i niezniekształcona fala ciepła dotarła do jego świadomości. Pobudziła jego rozpędzające się serce.

– Dziewczynę? – zainteresował się Michael, spoglądając to na swoich rodziców to na Asha. – Tak jak ty masz mamę? – dopytywał, chcąc wszystko dokładnie zrozumieć.

– Ja i tata jesteśmy małżeństwem, a na to trochę za wcześnie w przypadku twojego brata – wtrąciła łagodnie Jessica.

– Nie mam dziewczyny – odezwał się Ash, poruszając pałeczkami wzdłuć śliskiej powierzchni pustego talerzyka. – Eiji jest... fotografem. Nawiązaliśmy współpracę z jego agencją i zdecydowaliśmy, że przedłużymy ją na czas trwania trasy koncertowej.

Max i Jessica wymienili ze sobą szybkie porozumiewawcze spojrzenia i bez zbędnych przedłużeń rozbrzmiało pierwsze w tym temacie pytanie.

– Skoro tak, to dlaczego Lee jest temu przeciwny? Z mojego punktu widzenia to wy macie rację, a on się myli.

W odpowiedzi Ash wzruszył jedynie ramionami, nie mając odwagi spojrzeć w niebieskie oczy swojego ojca. Zapewne przejrzałyby go na wylot.

– Nasz punkt widzenia jest zaburzony. Nie posiadamy wszystkich informacji, prawda Ash? – zwróciła się do niego Jessica.

Złączywszy dłonie razem, oparła o nie podbródek i utkwiła w nim zaciekawione spojrzenie.

– Kim jest Eiji? – tym razem rozległ się niemożliwy do zignorowania głos Michaela.

Oczy Asha powędrowały mimowolnie w jego stronę, a usta poruszyły się mówiąc.

– Bardzo ważną dla mnie osobą.

– Ważniejszą niż ja? – spytał, wwiercając się w niego nieruchomym, pełnym niepewności spojrzeniem.

– Nie. Powiedziałbym raczej, że równie ważną, ale w inny sposób.

– Jaki? – nie odpuszczał, nieświadomie wprowadzając swojego starszego brata w swoiste zakłopotanie.

– Wystarczy już tych pytań, Michael – odezwała się Jessica.

Jej twarz wykrzywiał delikatny uśmiech, który nieskutecznie starała się ukryć przed pozostałymi członkami rodziny.

Posiłek dokończyli w atmosferze spowitej niezręcznością, świadomie unikając kłopotliwego dla Asha tematu. Jednak do czasu. Wszyscy troje wiedzieli, że przyjdzie i pora na to.

– Powinieneś odwiedzać nas częściej. Zdaję sobie sprawę, że masz swoje życie, ale nie zapominaj, że my również jesteśmy jego częścią – głos Jessici rozległ się w pokoju jej młodszego syna, docierając do Asha.

Siedząc na jego łóżku, przyglądał się w milczeniu jak spokojnie śpi.

– Rozumiem, że nie czujesz takiej potrzeby w stosunku do mnie – kontynuowała niezniechęcona brakiem jego reakcji.

Jej słowa zaskoczyły Asha. Jednak w dalszym ciągu milczał.

– Ale postaw się chociaż na miejscu Michaela. Tęskni za tobą, nie ma dnia, by nie wspominał twojego imienia.

– Przepraszam.

– Nie przepraszaj. Nie powiedziałam tego, by wzbudzić w tobie poczucie winy.

– Przepraszam, że ty tak się czujesz – powiedział cicho ze wzrokiem wbitym w śpiącą postać.

– To znaczy, że źle to odbieram, czy wręcz przeciwnie i twoje przeprosiny miały mi zasugerować, że to prawda? – spytała, zmniejszając między nimi dystans.

– ...To pierwsze – odpowiedział po chwili, w dalszym ciągu unikając jej spojrzenia.

