A/N: Tekst napisany w ramach Gwiazdkowej Wymiany Fikowej na Forum Literackim Mirriel dla Pantery

Akcja dzieje się w XIX wieku, a narracja jest prowadzona z punktu widzenia ludzi z tej epoki, dlatego pojawia się w niej określenie „Indianie", a nie „rdzenni Amerykanie", co byłoby jednak w tym kontekście sporym anachronizmem. Nie odzwierciedla to w żaden sposób języka używanego przez samą autorkę.


Dwa Strumienie

Virginia City, 1871

Zegar umieszczony pod dachem niedawno oddanego budynku stacji kolejowej wybił dziesiątą. Ben Cartwright po raz chyba już piąty w ciągu ostatniego kwadransa poprawił muszkę. Hoss zerknął na ojca i jak na komendę podniósł rękę, by przygładzić włosy. Joe roześmiał się cicho.

— Spokojnie, jestem pewien, że Adam będzie zajęty patrzeniem na kogo innego niż wy.

— Adam może tak, ale… — Hoss urwał i bezradnie rozłożył ręce.

— Przede wszystkim będzie patrzył na Virginia City — zauważył Ben i odwrócił się na moment, by samemu z dumą spojrzeć na miasto, które rozwijało się w przyprawiającym o zawrót głowy tempie.

— Pewnie nawet nie przypuszczał, że wróci nie dyliżansem, a najprawdziwszym pociągiem! — Hoss natychmiast się rozchmurzył.

— Przede wszystkim nie przypuszczał, że wyjeżdżał kawalerem, a wróci żonaty! — rozległ się wesoły głos Roya Coffee, który niespostrzeżenie zaszedł przyjaciół od tyłu.

— I my także nie przypuszczaliśmy. — Ben uśmiechnął się lekko i odruchowo musnął palcami kieszeń. Choć nie zwykł wierzyć w przesądy, wciąż nosił przy sobie ostatni list najstarszego syna niczym talizman. „Adam wraca do domu," przebiegało mu przez myśl, ilekroć wyczuł przez materiał złożoną kartkę, i cokolwiek w danej chwili robił, zatrzymywał się na moment i uśmiechał się promiennie.

— Jeśli o mnie chodzi — wtrąciła z przekąsem pani Collins — to nadal uważam, że młodzi ludzie nie powinni się żenić ani wychodzić za mąż, nie uzyskawszy uprzednio błogosławieństwa rodziców. — Żona właściciela jednego z wyrastających w Virginia City niczym grzyby po deszczu hoteli zajęła strategiczne miejsce na samym skraju ostatniej ze stojących na peronie ławek, bez wątpienia by móc ukradkiem przysłuchiwać się rozmowie trzech Cartwrightów niecierpliwie przechadzających się nieopodal.

Udając, że nie słyszał jej uwagi, Ben rozejrzał się dookoła, a wtedy ze zdziwieniem dostrzegł, że na stacji zgromadziło się więcej osób niż zwykle — osób, z których zdecydowaną większość znał lub przynajmniej kojarzył. Powrót Adama Cartwrighta po przeszło pięcioletniej nieobecności musiał okazać się większą sensacją w towarzystwie, niż przypuszczali. Ben zmarszczył brwi. Nie miał ochoty na widownię w chwili takiej jak ta i podejrzewał, że tym bardziej nie miała na nią ochoty jego nowa synowa. Niepodobna było jednak temu zaradzić, pozostało więc mieć nadzieję, że kobiety nie przestraszy zbytnio ten nieoficjalny komitet powitalny.

— Proszę się nie martwić, pani Collins — wtrącił tymczasem kpiąco Clem Foster, który także nie wiadomo kiedy zmaterializował się na stacji. — Adam wprawdzie już stracony, ale jego bracia są nadal do wzięcia.

Ben spiorunował go wzrokiem. Wszyscy wiedzieli, że największą ambicją i głównym zajęciem pani Collins było wydać swoje dwie córki za najlepszą możliwą partię. Stanowiło to przedmiot licznych żartów także i na Ponderosie, nie miał jednak ochoty, by ktokolwiek podsuwał tej nieznośnej kobiecie podobne pomysły. Nie miał nic do zarzucenia pannom Collins, ale uważał, że choćby były najbardziej pociągającymi młodymi damami w całej Ameryce, nic nie rekompensowało dodatku w postaci takiej teściowej.

— Gdzie jest ten pociąg, do diaska? — zirytował się wreszcie Joe. — O, przepraszam panią — zreflektował się szybko, ale nie dość szybko, by uniknąć pełnego obrzydzenia spojrzenia pani Collins.

Ben z trudem stłumił rozbawienie. Wyglądało na to, że Joe przynajmniej był na razie bezpieczny od prób swatania.

— A co jeśli w ogóle nie przyjedzie? — zatroskał się nagle Hoss.

— Bzdura, gdyby pociąg został odwołany, dostalibyśmy wiadomość telegrafem — zapewnił go Roy.

— Nie mówię o pociągu, tylko o Adamie.

Ben przygryzł wargę. Obawy Hossa nie były tak całkiem pozbawione podstaw. Adam raz już napisał do nich, że zamierza przyjechać do Nevady wraz z nastaniem wiosny, a potem zmienił zdanie. Choć nie wyjaśnił niczego prócz lakonicznej informacji, że musi wpierw załatwić coś ważnego, to kiedy otrzymali jego kolejny list, bez trudu domyślili się wszystkiego. W ostatniej wiadomości, nieco tylko mniej lakonicznej, co samo w sobie było do niego niepodobne, Adam oznajmił bowiem rodzinie, że się ożenił i że tym razem przyjeżdża naprawdę, by przedstawić ojcu i braciom swoją wybrankę.

W tej samej chwili Ben znów z niepokojem przypomniał sobie, że tak naprawdę nie wiedział nic o swojej synowej. Adam był bardzo oszczędny w słowach, a to jeszcze bardziej przyczyniło się do tego, że przez pierwsze dni po otrzymaniu tej zaskakującej wiadomości wszyscy trzej pozostali Cartwrightowie rozmawiali i myśleli tylko o tym, kim też okaże się nowa członkini rodziny. Ben starał się studzić zapał Hossa i Joego, gdy jego zdaniem zapędzali się w tych domysłach zbyt daleko, sam jednak także nie był w stanie poskromić palącej ciekawości przyprawionej też nutką obawy. Z jednej strony czuł, że powinien był mieć już jakie takie pojęcie o guście najstarszego syna, ale z drugiej był też świadom, że Adam, choć nie brakło mu powodzenia, popełnił również na tym polu wiele błędów — małżeństwo, którego omal pochopnie nie zawarł z Laurą Dayton, stanowiło doskonały tego przykład. Im dłużej jednak rozważał te sprawy, tym bardziej Ben dochodził do wniosku, że podobne rozmyślania prowadzą go donikąd. Ostatecznie jedyne, co mogli zrobić, to zaczekać na odpowiedzi, a choć wyczekiwał tego dnia z niecierpliwością, teraz kiedy nadszedł, Ben czuł się zdenerwowany jak rzadko kiedy.

— Muszę wracać do roboty — wyrwał Bena z zamyślenia pełen żalu głos Clema. — Przywitajcie ode mnie Adama i panią Cartwright. Do zobaczenia na przyjęciu!

Ben po raz kolejny spróbował zignorować to, jak dziwnie i nienaturalnie brzmiały wciąż w jego uszach słowa „pani Cartwright" — nieużywane od tak wielu lat, a teraz na dodatek odnoszące się do zupełnie obcej mu osoby. Stanowiły kolejną zmianę, do której należało się przyzwyczaić.

— Ach prawda, przyjęcie. — Pani Collins przestała już udawać, że siedzi na ławce zupełnym przypadkiem, i podniosła się, by dołączyć do mężczyzn.

Joe ukradkiem przewrócił oczami.

— Uszyliśmy mojej Cynthii nową suknię specjalnie na tę okazję — podjęła kobieta, upewniwszy się, że uwaga pozostałych jest skupiona na jej osobie. — Daję słowo, wygląda w niej jak posąg greckiej bogini! A pani Cartwright szyje sobie zapewne suknie u najlepszych krawców w Bostonie?

Ben miał ochotę wytknąć jej, że gdyby Cynthia pokazała się gdziekolwiek odziana tak jak greckie boginie na posągach, to prawdopodobnie wywołałaby niemały skandal obyczajowy, powstrzymał się jednak dla dobra stosunków towarzyskich.

— Obawiam się, pani Collins, że nie interesowałem się dotąd garderobą mojej synowej, ale jestem pewien, że sama chętnie pani odpowie — odparł chłodno. W tej chwili miał nadzieję, że Martha Cartwright rzeczywiście wysiądzie z pociągu odziana w najmodniejsze bostońskie kreacje i przyćmi tak urodą, jak i elegancją obie Collinsówny. Gdyby mógł, w ogóle by ich nie zapraszał, ale kiedy po okolicy rozeszła się wieść, że Ben Cartwright urządza przyjęcie na cześć swojej nowej synowej, pani Collins już następnego dnia złożyła mu wizytę, by „zapytać o zdrowie drogiego sąsiada", a przy okazji upewnić się, że jej rodzina znajdzie się na samej górze listy gości.

Przyjęcie było tak w zasadzie pomysłem Joego, który tak się zaangażował w przygotowania, że pozostali w końcu dali się zarazić jego entuzjazmem. Ben miał nadzieję, że żona Adama nie będzie miała im za złe tej niespodzianki. Na wszelki wypadek zdołał przekonać chłopców, żeby to wielkie wydarzenie odbyło się dopiero kilka dni po przyjeździe gości, co dawało Marcie przynajmniej odrobinę czasu na aklimatyzację, nim będzie musiała stawić czoła stadu zaciekawionych znajomych i sąsiadów Cartwrightów. Takie było przynajmniej założenie, ale zbiorowisko na stacji uświadomiło Benowi, że powinien był okazać się bardziej przewidujący.

— Jedzie! — zawołał nagle Joe, który w międzyczasie, zupełnie nie zważając na swój wiek, wszedł na peron i wspiął się na rozpiętą między dwoma podtrzymującymi dach stacji kolumnami barierkę.

Wkrótce i Ben zobaczył kłęby czarnego dymu na horyzoncie, a jego serce zabiło mocniej na myśl, że już za kilka, góra kilkanaście minut będzie mógł uściskać najstarszego syna, którego nie widział od kilku lat i na którego powrót jeszcze niedawno nie śmiał nawet mieć nadziei.

Wielki stalowy potwór ciężko wtoczył się na stację, a Ben w otoczeniu młodszych synów na drżących z emocji nogach ruszył w dół szerokich drewnianych stopni. Ruszył zbyt szybko, dym z lokomotywy nie zdążył się jeszcze rozwiać i zamiast zaprezentować się godnie i dostojnie, jak zamierzał, Ben zaniósł się kaszlem. Gdy się opanował, Adam stał tuż przed nim i szczerzył się od ucha do ucha.

— Potrzebujesz chusteczki, tato?

Wciąż łapiąc oddech, Ben potrząsnął głową i ze śmiechem, którym usiłował pokryć wzruszenie, przyciągnął syna do siebie. Ściskali się przez dłuższą chwilę, aż wreszcie Hoss i Joe, którzy przedtem zostali o krok w tyle, by dać im moment prywatności, zniecierpliwieni wydarli Adama z ramion ojca i sami przystąpili do entuzjastycznych powitań. Ben obserwował z rozbawieniem, jak najstarszy syn usiłuje się wyrwać z niedźwiedziego uścisku Hossa. A że po policzku pociekła mu jedna samotna łza, to spowodowana była przecież tylko rozbawieniem albo może jeszcze kaszlem, niczym więcej…

Przywitawszy się z braćmi, Adam cofnął się i wyciągnął rękę do drobnej kobiety odzianej w prostą, ale gustowną ciemnozieloną sukienkę. Ben ponownie poczuł, jak serce zabiło mu szybciej. Ruszył naprzód, gotów powitać wreszcie także i swoją nową — pierwszą — synową… i zamarł w pół kroku.

— Mój ojciec, Ben Cartwright. Hoss, Mały Joe. — Adam nie zauważył albo też może nie chciał zauważyć jego reakcji. — Kochani, poznajcie moją żonę, Marthę Cartwright.

Pani Cartwright skłoniła się sztywno i powiedziała coś, czego Ben nie dosłyszał, wciąż wpatrywał się bowiem intensywnie w jej twarz, której rysy zdradzały bardzo wyraźnie, że nie pochodziła bynajmniej z Bostonu ani jego okolic. Dopiero po chwili skarcił się w duchu i jak najszybciej przybrał możliwie neutralny wyraz twarzy. W końcu dotarło do niego, jak niegrzeczna musiała się wydać kobiecie jego zaskoczona reakcja, i uśmiechnął się przepraszająco.

— Witamy w Nevadzie… — urwał, bo nagle wszystkie wcześniej przygotowane słowa uleciały mu z głowy. Zerknął ukradkiem Hossa, który jednak wciąż gapił się na bratową z na wpół otwartymi ustami.

— Bardzo nam miło panią poznać. — Na Joego na szczęście zawsze można było liczyć w podobnych sytuacjach. — Prawda? — Szturchnął starszego brata, który pospiesznie zamknął usta i energicznie pokiwał głową.

— Tak jest, bardzo się cieszymy, że możemy panią gościć. — Ben wreszcie zdołał pozbierać myśli. — A także złożyć wam obojgu nasze serdeczne gratulacje. Jak widzicie, zebrało się tu kilkoro starych znajomych, którzy także chcieliby wam powinszować. — Odwrócił się i posłał błagalne spojrzenie Royowi Coffee w nadziei, że stary szeryf okaże się bardziej taktowny niż zwykle.

Roy jednak milczał, z pozostałych tylko kilkoro wybełkotało niewyraźne słowa powitania czy też gratulacji. Ben zacisnął zęby, jeszcze bardziej zawstydzony nie tylko ich, ale także, a może nawet przede wszystkim swoją własną wcześniejszą reakcją.

Martha Cartwright natomiast, dotychczas przypatrująca się im z nieodgadnionym wyrazem czarnych oczu, teraz uśmiechnęła się ironicznie.

— Bardzo wam wszystkim dziękuję za tak ciepłe przyjęcie. Adam zapewniał mnie o waszej serdeczności i nie pomylił się ani o jotę. — To powiedziawszy, z uniesioną wysoko głową ruszyła w stronę budynku stacji.

Adam posłał ojcu krótkie, pełne wyrzutu spojrzenie i bez słowa, z ponurym wyrazem twarzy, podążył jej śladem.

Ciszę panującą na peronie można było kroić nożem. Nie wyczuła jej jednak mała Nellie Smith, córka zawiadowcy, która pociągnęła ojca za rękaw i spytała głośno.

— Tatusiu, a dlaczego ta dzikuska ma na sobie taką suknię jak mamusia?


Boston, 1870

Zegar na frontonie Old State House wybił dziesiątą. Przedstawiciele mniej zamożnych warstw społeczeństwa pracowali w pocie czoła już od kilku godzin, podczas gdy elity Bostonu dopiero przeciągały się w łożach, wspominając niedzielne bale i przyjęcia. Adam skręcił w School Street, a następnie w Beacon Street, kierując się w stronę neopalladiańskiej bryły z jasnego piaskowca. Znał każdy detal tej symetrycznej, przyozdobionej szeregiem pilastrów i łuków fasady, a widok równie eleganckiej klatki schodowej niezmiennie przypominał mu o czasach, gdy przed laty jako student regularnie odwiedzał bogatą bibliotekę Athenæum. Obecnie, jako wzięty architekt, coraz rzadziej znajdował czas na wizyty w świątyniach wiedzy i sztuki, ale dziś właśnie krótsze, niż zakładał, spotkanie w okolicy dało mu jedną z tych rzadkich okazji i nie mógł z niej nie skorzystać, nawet jeśli ceną za to miało być siedzenie do nocy nad projektami.

Wielu bostończyków traktowało odwiedziny w galerii jako okazję towarzyską i Adam sam nieraz cieszył się z nawiązanych przy takich okazjach znajomości i pasjonujących dyskusji, których tak bardzo brakowało mu w Nevadzie. Równie bardzo cenił sobie jednak takie chwile jak dziś, kiedy mógł obcować ze sztuką sam na sam. W poniedziałkowy poranek sale nowo otwartego Muzeum Sztuk Pięknych mieszczącego się na ostatnim piętrze Athenæum były niemal puste. Poza smętnym portierem jedyną żywą duszą w muzealnych wnętrzach była samotna kobieta, stojąca nieruchomo niczym posąg przed jednym z obrazów Alfreda Jacoba Millera. Adam widział jedynie jej plecy, proste i szczupłe pod skromną, choć niepozbawioną elegancji suknią, i czarne włosy upięte w kok. Wpatrzona w obraz, nie odwróciła się ani nawet nie drgnęła na dźwięk kroków intruza. Adam z zaciekawieniem sprawdził, jakie to dzieło tak zawładnęło jej uwagą. „Narzeczona dla trapera", scenka rodzajowa przedstawiająca zaskakująco schludnego myśliwego proszącego o rękę młodej Indianki — a może raczej kupującego ją od jej ojca, którego malarz przedstawił stojącego tuż za nią, zupełnie jakby wódz popychał dziewczynę w stronę białego mężczyzny. Adam skrzywił się lekko. Spotkał w życiu kilka par takich jak ta i niezależnie od tego, czy była to czysta transakcja, czy też u podstaw związku znalazło się szczere uczucie, żadnej z tych historii nie dało się zakończyć klasycznym „żyli długo i szczęśliwie". Tam, gdzie nieznajoma widziała zapewne odrobinę romantycznej egzotyki, on nie potrafił więc dostrzec niczego prócz nieszczęścia, które malarz przybrał jedynie w kunsztowne szaty. Adam rzucił ostatnie krytyczne spojrzenie na obraz ponad ramieniem kobiety, a potem minął ją szerokim łukiem i zniknął w drzwiach wiodących do sąsiedniej sali.

Wkrótce potem, zafascynowany kolejnymi dziełami, z których część widział po raz pierwszy, zapomniał zupełnie o napotkanej kobiecie, dlatego z zaskoczeniem przyjął fakt, że gdy godzinę później niechętnie skierował się w stronę schodów, zobaczył ją tkwiącą nadal w tym samym miejscu co przedtem.

— Muszę panią zmartwić, ale traperzy nie mają zwykle tak czystych okryć i tak gładkich lic jak ten tutaj — skwitował nieco zgryźliwie, nim zdążył ugryźć się w język.

Nieznajoma drgnęła gwałtownie i Adam chciał już przeprosić ją za ten głupi komentarz, który nie dość, że nie całkiem uprzejmy, to jeszcze wyraźnie ją przestraszył. W tej samej chwili jednak kobieta odwróciła się w jego stronę, a Adam nareszcie ujrzał jej twarz i teraz dopiero naprawdę pożałował, że w ogóle się odezwał.

Choć jej suknia, odrobinę może niemodna, nie różniła się zbytnio od tego, co nosiło wiele bostonek, miedziana skóra, ciemne oczy i wydatne kości policzkowe, przywodzące raczej na myśl rysy postaci namalowanych przez Millera, natychmiast zdradzały jej pochodzenie. Adam przełknął głośno ślinę. Bardzo rzadko zdarzało mu się, że nie mógł znaleźć właściwych słów, jeszcze rzadziej ochota, by zapaść się pod ziemię, w tej chwili jednak doświadczył obu tych rzeczy i, co gorsza, ironiczne uniesienie brwi nieznajomej świadczyło o tym, że była tego w pełni świadoma.

— Bardzo panu dziękuję za tę cenną lekcję — odparła z godnością, perfekcyjną angielszczyzną bez cienia obcego akcentu. — Nie patrzyłam jednak na tego dżentelmena, próbowałam raczej przypomnieć sobie, bym choć raz widziała pannę młodą z bosymi stopami. Być może pamięć mnie zawodzi, ale śmiem jednak stwierdzić, że to pan Miller nie bardzo popisał się zmysłem obserwacji.

Po tych słowach kobieta ukłoniła się powściągliwie i, nie czekając na reakcję wciąż osłupiałego rozmówcy, odeszła. Nim Adam zdołał zebrać myśli, na marmurowej klatce schodowej pozostało już tylko echo jej kroków.


Ponderosa, 1871

Droga na Ponderosę przebiegłaby w dużo cięższej atmosferze, gdyby nie Hoss ze swoją wrodzoną umiejętnością zjednywania sobie ludzi, a także para srokatych klaczy, które pod wodzą Adama i na oczach zdumionych pozostałych Cartwrightów wyładowano z jednego z wagonów towarowych. „Prezent ślubny od szwagra," skwitował Adam krótko. Zwierzęta były rzeczywiście piękne i Hoss nie mógł się powstrzymać od litanii pochwał i pytań, na które Martha odpowiadała z zaskakującym jak na kobietę znawstwem. Wkrótce do rozmowy wtrącił się także i Joe — największy w rodzinie wielbiciel łaciatych koni, jak określił go żartobliwie starszy brat — i w ten sposób nim dotarli do celu, atmosfera nieco się oczyściła. Ben, siedząc na koźle, nie miał możliwości przyglądania się pozostałym pasażerom, zwrócił jednak uwagę, że Adam niewiele się odzywa, i ponuro zmarszczył brwi. Nie chciał urazić syna ani synowej, a jego pierwsza reakcja była przede wszystkim wynikiem zaskoczenia. Teraz rozumiał już, dlaczego Adam tak niewiele napisał im o swojej wybrance, nie był jednak pewien, czy uważa decyzję syna za słuszną. Jeśli Adam tak bardzo obawiał się, jak zareagują na wieść, że poślubił Indiankę, czy nie rozsądniej było uprzedzić ich zawczasu, niż skazywać zarówno rodzinę, jak i samą Marthę na konfrontację na pełnym ludzi peronie?

Milczenie zarówno ojca, jak i syna nie uszło uwadze pozostałych. Gdy po krótkich przywitaniach z Hop Singiem i tymi z pracowników rancza, którzy byli na Ponderosie dostatecznie długo, by pamiętać Adama, nowożeńcy udali się na górę, by się odświeżyć, Hoss zatrzymał ojca u stóp schodów i zapytał z odrobiną wyrzutu:

— Wszystko w porządku, tato? Wiesz, Adamowi i Marcie było chyba trochę przykro, że się nie odzywałeś.

— Prawda — przyszedł bratu w sukurs Joe. — Jasne, spodziewaliśmy się damy z Bostonu, a nie z prerii, ale koniec końców grunt, że Adam jest szczęśliwy, nie?

Ben gwałtownie odwrócił się w jego stronę.

— Nie uważam jej za w niczym gorszą od panien z Bostonu, synu, i powinieneś już chyba znać mnie na tyle dobrze, by nie zarzucać mi podobnych rzeczy — wytknął, odrobinę urażony.

— No to w takim razie w czym problem, tato? — Joe zrobił krok do tyłu pod jego zagniewanym spojrzeniem, ale nie dawał za wygraną.

Ben westchnął ciężko, zastanawiając się, jak najlepiej wyjaśnić synom swoje obawy.

— Po prostu się martwię, czy ten związek na dłuższą metę ma szansę okazać się szczęśliwy. Bardzo wiele ich dzieli, i to pod wieloma względami zapewne. Poza tym sami wdzieliście reakcje ludzi na stacji. To coś, z czym Adam i jego żona będą się musieli niestety mierzyć cały czas.

— Myślę, że Adam niewiele o to dba, tato — odparł miękko Hoss. — Za to na twojej opinii naprawdę mu zależy, choć za nic się do tego nie przyzna.

Ben przygryzł wargę i spojrzał w górę schodów.

— Dobrze już, porozmawiam z nim — przyrzekł i poklepał średniego syna po ramieniu. — A wy idźcie zobaczyć, czy Hop Singowi nie trzeba w niczym pomóc.

Wspinając się ciężkim krokiem na piętro, wciąż przetrawiał słowa Hossa, a gdy znalazł się u progu dawnej sypialni Adama, uśmiechnął się lekko.

