Rozdział 10: Psie róże (Światła niosą mnie do domu)

Nazywam się Jamie Bennett i miałem 11 lat, kiedy pewnego niedzielnego poranka Abby umarła we śnie.

Abby nie była już młodym psem, kiedy adoptowaliśmy ją ze schroniska, w ramach którego ratowano charty, gdy "przechodziły na emeryturę" przestając się ścigać.

Byłem na tyle dorosły, że wiedziałem, że "przejście na emeryturę" oznaczało "zabici" w tym przypadku, ponieważ psy były za stare i dlatego wolniejsze na torze. Abby również często bolały stawy i łapy z powodu braku opieki, gdy była szczeniakiem, a im była starsza tym bardziej jej to dokuczało. I absolutnie bała się skrzyń i klatek.

To ja znalazłem Abby, zawiniętą w swoim ulubionym posłaniu, kiedy ta nie spotkała się z nami na śniadaniu. Wyglądała, jakby spała, ale była zimna i sztywna w dotyku. Sophie znalazła mnie i chciała wiedzieć, dlaczego Abby się nie obudziła, ale nie wiedziałem, jak wyjaśnić Sophie, co oznacza "umarła".

Pamiętałem, że kiedy umarł mi tata, ludzie mówili mi, że to oznacza, iż tata już nie wróci do domu. Myślałem, że to moja wina, że zrobiłem coś, przez co tata odszedł. Nie chciałem jej zrobić tego samego.

Zmarł nie zawsze oznaczało, że już się ich nie zobaczy, ponieważ Jack technicznie rzecz biorąc był martwy, ponieważ utonął, ale i tak wciąż ich odwiedzał.

Bolała mnie głowa, a także serce i odczułem pewną ulgę, gdy Bunny pojawił się i podniósł Sophie, rozmawiając z nią cichym głosem i pozwalając się jej wypłakać w swoje ramię. Jack pojawił się również i pomógł mi i mamie wykopać dół na podwórku, wystarczająco duży, aby Abby mogła w nim spocząć, owinięta w swój ulubiony koc.

Wszyscy pomagali włożył ziemię do grobu, zakrywając Abby. Bunny położył dłoń na kupce ziemi, która wyglądała na o wiele za małą, jak na Abby, a między jego palcami wyrosła roślina. Minutę później był to już krzak róży z ciemnoczerwonymi kwiatami. Róże były proste, pięciopłatkowe, nie takie jak te ze sklepu.

— Psie róże — powiedział cicho Bunny, gdy Sophie ponownie się o niego oparła, a jej twarz była zaczerwieniona i opuchnięta od płaczu. Jack opierał się o drugą stronę Bunny'ego w milczeniu oferując mu wsparcie. Poddał mi rękę, łącząc nas wszystkich z wyjątkiem mojej mamy. — Szkarłat na żałobę.

Czułem, że łzy znów napływały mu do oczu. Bunny zawsze w pewnym sensie walczył z Abby, a ta odpowiadała tym samym. Obaj udawali, że się nienawidzą, po czym odwracali się i uśmiechali, zadowoleni, że pokonali siebie nawzajem. Kiedy to robili, wszyscy wokół śmiali się.

Staliśmy w milczeniu wokół grobu. Uważałem, że powinniśmy porozmawiać, opowiedzieć historię o Abby, o tym, jakim dobrym psem była. Ponieważ tak było, była najlepszym psem, o jakim można było marzyć.

Już miałem coś powiedzieć, ale wtedy pojawił się nagle jeden z elfów Northa, niosąc duże psie ciastko, które następnie ze smutkiem położył na grobie Abby.

Sekundę później elf wybuchł płaczem, zjadł ciastko i uciekł.

Wszyscy spojrzeliśmy po sobie, poruszając się niespokojnie.

To Jack przerwał ciszę, niezdarnie podnosząc rękę.

— Okej… To nie tylko ja to widziałem — przeciągał pytanie, wyglądając na niepewnego — prawda?