Jessica zawahała się na moment, powoli i dokładnie przetwarzając usłyszane przed chwilą słowa Asha. Wielokrotnie próbowała się do niego zbliżyć, ale nigdy wcześniej nie była tak blisko jak teraz. Nigdy wcześniej nie czuła, że może sobie pozwolić na więcej.

Odzyskawszy świadomość, zrobiła kolejny krok w jego stronę i położywszy rękę na jego ramieniu, delikatnie zacisnęła palce. Ash napiął się pod wpływem niespodziewanego dotyku, ale wbrew temu, co żądało jego ciało nie zamierzał uciekać.

– Jesteśmy rodziną, Ash. Czy tego chcesz, czy nie ja i Max traktujemy cię jak syna.

– Bardzo chcę w to wierzyć – odezwał się bardzo cicho.

– Bardzo chcę byś uwierzył – przyznała z delikatnym uśmiechem na ustach. – Myślisz, że... obecność Eijiego ci to ułatwi? – zapytała, siadając obok niego.

Jego oczy rozszerzyły się, mimowolnie odnajdując te drugie, okolone długimi, ciemnymi rzęsami. Jak wiele się domyślała? Jak wiele zdradził się swoim zachowaniem i niejasnymi wypowiedziami?

– Spotykasz się z nim dzisiaj? – kolejne pytanie, które odebrało mu zdolność do odpowiednio szybkiej reakcji.

Uciekłszy od niej spojrzeniem, zaprzeczył lekko kręcąc głową, a ściśnięte w pięści dłonie oparł na swoich udach. Co go powstrzymuje? Czy strach przed odrzuceniem w tym konkretnym przypadku nie powinien przestać go nawiedzać?

– Mogę jedynie domyślać się jakie relacje was łączą, ale to czego jestem pewna, to fakt, że coś zmieniło się w twoim życiu. Zmieniło się na lepsze, prawda?

– Tak... Czuję się przy nim inaczej.

– Skoro tak, to co cię powstrzymuje? – spytała, powtarzając pytanie, które chwilę temu rozbrzmiało w jego głowie.

– To co zwykle.

Tym razem jej dłoń powędrowała do zaciśniętych w pięść palców Asha, a jej łagodny głos rozległ się ponownie.

– Czasami warto odpuścić. Jeżeli nie zaryzykujesz, będziesz tego żałował.

Szmaragdowe oczy wpatrywały się w nią z jedynym w swoim rodzaju niedowierzaniem i zagubieniem. Czy naprawdę miał w sobie tyle odwagi, by podjąć to ryzyko, by zdobyć się na pierwszy, w pełni świadomy krok?

– Co jeżeli odejdzie? – odezwał się tak cicho, że gdyby nie bliska odległość jaka ich dzieliła, nie usłyszałaby go.

– Jeżeli tak się stanie, nadal będziesz miał przy sobie osoby, którym jesteś bliski... które kochają cię bezwarunkowo.

To wystarczyło, by z jego lśniących oczu spłynęły pierwsze tego wieczoru łzy. Pozwalając, by jej troskliwe ramiona oplotły jego ciało, poczuł jak ten z pozoru zwyczajny gest, sprawia, że w jego umyśle rodzą się nowe, potencjalne scenariusze. Jej miłość wlewała w niego siłę, pozwalała uwierzyć, że nie jest za późno, że on również ma prawo do szczęścia. Do tego, by stać się dla kogoś kimś ważnym.

Dochodziła dziewiąta, gdy Ash otwierał drzwi do swojego mieszkania. Elizabeth szybko przemknęła ciemny pokój i znalazłszy się tuż przy nim, z dobiegającym z mordki cichym pomrukiem otarła się o jego jasne jeansy.

– Tęskniłaś? – odezwał się, biorąc ją na ręce.

Kolejne pomruki dotarły do Asha, a gdy z cichym westchnieniem położył się na sofie, poczuł przyjemne ciepło jej ciała na brzuchu. Ułożywszy się wygodnie, mordkę oparła na jego piersi, pozwalając by długie palce zatopiły się w jej miękkim futerku.