Drzwi były uchylone, ale Ben w porę przypomniał sobie, że teraz pokój zajmowała także kobieta, nie pchnął więc ich, jak zrobiłby dawniej, ale zapukał we framugę. Nie zdążył jeszcze opuścić ręki, kiedy pojawiła się przed nim twarz Marthy.

— Słyszałam pana kroki — wyjaśniła. — Adam zszedł na dół, żeby sprawdzić, jak nasze dziewczynki mają się po podróży.

Ben dopiero po chwili domyślił się, że mianem „dziewczynek" określiła indiańskie klacze.

— Może to i lepiej — powiedział z wahaniem, bardziej do siebie niż do niej.

Martha pytająco uniosła brwi, ale cofnęła się, zapraszając go do środka.

— Chciałem powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu tego, co wydarzyło się na dworcu — podjął Ben, zatrzymawszy się na środku pokoju. — Nie okazaliśmy się zbyt gościnni…

— Rozumiem, nie spodziewaliście się dzikuski — kobieta weszła mu w słowo, a kiedy Ben skrzywił się mimowolnie, uśmiechnęła się ironicznie. — Proszę się nie martwić, słyszałam to słowo już zbyt wiele razy, żeby jeszcze mogło mnie dotknąć. — Ponury błysk w jej oczach zdradził, że próbowała oszukiwać Bena… lub też samą siebie.

— Zapewniam cię, moje dziecko, że nikt nie chciał cię dotknąć. Nellie ma zaledwie pięć lat, nie wie, co mówi, a co do nas pozostałych… Byliśmy nieco zaskoczeni, przyznaję, ale nikt nie chciał sprawić ci przykrości.

— Och, nie wątpię, w końcu jestem żoną Adama Cartwrighta. — Martha prychnęła kpiąco. — Bo tylko ten fakt uchronił mnie przed usłyszeniem podobnej uwagi od przynajmniej połowy zgromadzonych na tym peronie osób, prawda?

Ben odchrząknął zmieszany. Poczuł się nieco zirytowany jej bezpośredniością, jednocześnie jednak nie mógł nie przyznać jej choć odrobiny racji.

— Nie mogę odpowiadać za naszych znajomych — odparł wreszcie nieco urażonym tonem. — Mogę jedynie zapewnić, że ani ja, ani moi chłopcy nie określilibyśmy pani podobnym słowem, nawet w myślach. Niezależnie od tego, czyją byłaby pani żoną.

Spojrzenie Marthy trochę złagodniało.

— Przepraszam — powiedziała ciszej. — Moje zarzuty nie były skierowane bezpośrednio do pana. Wiem, że Adam nie byłby tym, kim jest, gdyby nie wyniósł tego z domu. Po prostu… chyba oczekiwałam zbyt wiele.

Ben bezwiednie pokiwał głową, czując się coraz bardziej niezręcznie. Na szczęście w tej samej chwili na schodach zadudniły czyjeś kroki i zaraz potem do pokoju wkroczył Adam.

— Tato? — przystanął w progu, zaskoczony.

Ben odchrząknął ponownie.

— Chciałem tylko zobaczyć, czy już się rozpakowaliście. Hop Sing niedługo poda obiad — rzucił i wycofał się pospiesznie.

Wbrew obawom Bena atmosfera podczas obiadu była znacznie mniej napięta. Domyślił się, że Martha powiedziała mężowi o jego nieudolnej próbie naprawienia sytuacji, bo Adam przestał spoglądać na niego spode łba i zaczął uczestniczyć w rozmowie na równi z braćmi. Hoss i Joe wydawali się tylko na to czekać. Przy stole jeszcze trzymali się bezpiecznych tematów, ale po posiłku, gdy wszyscy rozsiedli się wygodnie wokół kominka, pytania, których z początku krępowali się chyba zadać nowo poznanej szwagierce, teraz popłynęły swobodnie.

— A więc wychowałaś się w Bostonie? — zaczął Joe.

— Spędziłam tam pół życia — odparła Martha, zdaniem Bena nieco wymijająco.

— Jak wy się właściwie poznaliście? — podłapał Hoss. — I jak dawno temu? — dorzucił po chwili namysłu.

— Poznaliśmy się nieco ponad rok temu u przyjaciół. — Tym razem to Adam udzielił odpowiedzi.

— Jeśli dobrze pamiętam, nasze pierwsze spotkanie miało jednak miejsce nieco wcześniej — poprawiła męża Martha z uśmieszkiem, który wydał się Benowi nieco ironiczny.

Adam roześmiał się cicho.

— O tym staram się nie pamiętać — odparł.

— Czyżbyś się nie popisał, braciszku? — zakpił Joe, także domyślając się, że za tajemniczymi spojrzeniami młodych małżonków kryła się jakaś historia.

— Wprost przeciwnie, aż pałał, żeby popisać się wiedzą — wyjaśniła Martha i zerknęła na męża z rozbawieniem.

— To rzeczywiście brzmi jak Adam — zachichotał Hoss. — Tobie też wiecznie truje o tych swoich książkach czy innych sztukach?

— Nie wiem, kto komu truje bardziej — stwierdził wesoło Adam.

Martha wyglądała, jakby szykowała już kolejną ripostę, ale kiedy ich spojrzenia się spotkały, tylko z rozbawieniem pokiwała głową.

— Tak, obawiam się, że pod tym względem oboje bywamy podobnie nieznośni.

— Ty też masz brata, prawda? — przypomniał sobie nagle Hoss. — Tego, który sprezentował wam te dwie ślicznotki?

— Właściwie to mam trzech, ale dwóch starszych nie widziałam od wielu lat. Ten jest najmłodszy, mniej więcej w twoim wieku… W sumie to chyba jeszcze młodszy. — Spojrzała na Joego, który nie wyglądał na zachwyconego tym porównaniem. — Też bardzo długo ze sobą nie rozmawialiśmy i wiele nas dziś dzieli, ale chyba wreszcie udało nam się choć trochę wzajemnie zrozumieć. — Nagle uśmiechnęła się z czymś na kształt rozrzewnienia. — Adam nieustannie mi o was opowiadał, wiecie? Momentami trudno mi było uwierzyć, że nadal łączy was tak bliska relacja, mimo że dorośliście i chodzicie własnymi drogami. Dzisiaj widzę, że ani trochę nie przesadzał. Nie widzieliście się kilka lat, a tymczasem… — Rozłożyła ręce.

— Och, nie daj się nabrać, oni są dziś po prostu wyjątkowo grzeczni, bo chcą zrobić na tobie dobre wrażenie — zażartował Adam.

— Chcesz mi powiedzieć, że do tej pory pomijałeś wszystkie historie o tym, jak skakaliście sobie do gardeł?

— A czy Adam opowiadał ci, jak było, kiedy po raz pierwszy wrócił z Bostonu? — wtrącił się Ben i uśmiechnął się do własnych wspomnień. Gdy Adam przyzwalająco skinął głową, podjął: — Widzisz, kiedy Adam wyjeżdżał na studia, Joe był małym chłopcem, kiedy wrócił, zastał zbuntowanego nastolatka i nie miał pojęcia, jak z nim postępować. Obaj nie mieliście. — Z czułością popatrzył na synów. — Kłóciliście się o każdą błahostkę i czasami miałem wrażenie, jakbyście obaj cofnęli się do poziomu brzdąców walczących o grzechotkę. Nie trać nadziei, moja droga, czas i cierpliwość potrafią zdziałać cuda.

Martha pokiwała głową, a po chwili w jej oczach znów pojawił się zawadiacki błysk.

— A jeśli już o brzdącach mowa, bardzo chętnie posłucham jeszcze jakichś anegdotek z dzieciństwa Adama. Im bardziej niepochlebne, tym lepiej — zaśmiała się. — Czy Adam był grzecznym chłopcem, panie Cartwright?

— Nawet nie próbujcie! — Adam pogroził palcem braciom, którzy wyglądali, jakby już szykowali się do rozpoczęcia opowieści. — A poza tym ja zawsze byłem dorosły — dodał z godnością i w obronnym gestem skrzyżował ręce na piersi.

— Właściwie to jest w tym trochę prawdy — przyznał Ben. — Adam był przede wszystkim bardzo odpowiedzialnym chłopcem i zawsze mogłem na nim polegać. Ale to nie znaczy, że nie wpadał w kłopoty. — To powiedziawszy, puścił oczko do Joego.

Na ten widok Adam jęknął cicho, wiedząc, że jest już na przegranej pozycji. Joe zastanawiał się tylko przez chwilę, a potem uśmiechał się od ucha do ucha.

— Martho, czy Adam opowiadał ci już o Abigail Jones?

Adam jęknął ponownie, jeszcze głośniej.

— Ależ późno się zrobiło… — rzucił i uderzył dłońmi po udach jak człowiek, który szykuje się do wyjścia.

Martha sięgnęła i, nawet nie patrząc, złapała go za rękę i osadziła w miejscu.

— Abigail Jones? — powtórzyła słodkim tonem. — Pierwsze słyszę. To twoja dawna sympatia?

— Gdzie tam sympatia. — Zachichotał Hoss. — Narzeczona!

Uśmiech Marthy zrzedł i Ben poczuł ukłucie współczucia.

— Tylko przez chwilę i wskutek pomyłki — pospieszył z wyjaśnieniem.

— Nie pomyłki, tylko kretyńskich intryg tych dwóch półgłówków — doprecyzował Adam z przekąsem. — Skoro już zaczęliście, to proszę bardzo, pochwalcie się swoimi genialnymi pomysłami.

Joego i Hossa nie trzeba było zachęcać. Ochoczo streścili zaśmiewającej się do rozpuku szwagierce całą swoją nieporadną intrygę mającą na celu zeswatać ofermowatego pracownika Ponderosy z niezbyt urodziwą nauczycielką. Początkowo poirytowany Adam rozpogodził się, gdy tylko zobaczył, jak bardzo żona docenia anegdotę, i sam przyłączył się do opowieści. Gdy skończyli, Martha odwróciła się do męża i uśmiechnęła się przymilnie.

— Wiesz, skarbie, twoi bracia właśnie coś mi uzmysłowili.

— To, że mojemu nieodpartemu męskiemu urokowi nie oprze się nawet największa potwora? — Adam mrugnął porozumiewawczo.

— Nie, głuptasie. — Martha karcąco pacnęła go po ręce. — Że nigdy jeszcze nie słyszałam, jak grasz na gitarze.

— Koncert! — Joe zaklaskał w dłonie.

— No nie daj się prosić, braciszku! — zawtórował mu Hoss. — Żonie, rzecz jasna.

Ben uśmiechnął się pod nosem. Choć widział, że Adam się wzbrania, znał najstarszego syna dość dobrze, by wiedzieć, że w głębi ducha nie ma najmniejszych oporów przed małym popisem. Zgodnie z jego przewidywaniem Adam uległ bardzo szybko i udał się na górę po instrument.

— Pamiętajcie, że nie grałem od paru lat — ostrzegł, po czym przebiegł palcami po strunach, wydobywając z instrumentu melodię równie sprawnie co dawniej. — Co mam zagrać?

Pozostali spojrzeli wyczekująco na Marthę, pozwalając jej dokonać wyboru. Kobieta bez wahania odparła:

— „Early One Morning", a cóż by innego?

Adam z rozbawieniem potrząsnął głową, ale spełnił życzenie. Początkowo patrzył głównie na swoje ręce i instrument, jakby nie był jeszcze pewien, czy niczego nie zapomniał, ale w pewnym momencie dotarło chyba do niego, że jego palce wciąż pamiętają utwór, który grał dawniej tyle razy. Podniósł wtedy głowę i odszukał wzrokiem żonę. Ben siedział w miejscu, które uniemożliwiało mu zobaczenie jej twarzy, od kiedy odwróciła się, żeby przyglądać się występowi męża, ale sądząc po reakcji Adama, który zarumienił się lekko, a potem wyszczerzył zęby, chyba jej się podobało.

Ben zdążył już zwrócić uwagę, że Martha, choć sprawiała wrażenie swobodnej i bezpośredniej, w rzeczywistości wydawała się bardzo pilnować, by mieć kontrolę nad sytuacją. Być może była to dobra strategia w starciu z jego młodszymi synami, którzy pozwalali sobie na coraz śmielsze przekomarzanki. Benowi zdawało się jednak, że kobieta sterowała konwersacją tak, by samej nie stać się ofiarą zbytniej ciekawości, a raczej skłonić rozmówców, by się przed nią otwierali. Nie było w tym większej złośliwości ani też nie wydawało się, by Martha miała jakiś ukryty cel. Możliwe zresztą, że była to przede wszystkim relacja obronna osoby o wyraźnie bystrym umyśle, która nie czuła się zbyt pewnie w nowej dla niej sytuacji. Jednak patrząc na pełen uwielbienia wzrok, jakim Adam wpatrywał się we właśnie bijącą mu brawo żonę, Ben zastanowił się, czy i on równie łatwo jak jego bracia poddawał się jej woli.

Czas do kolacji zszedł im na luźnych rozmowach i opowieściach. Martha poznała jeszcze kilka historii z młodości męża, pozostali Cartwrightowie usłyszeli garść anegdotek z Bostonu. Po kilku pierwszych pytaniach, na które Hoss i Joe otrzymali dość lakoniczne odpowiedzi, stało się jednak jasne, że młodzi małżonkowie nie byli zbyt skłonni do opowiadania o okolicznościach, które doprowadziły do ich związku. Dopiero późnym wieczorem Ben dostał szansę na zaspokojenie choć odrobiny swojej ciekawości.

Kiedy pozostali udali się już na spoczynek, Adam odprowadził żonę na górę, po czym wrócił do salonu i skierował się do szafki z brandy. Nalał im obu trochę bursztynowego płynu i z cieniem uśmiechu na ustach podał ojcu jedną ze szklanek

— A więc? — zagadnął.

— A więc? — powtórzył Ben z rozbawieniem. — Kiedy cię ostatnio widziałem, byłeś bardziej elokwentny.

Adam zachichotał cicho i przysiadł na skraju stołu naprzeciw ojca.

— Wiem, że masz milion pytań. Przepraszam, że tak was zaskoczyłem. Uwierz mi, bardzo mi was brakowało, zwłaszcza w dniu ślubu. Ale nie mogliśmy dłużej zwlekać.

Ben pytająco uniósł brwi.

— Nie, nie, spokojnie. — Adam ze śmiechem potrząsnął głową. — Na razie nie zostaniesz dziadkiem. Jeszcze nie. — Zerknął na schody, jakby chciał się upewnić, czy Joe nie usiłuje podsłuchiwać ich rozmowy, tak jak robił to nieraz, będąc chłopcem. — Tylko… — Urwał i podrapał się po głowie. — Byłeś żonaty, tato, na pewno wiesz, jak to jest. Bliscy Marthy już i tak uważali nas za małżeństwo, mieliśmy przed sobą długą podróż, a część drogi siłą rzeczy musieliśmy przebyć bez nikogo, kto robiłby za przyzwoitkę… Niewłaściwym byłoby dłużej zwlekać z ceremonią.

„Więc zrobiłeś to, co nakazywał ci honor" — pomyślał Ben, ale nie powiedział tego na głos. Nie pierwszy raz miał podobne obawy w stosunku do związków pierworodnego syna. Tym razem jednak nie było już sensu ich wysuwać i pozostawało mieć nadzieję, że się nie sprawdzą.

— Nie ukrywam, że początkowo było mi trochę przykro — przyznał zamiast tego. — Rozumiem jednak, że czasem po prostu tak trzeba. Byłbym obłudnikiem, gdybym myślał inaczej, sam przecież, jak na pewno dobrze pamiętasz, przywiozłem Marie na Ponderosę już jako panią Cartwright, stawiając was przed faktem dokonanym.

— Przyznaję, że to jeden powodów, dla których liczyłem na twoją wyrozumiałość. — Adam uśmiechnął się krzywo. — Miałem tylko nadzieję, że zareagujesz lepiej niż ja wtedy.

— Mam trochę więcej niż jedenaście lat i obawiam się, że chowanie się w stajni już mi nie przystoi — odparł Ben z cieniem uśmiechu. — Zawsze starałem się ufać, że wiesz, co robisz, i tym razem jest nie inaczej. Po prostu mam nadzieję, że będziesz szczęśliwy.

Adam przekręcił głowę i zmierzył go badawczym spojrzeniem.

— Masz nadzieję, ale nie jesteś o tym przekonany?

Ben zacisnął zęby, zły na siebie, że tak łatwo dał się przejrzeć. Z drugiej strony jednak Adam znał go lepiej niż ktokolwiek inny.

— Wybrałeś sobie trudną drogę, synu — odpowiedział ostrożnie.

— To nie ja wybrałem, to ta droga wybrała mnie — poprawił go Adam miękko. — Ale nie martw się, tato, będę szczęśliwy. Już jestem.

„W to nie wątpię", pomyślał Ben, nie wypowiedział jednak tego na głos. Adam był zakochany, to nie ulegało wątpliwości. Czy jednak miało wystarczyć, by zapewnić mu szczęście an dłuższą metę? To mógł pokazać jedynie czas.


Boston, 1870

Lekka dwukółka kołysała się miarowo na szerokiej drodze przecinającej sosnowy las. Adam zamknął na moment oczy i wciągnął w nozdrza zapach żywicy. Krajobraz Massachusetts w niczym nie przypominał tego z Nevady, nawet drzewa pachniały tu inaczej, a w powietrzu było znacznie więcej wilgoci. Mimo to ilekroć opuszczał mury Bostonu — co zdarzało mu się obecnie znacznie rzadziej, niżby sobie tego życzył — myśli Adama samorzutnie kierowały się w stronę Ponderosy. Skłamałby, gdyby powiedział, że nie tęskni za domem, za bezkresnymi przestrzeniami, galopadami poprzez wzgórza i wąwozy i widokiem Sierr odbijających się w błękitnych wodach jeziora Tahoe. Tęsknota nie była dość silna, by skłonić go do pozostawienia za sobą życia, które zbudował w Bostonie, ale jednocześnie wystarczająca, by w chwilach takie jak ta dopadała go melancholia.

— Wio, darmozjady! — zakrzyknął nagle Jacques i tym samym wyrwał Adama z zamyślenia.

— Kocha, to poczeka. — Adam uśmiechnął się lekko.

Przyjaciel spojrzał na niego z politowaniem.

— Widać, że dawno nie byłeś zakochany, stary — zadrwił dobrodusznie.

Adam wzruszył ramionami.

— Nie mogę się doczekać, aż poznam damę, która tak namieszała ci w głowie — odgryzł się.

— No, no, tylko bez żadnych sztuczek. — Jacques żartobliwie pogroził mu palcem. — Dobrze wiem, jak działasz na kobiety.

Adam z rozbawieniem pokręcił głową.

— Nie martw się, Jack, jako twój przyszły drużba doskonale znam swoją rolę. Ty będziesz czarował Florę, ja zajmę się cerberem.

Jacques uśmiechnął się promiennie na samą myśl o narzeczonej.

— Doceniam twoje poświęcenie, stary. Chociaż liczę, że pani Steele dziś trochę odpuści. W końcu to nasze przyjęcie zaręczynowe.

— Czy to nie ojca panny powinieneś bać się bardziej? — Podtrzymując żartobliwy ton, Adam postanowił spróbować dowiedzieć się czegoś więcej o rodzinie, w którą zamierzał wżenić się jego przyjaciel. Nie było to łatwe, Jacques bowiem do tego stopnia stracił głowę dla Flory McCarthy, że każdą podobną okazję natychmiast wykorzystywał do wychwalania jej zalet.

— Stary pułkownik to nie problem. Jest w porządku, chyba mnie polubił, a poza tym, cóż, „stary" to kluczowe słowo — wyjaśnił Jacques. — Niedowidzi, co, nie ukrywam, czasem bywało nam na rękę. A przy tym w ogóle jest, biedaczysko, coraz bardziej schorowany. Wydać córkę za mąż i zatańczyć na jej weselu to jedno z jego ostatnich marzeń. W gruncie rzeczy powinienem być chyba wdzięczny pani Steele, że skutecznie odstraszała dotychczasowych kandydatów do ręki Flory — zakończył ze zwykłym dla siebie humorem.

— Kim ona właściwie jest? — zaciekawił się Adam. — Poza tym, że cerberem, rzecz jasna.

— Obawiam się, że trudno o słowo, które lepiej podsumuje jej rolę — mruknął Jacques z przekąsem. — Ni to guwernantka, ni przyjaciółka. Po trochu gospodyni, po trochu opiekunka, towarzyszka i przyzwoitka. Nie ma żadnej pozycji w towarzystwie, ale w domu pułkownika rządzi niepodzielnie i nawet stary McCarthy jest jej posłuszny. Wiem, że w gruncie rzeczy troszczy się o Florę jak o rodzoną siostrę, a i pułkownikiem gorliwie się opiekuje, ale cóż, sam zobaczysz, rozmawiać z Florą w jej obecności to jak tańczyć polkę w jaskini lwa.

— W takim razie dziś wieczór zabawię się w tresera. — Adam uśmiechnął się pokrzepiająco, widział bowiem, że pod lekkim, pozornie drwiącym tonem przyjaciela kryje się zdenerwowanie rosnące proporcjonalnie do zmniejszającej się odległości od celu.

Rezydencja pułkownika McCarthy'ego okazała się eleganckim dwupiętrowym budynkiem wyraźnie pamiętającym jeszcze czasy kolonialne, z jasną, symetryczną fasadą, od której odcinały się cztery białe pilastry oraz okiennice z ciemnego drewna. Znalazłszy się we wnętrzu, Adam z zainteresowaniem przyglądał się mijanym detalom, gdy młoda służąca prowadziła ich na górę, gdzie przygotowano dla nich niedużą, przytulnie urządzoną sypialnię. Wkrótce rżenie koni na podjeździe zaanonsowało przybycie kolejnych gości i dwaj przyjaciele, zajęci doprowadzeniem się do porządku po niemal dwugodzinnej podróży, nie mieli już zbyt wiele czasu na wymianę uwag.

Pogoda dopisała, przyjęcie urządzono więc w przylegającym do domu ogrodzie. Dwa długie stoły ustawione prostopadle do siebie i ustawiona w przeciwległym rogu niewielka orkiestra wyznaczały plac, który już wkrótce miał się przemienić w parkiet taneczny. Otaczające teren drzewa i krzewy zostały przystrojone licznymi girlandami, a w powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Adamowi przemknęło przez głowę, że tutejszy cerber, mimo tak niepochlebnej opinii Jacquesa, musiał odznaczać się paroma przymiotami, z których jednym było bez wątpienia poczucie smaku.

— A oto i powód, dla którego się tu znaleźliśmy — oznajmił nagle Jacques, uśmiechając się od ucha do ucha.

Adam podążył wzrokiem za spojrzeniem przyjaciela i stanął twarzą w twarz z młodą damą o porcelanowej cerze i kasztanowych włosach, upiętych według najnowszej mody.

— Pan Adam Cartwright, mój serdeczny przyjaciel — Jacques rozpoczął prezentację. — Panna Flora McCarthy, moja narzeczona — powiedział z dumą w głosie.

Adam ukłonił się i wypowiedział standardowe przywitanie, zerkając mimochodem na przyjaciela. Jacques wyraźnie promieniał i nareszcie Adam zrozumiał dlaczego. Dotychczas sceptyczny wobec litanii pochwał, teraz musiał przyznać im rację. Dawno nie widział tak sympatycznej buzi, a w połączeniu z bystrymi, obłędnie błękitnymi oczami i miłym, szczerym, choć trochę nieśmiałym uśmiechem efekt był rzeczywiście nadzwyczaj uroczy.

— Muszę stwierdzić, że Jack ani trochę nie przesadzał, chwaląc pani zalety — powiedział szczerze.

Flora zarumieniła się lekko i podziękowała cicho, ale nie patrzyła już na niego, lecz na Jacquesa. Adam uśmiechnął się na ten widok. Świadom, że świeżo upieczeni narzeczeni świata poza sobą nie widzą, postanowił uchybić etykiecie i samemu przedstawić się gospodarzowi, który postępował kilka kroków za córką.

Pułkownik McCarthy, choć wsparty o lasce, był wyprostowany jak struna, a jeśli to nie było dostatecznym świadectwem jego wojskowej kariery, to bez wątpienia świadczyły o niej dwie podłużne blizny od kul, które jednak nie szpeciły zbytnio jego pomarszczonej twarzy, a raczej dodawały jej dostojności.

— Cartwright? — powtórzył za Adamem, marszcząc krzaczaste brwi, które kryły w sobie oczy równie niebieskie jak Flory, choć jakby wyblakłe. — Znałem jednego Cartwrighta. John Cartwright, miał hodowlę koni na południu Ohio.

— To mój stryj — odpowiedział Adam z zaskoczeniem. Przez lata przywykł już do tego, że całkiem przypadkowi ludzie okazywali się nagle znajomymi jego ojca, ale po raz pierwszy zdarzyło mu się, żeby ktoś znał starszego brata Bena Cartwrighta. — Nie znałem go zbyt dobrze. — O tym, że syna stryja Johna poznał za to aż nazbyt blisko, nie miał ochoty wspominać.

— Bratanek starego Johna, no proszę. — Pułkownik entuzjastycznie stuknął laską o ziemię. — Wspaniałe miał te zwierzęta, silne i dzielne. Miałem od niego taką małą kasztankę, ależ to było mądre bydlę… Koniecznie przyjdź do mnie, synku, na pogawędkę, jak już będzie spokojniej, chętnie powspominam dawne czasy. Martha! Martha? No gdzież ona się podziała. Florciu, gości trzeba witać, potem będziecie sobie gruchać, gołąbeczki. — Poklepał jeszcze Adama po przedramieniu i ruszył w stronę córki. — A ty, młody człowieku — rzucił przez ramię do Jacquesa, uśmiechając się jednak przy tym, by złagodzić swój ton — idź, z łaski swojej, poszukaj Marthy, bo gdzieś nam biedaczka zaginęła w akcji.

Adamowi wystarczyło spojrzeć na skrzywiony wyraz twarzy przyjaciela, by domyślić się, że „Martha" to imię cerbera. Upewniwszy się, że McCarthy z córką odeszli już dostatecznie daleko, chciał rzucić jakiś uszczypliwy komentarz, jednak gdy jego wzrok padł na schodki prowadzące z werandy do ogrodu, słowa ugrzęzły mu w gardle.

Widział tę surową twarz o bystrych czarnych oczach i wydatnych kościach policzkowych zaledwie przez chwilę, ale rozpoznałby ją wszędzie, tym bardziej że do rezydencji McCarthych wydawała się pasować jeszcze mniej niż do wnętrz Muzeum Sztuk Pięknych. Adam pospiesznie skarcił się za tę myśl, zdając sobie sprawę, że choć niewypowiedziana, przynosiła w jakiś sposób ujmę tej kobiecie, w której wyraźnie kryło się znacznie więcej, niż można by przypuszczać na pierwszy rzut oka. Wciąż zaskoczony, skłonił się lekko, a gdy odpowiedziała jeszcze bardziej oszczędnym ukłonem, był już niemal pewien, że ona także go rozpoznała.

— Oto i Martha… To znaczy pani Steele, wdowa po najlepszym strzelcu wśród moich dragonów. — McCarthy wyraźnie nie zauważył spojrzeń, jakie Adam wymienił z nowo przybyłą. — O, a kto to przyjechał? — zapytał, mrużąc oczy.

Pani Steele skwapliwie wykorzystała tę szansę, by ograniczyć przywitanie z Adamem do niezbędnego minimum.

— To pan major Howard z rodziną. Florciu, chodź się przywitać. I weź ojca pod rękę, ten trawnik taki nierówny.

Flora niechętnie przerwała cichą rozmowę z narzeczonym i spełniła polecenie. Jacques posłał Adamowi pełne wyrzutu spojrzenie, ale ten tylko nieznacznie wzruszył ramionami, mimowolnie podążając wzrokiem za panią Steele, która ruszyła, by wskazać drogę kolejnym gościom.

Wkrótce potem zasiedli do stołu. Adam został usadzony między Jacquesem a trzpiotowatą kuzynką panny Flory, która, niezbyt zadowolona z towarzystwa dobre dwadzieścia lat starszego architekta, wymieniła z nim kilka zdawkowych uwag, po czym zaczęła robić maślane oczy do nieco tylko młodszego kapitana kawalerii siedzącego naprzeciwko. Choć zwykle Adam lubił pogawędki przy stole, tym razem nie czuł się urażony, wprost przeciwnie — wolny od obowiązku zabawiania sąsiadki, mógł skupić się na obserwowaniu pani Steele, która coraz bardziej go intrygowała.

Teraz zaczynał już rozumieć, co miał na myśli Jack, mówiąc, że trudno opisać rolę odgrywaną przez kobietę w domu McCarthych. Choć Flora przedstawiała ją jako swoją przyjaciółkę i wyznaczyła jej miejsce nieopodal siebie, pani Steele przez większość czasu krążyła między dwoma stołami a domem, zapewne kuchnią, dyskretnie dyrygując służbą i pilnując, by nikomu niczego nie zabrakło. Kiedy zaś posiłek dobiegł końca, zadbała, by pułkownik usadowił się w wygodnym fotelu w cieniu rozłożystej śliwy, a potem, jak na cerbera przystało, odszukała Florę i wszystko wskazywało na to, że przez resztę wieczoru nie zamierzała spuszczać z niej oka.

Tym razem Adam od razu zareagował na błagalne spojrzenie Jacquesa i pozornie tylko nonszalanckim krokiem zbliżył się do pani Steele. Kobieta stała przy rozłożystym krzaku róż i pieczołowicie udawała, że poprawia zawieszone na nim girlandy, a nie zwraca uwagi na ławeczkę po jego drugiej stronie, na której przysiadła para świeżo upieczonych narzeczonych.

— Jestem pani winien przeprosiny — zaczął zupełnie szczerze. — Moje zachowanie tam w muzeum było pochopne i nieodpowiednie.

— Przywykłam już do pochopnych osądów na swój temat, ale muszę przyznać, że odbieranie za nie przeprosin nadal jest dla mnie czymś nowym. — Kobieta bez trudu domyśliła się, że Adam kaja się nie tylko za słowa.

— Często bywa pani w Athenæum? — Adam nie zdołał znaleźć adekwatnej odpowiedzi, wolał więc zmienić temat.

— Nieczęsto bywam w ogóle w mieście. — Pani Steele mimowolnie zerknęła przez ramię na dom lub też może na siedzącego nieopodal pułkownika. — Tamtego dnia miałam coś do załatwienia dla Florci, skorzystałam więc z okazji. Po raz pierwszy widziałam dzieła pana Millera i muszę przyznać, że budzą we mnie mieszane uczucia.

Adam ze zrozumieniem skinął głową.

— Niby wszystko się zgadza, a jednak nie zgadza się prawie nic.

— Jak książeczka dla dzieci, w której wszystko musi być dostosowane do poziomu odbiorcy. — Niespodziewanie w oczach kobiety pojawiły się wesołe ogniki. — A więc to pan otrzymał dziś zadanie odwrócenia uwagi cerbera?

Adam spojrzał na nią z zaskoczeniem, na co jego rozmówczyni roześmiała się cicho.

— Chyba nie sądził pan, że knowania pańskiego przyjaciela umkną mojej uwadze? Ale proszę się nie martwić, sama postanowiłam dać im dziś nieco więcej swobody. W końcu to ich zaręczyny.

Adam pokręcił głową, rozbawiony.

— Przejrzała mnie pani. Może w takim razie się przejdziemy? Tak, żeby mogła pani mieć pannę Florę na oku, rzecz jasna.

Pani Steele przyjęła ofiarowane jej ramię.

Przez chwilę w milczeniu kluczyli pomiędzy krzakami róż. Adam ukradkiem zerkał na swoją towarzyszkę, z której twarzy znikał już powoli ten surowy wyraz. Teraz wydała mu się młodsza niż wcześniej. Z pewnością znacznie starsza od Flory, ale też nadal sporo młodsza od niego, a przede wszystkim zdecydowanie za młoda na wdowę. Był coraz bardziej ciekaw, jaką skrywała historię, nie miał jednak szans niczego się dowiedzieć, bowiem gdy tylko rozpoczął rozmowę, pani Steele błyskawicznie sprowadziła ją na temat, który interesował ją najbardziej.

— Długo zna pan Jacquesa Broussarda?

— Przeszło dwie dekady. Studiowaliśmy razem, a dziś jesteśmy wspólnikami. To porządny człowiek. Trochę postrzelony, ale ma serce po właściwej stronie. — Adam mimowolnie uśmiechnął się do własnych wspomnień, powstrzymał się jednak od wypowiedzenia ich na głos w obawie, by anegdotki z czasów studenckich nie pogorszyły zdania pani Steele o wybranku jej przyjaciółki.

— To prawda, że jego rodzina przywiozła z Francji spory majątek? — Kobieta wyraźnie nie miała ochoty na zabawę w subtelności.

— Nie tak duży, jak Jack pozwala ludziom wierzyć, ale wystarczający, by on i panna Flora mogli wieść dostatnie życie — odpowiedział Adam zgodnie z prawdą.

— A mimo to para się architekturą? — Kobieta uniosła brwi.

Adam wzruszył lekko ramionami.

— Fortuna ma to do siebie, że prędzej czy później topnieje, jeśli się jej nie pomnaża. Zresztą mój ojciec zwykł mawiać, że mężczyzna musi mieć zajęcie.

— Pański ojciec brzmi jak bardzo mądry człowiek.

To była doskonała okazja, by przerzucić ciężar rozmowy na panią Steele i Adam już otwierał usta, by zadać pierwsze pytanie, gdy niespodziewanie przerwały mu gromkie brawa. Niechętnie odwrócił się w kierunku, skąd dobiegał dźwięk. Okazało się, że to panna Emma, kuzynka Flory McCarthy i niedawna sąsiadka Adama postanowiła zabawić towarzystwo popisem wokalnym. Flora i Jacques uświadomili sobie chyba, że już zbyt długo stronili od gości, pospiesznie wstali bowiem ze swojej ławeczki i ruszyli w kierunku pozostałych. Pani Steele i Adamowi nie pozostało zatem nic innego, jak także przyłączyć się do widowni.

Emma wybrała „Aurę Lee", która nie wydawała się Adamowi utworem zbyt trudnym, mimo to zdołała nie trafić w połowę dźwięków, brawa po jej występie były zatem już znacznie mniej entuzjastyczne. Flora musiała zauważyć zmieszanie kuzynki, bo pospieszyła jej z pomocą, a „Jeanie with the Light Brown Hair", choć o nieco bardziej skomplikowanej melodii, wykonana przez obie panny w duecie zabrzmiała całkiem przyzwoicie.

— Czas na duet narzeczonych! — zawołał ktoś z gości, gdy damy skończyły swoją piosenkę.

Kilka osób entuzjastycznie przyklasnęło temu pomysłowi. Panna Flora spojrzała wyczekująco na Jacquesa, który z kolei posłał przerażone spojrzenie przyjacielowi. Adam nieznacznie skinął głową. Wiedział dobrze, jak bardzo Jacka przerażają podobne występy i że gdy zostanie do nich zmuszony, efekty są nierzadko jeszcze bardziej żałosne od tego, co zaprezentowała przed paroma momentami Emma. On sam z kolei uczył się kiedyś śpiewu i bez większego skrępowania zabawiał czasem towarzystwo zgromadzone na Ponderosie. Nie wyrywał się do tego tu na wschodzie, ale kiedy już został zmuszony, radził sobie na tyle przyzwoicie, by nie odczuwać wstydu. Dlatego też bez wahania dał przyjacielowi to nieme przyzwolenie i ochoczo ruszył do szpinetu, gdy tylko Jacques ogłosił donośnie, że Adam Cartwright bardzo by chciał uraczyć towarzystwo swoim śpiewem, a on sam chętnie ustąpi swemu przyszłemu drużbie tego przywileju.

Duet z Florą w miejsce jej narzeczonego nie był może najfortunniejszą decyzją z towarzyskiego punktu widzenia, jednak Adam wolał nie kompromitować się swoją nieporadną grą na szpinecie, którego nie używał od lat, pozwolił więc, by pułkownikówna mu akompaniowała. Przez krótką chwilę zastanawiał się nad doborem piosenki. Zupełnie niespodziewanie w pamięci stanął mu widok Marthy Steele stojącej nieruchomo przed obrazem przedstawiającym w krzywym odbiciu świat, z którego prawdopodobnie wyrosła. Wkrótce potem po ogrodzie popłynęły dźwięki utworu „Beautiful Dreamer". Kończąc drugą zwrotkę, Adam mimowolnie odszukał spojrzeniem panią Steele, a gdy zauważył, że wpatruje się w niego pełnym napięcia wzrokiem, poczuł na karku dziwny dreszcz.

Nad ranem, gdy obaj z Jacquesem leżeli w łóżkach, zbyt zmęczeni, by cokolwiek robić, ale jednocześnie zbyt rozbudzeni, by zasnąć, Adam zadał nurtujące go pytanie:

— Jack, co właściwie wiesz o pani Steele?

— A co, spodobała ci się? — Jack zakpił swoim zwyczajem.

Adam nie odpowiedział.

— No nie mów! — Jacques obrócił się na bok i utkwił w nim badawcze spojrzenie, ledwo dostrzegalne w świetle powoli budzącego się dnia. — Adam, ona nie jest taka jak my.

— Spędziłem z nią większość wieczora, na twoją prośbę zresztą, i nie powiem, żebym zauważył jakieś większe różnice — odparł Adam chłodno.

Jacques milczał przez chwilę, rozważając słowa Adama lub też może jego reakcję. W końcu jednak poddał się i najwyraźniej zdecydował po prostu udzielić odpowiedzi.

— Znam jej historię tylko pobieżnie, bo mnie nigdy zbytnio nie zajmowała.

Uwadze Adama nie uszło, że Jack zaakcentował słowo „mnie".

— Mąż Marthy służył pod rozkazami McCarthy'ego — mówił dalej Jacques. — Pułkownik już chyba z tuzin razy opowiadał, jak sierżant Steele uratował mu życie, i za każdym razem była to zupełnie inna historia. Do dziś nie wiem, czy rzeczywiście były to osobne przypadki, czy też pułkownikowi wiek miesza w pamięci, tak czy inaczej, miał wobec niego dług wdzięczności i chyba się też tak po ludzku przyjaźnili. Więc kiedy Steele zjawił się pewnego razu z nastoletnią dzikuską… — Adam prychnął cicho, ale Jacques go zignorował. — ...i poprosił o zgodę na ślub, otrzymał ją bez problemu. Ubrali dziewczynę po ludzku, nauczyli kilku słów po angielsku, ochrzcili imieniem Martha i tak została panią Steele. Wkrótce potem sierżant niestety zginął w potyczce, z pobratymcami szanownej małżonki zresztą, ale zdążył jeszcze wydobyć od McCarthy'ego słowo, że zaopiekuje się młodą wdową. Chcąc nie chcąc, pułkownik przywiózł ją więc tutaj i podarował ją Florci.

— Podarował? — Adam surowo zmarszczył brwi. Mimowolnie stanął mu przed oczami widok pani Steele wpatrującej się jak zaklęta w obraz przedstawiający oddanie indiańskiej dziewczyny za żonę traperowi i dopiero teraz z zawstydzeniem uświadomił sobie, jak daleki był w swojej ocenie tego, o czym kobieta mogła w tamtej chwili myśleć.

— Och, nie łap mnie za słówka — zirytował się tymczasem Jacques. — Wiadomo przecież, że nikt jej nie zniewolił. Ale co niby mieli z nią zrobić? Swoi by jej już i tak nie przyjęli, dla nich była pewnie zdrajczynią, która zbratała się z wrogiem, a pułkownik zapewnił jej lepszy los, niż gdyby miała zostać żoną kolejnego żołdaka. Żyła sobie w wielkim domu, odebrała de facto to samo wychowanie i wykształcenie co Flora, bo towarzyszyła jej podczas wszystkich lekcji. Słyszałeś pewnie te opinie, że czerwonoskórzy myślą wolniej niż my? Stek bzdur, sam się zapewne przekonałeś, umysł tej kobiety jest ostry jak brzytwa. To jedno jej muszę przyznać, nasze dyskusje o literaturze są wyjątkowo zajmujące, nawet jeśli w dziewięciu przypadkach na dziesięć mamy zupełnie przeciwne opinie.

Adam uśmiechnął się mimowolnie, myśląc, że to zupełnie tak jak z nim i z Jacquesem. Ich przyjaźń była bez wątpienia jedną z tych relacji budowanych nie tyle na podstawie podobieństw, ile pomimo różnic. Niektórych poglądów Jacka nie tylko nie popierał, a nawet nie znosił, mimo to wiedział, że choć nie zgadzają się w wielu rzeczach, mogą polegać na sobie bez reszty, i nie wątpił, że gdyby poważnie zainteresował się panią Steele (nie żeby zamierzał, rzecz jasna), przyjaciel prędzej czy później stanąłby po jego stronie, choćby i wbrew całej reszcie świata.

— Wiesz, Jack — odezwał się po chwili. — Ponderosa graniczy z ziemiami Indian, miałem więc okazję poznać ich nieco lepiej niż autorzy tych opinii, o których wspomniałeś. Nie tylko ta, ale i wiele innych nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. To nie są dzicy ludzie, po prostu są… Cóż, tu się z tobą zgodzę, są inni niż my. — Nie przepadał za tym słowem, ale w tym przypadku nie udało mu się znaleźć lepszego. — Nie gorsi, nie lepsi, po prostu inni. Mają inne obyczaje, żyją inaczej, ale wśród nich tak samo jak wśród nas są głupcy i mędrcy, dobrzy i źli. I byłoby dla wszystkich lepiej, gdybyśmy dzielili ludzi jedynie według tego ostatniego kryterium — skwitował gorzko.

Ku jego zdziwieniu, Jack z namysłem pokiwał głową.

— Coś w tym jest. Pamiętam, stryj w Luizjanie miał takiego starego niewolnika. Nie spędził dnia w szkole, właściwie to nie spędził ani dnia poza plantacją, w życiu nie przeczytał ani jednej książki, a mimo to był taki mądry, że sam stryjek czasem prosił go o poradę. Wyobrażasz sobie? Po radę do niewolnika! Rodzina uważała, że zwariował, ale ja myślę, że gdyby poznali starego Billa, sami przyszliby się go poradzić, taki był… Ale wracając do pani Steele, co powiedziałem, to podtrzymuję. To niegłupia kobieta i szczerze oddana McCarthym, nie zmienia to jednak faktu, że najmłodsze lata spędziła w świecie, którym rządziły zupełnie inne prawa niż naszym, a z tego, co słyszałem, jej krewni ochoczo przelewali krew takich jak my. I tak, wiem, co zaraz powiesz, biali zabierają im ziemię i wybijają bizony, takie opinie, wbrew pozorom, także nie są mi obce. Po prostu… zanim się zagalopujesz, pamiętaj, Adam, pantera nawet w złotej obroży i na atłasowych poduszkach nadal pozostaje panterą.

— Najpierw cerber, teraz pantera, aleś ty oryginalny — prychnął Adam, po czym, świadom, że kłótnia z przyjacielem o kobietę, którą widział dwa razy w życiu i zobaczy pewnie jeszcze tylko z raz czy dwa, nie ma najmniejszego sensu, po prostu odwrócił się do ściany, sygnalizując tym samym koniec rozmowy.

Tygodnie dzielące przyjęcie zaręczynowe od dnia ślubu Adam spędził skoncentrowany na pracy — tym mocniej, im bardziej myśli Jacquesa zaprzątała perspektywa rychłego ożenku z kobietą swoich marzeń. Adam pracował więc za dwóch, pomiędzy tym znajdując jeszcze czas, by cierpliwie wysłuchiwać kolejnych peanów przyjaciela na cześć narzeczonej. Nie miał zatem czasu ani na obiecane pułkownikowi odwiedziny, ani na myślenie nawet o rezydencji McCarthych i jej mieszkańcach. Możliwe zresztą, że mniej lub bardziej świadomie wypierał pieczołowicie z głowy nawet i te myśli, które nieproszone usiłowały zakłócić porządek jego umysłu i odciągnąć go od pilniejszych spraw. Prawdopodobnie to właśnie dlatego na widok Marthy Steele stojącej w cieniu zwieńczonego łukiem portalu kościoła Old North na moment przystanął z wrażenia. Ze względu na doniosłość okazji kobieta porzuciła tego dnia swoje skromne, stonowane suknie i przyodziała modną ostatnio turniurę w kolorze ciemnego burgunda, doskonale kontrastującą z jasnym wystrojem świątyni, a przede wszystkim podkreślającą barwę jej ust, na które Adam po raz pierwszy zwrócił uwagę. Na moment ich spojrzenia się spotkały i Adam pierwszy odwrócił głowę, nie dość szybko jednak, by umknęło to uwadze Jacquesa, który szturchnął go dyskretnie i uśmiechnął się znacząco, tym samym przypominając mu o obowiązkach drużby.

Po zakończonej ceremonii Adam znalazł się w powozie z panną Emmą, druhną Flory, oraz jej matką, która przez całą drogę szczebiotała o tym, jak piękna była to ceremonia. Kiwając głową i pomrukując twierdząco co jakiś czas, by sprawiać wrażenie zaangażowanego słuchacza, Adam wykorzystał podróż, by po raz ostatni przećwiczyć w głowie swoją przemowę. Nie obawiał się wystąpienia — uważał się za niezłego mówcę, a anegdotek na temat pana młodego znał tak wiele, że nie starczyłoby ich i na trzy dni opowieści. Teraz jednak z zaskoczeniem uświadomił sobie, że myśl o przenikliwym spojrzeniu pewnej pary ciemnych oczu napełniła go nagle od lat już obcym mu uczuciem tremy.

— Floro, Jacquesie, drodzy przyjaciele i goście. Architektura i małżeństwo wbrew pozorom mają wiele wspólnego. Jedno i drugie wymaga położenia solidnych fundamentów, harmonicznego pogodzenia wielu czasem bardzo różnych części, wytrwałej pracy na co dzień, a także... sporej dozy wyobraźni. Kiedy poznałem Jacquesa Broussarda przeszło dwadzieścia lat temu na egzaminie z rysunku, tej ostatniej z pewnością mu nie brakowało. Kiedy stwierdził, że nie zgadzają mu się proporcje, a muszę tu nadmienić, że nie wolno nam było używać linijek ani żadnych tym podobnych pomocy, schylił się, wyciągnął z nogawki spodni kawałek nitki i przy jej pomocy dokonał niezbędnych pomiarów na swoim rysunku. Egzamin zdał. Dziś staje przed egzaminem znacznie trudniejszym…

Dopiero gdy skończył przemawiać i rozległy się gromkie brawa, Adam pozwolił sobie na ukradkowe spojrzenie w kierunku, gdzie mignęła mu wcześniej suknia Marthy Steele. Nie dojrzał jej jednak i mimo wyraźnego sukcesu poczuł ukłucie rozczarowania.