Ash zamknął oczy, w dalszym ciągu wahając się jak postąpić. Długie, bezowocne sekundy później poczuł w kieszeni spodni wibrację i usłyszał towarzyszący jej dźwięk sygnalizujący nadejście wiadomości. Wyrzucając sobie własną reakcję, nacechowaną charakterystycznym pobudzeniem, wolną ręką sięgnął do kieszeni i wyjął telefon.

Na krótką chwilę wstrzymał powietrze, gdy na wyświetlaczu ujrzał jego imię. Przejechał palcem po ekranie i podniósłszy się odrobinę, odczytał tekst, niemal na głos wypowiadając każde słowo.

Eiji: Dzisiaj skończyłem czytać książkę, którą mi pożyczyłeś. Zapewne nie wszystko poprawnie zrozumiałem i możliwe, że jedynie rozbawiłbym cię swoimi spostrzeżeniami, ale mimo to chciałbym się przekonać jak bardzo się mylę. Chcę wiedzieć, co ty o tym myślisz, Ash. Chcę też wiedzieć czy... myślisz teraz o mnie, tak jak ja myślę o tobie.

Ash nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek jakakolwiek wiadomość wywołała w nim tak skrajne emocje. Czuł jak z każdą sekundą ewoluują, pobudzając do granic możliwości jego łomoczące w piersi serce. Podniósł się gwałtownie, zmuszając niezadowoloną tym faktem Elizabeth do ewakuacji i skierował swoje stopy w stronę balkonu.

Potrzebował świeżego powietrza.

Potrzebował nikotyny.

Oparł się o metalową barierkę i zapaliwszy papierosa, spojrzał raz jeszcze na ekran telefonu. Czarne litery na białym tle zdawały się niemal krzyczeć, nie pozwalały przeoczyć swojego istnienia. Więziły niedowierzający wzrok Asha. Po raz kolejny odczytał jej treść i po raz kolejny przez jego ciało przeszła fala gorąca. Uniósł wzrok, spoglądając na rozświetlone, rozległe miasto i zaciągnął się mocno dymem papierosowym. Odrobinę za mocno. Powoli wypuszczając go z płuc, oczy ponownie skierował na rozświetlony ekran, jednak tym razem zatrzymały się tam zaledwie na sekundę. Na dole, niedaleko wejścia do budynku ujrzał, stojącą w bezruchu postać. To co zwróciło jego uwagę to fakt, że spoglądała wprost na niego oraz to, że bez wątpienia był nią Eiji.

Pomimo odczuwalnego chłodu, wnętrze jego dłoni pokryła wilgotna powłoka, sprawiając, że trzymany w jednej z nich telefon omal nie wyślizgnął się z jej objęć. Postać poruszyła się i cały czas spoglądając w górę, ruszyła w stronę wejścia. Gdy tylko zniknęła z zasięgu jego wzroku, do jego uszu dotarł przytłumiony przez szklane drzwi balkonowe dźwięk domofonu.

Zgasiwszy niedopalony papieros, zacisnął mocniej wilgotne palce na telefonie i wszedł do środka. Odnosił wrażenie, że sposób w jaki się porusza, współgra z tym, co odczuwa podążając w kierunku niedawnego źródła dźwięku. Źródła reakcji jego organizmu. Nawet dla Elizabeth widok ten był niespotykany. Swoim zachowaniem Ash wzbudzał w niej swoistą niepewność i gotowość do konfrontacji, jakakolwiek by ona nie była.

– Halo? – odezwał się, wciskając biały, okrągły przycisk.

To ja... Eiji – dodał ostatnie słowo, gdy głos po drugiej stronie długo milczał. A przynajmniej takie odnosił wrażenie.

– Przepraszam, że nie odpisałem. Chciałem to zrobić, ale...

Ale?

– Nie wiedziałem od czego zacząć.