Przez kolejną godzinę czy dwie co i raz mimowolnie szukał jej wzrokiem, coraz bardziej zafascynowany tym, jak jej twarz i zachowanie zmieniały się w zależności od okoliczności. Po serdeczności i troskliwości, jakie przejawiała w stosunku do Flory i pułkownika, nie było w tej chwili śladu. Stojąc w towarzystwie dwóch innych, starszych od siebie dam, przypominała raczej posąg, obojętny i chłodny, a nawet wyniosły. Kiedy kobiety oddaliły się i pani Steele została na moment sama, wyraźnie się odprężyła, choć Adamowi wydawało się, że nie zdjęła nadal swojej maski. Zastanawiał się, czy kryła się pod nią niepewność, czy może niechęć do tego miejsca i ludzi, którzy je wypełniali. Nie potrafił rozgryźć tej kobiety i przemknęło mu przez głowę, że być może w ostrzeżeniu Jacka tamtej nocy kryło się więcej prawdy, niż początkowo zakładał. Zaraz jednak odrzucił tę myśl. Pani Steele nie mogła różnić się od niego dużo bardziej niż choćby Flora — może nawet pod pewnymi względami mogła być do niego bardziej podobna. Oboje pochodzili z innego świata, znacznie bardziej surowego i brutalnego, ale też pięknego w swojej naturalności, i choć potrafili dopasować się do bostońskiego środowiska, ich przeszłe doświadczenia mogły nie pozwolić im w pełni się z nim zasymilować.

Po pewnym czasie obserwacji musiał jednak przyznać, że zgromadzona na weselu śmietanka towarzyska okazała się zaskakująco tolerancyjna. Znajomi Jacka spoglądali czasem na panią Steele z ciekawością, wyraźnie zaintrygowani jej egzotyczną urodą, choć Adam nie był pewien, czy zdawali sobie sprawę z jej pochodzenia — wszak ryciny z książek i gazet przedstawiały Indian zawsze w określony sposób, podkreślający ich inność, tak że ludziom ze wschodniego wybrzeża mogło nawet nie przyjść do głowy, że ta szykowna dama w turniurze mogłaby stanowić jedną z rdzennych mieszkanek Ameryki. Goście McCarthych z kolei traktowali ją w większości z obojętnością, czasem rezerwą, akceptując jej obecność, ale dając jej znać, że nie uważają jej za równą sobie. Tyle że znów — z podobnymi reakcjami z ich strony spotkałaby się prawdopodobnie kobieta o jej pozycji społecznej, wyraźnie niższej od obojga młodych, niezależnie od swego koloru skóry. Adama, który lubił przecież Boston za jego kulturę i poziom rozwoju cywilizacyjnego, czasem doprowadzał do szału snobizm tutejszych elit. Tym razem jednak musiał z ubolewaniem przyznać, że to zazwyczaj znacznie bardziej egalitarni mieszkańcy zachodniego pogranicza mieliby prawdopodobnie znacznie większy problem z zasiąściem do jednego stołu z Indianką, nieważne, jak bardzo zasymilowaną. Wciąż za dobrze pamiętał tragiczny los Matsou i Hatoi, by wierzyć, że coś w Nevadzie mogło zmienić się przez te parę lat na lepsze.

Zmuszony do zatańczenia kilku tańców z panną Emmą, którą jej matka wyraźnie usiłowała utrzymać z dala od krążącego wokół niczym drapieżnik kapitana, Adam przestał na jakiś czas zaprzątać sobie głowę panią Steele. Dlatego — kiedy wreszcie uwolnił się od obowiązku zabawiania trzpiotowatej i wyraźnie uważającej go za starego nudziarza pannicy i wyszedł na taras, by zaczerpnąć nieco powietrza, a przede wszystkim ciszy — po raz kolejny dał się zaskoczyć.

— Jack mówi, że pochodzi pan z zachodu.

Na dźwięk melodyjnego głosu Marthy tuż za swoimi plecami Adam drgnął i mimowolnie przypomniał sobie głupie porównanie przyjaciela. Rzeczywiście nawet pantera mogła pozazdrościć pani Steele zdolności podkradania się, pomyślał z rozbawieniem, odwracając się do kobiety.

— Rzeczywiście, urodziłem się wprawdzie w Bostonie, ale większość życia spędziłem w Nevadzie. Mój ojciec jest ranczerem.

Pani Steele skinęła głową, a wyraz jej twarzy był nieodgadniony.

— Musiał pan przebyć długą drogę — odezwała się po chwili.

— To prawda, jeszcze kilka lat temu potrzeba było na to niemal miesiąca. Jednak przed dwoma laty do Reno dotarła kolej, co znacznie usprawniło podróżowanie. Nie miałem jeszcze okazji z niej skorzystać, ale mam nadzieję, że uda mi się to w niedalekiej przyszłości. — Nie chodziło tylko pracę. Prawda była taka, że podjęcie decyzji o wyjeździe, choć nie wątpił w jej słuszność, wiele go kosztowało i Adam obawiał się czasem, czy gdyby wrócił na pewien czas na Ponderosę, zdołałby podjąć ją jeszcze raz.

— Nie przepadam za koleją — odparła pani Steele cicho, jakby bardziej do siebie niż do niego.

Adam czekał, aż rozwinie swoją myśl, ona jednak tylko podeszła bliżej, oparła się o balustradę i utkwiła wzrok w skąpanym w nikłym świetle księżyca ogrodzie.

— Przyznam, że nie jest to najpiękniejszy ze środków transportu, ale możliwości, jakie oferuje, zdecydowanie wynagradzają…

— Możliwości dla kogo? — Kobieta odwróciła się gwałtownie. — Dla ranczerów i osadników, bez wątpienia. Gdyby jednak ktoś zapytał o zdanie… bizony, sprawy wyglądałyby nieco inaczej.

Uwadze Adama nie uszła przerwa przed słowem „bizony", bez trudu też odgadł, co tak naprawdę chciała powiedzieć jego rozmówczyni.

— Postęp jest nieunikniony — odpowiedział cicho. — Zgadzam się jednak, że wszyscy powinni móc na nim skorzystać.

Pani Steele posłała mu długie, uważne spojrzenie, nic jednak nie odpowiedziała.

— Zgrabna przemowa — odezwała się po chwili, wyraźnie chcąc zmienić temat. — Ma pan niezaprzeczalny talent do słów.

Adamowi zdało się, że wyczuwa w tej uwadze nutkę ironii. Jeśli jednak była to przynęta, to nie zamierzał się na nią łapać.

— Jestem pewien, że i pani nie brak zdolności językowych — odparł zatem z galanterią, postanowiwszy zignorować zaczepkę. — Pani angielski jest wyśmienity. — Komplement był szczery i w dobrej wierze, ale zmarszczone brwi rozmówczyni powiedziały mu, że popełnił błąd.

— Jak na dzikuskę, to chciał pan powiedzieć? — odparła pani Steele sucho.

Adam usiłował zaprotestować, ale kobieta już go nie słuchała. Uśmiechnęła się na poły gorzko, na poły ironicznie i ruszyła w stronę drzwi, w których pojawiła się właśnie panna Emma ze swoim kapitanem. Martha zagadnęła ich z udawanym entuzjazmem, a Adam, odprowadzany niezbyt przychylnym spojrzeniem oficera, nie miał innego wyjścia niż wyminąć ich i wrócić do środka.

Dawanie za wygraną nie leżało jednak w jego naturze, zwłaszcza że naprawdę ostatnie, czego chciał, to sprawić przykrość tej kobiecie, która budziła w nim coraz większy podziw. Skoro już jednak wykazał się pochopnością, za jaką zwykł kiedyś ganić Joego, nie zamierzał spocząć, póki nie naprawi swojego błędu.

Przyszło mu poczekać naprawdę długo, pani Steele bowiem okazała się mistrzynią uników. Ale kiedy zaczynał się już obawiać, że będzie musiał poczekać z przeprosinami na inną okazję, jak choćby tę wizytę, o którą wciąż upominał się stary pułkownik, wreszcie dostrzegł ją samą przy wazie z ponczem. Nie mogli liczyć na taką prywatność, jakiej by sobie życzył, wokół było bowiem wielu gości, w tym skorych do plotek starszych dam, natychmiast skorzystał jednak z okazji, wiedząc, że druga może się nie zdarzyć.

— Pani Steele — zaczął miękko, sięgając po chochlę dla zachowania pozorów przed pozostałymi gośćmi. — Bardzo panią przepraszam za mój nieopatrzny komentarz. Proszę mi wierzyć, że nie miałem na myśli pani pochodzenia, a jedynie moje uznanie wobec faktu, że nie uczyła się pani angielskiego od urodzenia, a jednak mówi pani piękniej niż niejeden rodzimy użytkownik tego języka.

Jego rozmówczyni przez chwilę przyglądała mu się z tą samą nieodgadnioną miną. W końcu jednak, ku jego zaskoczeniu, odezwała się gorzko:

— Jest na to bardzo prosta recepta, panie Cartwright. Wystarczy wyrwać dziecko z jego środowiska, zakazać mu używać rodzimej mowy i zmusić do zapomnienia wszystkiego, czym do tej pory było, wmawiając mu, że to dla jego dobra. — Wzięła spory łyk ponczu, po czym znacząco uniosła na wpół opróżnione szkło. — Znacznie łatwiej napełnić naczynie, z którego uprzednio wylano wodę.

Adam schylił głowę.

— Przykro mi, że to panią spotkało — powiedział szczerze.

Pani Steele wzruszyła ramionami, ale na moment odwróciła wzrok, wyraźnie starając się opanować emocje, do których nie chciała się przyznać.

Adam zerknął przez ramię, a gdy upewnił się, że nikt ich nadal nie słucha, dodał cicho:

— Nie wiem, z jakim traktowaniem spotyka się pani w Bostonie, choć myślę, że mogę chyba choć trochę się tego domyślić. Jeśli jednak o mnie chodzi, przez wiele lat mieszkałem po sąsiedzku z pani pobratymcami, kilku z nich miałem przyjemność nazywać przyjaciółmi i wiem dobrze, że w niczym nie ustępowali nam białym, a były kwestie, w których to ja mogłem uczyć się od nich.

W oczach pani Steele pojawił się błysk zainteresowania.

— Kim oni byli? — zapytała niemal szeptem.

— Nasza ziemia graniczyła bezpośrednio z terenami należącymi do Paiutów, w pobliżu znajdowały się też osiedla Szoszonów. Czy któreś z tych plemion jest może…

Kobieta krótko potrząsnęła głową.

— Ute — odpowiedziała po chwili zawahania. — Jestem Ute.

— Ach. Nie miałem zbyt bliskich kontaktów z pani plemieniem, ale słyszałem, że to dzielni… — Adam urwał zszokowany, gdy pani Steele nagle schwyciła jego rękę.

— Dziękuję, panie Cartwright, z przyjemnością z panem zatańczę — wygłosiła znacznie głośniej niż przedtem. W tej samej chwili kątem oka Adam dostrzegł tuż za swoimi plecami matkę Emmy. Nieznacznie skinął głową, mrugnął ukradkowo i powiódł panią Steele na środek parkietu. Nie potrafił się przy tym powstrzymać od uśmiechu, a kiedy spojrzał w oczy partnerki, z ulgą zauważył i w jej oczach wesoły błysk.

— Powinienem był sam poprosić panią do tańca — wymruczał jej do ucha, kiedy zakończyli kolejny piruet. — Zdaje się, że dzisiaj wychodzi mi to lepiej niż rozmowa.

— Proszę sobie zbytnio nie pochlebiać — odparła pani Steele, a na jej twarzy po raz pierwszy pojawił się prawdziwy uśmiech.

W tej chwili Adamowi było zupełnie wszystko jedno, czy stanie się obiektem plotek.


Ponderosa, 1871

Po tym, jakie wrażenie wywołała nowa pani Cartwright na zgromadzonych na stacji kolejowej mieszkańcach Virginia City, Ben oczekiwał, że wizyty ciekawskich znajomych mogą zacząć się już kolejnego dnia. Nie spodziewał się natomiast, że jednym z pierwszych gości na Ponderosie będzie szeryf Coffee. Adam z żoną wybrali się na przechadzkę, Hoss i Joe zaś musieli nadrobić codzienne obowiązki, Ben podjął więc przyjaciela sam. I było mu to w gruncie rzeczy na rękę. Chociaż szczerze lubił starego szeryfa, był też świadom, że takt nie należał do najmocniejszych stron Roya, Martha zdążyła zaś już pokazać, że nie miała oporów przed ciętą ripostą.

— A więc jak ci się podoba nowa synowa? — Roy jak zwykle szybko przeszedł do konkretów.

Ben zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Nie chciał stosować wykrętów, jednocześnie jednak obawiał się, że jeśli nie będzie zważał na słowa, przyjaciel wytłumaczy sobie jego odpowiedź po swojemu.

— Trudno powiedzieć — odparł wreszcie. — To bystra kobieta, a Adam świata poza nią nie widzi i myślę, że pod wieloma względami dobrze się dobrali. Zdaje się, że potrafi być równie uparta jak on, a to niełatwe — zażartował.

— Że patrzy w nią jak ciele na malowane wrota, to wszyscy widzieliśmy — mruknął Roy z przekąsem. — Nawet się porządnie nie przywitał ze starymi znajomymi...

— Obawiam się, że uwaga Nellie nieco zepsuła atmosferę — odpowiedział Ben sucho.

Roy wzruszył ramionami.

— Dziecko jak to dziecko, powtarza, co usłyszy. Nie tym się powinieneś martwić.

— Sugerujesz, że mam się czym martwić? — Ben uniósł brwi. W głębi ducha już się jednak domyślał odpowiedzi.

— Ludzie gadają. Nawet ci, co w życiu nie zamienili z wami słowa. Pół miasta huczy o tym, że dziedzic jednej z największych fortun w okolicy będzie miał czerwone dzieciaki.

Ben zacisnął zęby, czując rosnącą irytację.

— Nie widzę, dlaczego miałoby to kogokolwiek obchodzić — stwierdził chłodno.

— Może i nie powinno — zgodził się Roy. — Ale ludzie są, jacy są, lubią plotki i sensacje, a nade wszystko lubią wbijać szpileczki tym, którym zazdroszczą. Adam powinien był się tego spodziewać, kiedy sprowadził tu tę kobietę.

— Przypominam ci, że ta kobieta jest jego żoną i moją synową! — Ben mimowolnie uniósł głos.

Roy nie wydawał się specjalnie przejęty jego wybuchem.

— Nie mam przecież na myśli niczego złego, po prostu mówię, jak jest. Niech to sobie nawet będzie całkiem miła dziewczyna… Chociaż z oczu to jej tak patrzy jak, nie przymierzając, pumie, co gotuje się do skoku. — Roześmiał się cicho, a Ben, choć poirytowany, musiał przyznać, że było to całkiem trafne porównanie. — Tak czy inaczej sam przecież wiesz: ona nie jest taka jak my. I obawiam się, że prędzej czy później będą z tego kłopoty.

Chciał chyba powiedzieć coś jeszcze, ale w tej samej chwili w salonie pojawił się Hop Sing z herbatą. Przyjaciele na moment umilkli. Czekając, aż Chińczyk napełni obie filiżanki, szeryf rozejrzał się po pokoju, a jego wzrok padł na leżącą na stoliku książkę.

— „Walden, czyli życie w lesie" — przeczytał na głos. — Czytasz te bzdury?

— To Marthy — wyjaśnił Ben krótko. Nie był przekonany, czy Thoreau zasługiwał aż na miano „bzdur", nie miał jednak ochoty na wchodzenie w kolejną dyskusję.

— No tak, kto inny czytałby o życiu w lesie — skwitował szeryf i z nieco pogardliwą miną odłożył książkę. — No ale przynajmniej potrafi czytać...

— Jeśli pan mógł się nauczyć, szeryfie, to nie może to być aż tak trudna sztuka. — Kobiecy głos, który dobiegł ich od drzwi, ociekał jadem.

Ben wciągnął powietrze. Zauważył już, że żona Adama ma cięty język, nie spodziewał się jednak po niej podobnej bezczelności wobec człowieka, jak by nie patrzeć, starszego, a do tego gościa i przyjaciela domu.

Twarz Roya przybrała pąsową barwę, ale po chwili pełnej napięcia ciszy stary szeryf parsknął śmiechem.

— Punkt dla pani, moja droga. — Wstał i skłonił się z przesadną uległością. — Przyznaję się do błędu. — Następnie zwrócił się do Adama, który przed chwilą w ślad za żoną wszedł do wnętrza domu, i z pełną ubolewania miną poklepał go po ramieniu. — A tobie nie wiem, czy gratulować, czy współczuć, synku. Widzę, że wybrałeś sobie twardego przeciwnika.

Adam z uśmiechem przeniósł wzrok z szeryfa na żonę i ukradkiem ścisnął jej rękę.

— Cóż mogę powiedzieć, zawsze lubiłem wyzwania.

Ku uldze Bena reszta wizyty przyjaciela przebiegła już bez spięć, co więcej, gdy się rozstawali, Roy sprawiał wrażenie oczarowanego młodą panią Cartwright. Ben nie potrafił tego pojąć. Choć udało się uniknąć eskalacji potencjalnego konfliktu, to jako gospodarz i głowa rodziny czuł się odpowiedzialny za atmosferę na Ponderosie i było mu nadal nieco wstyd za bezczelną odpowiedź synowej. Gdy zostali wreszcie sami, nie mógł więc powstrzymać się od łagodnej reprymendy.

— Martho, posłuchaj — zaczął miękko. — Roy Coffee nie należy do najbardziej taktownych ludzi i jego uwaga była odrobinę niestosowna, nie zamierzał cię jednak urazić. Sama musisz przyznać, że umiejętność czytania i pisania nie jest wśród Indian powszechna…

— To nie daje Royowi prawa do wysnuwania jakichkolwiek wniosków — wtrącił ostro Adam.

— Nie twierdzę, że daje, ale uważam, że riposta Marthy była mimo wszystko nie na miejscu. — Ben nie dawał za wygraną. — Rozumiem, moje dziecko, że poczułaś się urażona, ale szeryf Coffee jest naszym wieloletnim przyjacielem, a choćby i z uwagi na sam wiek i urząd należy mu się pewien szacunek, nie mówiąc już o tym, że był gościem w naszym domu, a my tutaj przywiązujemy wagę do tych kwestii…

— Normy towarzyskie białych ludzi nie są mi obce, panie Cartwright — Martha chłodno weszła mu w słowo. — Żyłam według nich przez ostatnie kilkanaście lat i nic na tym nie zyskałam… A nie, przepraszam, zyskałam umiejętność czytania. Do dziś nie wiem, czy było warto... Przepraszam, muszę zajrzeć do koni. To chyba jest wśród nas Indian dostatecznie powszechne? — Po tych słowach zakręciła się na pięcie i z godnością odmaszerowała w stronę drzwi.

Adam odprowadził ją wzrokiem, ale wbrew temu, czego spodziewał się Ben, nie ruszył od razu jej śladem.

— Spróbuj okazać jej trochę zrozumienia, tato — poprosił łagodnie. — Widzisz, Martha może się czasem zachować nieco oschle, ale nie stara się cię urazić, po prostu tak reaguje, kiedy czuje się niepewnie.

— Czego ty ode mnie oczekujesz? — Ben rozłożył ręce. — Że będę tolerował złośliwe uwagi wobec gości, żeby poczuła się pewniej?

— Martha też jest tu gościem, tato — przypomniał Adam cicho.

Ben ponuro pokręcił głową.

— Rozumiem, że to twoja żona i że czujesz się w obowiązku jej bronić, ale… Martha jest dorosła i nie potrzebuje obrońcy, mam nadzieję, że zdajesz sobie z tego sprawę, synu.

Adam przez chwilę przyglądał mu się badawczo.

— Myślisz, że to dlatego ją poślubiłem? — zapytał nagle, a kiedy Ben nie odpowiadał, uśmiechnął się gorzko. — Mam nadzieję, że kiedyś zrozumiesz — powiedział smutno i ruszył w stronę schodów, zostawiając ojca samego z niewesołymi myślami.


Boston, 1870

Kilka dni po weselu młodzi państwo Broussardowie wyruszyli w podróż poślubną do kraju przodków Jacquesa, co oznaczało, że Adam został sam na placu boju. Mimo że miał sporo pracy, nie zwlekał jednak dłużej z obiecaną wizytą w posiadłości McCarthych. Pułkownik, osamotniony po wyjeździe córki, przyjął go niezwykle entuzjastycznie. Pani Steele przywitała go znacznie chłodniej, wkrótce Adam przekonał się jednak, że gdy kobieta była skoncentrowana na obowiązkach, sprawiała wrażenie rzeczowej i oschłej, ale kiedy dała się wciągnąć do rozmowy, nierzadko pokazywała całkiem inną twarz. Mógł zaś spokojnie poczynić podobne obserwacje, jedna wizyta pociągnęła bowiem za sobą następne i ani się obejrzał, Adam stał się regularnym gościem w domu McCarthych. Chętnie odwiedzał pułkownika, który przypominał mu trochę jego dziadka. Kapitan Abel Stoddard zmarł, kiedy wnuk był na ostatnim roku studiów, przez te kilka lat zdążyli jednak nawiązać dość bliską relację, której cień Adam z zaskoczeniem odnalazł teraz w swojej znajomości z McCarthym. W końcu jednak Adam musiał przyznać sam przed sobą, że przyjaźń, jaka zawiązywała się powoli między nim a starym oficerem, nie była jedynym powodem tych wizyt. To nie za widokiem jego twarzy tęsknił przez cały tydzień i to nie jego pierwszego wyglądał, zsiadając z konia na dziedzińcu rezydencji każdego niedzielnego popołudnia.

Pani Steele wciąż traktowała go z uprzejmą rezerwą i wyraźnie się pilnowała, by nie odsłonić się przypadkiem tak, jak wtedy na weselu — Adam podejrzewał, że tamtej nocy poncz okazał się jego przypadkowym sprzymierzeńcem. Jednak błysk w oku, z jakim go nieraz witała, pozwalał Adamowi przypuszczać, że jego wizyty nie były jej obojętne. Trudno się było zresztą temu dziwić, wszak została sama w tym urokliwym, ale położonym dość na uboczu domu w towarzystwie jedynie niewielkiej służby oraz starca, który, choć sympatyczny, nie nadawał się zbytnio na towarzysza młodej i bystrej kobiety. Adam z kolei coraz bardziej miał wrażenie, że kobieta przywykła do tego, by na co dzień nosić maskę obojętności, tak że stała się ona niemal jej drugą twarzą. To zaś tylko potęgowało w nim chęć, by poznać, co kryło się pod spodem. Nie zamierzał rzecz jasna jej czarować ani zwodzić, liczył po prostu, że w końcu zdoła ją przekonać, że przy nim nie musi się niczego obawiać i może sobie pozwolić na trochę swobody.

Tego dnia jak co tydzień w porze podwieczorku Adam zatrzymał konia przed domem McCarthych, oddał wodze chłopcu stajennemu, starannie otrzepał ubranie i energicznie wbiegł po schodkach prowadzących do frontowych drzwi. Nikt nie wyszedł mu na powitanie, nie zdziwiło go to jednak. Służba pułkownika składała się z kucharki i gosposi w jednym, pokojówki, którą Flora zabrała ze sobą do Francji, starego Irlandczyka Pata i jego nastoletniego wnuka, którzy zajmowali się końmi, i ogrodnika, który dochodził w niektóre dni z pobliskiej wsi. Nawet w niedzielę Martha Steele miewała więc pełne ręce roboty, Adam zaś był już tak stałym gościem, że nie czekał, aż ktoś mu otworzy, ale śmiało wkroczył do przestronnej sieni i od razu skierował swoje kroki na drugą stronę domu, gdzie znajdowała się ocieniona weranda.

Lato zbliżało się ku końcowi, ale dzień był wyjątkowo ciepły. Mimo tego pułkownik drzemał w swoim ulubionym fotelu przykryty grubym pledem, stanowiącym jeszcze jedną oznakę jego coraz szybciej pogarszającego się zdrowia. Adam przystanął w drzwiach i odchrząknął głośno.

— Nie śpię! — oznajmił niemal od razu staruszek, prostując się powoli na dowód swych słów. — Dzień dobry, panie Cartwright.

— Dzień dobry, panie pułkowniku. — Adam z uśmiechem uścisnął dłoń gospodarza, zastanawiając się przy tym, czy McCarthy rzeczywiście tak szybko go rozpoznał, czy też po prostu nie spodziewał się innych gości.

Adam zajął swoje stałe miejsce na rzeźbionej ławie, a kiedy wymienili wstępne uprzejmości, pułkownik przesunął w jego stronę plik zapisanych drobnym, eleganckim pismem kartek.

— Przyszedł list od Florci — oznajmił z dumą. — No weź, synku, i czytaj. Tu, od drugiej strony, początek mi już Martha rano przeczytała, ale potem Betty ją zawołała do kuchni, no i musiałem uzbroić się w cierpliwość.

Pomimo jego lekkiego tonu Adam wyczuł, że pułkownik nie mógł się doczekać, aż znajdzie się ktoś gotowy podjąć się przerwanej przez panią Steele lektury. Wyciągnął rękę po list, zawahał się jednak. Pani Broussard z pewnością wiedziała, że ojciec ma zbyt słaby wzrok, by samemu odczytać je słowa, mogła jednak zakładać, że osobą, która mu je przeczyta, będzie jej przyjaciółka i powierniczka, nie zaś obcy mężczyzna. List mógł zatem zawierać treści przeznaczone jedynie dla najbliższych.

— Nie wiem, czy powinienem… — zaczął niepewnie, ale niespodzianie przerwał mu kobiecy głos.

— Proszę czytać bez obaw — zapewniła go pani Steele, wyłaniając się zza półotwartych drzwi z tacą, na której znajdowała się herbata, cukier oraz misterna konstrukcja z ciasteczek.

Adam poderwał się z miejsca, by ukłonić się nowo przybyłej. Uśmiechnął się przy tym z wdzięcznością, świadom, że kobieta bez trudu domyśliła się przyczyny jego obiekcji.

Usiadłszy z powrotem na ławie, bez wahania już przysunął do siebie list i rozłożył go. Pierwsze, na co padł jego wzrok, to średnio udany szkic przedstawiający malowniczy zameczek w stylu wczesnego renesansu włoskiego, w którym Adam z trudem rozpoznał Château d'Azay-le-Rideau, widywany dotąd na znacznie lepszych przedstawieniach, mimo wszystko jednak dość charakterystyczny.

„Nasza podróż po Dolinie Loary dobiega końca" — pisała Flora w liście. „I choć bardzo tęsknię za Tobą, Papo, i Bostonem, to muszę przyznać, że z żalem będę opuszczać tę magiczną krainę, która wydaje się, jakby wyrosła wprost z jednej z tych baśni, które czytywałeś mi w dzieciństwie. Nawet we mnie te malownicze widoki zdołały obudzić artystyczną duszę i spróbowałam naszkicować jedno z tych niesamowitych zamczysk, które są starsze od całego naszego kraju. Niech Papa tylko nie wierzy opisom Marthy, która z pewnością przedstawi moje marne dzieło tak, jakby wyszło spod ręki samego mistrza Leonarda. Nadal nie mam nawet połowy jej zdolności, ale cieszę się bardzo, że po raz pierwszy od dawna wzięłam ołówek do ręki i wyszło mi coś, co trochę przynajmniej przypomina oryginał..." Adam przerwał na moment lekturę i zerknął na panią Steele spod uniesionych brwi. Zdawało mu się tylko czy się zarumieniła?

— Flora jak zwykle przesadza — mruknęła kobieta cicho, upewniając tym samym Adama w jego przypuszczeniu.

— Ależ skądże znowu — wtrącił się pułkownik. — Martha przepięknie rysuje, nawet nauczyciel Florci był pod wrażeniem, zwłaszcza zważywszy na jej… Na to, jak późno zaczęła się uczyć. Widział pan ten portrecik Flory, który wisi u mnie w gabinecie? To właśnie dzieło pani Steele.

Adam wytężył pamięć, w końcu musiał jednak przyznać, że twarz córki pułkownika, choć ładna, nie interesowała go na tyle, by przywiązywał większą uwagę do jej podobizn. Na szczęście gospodarz uchronił go od konieczności odpowiedzi, nie czekając bowiem na reakcję, wyciągnął przed siebie laskę i stuknął nią w wolny koniec zajmowanej przez Adama ławy.

— Siadaj, dziecko — polecił tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Jest niedziela, mamy gościa, a herbata bez damskiego towarzystwa nie smakuje równie słodko.

— Przyniosłam też i cukier, specjalnie dla pana pułkownika — odgryzła się Martha, jednak posłusznie zajęła wskazane jej miejsce. Nadal unikała przy tym wzroku Adama, któremu to jej speszenie wydało się wyjątkowo ujmujące. Nie tak bardzo jednak jak fakt, że pamiętała, że on nie słodzi.

— Czytaj dalej, synku, no już! — pułkownik pogonił go żartobliwie zrzędliwym tonem i tym samym zakończył na moment jego obserwację.

Adam wrócił więc do przerwanej lektury. Flora przejawiała na szczęście więcej zdolności pisarskich niż artystycznych i jej opisy Doliny Loary, choć nieco naiwne, okazały się całkiem zajmujące. Całość była jednak dostatecznie długa, by zmęczyć pułkownika, i wkrótce po tym, jak Adam zakończył list, McCarthy spuścił głowę na piersi i zapadł w drzemkę.

Adam i pani Steele wymienili porozumiewawcze, w gruncie rzeczy jednak nieco smutne uśmiechy. Staruszkowi zdarzało się to coraz częściej i oboje mieli świadomość, że to kolejna oznaka jego postępującej choroby. Myśli Adama mimowolnie pobiegły w stronę Ponderosy. Sądząc po listach ojca i chyba bardziej wiarygodnych w tej kwestii słowach braci, Ben Cartwright cieszył się nadal doskonałym zdrowiem. Mimo to Adam poczuł znów ukłucie żalu, że nie może równie łatwo wpaść do rodzinnego domu na popołudniową herbatkę.

— Rozmarzył się pan o francuskich zamczyskach? — z zamyślenia wyrwał go głos pani Steele.

Adam z rozbawieniem potrząsnął głową.

— Nie. O domu — odparł krótko. — Chociaż czasem sam nie jestem pewien, gdzie to jest — wyznał po chwili w zaskakującym przypływie szczerości.

— Nie tutaj zatem? — Jego rozmówczyni pytająco uniosła brwi.

Adam w zamyśleniu potarł podbródek.

— Urodziłem się w Bostonie, pierwsze dziesięć lat życia spędziłem w wozie zmierzającym za zachód. Wreszcie osiedliśmy w Nevadzie, ale gdy dorosłem, ponownie przyjechałem do Massachusetts na studia, by po kilku latach znów wrócić na Ponderosę, ranczo mojego ojca, a teraz…

— A teraz osiadł pan znów tutaj. — Pani Steele dokończyła z lekkim uśmiechem, ale jej wzrok był pełen powagi.

— Tak. I nie żałuję tej decyzji, jednak czasem…

— Chciałby pan, żeby Nevada znajdowała się nieco bliżej? — Kobieta po raz drugi łagodnie weszła mu w słowo i Adamowi nie pozostało nic innego, jak pokiwać głową, sam bowiem nie wyraziłby tego lepiej.

— Wiem, że pani nie dano wyboru — powiedział cicho, tknięty nagłym impulsem, nagle bowiem przyszło mu do głowy, że choć ich sytuacja była diametralnie różna, to jednak mogło się w niej kryć więcej podobieństw, niż wydawało się na pierwszy rzut oka. — Cieszę się jednak, że znalazła tu pani swoje miejsce.

Twarz pani Steele natychmiast zamieniła się w kamienną maskę.

— Nic pan nie wie — odparła kobieta chłodno.

Adam potrząsnął głową.

— Przepraszam, źle się wyraziłem — poprawił się pospiesznie. — Po prostu cieszę się, że było mi dane tu panią spotkać.

Lodowate spojrzenie ciemnych oczu nieco złagodniało, nie wróciła jednak wcześniejsza swoboda.

— Mam pomysł. — Adam usiłował ratować sytuację. — Przejdźmy się po ogrodzie. — Zerknął na pułkownika, który na szczęście nadal drzemał.

— Mam dużo pracy. — Pani Steele odwróciła wzrok.

— Nie wątpię, zdążyłem już zauważyć, że ten dom funkcjonuje tak dobrze tylko i wyłącznie dzięki pani. — Adam uśmiechnął się lekko. — Ale jest taki piękny dzień, może jeden z ostatnich w tym roku. Jestem pewien, że dom nie zawali się przez najbliższą godzinę, a poza tym… Nie lubię rozstawać się w nieprzyjaźni.

— Kto panu powiedział, że przedtem darzyłam pana przyjaźnią? — W surowym spojrzeniu pani Steele zatańczyły wesołe ogniki i Adam wiedział już, że nieopatrzne słowa zostały mu przebaczone.

— W takim razie proszę o szansę, bym mógł sobie na nią zasłużyć.

— I potrzebuje pan na to zaledwie godziny? — Teraz kobieta była już wyraźnie rozbawiona.

Adam ze śmiechem pokręcił głową.

— Właściwie to zważywszy na to, jak szło mi do tej pory, może lepiej będzie, jeśli ten spacer odbędziemy w milczeniu.

Pani Steele podniosła się z krzesła, poprawiła okrycie pułkownika i dopiero wtedy odwróciła się do Adama.

— Nie będę aż tak okrutna… Pozwolę panu śpiewać.

Adam zatrząsł się od z trudem tłumionego śmiechu.

Zamierzał trzymać się w zasięgu wzroku pułkownika, tym bardziej że ten w każdej chwili mógł się obudzić. Wprawdzie nawet tu na cywilizowanym wschodzie wdowom uchodziło znacznie więcej niż pannom, przypuszczał jednak, że kobieta taka jak jego towarzyszka, która do tego swoje obce pochodzenie miała wypisane na twarzy, była jeszcze bardziej narażona na plotki. Ku jego zdziwieniu jednak pani Steele wydawała się zupełnie nie przejmować swoją reputacją i zamiast pomiędzy klomby i róże, powiodła go na tyły ogrodu, gdzie znajdowała się furtka wychodząca na polną drogę. Adam posłał jej pytające spojrzenie, jednak gdy kobieta wyczekująco uniosła brwi, sięgnął do klamki i, przepuściwszy towarzyszkę, zrównał się z nią, by podać jej ramię. Przyjęła je bez słowa i ruszyli przed siebie.

Ścieżka wiodła skrajem lasu. Po prawej stronie rozciągały się łąki, w oddali majaczyły łany owsa kołyszące się w swoim ostatnim już chyba tańcu przed żniwami. Szlak był wąski i dość zarośnięty, Adam domyślił się więc, że nie jest zbyt często uczęszczany, być może używał go głównie ogrodnik, którego nie należało się spodziewać w to niedzielne popołudnie. Choć zatem nie kryły ich mury ogrodu, nadal mogli czuć się dość swobodnie.

Szli w milczeniu, Adam coraz bardziej się odprężał, delektując się zapachem lasu i łąk, podwójnie nęcącym w porównaniu z dusznym i zakurzonym tego wyjątkowo suchego lata centrum Bostonu. W końcu jednak cisza zaczęła mu ciążyć. Może zresztą nie tyle ciążyć, bo odkrył ze zdziwieniem, że w towarzystwie tej kobiety nawet milczało mu się wyjątkowo przyjemnie. Wiedział jednak, że już niedługo będzie się musiał pożegnać na cały tydzień, nie chciał więc marnować okazji do rozmowy, zwłaszcza że rzadko miał okazję znaleźć się z panią Steele sam na sam.

— A zatem nie jest pani wielbicielką dzieł pana Millera — zagadnął, chcąc wrócić do tematu sztuki w nadziei, że dowie się czegoś więcej inklinacjach towarzyszki, o których wspominał pułkownik McCarthy. — Można zatem wiedzieć, kto z malarzy przypadł pani do gustu?

Pani Steele uśmiechnęła się nieznacznie, jakby z zawstydzeniem, po chwili jednak przyznała:

— Może pana zdziwię, ale bardzo lubię obrazy Fitza Hugh Lane'a.

Adam błyskawicznie przywołał w pamięci widok strzelistych masztów i białych żagli skąpanych w ciepłym świetle wschodzącego czy też zachodzącego słońca. Rzeczywiście, nie był to wybór, którego spodziewałby się po damie, ale uczynił on panią Steele w jego oczach jeszcze bardziej intrygującą.

— Mój dziadek był kapitanem statku handlowego, a mój ojciec był jego pierwszym oficerem. Jestem ostatnią osobą, która mogłaby oceniać pani zainteresowanie malarstwem marynistycznym — odparł i uśmiechnął się ciepło.

Kobieta posłała mu zaciekawione spojrzenie.

— Z Atlantyku do Nevady jest daleka droga — zauważyła.

— Bardzo. — Adam roześmiał się cicho. — Dziadek mawiał, że mój ojciec nigdy tak naprawdę nie miał morza we krwi. Kiedyś liczył chyba, że może chociaż ja pójdę w jego ślady.

— Pan jednak wolał pozostać lądowym szczurem? — skwitowała wesoło jego towarzyszka.

Adam wzruszył ramionami.

— Lubię odwiedzać port. Jednak bardziej od kursu statków zawsze interesowała mnie ich konstrukcja. Obawiam się zresztą, że nie byłbym dobrym marynarzem. Za bardzo lubię być sam sobie sterem, żeglarzem i okrętem.

— Ach tak? — Pani Steele znów uniosła brwi w ten na poły rozbawiony, na poły wyzywający sposób, który wydawał mu się tak ujmujący. — A jednak nie protestuje pan, choć już dobry kwadrans temu wzięłam pana na hol.

Adam ze śmiechem potrząsnął głową.

— Nawet najdzielniejszy okręt nie wygra walki z takim żywiołem.

Kobieta pospiesznie odwróciła głowę, ale Adam zdążył zauważyć, ze jej uśmiech stał się jeszcze szerszy i znacznie mniej kpiący. Po chwili jednak znów go zaskoczyła, odzywając się niespodziewanie poważnym tonem:

— Byłam w porcie tylko kilka razy w życiu, ale do dziś pamiętam, jakie zrobił na mnie wrażenie, kiedy ujrzałam go po raz pierwszy. Nie tylko statki, ale też samą zatokę, tę taflę wody, która zdawała się nie mieć końca. Spędziłam potem długie wieczory na wyobrażaniu sobie, jak jeden z tych wielkich okrętów unosi mnie do… — Nagle zawstydzona, schyliła na moment głowę. — Proszę się nie śmiać, byłam wtedy bardzo młoda i bardzo niewiele wiedziałam o świecie. Wydawało mi się, że morze łączy się z niebem, a tak ogromne łodzie są zdolne dopłynąć aż do gwiazd. To były mrzonki naiwnej dziewczyny, ale przyniosły mi wtedy wiele radości, a obrazy pana Lane'a mi o tym przypominają… Pewnie wydaję się panu w tej chwili śmieszna. — Rzuciła swemu rozmówcy krótkie, badawcze spojrzenie.

Adam wpatrywał się w nią przez chwilę bez słowa, urzeczony tym, co odkrył czy też raczej co pozwoliła mu dojrzeć pod uchyloną na moment maską.

— Skądże znowu — powiedział cicho. — Sam, będąc chłopcem, spędziłem długie godziny na odwiedzaniu światów, których zalążki znalazłem w książkach czy zasłyszanych na szlaku historiach, resztę zaś uzupełnić pomogła mi wyobraźnia. Myślę, że zdolność do marzeń jest jedną z rzeczy, które czynią nas ludźmi, nikt nie powinien się zatem wstydzić tego, dokąd go zaprowadzą.

Pani Steele uśmiechnęła się smutno.

— Obawiam się, panie Cartwright, że prędzej czy później uświadamiamy sobie, iż w większości prowadzą donikąd.


Ponderosa, 1871

Świadom już trochę charakterku synowej, Ben Cartwright nie wiedział, czego obawia się bardziej — że zaproszeni goście zbojkotują przyjęcie na wieść, że wyprawiane jest na część osoby, którą wielu uważało za niegodną podobnych zaszczytów, a tym samym sprawią Marcie przykrość, czy też wręcz przeciwnie, że przyjdą tłumnie i postanowią osobiście okazać nowej pani Cartwright swoją pogardę, w obliczu której ta mogłaby znów nie być w stanie zachować spokoju. Wbrew temu, co chyba sądził Adam, w takiej sytuacji stanąłby rzecz jasna po stronie synowej. W gruncie rzeczy trochę ją nawet rozumiał, był w końcu świadom, że i on sam przecież także nie potrafiłby nieustannie gryźć się w język, gdyby wszyscy wokół osądzali go już w pierwszej sekundzie, opierając się tylko na jego wyglądzie czy pochodzeniu. Jednak jako gospodarz, ojciec i teść nie chciał przede wszystkim, by przyjęcie organizowane na Ponderosie zakończyło się kłótnią czy też przykrością dla którejkolwiek ze stron. Dlatego zarówno skłonności Marthy, jak i kobiet pokroju pani Collins napełniały go obawą co do spokojnego przebiegu wydarzenia.

Ben sam nie był do końca pewien, co sądzić o nowej synowej. Kiedy chciała, potrafiła być czarująca i odznaczać się sporą dozą cierpliwości wobec wybryków Joego i Hossa, którzy bardzo szybko zaczęli traktować ją jako swego rodzaju przedłużenie starszego brata. Były momenty, kiedy wychodziły z niej złość i zgorzknienie, którym Ben nie mógł się nawet zbytnio dziwić — choć wciąż nie wiedział prawie nic o jej przeszłości, nietrudno było zgadnąć, że daleko jej było od sielanki. Podobne chwile były zresztą krótkie i niezbyt częste, przez większość czasu bowiem Martha doskonale się pilnowała, Ben miał przy tym jednak nieodparte wrażenie, że nieustannie grała jakąś rolę. Prawdziwą twarz pokazywała chyba przede wszystkim w rozmowie z Adamem, szczególnie kiedy wydawało jej się, że nikt nie zwraca na nich uwagi. Adam z kolei sprawiał wrażenie wyjątkowo czujnego, w każdej chwili gotowego, by stanąć w jej obronie, co także odrobinę Bena irytowało, choć bowiem wiedział, że syn jest po prostu zakochany, to wyglądało to trochę tak, jakby Adam nie ufał do końca nawet swoim najbliższym. To zaś z kolei ponownie budziło w jego ojcu wątpliwości co do tego, co tak naprawdę stało u podstaw tego związku i czy Martha nie miała w sobie czegoś z Sue Ellen Terry i Laury Dayton — kobiet nieco zagubionych w życiu, które budziły w jego synu przede wszystkim instynkt opiekuńczy.

Czegokolwiek by jednak nie myślał o małżeństwie syna, jedno musiał przyznać — Martha była dobrą gospodynią, a Ponderosie naprawdę przydawała się kobieca ręka. Od lat już przygotowania do przyjęcia nie poszły równie sprawnie. Nawet Hop Sing, początkowo zżymający się, że ktoś ośmiela się wtrącać do jego kuchni, bardzo szybko zapałał do pani Cartwright sympatią, ona zaś miała dość rozsądku, by nawet nie próbować wchodzić mu w drogę. Pozostawiła mu władzę w jego małym królestwie i bez cienia dumy dała się sprowadzić do roli kuchcika, w zamian za to zaś otrzymała niemal nieograniczoną swobodę w kwestii dekoracji, planu rozrywek i usadzenia gości. W tej sytuacji nie brakowało jej również taktu — każdą decyzję konsultowała z Benem, nieraz też z pozostałymi Cartwrightami, nie wahała się także prosić ich o radę. W ciągu tych kilka dni zarobiła zatem u teścia parę punktów i w dniu przyjęcia Ben był już znacznie lepiej usposobiony wobec całego przedsięwzięcia.

Wbrew jego obawom goście zjawili się tłumnie. Trudno było się nie domyślić, że wielu z nich przyszło z czystej ciekawości, zainteresowani tym, czy żona Adama Cartwrighta naprawdę jest Indianką i czy jest dostatecznie cywilizowana, żeby poradzić sobie w tej nie tak łatwej sytuacji towarzyskiej. Widząc dziwne uśmieszki wielu gości oraz plotkujące po kątach grupki bliższych i dalszych znajomych, Ben zrozumiał nieco bardziej nadopiekuńcze skłonności Adama — w tej sytuacji on sam miał ochotę zabrać synową jak najdalej od tego gniazda hien. Tymczasem jednak Martha okazała się radzić w roli gospodyni zaskakująco dobrze. Była uprzejma i uważna, błyskotliwa, a przy tym urocza. Cierpliwie udawała, że nie widzi ciekawskich spojrzeń ani nie słyszy mniej taktownych uwag — lub jeśli nawet, to potrafiła obrócić je przeciw rozmówcy w taki sposób, że ten nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że robi z siebie głupca.

Najtrudniejszym — a przynajmniej najbardziej niewdzięcznym — przeciwnikiem okazała się oczywiście Amelia Collins. Upewniwszy się, że obie jej córki mają partnerów na kilka kolejnych tańców (a także że wśród nich znaleźli się obaj młodsi bracia Cartwright), kobieta rozsiadła się wygodnie w fotelu przed kominkiem, a wokół niej zaraz zgromadziło się kilka przyjaciółek. Początkowo plotkowały sobie po cichu w swoim gronie, w końcu jednak, uraczone solidną dawką ponczu, zaczęły coraz śmielej wymieniać uwagi, nie zważając na to, kto ich słucha. Ben z niepokojem zerknął na Marthę, która rozmawiała właśnie z Adamem i Royem Coffee nieopodal.

— Aż dziw bierze, że Ben Cartwright, człowiek powszechnie szanowany i niegłupi, pozwolił, żeby jego rodzony syn ożenił się z pospolitą Indianką! — oznajmiła pani Collins w pewnym momencie.

Głowy sporej części gości zwróciły się w jej kierunku.

— Muszę panią zmartwić. — Martha przerwała dotychczasową konwersację i odwróciła się w stronę kominka, a jej głos ociekał fałszywą słodyczą. — Obawiam się, że ani ja, ani nikt z moich przodków nigdy nawet nie byliśmy w Indiach.

Twarz pani Collins przybrała barwę do złudzenia przypominającą kolor fotela, na którym siedziała.

— Jeśli nie jesteś Indianką, to kim niby? — Mimo wzburzenia kobieta szybko odzyskała głos.

— Amerykanką — Adam odpowiedział za żonę, a Ben z wdzięcznością dostrzegł, że syn dyskretnie ścisnął też jej rękę, chcąc ją wesprzeć lub też może powstrzymać od bardziej bezczelnej odpowiedzi. — Bardziej nawet, niż my wszyscy razem wzięci.

— Cóż, z tym chyba nie możemy dyskutować — wtrącił wesoło Joe, który wyrósł tuż obok jak spod ziemi, zupełnie jakby wyczuł instynktownie zbliżający się skandal. — Pani Collins, widziała pani może Cynthię? Obiecała mi kolejny taniec.

Kobieta wyraźnie miała ochotę zrobić scenę, ale wizja córki tańczącej z jednym z Cartwrightów skutecznie złagodziła jej nastrój.

Korzystając z okazji do odwrócenia uwagi towarzystwa, Ben zaproponował kolejną rundkę ponczu, co zostało przyjęte z entuzjazmem. Ku jego zaskoczeniu, zarówno Adam, jak i jego żona podążyli za nim, by pomóc mu w rozlewaniu trunku.

— Pani Collins nadal liczy, że wyda którąś z dziewcząt za Joego lub Hossa — powiedział Adam cicho do żony, podając jej pierwszą z brzegu szklankę.

Martha prychnęła cicho.

— W takim razie nie miałabym szans na jej przychylność, nawet gdybym była francuską księżną. W końcu sprzątnęłam im sprzed nosa najlepszy kąsek — odpowiedziała wesoło.

Nie dając młodym szansy do dalszego flirtu, Ben pospiesznie zanurzył chochelkę w misie i podał Adamowi pełną szklankę wraz ze wskazaniem, komu należy ją zanieść. Następnie sięgnął po kolejną, którą podsuszała mu synowa. Korzystając z tego, że wokół nich było luźno, postanowił dać upust ciekawości.

— Martho, mogę cię o coś zapytać?

Kobieta skinęła głową.