Podobno, zawsze najlepiej zaczynać od początku – powiedział, a z barwy jego głosu Ash wywnioskował, że się uśmiecha.

– Podobno – przyznał cicho.

– ...Ash...

– Wejdziesz? – zapytał zdesperowany, wchodząc mu w słowo.

Nie mógł dopuścić, by tak po prostu odszedł.

Chętnie.

Ash oderwał palec od białego przycisku i oparłszy się o ścianę, zamknął oczy.

Oczekiwanie na kolejny dzwonek było dla niego swoistą torturą, a gdy zamiast oczekiwanego dźwięku usłyszał ciche, acz pewne pukanie, jego prawa dłoń niezwłocznie powędrowała do metalowej klamki.

Czekoladowe oczy były pierwszym, co napotkał otwierając drzwi. Charakter jego spojrzenia był na tyle paraliżujący, że dopóki nie poczuł ciężaru jego ciała na sobie, nie był w stanie poprawnie przetworzyć tego, co się dzieje. Eiji wszedł do środka, ignorując wszelkie zasady dobrego wychowania i zamknąwszy drzwi, objął stojącego w dręczącej go ciszy Asha.

– E-Eiji...?

– Nie dałem już rady dłużej się powstrzymywać. Przepraszam – powiedział, przyciskając twarz do jego ramienia.

– Co? – odezwał się zdezorientowany. – Nie rozumiem. Za co mnie przepraszasz?

Ciało Asha w dalszym ciągu zdawało się być podatne na spojrzenie Eijiego, którego wspomnienie tak wyraźnie wyświetlał w tej chwili jego umysł.

– ...Tęskniłem za tobą – wyznał, wzmacniając uścisk jakby bał się, że informacja ta sprawi, że Ash odsunie się od niego.

Ash poczuł jak przez jego ciało przechodzi dreszcz, a dłonie przemieszczają się bardzo powoli i ostrożnie zaciskają się na materiale kurtki Eijiego.

– To nie jest coś, za co powinno się przepraszać – odparł cicho, podczas gdy jego głowa swobodnie opadła na puchowy materiał szerokiego kaptura.

– W takim razie... – zaczął Eiji. Jego dłoń powędrowała do spoczywającej na ramieniu głowy Asha i zatopiwszy palce w jasnych włosach, zapytał – czy za to również nie muszę przepraszać?

– Nie... nie musisz.

– Cieszę się, Ash – wyszeptał wprost do jego ucha.

– ...Ja również o tobie myślałem – wyznał, nawiązując do pytania, które skierował do niego w wiadomości. – Przez cały ten okres, od momentu gdy rozstaliśmy się na lotnisku... nie było dnia bym o tobie nie myślał.

Wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem uniósł głowę i odnalazłszy jego spojrzenie, poczuł jak palce Eijiego dotykają skóry na jego karku, potęgując emocje, które targały jego wnętrzem.

Nie odrywając od siebie oczu, trwali w niezwykle komfortowej ciszy, czerpiąc z tej chwili możliwie jak najwięcej. Żaden z nich nie miał śmiałości posunąć się dalej, zdobyć się na kolejny krok. Bezpieczna przestrzeń, w której się znaleźli była im zbyt dobrze znana.

Jednak czy na pewno? Czy to, co było oczywistą w takiej sytuacji kontynuacją, nie było im równie dobrze znane?

To na, co zdecydował się Eiji, to w jaki sposób wprawił w ruch swoje palce i to w jaki sposób dotknął gładkiej skóry twarzy Asha, udowodniło, że istniała tylko jedna słuszna odpowiedź.

Eiji zbliżył się na tyle blisko, by poczuć smak jego ust na swoich.

Na tyle blisko, by teraźniejszość Asha nabrała podobnego znaczenia, by zrozumiał, że odpowiedź brzmiała tak.

...

"...Sun sets, I want to hear your voice
A love that nobody could destroy
Took photographs like proud it comes
Book covers that we both adored..."
Sunsetz, Cigarettes After Sex