— Rozumiem, że miano Indian zostało przyznane twoim ludziom niejako przez przypadek. Ale obawiam się, że dawno już do nich przylgnęło i nie wiem doprawdy, czym moglibyśmy je zastąpić.

Tak naprawdę nie było to pytanie, ale Martha bez trudu zrozumiała, do czego zmierzał. Nie zamierzała jednak najwyraźniej niczego mu ułatwiać.

— Jak pan sądzi, czy Szwedzi mają wiele wspólnego z Włochami? — spytała z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Ben zmarszczył brwi.

— Przypuszczam, że niewiele poza tym, że oba te narody zamieszkują Europę.

— Również tak sądzę. — Martha uśmiechnęła się lekko i odebrała mu szklankę, z której poncz niemal się już wylewał. — I owszem, czasem określa się ich mianem Europejczyków, niezbyt jednak często, gdyż jest to określenie stosunkowo nieprecyzyjnie, prawda?

Teraz dopiero zaczęło do niego docierać, do czego dąży synowa.

— A więc chodzi o to, że uważasz słowo Indianie za zbyt ogólne?

Martha potaknęła.

— Seminole są równie podobni do Hopi, co Włosi do Szwedów, a Ute do Pueblosów co Francuzi do Rosjan. Wy mówicie Indianie i nie zaprzątacie sobie nawet głowy jakimikolwiek różnicami, wystarczy wam, że odróżniacie nas od siebie. Gdybyście zaczęli stosować nazwy poszczególnych nacji, bylibyście zmuszeni dostrzec, że każda z nich stanowi osobny byt, z własną kulturą, językiem, zwyczajami. Jeśli już jednak potrzebujecie zbiorczego terminu... — Uśmiech na jej twarzy stał się nieco ironiczny. — To nie widzę powodu, dla którego nie mielibyście nazywać nas Amerykanami.

Ben powoli skinął głową i pomyślał, że nie sposób nie przyznać takiemu rozumowaniu racji.

— Rozumiem i dziękuję za lekcję — odpowiedział.

Martha popatrzyła na niego badawczo. Przez chwilę wyraźnie się wahała, w końcu jednak powiedziała miękko:

— Mam nadzieję, że nie odebrał pan tego jako kazania przemądrzałej kobiety, po prostu… ucieszyłam się, że pan zapytał, to dla mnie wiele znaczy.

Ben uśmiechnął się ciepło.

— Nie odebrałem, moje podziękowanie było całkiem szczere.

Martha lekko skinęła głową. Jeszcze przez chwilę mierzyli się spojrzeniami, jakby próbując wzajemnie się wyczuć, w końcu to ona przerwała kontakt wzrokowy. Ujęła napełnione przed chwilą przez teścia szklanki i poniosła je pani Collins i jej towarzyszkom.

Ben w zamyśleniu odprowadził ją wzrokiem i niemal podskoczył, gdy nagle poczuł na ramieniu ciężką rękę średniego syna.

— W porządku, tato? — zapytał Hoss, który musiał zauważyć, że Ben wciąż patrzy za odchodzącą synową.

Ben z uśmiechem potrząsnął głową.

— W porządku. Wiesz — dodał po chwili wahania. — Nie mogę rozgryźć tej kobiety.

Hoss spojrzał ponad ramieniem ojca i zmarszczył brwi.

— Pani Collins?

— Co? Skądże. — Ben roześmiał się cicho. — Mówiłem o twojej szwagierce.

— Ach… — Hoss zerknął na rozmawiającą jak gdyby nic ze zgromadzonymi przy kominku damami Marthę i uśmiechnął się lekko. — To jak z każdą kobietą, po prostu musisz nauczyć się czytać między wierszami, tato.

— Nie wiedziałem, że jesteś takim specjalistą od płci pięknej — zażartował Ben, trochę zaskoczony radą syna. — Chcesz ponczu? Podaj mi szklankę.

— Chętnie, ledwo uciekłem Molly Collins, myślałem, że nigdy się jej nie znudzi. Chociaż tak po prawdzie to gdybym miał taką matkę jak pani Amelia, też z dwojga złego wolałbym tańczyć z kimkolwiek niż słuchać jej gderania… A właśnie, tato, tańczyłeś już z Marthą?

Ben spojrzał na niego ze zdziwieniem.

— Nie, a ty?

— Tak, dwa razy. Myślałem, że Molly ją zje, jak to zobaczyła. — Hoss się roześmiał. — Ale tak między nami to Martha zdecydowanie lepiej tańczy. Molly depcze po palcach prawie tak często jak ja. Adam to prawdziwy szczęściarz, tato — dodał poważniej.

Ben podążył za jego spojrzeniem i dostrzegł, że Martha opuściła grono przy kominku i stała teraz pogrążona w rozmowie z Adamem w najdalszym rogu pokoju. Zaraz jednak, zupełnie jakby teść ściągnął ją wzrokiem, odwróciła się od męża. Przelotnie spojrzała na Bena i Hossa, po czym rozejrzała się w poszukiwaniu gości, którzy wymagali uwagi. Chwilę później ruszyła w kierunku stojącego samotnie pod ścianą Paula Martina, Adam zaś po chwili wahania podążył jej śladem. Ben uśmiechnął się mimowolnie.

— Muszę przyznać, że świetna z niej gospodyni — stwierdził z uznaniem.

— Nic dziwnego — stwierdził Hoss. — W końcu w Bostonie była kimś w rodzaju damy do towarzystwa.

Ben posłał mu zaskoczone spojrzenie.

— Opowiadała ci coś o swojej przeszłości?

Hoss wzruszył ramionami.

— Pogadaliśmy sobie trochę. Wiesz, że ostatnio ciągle przesiadywałem w stajni, bo Betsy miała się źrebić, no a Martha regularnie zagląda do koni. Myślę, że przypominają jej dom. Ten prawdziwy, w jej wiosce, nie ten w Bostonie.

— A wiesz, skąd Martha w ogóle wzięła się w Bostonie? — Ben czuł, że w wypytywaniu syna o szwagierkę było coś niewłaściwego, jednak zarówno sama zainteresowana, jak i Adam nie byli zbyt skłonni do opowieści, to zaś tylko dodatkowo podsycało jego ciekawość.

— Przyjechała z pułkownikiem. Wiesz, tym, który kupował kiedyś konie od stryjka Johna. Adam nam o nim pisał w zeszłym roku.

Ben zmarszczył brwi, po chwili jednak zaczął sobie przypominać listy syna. Postanowił przy pierwszej możliwej okazji wyjąć je i przeczytać ponownie. Kto wie, może Hoss miał więcej racji, niż się Benowi wydawało, kiedy poradził mu czytać między wierszami?


Boston, 1870

Pułkownik McCarthy zmarł we wtorek piątego października tysiąc osiemset siedemdziesiątego roku, dokładnie dwa tygodnie przed planowanym powrotem córki i zięcia. Na pogrzebie zgromadziło się liczne grono krewnych, przyjaciół, znajomych i sąsiadów. Adam przyglądał się pani Steele przez większość uroczystości żałobnych, nie miał jednak możliwości zamienić z nią więcej niż kilku zdawkowych uprzejmości. Gdy nadeszła niedziela, wahał się jeszcze, ostatecznie postanowił jednak raz jeszcze wybrać się o stałej porze do domu McCarthych. Miał nadzieję, że zastanie tam panią Steele — gdzie indziej mogłaby być? — a także że nie uzna ona jego wizyty za niewłaściwą.

Kiedy oddał wodze wierzchowca małemu Timowi, wolniejszym niż zwykle krokiem zbliżył się do drzwi frontowych. Tym razem nie wszedł, lecz zastukał i czekał. Po upływie minuty czy dwóch — jednych z najdłuższych chyba w jego życiu — szczęknęła klamka i w drzwiach ukazała się twarz pani Steele. Adam ukłonił się i uchylił kapelusza, a potem powtórzył kondolencje, które składał jej już przed kilkoma dniami. Kobieta wyglądała na zaskoczoną, jednak gdy cofnęła się i wpuściła go do środka, Adam ze zdziwieniem odkrył, że stolik w salonie był zastawiony i jak co tydzień znajdowały się na nim imbryk i górka ciasteczek. Tym razem filiżanki były tylko dwie, co sugerowało, że pani Steele mimo wszystko spodziewała się gościa. Adam mógł mieć tylko nadzieję, że gościem tym miał być on.

Atmosfera w niewielkim, przytulnym pomieszczeniu była znacznie cięższa niż zwykle, nie było się jednak co temu dziwić. Kiedy zabrakło postukiwania laską, ciężkiego oddechu i żartobliwego zrzędzenia pułkownika, pozostała dwójka zawarła jakby milczący pakt, by uszanować tę ciszę na jego cześć. Herbatę wypili więc niemal w milczeniu, aż w końcu sama pani Steele, chyba jeszcze bardziej od gościa znużona ponurym nastrojem panującym w całym domu, zaproponowała wyjście do ogrodu.

Pogoda była znaczcie gorsza niż podczas ich ostatniego spaceru — wiało, a wkrótce zaczęła siąpić mżawka, jednak żadne z nich nie miało ochoty zasiadać na werandzie, gdzie pusty fotel przypominał o odejściu gospodarza jeszcze wyraźniej niż cisza w salonie. Pani Steele cofnęła się więc tylko do wnętrza po szal, po czym, znów bez słowa przyjąwszy ramię Adama, poprowadziła go do tej samej tylnej furtki.

Po owsie pozostało już tylko rżysko, soczysta niedawno zieleń łąki przybrała brunatny odcień, za to las, wtedy raczej ponury, teraz mienił się dziesiątkami barw. Ta żywa kolorystyka w jakiś niewyjaśniony sposób dodała im energii. Nawet na siebie nie spojrzawszy, oboje przyspieszyli kroku.

— Co pani teraz planuje? — Adam wreszcie przerwał milczenie. Wiedział, że majątek odziedziczą Broussardowie, a Flora z pewnością nie wyrzuci przyjaciółki z domu. Nie oczekiwał też, że pani Steele ma już jakieś konkretne plany na przyszłość, po prostu chciał się w ten dyplomatyczny sposób dowiedzieć, czy będzie mógł ją jeszcze tutaj odwiedzić. Znalezienie pretekstu nie stanowiło problemu, musiał jednak mieć najpierw pewność, że będzie mile widziany.

Pani Steele nie zrozumiała jego aluzji — lub też może nie chciała zrozumieć.

— Pułkownik McCarthy zostawił mi trochę pieniędzy.

— Zatem zostaje pani w Bostonie?

Po sposobie, w jaki kobieta wzruszyła ramionami, Adam domyślił się, że znów niewłaściwie odebrała jego pytanie. Był już gotów powiedzieć wprost, do czego zmierza, jednak pani Steele odezwała się pierwsza:

— Z pewnością zdaje pan sobie sprawę, panie Cartwright, że moją obecność w towarzystwie tolerowano jedynie ze względu na McCarthych.

Adam otworzył usta, ale zawahał się, co bowiem mógł powiedzieć, kiedy obawiał się, że jego rozmówczyni miała rację?

— Państwo Broussard z pewnością nie zapomną o łączącej panią z nimi przyjaźni — odparł w końcu.

— Mówiąc „państwo Broussard", ma pan na myśli Florę? — Pani Steele uśmiechnęła się gorzko. — Nie wątpię w jej przyjaźń, ale Florcia rozpoczęła już własne życie i byłabym jej tylko kula u nogi. — Westchnęła nieznacznie i po chwili podjęła cichym, pospiesznym głosem, zupełnie jakby wstydziła się każdego ze swoich słów, ale nie potrafiła już dłużej się powstrzymywać, lecz musiała je z siebie wyrzucić: — Widzi pan, pułkownik nieraz powtarzał, jaki jest dumny z tego, na kogo wyrosłam, ale tak naprawdę… myślę, że miał swoje wyobrażenie na mój temat i był do niego tak przywiązany, że nikt, łącznie ze mną samą, nigdy nie próbował go z niego wyprowadzić. Och, wiem, że tak naprawdę chciał dla mnie dobrze ze względu na pamięć o Danie i że bez wychowania i wykształcenia, które mi zapewnił, moje życie byłoby znacznie trudniejsze. Problem w tym, że nigdy nie byłam ani nie mogłam być tym, w kogo chciał mnie zmienić, a nie mogąc być tym, kim się urodziłam… stałam się nikim, rozumie pan? Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapisując mi te pieniądze, świadomie lub nie dał mi szansę na naprawę tego wszystkiego. Jestem wolną, niezależną kobietą i mam wreszcie środki, by wrócić tam, gdzie był mój dom. Dlaczego więc czuję, jakby jakaś niewidzialna siła trzymała mnie w miejscu?

Adam zatrzymał się, zmuszając tym samym towarzyszkę do zrobienia tego samego, i odwrócił się w jej stronę. Przez chwilę przyglądał się badawczo jej pełnej emocji twarzy i czarnym oczom, w których błyszczały zbyt długo już chyba powstrzymywane łzy. Choć trwało to tylko kilka, może kilkanaście sekund, przez głowę przebiegły mu dziesiątki myśli. Czuł się zaszczycony, że pani Steele zaufała mu na tyle, by pozwolić sobie na ten wybuch szczerości. Był pełen podziwu dla tego, jak wiele siły, a zarazem jak wiele wrażliwości kryło się w tej drobnej kobiecie. Uświadomił sobie, jak niewiele tak naprawdę o niej wiedział albo raczej jak niewiele dotąd rozumiał, jak niewiele dostrzegał, choć rozmawiał z nią i patrzył na nią przez tyle dni. A przede wszystkim jak bardzo pragnął odkryć i zrozumieć więcej. W końcu, świadom przedłużającej się ciszy, którą jego rozmówczyni mogłaby nieopatrznie zrozumieć, wyciągnął rękę, ujął jej dłoń i, patrząc prosto w oczy towarzyszki, wyznał:

— Nie chcę, żeby pani wyjeżdżała.

Ku jego zaskoczeniu pani Steele, która w międzyczasie zdążyła się już opanować i wydawała się raczej zawstydzona swoim wybuchem, teraz uśmiechnęła się smutno, trochę ironicznie i łagodnym ruchem cofnęła dłoń.

— Pochlebiają mi pańskie słowa, panie Cartwright, obawiam się jednak, że wypowiedział je pan pod wpływem chwili i kiedy będzie pan miał czas spokojnie się zastanowić, zrozumie pan, jak były nierozsądne.

Adam mimowolnie zrobił krok w tył, nie był jednak gotów poddać się bez walki, nie teraz, gdy w końcu uświadomił sobie siłę swoich uczuć.

— Pani Steele — zaczął ostrożnie. — Jestem w pełni świadom wagi swoich słów i powinienem był powiedzieć je pani już dawno temu. Jeśli są nierozsądne, niech i tak będzie, proszę mi jednak wierzyć, że płyną prosto z serca. — Nagle dotarło do niego, że to, co dostrzega w czarnych oczach, to nie złość czy niechęć, ale strach. — Rozumiem, że ma pani powody, by nie ufać białym mężczyznom — dodał pospiesznie. — Opowiedziano mi pani historię i bardzo mi przykro, że spotkało panią ze strony moich pobratymców tyle zła. Daję jednak słowo, że moje intencje są szczere i nic pani z mojej strony nie grozi...

— A więc to tak? — Pani Steele weszła mu w słowo, a jej policzki poczerwieniały już nie ze zmieszania, ale ze złości. — Rzeczywiście, jest pan taki sam jak wszyscy biali mężczyźni. Ma pan wykształcenie i pozycję, a to pańskim zdaniem upoważnia pana do tego, żeby wydawać osądy i opinie również na tematy, o których nie ma pan pojęcia. Mówi pan, że zna pan moją historię? Biedna mała dzikuska porwana przez złego żołdaka, wywieziona daleko do domu i zmuszona do małżeństwa ze swoim oprawcą, tak brzmiała ta łzawa opowieść?

Adam był zbyt zdumiony jej wybuchem, by odpowiedzieć, ale wyraz jego twarzy musiał zdradzić jej prawdę, bo pani Steele prychnęła jak rozjuszona kotka i podjęła pełnym kpiny i goryczy głosem:

— A co, jeśli powiem panu, że nie jestem porwaną przez złego smoka i zamkniętą w wieży księżniczką i nie potrzebuję wybawienia? Tak, miałam piętnaście lat, kiedy zostałam panią Steele, i tak, trafiłam pod opiekę mojego męża po tym, jak jego oddział starł w pył moich ludzi w zemście za porywane bydło i śmierć kilkorga osadników, którzy usiłowali go bronić. Domyślam się też, po której pan, syn ranczera, opowiedziałby się stronie. Chętnie podyskutowałabym o tym, dlaczego biały człowiek może zabić każdego, kto zbliży się do jego stada, podczas gdy my nie mamy prawa nawet protestować, gdy spycha się nas z naszej ziemi i wybija bizony, które dają nam życie, ale obawiam się, że ta dyskusja donikąd by nas nie zaprowadziła. Rzecz w tym, że sama ukułam sobie taki, a nie inny los. Nie powinno mnie w ogóle być na polu tamtej bitwy. Kiedy wojownicy podjęli decyzję o stawieniu czoła dragonom i wciągnięciu ich w zasadzkę, kobiety i dzieci zawczasu ukryły się w górach. Ja jednak w swojej dziecinnej głupocie uznałam, że nie mogę siedzieć w kryjówce, gdy wszyscy moi bliscy walczą, wymknęłam się więc i pojechałam za ojcem i braćmi. Na swoje szczęście lub nieszczęście przyjechałam za późno. Nawet się nie broniłam, kiedy mnie schwytali. Rozumiałam, że zasadzka się nie udała oraz że do domu nie mogę już wrócić. Nawet gdybym zdołała odnaleźć swoich, mimowolnie zaprowadziłabym do nich żołnierzy, którzy po stratach, jakie wtedy ponieśli, niczego nie pragnęli bardziej niż naszej krwi. A Dan… nie miał żadnego powodu, by mnie ratować. Byłam wrogiem, mój ojciec przed śmiercią pozbawił życia kilku jego towarzyszy. A mimo to nie pozwolił swoim kamratom mnie tknąć. Co więcej, pomógł mi odnaleźć i pochować ojca, dopiero dziś rozumiem, jak wiele ryzykował. Sierżant Dan Steele był dobrym człowiekiem. Lepiej ode mnie wiedział, co żołdacy robią z takimi jak ja. Chciał mnie uchronić przed niewolą, a kiedy nie znalazł innego sposobu, zaprowadził mnie przed ołtarz. Byliśmy małżeństwem tylko na papierze, na co dzień traktował mnie raczej jak córkę. Gdyby nie on, nie wiem, jak przetrwałabym te pierwsze miesiące. Nawet na łożu śmierci pamiętał, żeby zabezpieczyć mnie najlepiej, jak potrafił. Nikt mnie jednak do niczego nie zmuszał. Pułkownik zapytał mnie wtedy, czy chcę wrócić do Ute. Odmówiłam. Po trochu ze strachu, po trochu dlatego, że rozumiałam już sporo po angielsku i w swojej dziecięcej naiwności naprawdę zaczynałam wierzyć w to wszystko, co wmawiano mi o wyższości waszej rasy. Zostałam u McCarthych, bo nie widziałam dla siebie innego wyjścia, i poddałam się metodom wychowawczym panny Howell, bony Flory, bo byłam naiwną dziewczyną, która wierzyła, że jeśli poznam język, nauczę się pisać, grać na szpinecie, tańczyć i szyć, to stanę się taka jak te damy, które wtedy tak bardzo mi imponowały. Byłam zbyt młoda, żeby zrozumieć, że niczego w ten sposób nie zyskam, a stracę coś znacznie cenniejszego. — Zakończywszy opowieść, kobieta kilka razy odetchnęła ciężko, po czym już zupełnie spokojnie, ale równie gorzko dodała: — Rzecz w tym, że nie jestem już tamtą dziewczyną i nie potrzebuję rycerza na białym koniu, panie Cartwright. I choć miewam chwile słabości… i przepraszam pana, że stał się pan świadkiem jednej z nich… to potrafię o siebie zadbać i sama odnajdę swoją drogę. Dlatego dziękuję panu za pańskie szlachetne zainteresowanie moją osobą i za cenną przyjaźń w ciągu ostatnich miesięcy, ale… proszę, żeby pan już więcej nie przyjeżdżał — zakończyła, patrząc mu prosto w oczy, po czym, mrugając pospiesznie, odwróciła wzrok.

Adam głośno przełknął ślinę. Przez chwilę usiłował znaleźć odpowiednie słowa, w końcu jednak się poddał. Ukłonił się głęboko i, przygarbiony, ciężkim krokiem odszedł w stronę domu. Jadąc wyciągniętym kłusem w stronę miasta, wciąż na nowo odtwarzał w głowie każdy fragment rozmowy, prędzej czy później zawsze jednak wracał do tego samego punktu, a było nim pytanie: co jeśli pani Steele miała co do niego rację?


Ponderosa, 1871

Przez pierwszy tydzień od przyjazdu Adama i Marthy całe życie Ponderosy skupiło się na gościach, wizytach i przygotowaniach do wielkiego przyjęcia. Ranczo jednak nie mogło w nieskończoność prowadzić się samo, a choć Ben ufał swoim pracownikom, wiedział dobrze, że pewnych rzeczy — właściwie to większości rzeczy — najlepiej jednak było dopilnować samemu. Dlatego też w poniedziałkowy poranek wstał przed świtem, by udać się na inspekcję stada. Hoss i Joe mieli do naprawienia spory odcinek ogrodzenia, Ben zdecydował się zatem towarzyszyć im przez część drogi. Obawiał się bowiem, że w przeciwnym razie obaj będą się ociągać, jako że tak naprawdę żaden z nich jeszcze nie odespał porządnie sobotniej zabawy, która zakończyła się w niedzielę nad ranem.

Ku jego zdziwieniu Adam i jego żona poprzedniego wieczora oznajmili, że zamierzają także się do nich przyłączyć. Ben wiedział, że Martha jest ciekawa Ponderosy i stad bydła, którego w takiej liczbie nigdy jeszcze nie widziała. Nie podejrzewał jej jednak o chęć zerwania się w tym celu z łóżka bladym świtem, tym bardziej że wyprawa w górzysty teren z towarzyszeniem trzech objuczonych mułów zapowiadała się raczej mozolnie niż ekscytująco. Nie był zatem zdziwiony, kiedy wyszedłszy przed dom, zastał tam tylko dwóch młodszych synów oraz braci Rex — pracowników wyznaczonych do pomocy przy mułach i ogrodzeniu.

— Sprawdziliście, czy ciężar jest rozłożony równomiernie? — spytał na dzień dobry, sięgając do uprzęży najbliższego z mułów, by sprawdzić przymocowanie drewnianych pali, które miały zastąpić najbardziej wysłużone części ogrodzenia.

Odpowiedziały mu potwierdzające pomruki, które doskonale świadczyły o tym, że nikt z towarzystwa tak naprawdę jeszcze dobrze się nie obudził.

— Tata zawsze musi wszystkiego dopilnować osobiście — skwitował rozbawiony głos za jego plecami.

— Po prostu wolę upewnić się od razu, niż być zmuszonym do przystanku już po pokonaniu pierwszej mili — odparł Ben z godnością, w pełni świadom, że w docinku Adama było sporo prawdy.

— Dzień dobry, pani… — zaczął któryś z braci Rex, chyba Stephen, i urwał w pół słowa.

Ben poklepał muła po szyi i odwrócił się zaintrygowany. Moment później zrozumiał, co tak zaskoczyło jego pracownika, i z trudem powstrzymał się od zazgrzytania zębami.

Adam i jego żona wyprowadzali właśnie swoje srokate klacze ze stajni. Adam miał na sobie swoje stare robocze ubranie — czarną koszulę, kamizelkę w tym samym kolorze i ciemne spodnie osłonięte skórzanymi czapsami. Spojrzenia wszystkich pozostałych były jednak skupione na jego żonie. Martha, dotąd nosząca się nie inaczej od dam przemierzających ulice Virginia City, tym razem miała na sobie luźną tunikę ozdobioną frędzlami i kolorowymi koralikami i sięgającą jedynie do pół uda, spod której wystawały wąskie spodnie, również przyozdobione frędzlami biegnącymi wzdłuż szwów. Do tego założyła stare buty Adama, wyraźnie nieco za duże. Jedynie jej kapelusz był zgodny z europejską modą, choć wystające spod niego warkocze już nie do końca przystawały damie.

Na widok oniemiałych spojrzeń mężczyzn, z których nie wszyscy nawet udawali, że nie gapią się na jej obciągnięte przylegającą do ciała jelenią skórą nogi, Martha uśmiechnęła się niewinnie.

— To najwygodniejszy strój do jazdy — stwierdziła, a potem, jeszcze bardziej szokując pozostałych, z wyjątkiem może jednego Adama, który cały czas przyglądał się temu wszystkiemu z nieodgadnionym uśmieszkiem, schwyciła się końskiej grzywy i jednym zwinnym susem wskoczyła na grzbiet swojej klaczy.

— A niech mnie, Joe, ona to robi lepiej niż ty — zachichotał Hoss, a bracia Rex ochoczo mu zawtórowali.

— Bez siodła jest łatwiej, bo niżej — usiłował bronić się Joe.

Dopiero teraz do Bena dotarło, że synowa rzeczywiście zamierza jechać na oklep. Jęknął w duchu, myśląc, że już jutro o niecodziennych zwyczajach nowej pani Cartwright będzie huczała cała okolica. O ile poczciwy Stephen Rex może jeszcze zachowałby to, co widział, dla siebie, to by powstrzymać od plotek Chrisa, należałoby go chyba zakneblować. Ben zaś wprawdzie nie zwykł przejmować się zdaniem sąsiadów, zdawał sobie jednak sprawę, że jego synowa będzie sądzona dużo surowiej od reszty Cartwrightów.

— Jesteś pewna, że w siodle nie będzie ci wygodniej, dziecko? — zapytał, choć w głębi duszy wiedział już, jaka będzie odpowiedź.

— Nie, dziękuję, panie Cartwright, ale to tak właśnie uczyłam się jeździć. I prawdę mówiąc, jestem zdania, że tego, kto wynalazł damskie siodło, do którego przymuszano mnie w Bostonie, należałoby porządnie wychłostać. Albo nie, wystarczy, żeby sam musiał w nim trochę pojeździć.

Chris Rex parsknął śmiechem, zaraz jednak umilkł pod piorunującym spojrzeniem swego pracodawcy.

— Ekhm, muły są gotowe do drogi, panie Cartwright — zameldował pospiesznie.

— Widzę — odparł Ben chłodno. — W takim razie ruszamy.

Początkowo ich niewielka karawana posuwała się w dobrym tempie, ładunek nie luzował się ani nie przesuwał, co dowodziło, że zarządzający braćmi Rex Hoss dopilnował wszystkich niezbędnych szczegółów. Nim słońce znalazło się wysoko na niebie, teren stał się znacznie bardziej górzysty i jeźdźcy musieli zwolnić. Ścieżka wiodła teraz dość stromym i gęsto zarośniętym zboczem i choć muły znacznie lepiej od koni radziły sobie w podobnych warunkach, to prowadzący je mężczyźni musieli uważać, by zwisające z boków zwierząt belki nie zaczepiły o żadne z mijanych drzew, co mogłoby doprowadzić muła do paniki bardzo niebezpiecznej w tym trudnym terenie. Z tego powodu Ben jechał teraz na końcu kolumny i ostrzegał, ilekroć któreś z jucznych zwierząt znalazło się w potencjalnie ryzykownym położeniu. Adam i Martha natomiast wysforowali się znacznie naprzód. Ich klacze wyhodowane ponoć gdzieś u stóp Gór Skalistych niezwykle lekko i pewnie pokonywały wąski i miejscami zdradliwy szlak. Młodsi bracia kpili trochę z Adama, wołając za nim, czy na pewno pamięta drogę lub też czy przypadkiem celowo nie próbuje ich zgubić, by pobyć sam na sam z żoną. Tak naprawdę wyraźnie zazdrościli mu swobodnej jazdy i w końcu Joe, który nie prowadził żadnego muła, popędził konia i dogonił brata i bratową. Ben ledwo dostrzegał ich pomiędzy drzewami, ale od czasu do czasu droga zakręcała i wtedy w oddali majaczyła mu jasna sylwetka któregoś ze zwierząt i musiał przyznać, że karosrokata Cochise syna świetnie wpasowuje się pomiędzy dwie gniadosrokate indiańskie klacze. Uświadomiło mu to jeszcze mocniej, że podczas gdy on wciąż uważał Marthę za niedostępną i trudną do rozgryzienia, zarówno Hoss, jak i Joe zaskakująco szybko znaleźli z nią wspólny język. Co też takiego widzieli w tej kobiecie jego synowie, czego on sam nie potrafił dostrzec?

Gdy minęło południe, zatrzymali się na popas na rozległej górskiej łące. To tutaj ich drogi się rozdzielały — Hoss i Joe wraz z braćmi Rex oraz mułami mieli pojechać dalej w kierunku grzbietu, który oddzielał Ponderosę od ziem należących do sąsiedniego rancza, Ben natomiast zamierzał zjechać w dolinę, gdzie powinno paść się jedno ze stad. Którą drogę zamierzali obrać Martha i Adam, nie wiedział, w głębi duszy miał jednak nadzieję, że pojadą z braćmi, co przynajmniej uchroniłoby kobietę przed ciekawskimi spojrzeniami i być może niewybrednymi docinkami kowbojów, których to z kolei Adam jako dżentelmen mógłby nie puścić mimo uszu.

Tymczasem jednak Martha, która w przeciwieństwie do mężczyzn nie musiała trudzić się rozkulbaczaniem konia, sprawnie rozpaliła niewielkie ognisko i zabrała się do przyrządzania kawy. Wkrótce potem wszyscy siedzieli już na trawie i zajadali chleb z jajkami na twardo, wdychając ostre górskie powietrze stanowiące tak miłą odmianę po upale, który zostawili na dole. Po skończonym śniadaniu niechętnie ruszyli w stronę pasących się nieopodal koni.

— Hej, nowożeńcy! — zawołał nagle Joe. Zdążył już z powrotem założyć Cochise ogłowie, a teraz z nieodgadnioną miną wpatrywał się w leżące u swoich stóp siodło.

— Tak? — Martha ujęła wodze swojej klaczy i ruszyła w jego kierunku, wyraźnie rozbawiona zastosowanym przez szwagra zwrotem.

Joe uniósł głowę i utkwił wzrok w rozpościerającej się przed nimi równinie, a potem posłał kolejno Adamowi i jego żonie figlarny uśmiech.

— Na szlaku nieźle sobie radziliście, przyznaję, ale ciekaw jestem, co też te wasze indiańskie kucyki mają w nogach.

Adam uśmiechnął się szeroko.

— Wyścig?

Joe entuzjastycznie pokiwał głową.

— Widzicie tamtą sosnę?

— Ile okrążeń? — Martha mierzyła już wzrokiem odległość.

Ben pomyślał, że na tym etapie nie powinien być właściwie zaskoczony, że synowa jest gotowa ochoczo przyjąć to męskie wyzwanie, ale i tak z dezaprobatą pokręcił głową, patrząc, jak Adam i Joe zajmują się ustalaniem zasad wyścigu, bracia Rex zaś zaczynają przyjmować zakłady.

Martha musiała zauważyć jego reakcję i z rozbawieniem uniosła brew.

— Boi się pan, że chłopcy poniosą sromotną klęskę?

Ben wziął głęboki oddech.

— Boję się — odparł cicho. — Że twoje zachowanie prędzej czy później doprowadzi do skandalu, który mocno zaboli was oboje.

Uśmiech powoli znikł z twarzy Marthy i Ben poczuł ukłucie winy. Naprawdę nie zamierzał jej urazić, ale czuł, że powinien powiedzieć to, co już od pewnego czasu leżało mu na sercu, wyścig był bowiem zaledwie ostatnią, wcale nie największą kroplą, która przepełniła czarę goryczy.

— Wiem, że nie zgadzasz się z wieloma panującymi w naszym świecie regułami, i nie przeczę, że czasem są niesprawiedliwe i krzywdzące. Ale czy tego chcesz, czy nie, jesteś częścią tego społeczeństwa, a jako kobieta…

— Jako kobieta nie mam nic cenniejszego nad reputację? — Martha weszła mu w słowo. — Obawiam się więc, panie Cartwright, że właśnie dla obrony kobiecej reputacji zamierzam wystartować w tym wyścigu. I zamierzam go wygrać! — To powiedziawszy, odwróciła się na pięcie i lekko wskoczyła na grzbiet swojej klaczy.

Nim Ben zdołał zareagować, poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Odwrócił się i z zaskoczeniem spojrzał w oczy Adama, który przecież jeszcze przed chwilą był pochłonięty dyskusją z bratem.

— Postaraj się zrozumieć, tato — poprosił Adam po raz kolejny w ciągu ostatniego tygodnia, odciągnąwszy ojca na stronę. — Przez całe swoje dorosłe życie Martha musiała zważać na każde najdrobniejsze słowo i gest. Nie tylko dlatego, że jest kobietą, ale także, a może przede wszystkim przez swoje pochodzenie. Gdziekolwiek się nie znalazła, otoczenie przyglądało się jej dużo wnikliwiej niż innym. Szukali najmniejszego przewinienia i dowodu, że nie jest taka cywilizowana, jak się na pierwszy rzut oka wydaje, bo nie mieściło im się nawet w głowach, że ktoś z innej rasy może być im równy. Co więcej, gdyby na jej honorze powstała jakakolwiek większa rysa, ucierpiałaby nie tylko ona, ale też jej wychowanka Flora, którą Martha kocha niczym młodszą siostrę. Prawdę mówiąc, gdyby nie to, że poznaliśmy się, gdy Flora była już szczęśliwie zaręczona, wątpię, czy miałbym jakiekolwiek szanse. W każdym razie rzecz w tym, że Martha po raz pierwszy w życiu nie musi zadowalać niczyich oczekiwań, może być po prostu sobą i być dumna z tego, kim jest i skąd pochodzi, bez oglądania się na innych. I uważam, że powinniśmy ją w tym wspierać, a nie podcinać jej skrzydła.

— Co, braciszku, tchórzysz?

Adam sprawiał wrażenie, jakby chciał powiedzieć coś jeszcze, ale na dźwięk kpiącego wołania Joego posłał tylko ojcu ostatnie proszące spojrzenie i ruszył w stronę swojego wierzchowca. Ben w zamyśleniu przeniósł wzrok na synową i zauważył, że kobieta przygląda się mu badawczo. Musiała domyślić się, że stała się przedmiotem ich rozmowy. Ben poczuł się odrobinę winny. Poprzedniego dnia odszukał listy Adama z zeszłego roku i przejrzał je pobieżnie, szukając w nich śladów kiełkującego uczucia syna. Nie znalazł ich, przeczytał za to ponownie o Jacquesie, jego zaręczynach, weselu i śmierci pułkownika McCarthy'ego, a teraz, gdy Adam wymienił imię „Flora", wszystkie te elementy ułożyły się wreszcie w jedną całość. Martha była towarzyszką pułkownikówny, a jak trafiła do domu człowieka, który przez sporą część życia walczył z Indianami, nietrudno się było domyśleć. To, co musiała przeżyć jako młoda dziewczyna, może jeszcze dziecko, rzeczywiście mogło wyjaśnić wiele z jej obecnego zachowania, i Ben szczerze jej współczuł. Nie potrafił jednak nie zastanawiać się przy tym, co tak naprawdę skłoniło ją do ślubu z Adamem — miłość czy też może tęsknota za poczuciem bezpieczeństwa?

„Jesteś hipokrytą", skarcił się ostro w myślach, patrząc, jak trzy srokate konie ustawiają się na prowizorycznej linii startu, a Hoss podnosi rękę, by dać im znak do ruszenia. „Współczujesz jej i życzysz jak najlepiej, ale i tak chcesz chronić przed nią syna". Zawstydzony, potrząsnął głową, nie potrafił jednak rozsądkiem zmusić się do zmiany tego, co czuł wobec nowej synowej — nieufności.

W końcu z zamyślenia wyrwały go okrzyki trzyosobowej publiczności zagrzewającej swoich faworytów. Chris Rex kibicował Marcie, Hoss — Joemu. Stephen natomiast, chyba głównie z wrodzonej poczciwości, wybrał Adama, który jednak w tym wyścigu nie miał większych szans. Wszystkie trzy klacze były równie rącze i pełne energii do biegu mimo tak krótkiego popasu po długiej wspinaczce, odznaczały się też podobnymi rozmiarami. Trójka „dżokejów" także prezentowała dość wyrównany poziom — Ben musiał przyznać synowej, że doskonale trzymała się na końskim grzbiecie. O zwycięstwie zatem, poza łutem szczęścia, przesądzić mogła w dużej mierze masa jeźdźców. Adam zaś był najwyższy i najcięższy z ich trójki, a więc mimo starań przy ostatnim okrążeniu pozostał odrobinę w tyle. Joe próbował być sprytny i nie osiodłał Cochise, ale wzorem bratowej zdecydował się na jazdę na oklep. Pomogło mu to wyprzedzić brata, ale koniec końców i tak przegrał z Marthą o włos.

— Po prostu jestem dżentelmenem i ustąpiłem damie miejsca — usiłował się bronić, ale wyciągnął rękę, by pogratulować zwyciężczyni.

— Jeszcze jedno słowo i będę się domagała powtórki! — Martha ze śmiechem pogroziła mu palcem, a dopiero potem uścisnęła jego dłoń.

Adam w międzyczasie zsiadł ze swojej klaczy i ruszył w stronę przyjmującej teraz gratulacje od Hossa żony, gotów pomóc jej zsiąść. Zaskoczył ją i w pierwszym odruchu Martha sprawiała wrażenie, jakby chciała odrzucić pomoc, kiedy jednak zorientowała się, że to on, ufnie oparła ręce na jego ramionach. Stanąwszy na ziemi, nie cofnęła ich, ale objęła Adama mocniej za szyję, a gdy zaczął coś mówić, uśmiechnęła się jeszcze szerzej i uciszyła go szybkim pocałunkiem. Ben ze swojego miejsca widział w tej chwili doskonale jej rozpromienioną twarz oraz oczy, które prócz radości promieniały czymś jeszcze. Uświadomił sobie, że choć wielokrotnie w ciągu ostatniego tygodnia widział, jak Adam spogląda na żonę z podobną czułością, po raz pierwszy zobaczył to samo uczucie w spojrzeniu Marthy. W tej chwili nie była buntowniczką cieszącą się z wygranej nad mężczyznami, ale kobietą szczęśliwą, że może dzielić swój mały tryumf z ukochanym człowiekiem. W tym momencie wydała się Benowi bardziej naturalna i szczera niż kiedykolwiek przedtem. W uszach zabrzmiały mu słowa Adama, który twierdził, że Martha odkryła niedawno, że może być sobą, i przeszło mu przez głowę, że być może na razie potrafiła się podobnie odsłonić jedynie przy mężu.

Z zamyślenia wyrwał go głos Chrisa, który upatrzył wreszcie moment na złożenie gratulacji swojej faworytce.

— Brawo, pani Cartwright, wiedziałem, że pani wygra! — zawołał tak entuzjastycznie, że klacz Marthy aż z niepokojem zastrzygła uszami.

Martha puściła wreszcie męża i z uśmiechem odwróciła się w stronę nadchodzącego mężczyzny. Niestety rozochocony Chris nie poprzestał na pierwszym zdaniu.

— Od samiuśkiego początku mówiłem bratu: patrz i ucz się, bo nikt tak nie jeździ jak te czerwone diabły!

— Chris! — syknął Stephen ostrzegawczo i z przerażeniem spojrzał na Adama, który z groźnie zmarszczonymi brwiami zrobił krok naprzód.

— No co, przecież to komplement!

Martha, nawet się nie obejrzawszy, na pamięć wyciągnęła rękę do tyłu i osadziła męża w miejscu. Ten natychmiast usłuchał. Ben mimowolnie przypomniał sobie, jak lata temu Adam był gotów pojedynkować się o honor kobiety, której tak naprawdę nawet nie kochał, i z ulgą stwierdził, że tamto należało już do zamierzchłej przeszłości.

— Rzeczywiście. — Uśmiech Marthy był trochę wymuszony, ale nadal perfekcyjnie uprzejmy. Coś, czego musiała się zapewne nauczyć w salonach Bostonu i co najwyraźniej, kiedy chciała, wciąż potrafiła zastosować, pomyślał Ben z przekąsem. — Ma pan rację, wy biali moglibyście się on nas, czerwonych diabłów, wiele nauczyć.

Chris otworzył usta, a po chwili zamknął się z powrotem. Martha uśmiechnęła się szerzej.

— To jak, panowie, czas szykować się do drogi? — zapytała słodko.

Tego nie trzeba było Chrisowi dwa razy powtarzać. Wymamrotawszy coś pod nosem, złapał Stephena za rękaw i dosłownie pociągnął go w stronę mułów.

Ben pokręcił głową z rozbawieniem, a także i czymś na kształt uznania. Zaczynał chyba przywykać powoli do ciętego języka synowej, bo musiał przyznać, że potrafiła używać go po mistrzowsku.

— Hej, Martho! — zawołał nagle Joe. — Dasz nam się odegrać, prawda?

— Jeszcze ci mało, smarkaczu? — zachichotał Hoss, który, choć nie brał udziału w wyścigu, przez cały ten czas zdawał się doskonale bawić kosztem jego uczestników. — Może w ramach dogrywki urządzicie sobie turniej łuczniczy? — zażartował.

Martha wyszczerzyła zęby.

— Jeśli Joe chce znowu przegrać…

— Dobrze już, chłopcy, pomóżcie Rexom przy mułach. — Ben uznał, że lepiej zainterweniować, nim Joemu naprawdę przyjdzie do głowy zabrać się za konstruowanie prowizorycznego łuku. — A wy postanowiliście już, z kim jedziecie?

Adam i Martha wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

— Myślę, że rozejrzymy się po prostu po okolicy — odpowiedział w końcu Adam niewinnym tonem. Zdaniem Bena zdecydowanie zbyt niewinnym...

Ben zmierzył oboje wzrokiem pełnym dezaprobaty, wreszcie jednak machnął ręką i posłał synowi porozumiewawczy uśmiech. W końcu, choć momentami nadal trudno było w to uwierzyć, Adam był teraz żonatym mężczyzną i jeśli chciał spędzić trochę czasu sam na sam ze swoją wybranką, miał do tego pełne prawo.

— Spotkamy się tutaj wszyscy około szóstej — zarządził, odwracając się do pozostałych, którzy kończyli już ładować z powrotem belki na grzbiety mułów.

— Panie Cartwright? — weszła mu w słowo Martha. — Może jednak spotkajmy się nieco wcześniej? Wieczorem może zebrać się na deszcz.

— Na deszcz? — Ben spojrzał w bezchmurne niebo i wciągnął w nozdrza suche, upalne powietrze. — Nie wydaje mi się. — Zawahał się jednak. Wątpił, czy po latach spędzonych na wschodzie Martha była zdolna tak jak jej pobratymcy wyczuwać instynktownie zmiany pogody, z drugiej jednak strony wiedział, że nie była to żadna magiczna zdolność, a raczej uwrażliwienie na otaczającą ich naturę i wyostrzony zmysł obserwacji, które, żyjąc znacznie bliżej przyrody, ci ludzie wyrabiali w sobie od dziecka. — Spotkajmy się o wpół do szóstej — zdecydował wreszcie po chwili wahania. — Chłopcy, jedźcie już, wiem, że macie sporo roboty.

Kiedy kilka godzin później Buck piął się wąską ścieżką w górę zbocza, słońce wisiało już znacznie niżej nad horyzontem, mimo to przypiekało jednak dość mocno i Ben nie mógł się doczekać, kiedy skryje się w cieniu lasu. Łąka, która rano jeszcze oferowała przyjemną wilgoć i chłód, teraz sprawiała wrażenie rozżarzonej patelni. Adam z Marthą już na niego czekali, skryci w cieniu samotnej sosny, która przed paroma godzinami stanowiła punkt orientacyjny wyścigu.

— I gdzie ten twój deszcz? — zawołał Ben z rozbawieniem na widok synowej.

Martha w zamyśleniu zawinęła sobie wokół palca koniuszek warkocza, niespodziewanie kojarząc się Benowi z uczennicą przyłapaną na nieprzygotowaniu do lekcji.

— Musiał przejść bokiem — odpowiedziała wreszcie.

Ben pobłażliwie pokiwał głową, niezbyt zaskoczony, że nie potrafiła przyznać się do błędu.

Skryci w gęstym lesie, nie zauważyli gromadzących się nad ich głowami chmur, a spadek temperatury przywitali raczej z ulgą niż podejrzliwością. Byli zaledwie nieco ponad milę od domu, gdy nastąpiło oberwanie chmury, tak silne, że gdy zsiadali z koni, trzęśli się z zimna, przemoczeni do suchej nitki.

Hop Sing czekał już na szczęście w drzwiach z naręczem ręczników. Zarzuciwszy sobie jeden na plecy, Ben odwiesił ociekający wodą kapelusz na kołek, po czym odwrócił się i niespodziewanie stanął oko w oko z synową. Martha hardo odwzajemniła jego spojrzenie i uniosła brwi. Tym razem Ben zrozumiał od razu, że musi skapitulować. Przełknąwszy ślinę wraz z dumą, powiedział z uznaniem:

— Następnym razem kiedy stwierdzisz, że może padać, to choćby na niebie nie było ani jednej chmurki, daję słowo, że od razu poszukam schronienia.


Boston, 1870–1871

Zima przełomu tysiąc osiemset siedemdziesiątego i siedemdziesiątego pierwszego roku zdała się Adamowi najdłuższą w jego życiu. Mimo powrotu Jacka spędzał cale dnie i wieczory w pracy, zdeterminowany, by raz na zawsze zapomnieć o tej dziwnej relacji, która połączyła go z Marthą Steele.

Przywykł już do myśli, że nigdy się nie ożeni. „Może tata miał tyle miłości, że nie starczy już dla nas" — powiedział mu wiele, wiele lat temu Hoss i choć wtedy Adam śmiał się z tej dziecięcej obawy brata, dziś wbrew wszelkiej logice był gotów się z nim zgodzić. Nie uważał tego rzecz jasna za jakieś magiczne zrządzenie losu, sądził raczej, że od małego życie nauczyło wszystkich trzech, że miłość, choćby najsilniejsza i najczystsza, w żaden sposób nie gwarantuje baśniowego „długo i szczęśliwie", może więc te wpojone od dziecka lekcje o stracie podświadomie napełniły ich obawą przed oddaniem komukolwiek serca. Wszak nawet Joe, mający nadal opinię kobieciarza, nie był ani trochę bliższy ustatkowania się od starszych braci.

Prawda, Adamowi nieraz w życiu zdawało się, że był zakochany, jednak kiedy przychodziło co do czego, zawsze coś kazało mu zrobić krok w tył, a jeśli nawet nie, to sam los wydawał się krzyżować mu szyki, nim sprawy zaszły za daleko. Czy zakochał się w pani Steele? Być może. W pewnym momencie musiał przestać udawać sam przed sobą i przyznać, że pociągała go i fascynowała jak mało kto. Jednak gdyby spełniła jego nierozważną prośbę i została w Bostonie, czy ich relacja mogłaby wyjść kiedykolwiek poza tę dziwną, ostrożną przyjaźń?

Wciąż rozważał też na nowo zarzut wysunięty przez kobietę podczas ich ostatniej rozmowy. Czy rzeczywiście dostrzegła jego intencje jaśniej niż on sam? Widział przecież, że pod silnym pancerzem kryje się wrażliwa, trochę zagubiona i chyba nie całkiem szczęśliwa dusza. Czy właśnie dlatego tak naprawdę podświadomie do niej lgnął? Chciał być jej partnerem i towarzyszem czy też zaopiekować się i obronić ją przed niesprawiedliwymi osądami i ludźmi, którzy nigdy nie zamierzali dać jej nawet cienia szansy? Nie wydawało mu się, by, jak zarzuciła mu pani Steele, ustawiał się jedynie w pozycji rycerza, zwłaszcza że widział doskonale, jak silną i niezależną była osobą. To, że chciał dać jej poczucie bezpieczeństwa, nie oznaczało przecież, że nie wierzył, że doskonale potrafi poradzić sobie sama, prawda?

Był też jednak świadom, że przerabiał to już przecież w przeszłości. Regina i Rebecca fascynowały go swoją odmiennością i niewinnością, chciał poznać ich świat i uchronić je przed okrucieństwem tego, z którego sam pochodził. Z Sue Ellen było wprost odwrotnie — pragnął pokazać jej, że świat oferuje więcej niż tylko cynizm, egoizm i pieniądz. Laura przyciągnęła go chyba swoją nieporadnością — potrzebowała kogoś, kto by się nią zaopiekował, obie z Peggy go potrzebowały, a on potrzebował ich, bo całe życie przecież kimś się opiekował i przychodziło mu to tak naturalnie jak oddychanie. W pewnym momencie z przerażeniem uświadomił sobie, że w każdym z tych przypadków koniec końców chodziło nie o te kobiety, lecz o niego, o to, jak się przy nich czuł i kim mógł być w ich oczach. Dziś, z perspektywy czasu, wiedział już, że na żadnym z tych fundamentów nie byłby w stanie zbudować trwałego związku. Chociaż w głębi serca marzył o takim partnerstwie bratnich dusz, jakie łączyło Bena i Inger Cartwrightów, nie wiedzieć czemu wciąż pakował się w relacje, które nie miały z tym wiele wspólnego. Wreszcie po rozstaniu z Laurą doszedł więc do wniosku, że najrozsądniej będzie pogodzić się z faktami i zwrócić energię na inne dziedziny życia, te, w których radził sobie znacznie lepiej, potrafił kierować się rozsądkiem i, co za tym szło, miał znacznie większe szanse na to, że jego wysiłki zapewnią mu powodzenie.

Teraz też usiłował więc zaprząc ten rozsądek do pracy, dobitnie przytaczając samemu sobie wszelkie argumenty świadczące o tym, dlaczego jego zainteresowanie panią Steele było błędem, a jej wyjazd z Massachusetts najlepszym rozwiązaniem dla obojga zainteresowanych. Wydawało mu się, że idzie mu całkiem nieźle, w końcu zwykł chlubić się swoją zdolnością do przedkładania rozumu nad serce. Tymczasem całkiem niespodziewanie okazało się, że jego wysiłki na niewiele się zdały…

— Wzięło cię, stary, co? — zagadnął go na poły kpiąco, na poły troskliwie Jack.

Stali na werandzie dawnego domu McCarthych, teraz zamienionego w letnią rezydencję Broussardów. Dźwięki dochodzące z wnętrza wskazywały, że przyjęcie bożonarodzeniowe trwało w najlepsze, ale tu w otulonym śnieżną pierzyną ogrodzie salon, który właśnie opuścili, wydawał się znajdować tysiące mil stąd.

Adam poprawił narzucony na ramiona płaszcz i wciągnął w nozdrza mroźne powietrze. Dopiero wtedy odpowiedział, nie patrząc jednak na przyjaciela:

— Nie wiem, co masz na myśli.

Jacques zareagował rozbawionym prychnięciem.

— Przypominam ci, mój drogi, że Betsy, kucharka świętej pamięci pana pułkownika, od jesieni pracuje u nas. A kucharki to takie zaczarowane istoty, które dzień i noc ślęczą nad rondlami, a i tak wiedzą doskonale, co dzieje się w całym domu, od strychu aż po… ogród i to, co poza nim.

Znacząca przerwa w ostatnim zdaniu powiedziała Adamowi głośno i wyraźnie, że Broussardowie wiedzą znacznie więcej, niżby sobie życzył, nie oznaczało to jednak, że zamierzał przyznać przyjacielowi w czymkolwiek rację.

— A dlaczego miałoby mnie obchodzić, co ogrodnik McCarthych robi, kiedy nie przycina róż? — spytał perfekcyjnie neutralnym tonem, a żeby upewnić przyjaciela o swojej obojętności, odwrócił się w jego stronę i posłał mu spokojne, choć odrobinę wyzywające spojrzenie.

Jacques przewrócił oczami.

— Adam, druhu, ile my się znamy? Dwadzieścia… ponad dwadzieścia lat. Twoje śliczne oczka nie zrobią na mnie wrażenia, choćbyś nie wiem jak usiłował grać niewiniątko.

— Jack! — Ton Adama stał się ostrzegawczy, ale przyjaciel nie zamierzał się tym przejmować.

— Przecież widzę, stary. Nosi cię. Zawsze byleś robotny, ale teraz stałeś się prawdziwym niewolnikiem pracy, przychodzisz bladym świtem, wychodzisz ostatni, a rano przynosisz jeszcze nowe rysunki. Unikasz przyjaciół, nigdzie nie bywasz, wszystko cię złości. Jednym słowem, przyjacielu, stałeś się pustelnikiem i zrzędą, a moim obowiązkiem jako twojego serdecznego druha było dojść sedna tej niespodziewanej zmiany.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Jack padłby trupem już chwilę temu, niestety gromy ciskane z oczu Adama nie robiły na nim najmniejszego wrażenia, Adam zaś uświadomił sobie, że nie potrafi znaleźć odpowiedzi. Wypieranie się wobec faktów, które przyjaciel wyłożył przed nim z takim przekonaniem, byłoby śmiesznością i dziecinadą, jednak przyznać Jackowi rację oznaczałoby przyznać się przed samym sobą, że popełnił błąd w ocenie sytuacji oraz własnych uczuć, podczas gdy Adam wciąż nie był pewny, czy rzeczywiście tak było.

— Wiedzieliśmy z Florą praktycznie od początku — ciągnął tym samym Jack, już bez kpiny i znacznie łagodniej niż przedtem.

Adam zamrugał gwałtownie, zastawiając się, czy wzmianka o pani Broussard miała oznaczać, że Martha przed wyjazdem w nieznane zwierzyła się przyjaciółce. Nie mógł jednak zapytać wprost, Jacques tymczasem mówił dalej:

— Nic nie mówiłem, bo nie widziałem powodu, w końcu i tak jak wróciliśmy, było już po wszystkim. A bo to pierwszy raz mężczyzna ma złamane serce, myślałem sobie? Ale widzę, że tym razem to grubsza sprawa. Zresztą Florcia też martwi się o panią Steele. Wyjeżdżała paskudnie markotna, nawet nie miała nastroju, żeby raczyć mnie tymi swoimi złośliwościami. I uparła się, że nie powie, dokąd jedzie, no a teraz od jesieni nie dała znaku życia… — Jack rozłożył ręce. — Nie wiem, stary, ja tu odgrywam jedynie rolę Hermesa, ale moja lepsza i mądrzejsza połowica twierdzi, że powinieneś był od razu za nią pojechać, a jak tak patrzę na twoją ponurą facjatę, to coraz bardziej zaczynam się z nią zgadzać.

Adam uniósł brwi.

— Zdawało mi się, że stanowczo odradzałeś mi jakiekolwiek bliższe stosunki z panią Steele — wytknął zimno.

Jacques wzruszył ramionami.

— Bo odradzałem, ale skoro już i tak jak zwykle zrobiłeś po swojemu… Słuchaj, Adam. Co powiedziałem, podtrzymuję: Martha Steele nie jest i nigdy nie będzie taka jak my. I nie mówię tego, żeby w czymkolwiek jej uchybić. Nie twierdzę, że jest w czymkolwiek gorsza od białych kobiet, tylko że jest inna. Zawsze będzie, bo wychowała się w innym świecie, tak samo jak ty i ja zawsze będziemy różni, bo ty dorastałeś na zachodzie, ja zaś w Luizjanie, i nie ma w tym niczego złego. Tyle tylko może, że nami południowcami gardzi się tutaj jednak odrobinkę mniej niż Indianami, no ale wiem, że dla ciebie opinia towarzystwa nie ma akurat najmniejszego znaczenia.

— Masz rację — zgodził się Adam, niespodziewanie uświadomiwszy sobie pewną prawdę. — Nie w swojej ocenie pani Steele, z nią wciąż się nie zgadzam, uważam, że jedyną przeszkodą w tym, by stała się szanowaną i wartościową członkinią bostońskiego towarzystwa, jest ograniczenie tegoż towarzystwa, które zamiast jej przymiotów widzi tylko kolor jej skóry. Ale rzeczywiście z jednym trafiłeś w sedno, różnimy się. Ja też nigdy nie będę w pełni bostończykiem, bo podróż na zachód i lata pracy na Ponderosie dały mi zupełnie inny bagaż doświadczeń, których ludzie twojego pokroju, bez obrazy, nigdy nie będą w stanie zrozumieć.

Jack przeczesał palcami bródkę.

— Nie myślałem tak o tym, ale… tak, chyba coś w tym jest. Chcesz zatem powiedzieć, że skoro my dwaj mimo tych różnic mogliśmy stać się sobie bliscy jak bracia, to ty i pani Steele moglibyście…

— Nie wiem. — Adama potrząsnął głową. — Rzecz w tym, Jack, że nie wiem. I bardzo nie lubię tego stanu, zwłaszcza kiedy nie mogę nic zrobić, by go zmienić.

— Prawda, ty zawsze miałeś na wszystko odpowiedź. — Jacques znów przyjął swój zwykły dowcipny ton, nadal jednak kryła się za nim troska. — W takim razie pozwól, że raz ja podpowiem coś tobie. Przestań zadręczać się tym, co było lub też mogło być, i skończ z tym żywotem pustelnika. Chodź do środka, zatańcz z Emmą, dobrze jej zrobi mała przerwa od narzeczonego, przysięgam, jeszcze trochę, a kapitan Willoughby wywierci wzrokiem dziurę w jej sukni.

Adam uśmiechnął się lekko.

— Nie mogę się doczekać tego zachwytu na jej twarzy na mój widok — prychnął. — Jack?

— Tak?

— Jeśli naprawdę byłem aż takim zrzędą, to wybacz. Nie zdawałem sobie sprawy, że aż tak... jak ty to nazwałeś? Że aż tak mnie wzięło.

Jacques wyszczerzył zęby.

— No to chodź, wypijemy za nowe początki.

— Nowe początki — powtórzył Adam niczym echo, a w jego głowie niespodziewanie zaświtał pomysł. — Jack? Co byś powiedział, gdybym wiosną zostawił ci biuro na kilka tygodni?

Przyjaciel posłał mu zaskoczone spojrzenie.

— Wiesz, że pani Steele nie zostawiła adresu, prawda?

— Wiem — zapewnił go Adam. — Chciałbym odwiedzić Ponderosę i zobaczyć się z rodziną. Zbyt długo już odkładałem tę wizytę. — Jack miał bowiem rację, głupotą było zadręczać się bez końca tym, co bezpowrotnie stracone. Czas zaakceptować przeszłość ze wszystkimi jej błędami, przyznać przed sobą, że są pytania, na które nigdy nie pozna odpowiedzi, i ruszyć naprzód. Co też w tym wypadku mogło oznaczać podróż wstecz. Nic nie trzymało go już przecież w Bostonie, a odległość mogła pomóc mu nabrać dystansu. Wydarzenia ostatniego roku uświadomiły mu też zresztą, że nie należało odkładać pewnych rzeczy zbyt długo. Dlatego też Adam podjął decyzję — może pod wpływem chwili, ale z pewnością taką, która dojrzewała w nim już dawno — nadszedł czas na wizytę w domu.

W zasadzie nie musiał czekać do wiosny, wszak od kiedy do Virginia City doprowadzono kolej żelazną, podróż stała się nieco mniej uzależniona od kaprysów natury. Jednak jak na złość ilość spraw, które musiał załatwić przed opuszczeniem Bostonu na długie tygodnie rosła wprost proporcjonalnie do pragnienia Adama, by jak najszybciej znaleźć się na Ponderosie. Ostatecznie więc dopiero z końcem marca był nareszcie gotów do drogi. Przekazał wszystkie niedokończone projekty Jackowi, spakował się, zabezpieczył wyposażenie swojego niewielkiego mieszkanka przed kurzem i w końcu nie pozostało mu nic innego jak ze zniecierpliwieniem oczekiwać na pociąg, który miał wyruszyć dopiero za dwa dni.

Kiedy zatem zupełnie niespodziewanie w drzwiach jego mieszkania stanął Jacques, z którym pożegnali się już poprzedniego popołudnia w biurze, Adam był przekonany, że znów wydarzyło się coś, co miało pokrzyżować mu plany. I w gruncie rzeczy miał rację, choć nigdy nie odgadłby, że właśnie w taki sposób.

Gdy się witali, przyjaciel sprawiał wrażenie, jakby biegł przez całą drogę, ale teraz, kiedy Adam odwiesił już jego płaszcz i zaprosił go do saloniku, Jacques nabrał wody w usta.

— Nie minął jeszcze dzień, a ty już tak się stęskniłeś za widokiem mojej twarzy? — zażartował Adam.

— Powiesiłbym sobie nad łóżkiem twój portret, ale obawiam się, co na to Flora — odciął się natychmiast Jack.

— Rozumiem, boisz się, jak niekorzystnie mógłbyś wyjść na tym porównaniu. — Od kiedy podjął decyzję o odwiedzeniu Ponderosy, Adamowi zrobiło się nieco lżej na sercu, a w efekcie także i podobne utarczki słowne z przyjacielem znów zaczęły go bawić jak dawniej. Teraz jednak czuł, że za pozornie lekkim tonem Jacka kryje się coś poważnego, i był coraz bardziej zaintrygowany.

— O to się nie martwię, Flora ma na szczęście dobry gust. Z pewnością nie zawdzięcza go jednak pani Steele.

Adam zamarł na dźwięk tych słów.

— Dziś rano przyszedł list — powiedział Jacques cicho, poważniejąc. — Były w nim głównie życzenia urodzinowe i pytania o nasze zdrowie, ale Flora zna Marthę Steele jak mało kto i potrafiła czytać między wierszami… — Zawiesił głos, zapewne oczekując reakcji.

Adam milczał. Jeśli przyjaciel liczył na jego zaciekawienie, to będzie musiał się rozczarować. Adam podjął już dawno decyzję, by zapomnieć co tym, co było, albo może raczej o tym, co mogło być, i nie widział powodu, by pozwolić sobie na zboczenie z obranej drogi.

Jack przez dłuższą chwilę świdrował przyjaciela wzrokiem, aż w końcu wzruszył ramionami i sięgnął do kieszeni surduta.

— Flora chciała, żebym ci to dał. Co z tym zrobisz, to już zależy od ciebie. Ale oboje uważamy, że skoro żadne z was najwyraźniej nie umiało zapomnieć o tym drugim, to… Cóż, nie wierzę, że to mówię, ale na twoim miejscu chyba jednak wolałbym tam pojechać, niż do końca życia się zastanawiać, co by było gdyby. — Położył na stole kawałek papieru i wstał. — Szczęśliwej drogi, stary. Którąkolwiek drogę obierzesz.

Adam odprowadził przyjaciela do drzwi, a dopiero po jego odejściu wrócił i z wahaniem sięgnął po papier. Był to oderwany fragment koperty, na którym znajdował się adres. Adam od razu poznał pismo, które widywał kilkakrotnie na liścikach przysłanych czy też raczej podyktowanych przez pułkownika McCarthy'ego. Adres zwrotny — domyślił się bez trudu. Niewiele myśląc, pospieszył do gabinetu i ściągnął z regału mapę.


Ponderosa, 1871

Jedną z rzeczy, których Ben Cartwright wyjątkowo nie lubił, była bezczynność. Szczególnie taka, do której został zmuszony przez okoliczności. Nie uważał się za człowieka starego, właściwie to nie sądził, by nawet zbliżał się już do wieku powszechnie zwanego podeszłym. Nie brakło mu sił ani energii, a to, że może nieco częściej niż dawniej zdarzało się, że łupnęło go w krzyżu, zrzucał raczej na karb wielu lat ciężkiej pracy nad realizacją, a potem rozwojem swojego marzenia, którym była Ponderosa. Dlatego też kolejną rzeczą, której Ben szczerze nie znosił, była choroba. Rozumiał rzecz jasna, że chorować jest rzeczą ludzką, jednak kiedy on sam był zmuszony zostać w łóżku, czuł się, jakby cały świat się przeciw niemu sprzysiągł. Dlatego też zwykł ignorować symptomy tak długo, jak to możliwe — a także doprowadził do perfekcji ukrywanie ich przed synami. Nie chciał przecież, by się martwili. Nade wszystko jednak — choć za żadne skarby by się do tego nie przyznał — krył się ze swoimi dolegliwościami z obawy, by chłopcy wraz z wyjątkowo stanowczym, gdy o podobne kwestie chodziło, Hop Singiem wspólnymi siłami nie zmusili go do paru dni gnuśnienia w łóżku. Był przecież dorosłym, odpowiedzialnym człowiekiem w pełni władz umysłowych, i sam potrafił stwierdzić, kiedy poczuje się dość źle, by naprawdę należało zwolnić. Zwykły katar, przelotny kaszel i odrobina bólu mięśni, których nabawił się po ostatniej ulewie, z pewnością nie były podstawą do niepokoju. Tyle tylko, że z godziny na godzinę okazywały się coraz bardziej irytujące.

Kiedy równo zapisane kolumny cyferek wydawały się mieć coraz mniej sensu, Ben poddał się i odłożył ołówek. A podobno robota papierkowa to ten najlżejszy rodzaj pracy, pomyślał z przekąsem i potarł dłonią zmęczone oczy. Póki był skupiony na księgach, nie zwracał uwagi na otoczenie, ale teraz, gdy postanowił zrobić sobie chwilę przerwy, uświadomił sobie, że w pomieszczeniu zrobiło się dziwnie chłodno. Wstał, by zamknąć okno, a ten nagły ruch sprawił, że nie mógł już dłużej powstrzymywać kaszlu.

Kiedy atak minął, Ben z niepokojem wyjrzał ze swego biura i z ulgą dostrzegł, że był sam. Hoss i Joe naprawiali kolejną sekcję ogrodzenia, Adam zaś pojechał do sąsiadów, którzy postanowili wykorzystać obecność zaprzyjaźnionego architekta i poradzić się co do rozbudowy posiadłości. Natomiast Martha tym razem zdecydowała się zostać w domu i zaznajomić się bliżej z biblioteczką Cartwrightów. Ben nie był może nigdy takim molem książkowym jak jego najstarszy syn, ale czytał całkiem sporo i to okazało się nareszcie bezpiecznym tematem do rozmowy. Ta zaś z kolei mogła też stanowić świetną wymówkę, gdyby synowej przyszło do głowy się zastanawiać, dlaczego prawie nic nie zjadł. Dyskusja była ożywiona, ale w gruncie rzeczy sympatyczna, szybko jednak ból gardła zaczął doskwierać Benowi jeszcze bardziej niż przedtem, co wreszcie zmotywowało go do wstania od stołu i zajęcia się księgami znacznie mniej ciekawymi, bo dotyczącymi finansów rancza. Martha poszperała trochę w zastawionym książkami regale, ale szybko coś sobie wybrała i ulokowała się na kanapie przed kominkiem. Ben nie słyszał jej już od dłuższego czasu i był zaskoczony, że nie zwrócił uwagi na odgłos kroków, kiedy wyszła, w tej chwili jednak jej nieobecność była mu wyjątkowo na rękę.

Zapiął szczelnie kamizelkę i poczłapał w stronę drzwi wyjściowych w nadziei, że świeże powietrze poprawi mu samopoczucie. Jednak kiedy znalazł się na werandzie, poczuł się już tak wyzuty z wszelkiej energii, że poddał się ponownie i ciężko opadł na najbliższe krzesło.

Tym razem usłyszał skrzypnięcie drzwi i energiczny krok, który musiał należeć do Marthy.

— Proszę. — Kobieta postawiła przed nim kubek parującego płynu.

— Co to jest? — Ben zmarszczył brwi.

— Hop Sing powiedział, że to dla pana. — Martha wzruszyła ramionami.

Ben spojrzał podejrzliwie najpierw na synową, potem na zawartość kubka.

— Daję słowo, że nie zamierzam pana otruć. — Ton kobiety był żartobliwy, ale krył się w nim cień wyrzutu.

Ben powąchał napój i skrzywił się lekko. Znał ten zapach, Hop Sing przygotowywał te ziółka, ilekroć ktoś z domowników był chory, a to dowodziło, że próby zamaskowania dolegliwości nie udały się Benowi tak dodrze, jak myślał. Nie mógł jednak powiedzieć żadnej z tych rzeczy synowej, uśmiechnął się więc tylko pojednawczo i podniósł kubek do ust. Gdy pił, Martha przyglądała mu się z troską wypisaną na twarzy i, co gorsza, sprawiała wrażenie, jakby chciała powiedzieć coś jeszcze. Uratował go tętent kopyt. Chwilę później zza domu wyłonił się Adam. Sprawnie osadził zdyszaną klacz w miejscu i, machając jakimś papierem, zeskoczył i energicznym krokiem ruszył w stronę żony.

— Wydrukują go! — zawołał entuzjastycznie. — I zamówili kolejne!

— Co takiego? — Martha natychmiast zapomniała o teściu i ziółkach. Podbiegła do męża, wyrwała mu papier z dłoni i zaczęła czytać. Po chwili pisnęła radośnie i zarzuciła Adamowi ręce na szyję.

Ich radosne okrzyki sprawiły, że Bena na domiar złego zaczęła boleć głowa. Był odrobinę ciekaw, co tak ucieszyło Adama i Marthę, ale w tej chwili przede wszystkim miał ochotę huknąć na nich, by się uspokoili — tyle że kosztowałoby to go jednak zbyt wiele energii.

— Nasze plany w końcu zaczynają się klarować, tato! — Adam, wciąż roześmiany, dostrzegł wreszcie ojca i ruszył w jego kierunku.

— Plany? — spytał Ben machinalnie. — Myślałem, że zamierzacie wrócić do Bostonu.

— Kiedyś pewnie tak, na jakiś czas. Widzisz tato, oboje z Marthą tak naprawdę nie mieliśmy dotąd swojego miejsca na ziemi. I w pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że nie musimy wybierać, bo tych miejsc może być przecież więcej niż jedno.

— Nie masz swojego miejsca? — Ostatnie słowa syna dotknęły go do żywego. Ben, niemile zaskoczony, zapomniał o złym samopoczuciu i zerwał się z miejsca. — Całe życie ciężko pracowałem, żebyście ty i twoi bracia mieli swoje miejsce, właśnie to! — Rozłożył ręce, pokazując na otaczające ich ranczo. — A ty chcesz mi powiedzieć, że tym gardzisz?!

— Nie to miałem na myśli, tato — zapewnił go Adam pospiesznie i pojednawczo uniósł dłoń, co Benowi skojarzyło się ze sposobem, w jaki podchodzi się do narowistego konia. — Ponderosa jest moim domem, wiesz przecież, budowałem ją razem z tobą i zawsze będzie bliska mojemu sercu. Ale tak samo ważny jest dla mnie Boston, a teraz także i Colorado, gdzie żyją bliscy Marthy…

— Colorado? — Ben znów powtórzył jak echo, a potem przeniósł wzrok na synową. Nareszcie połączył fakty. — To tam się pobraliście, a nie w Bostonie — szepnął i oparł się ciężko o stół, czując, jak zaczyna mu się kręcić w głowie. — Zamierzaliście mi o tym powiedzieć? — zapytał gorzko. — Czy może chcieliście mi oszczędzić przykrości związanej z tym, że jednak ktoś z rodziny młodych został zaproszony na ten ślub?

— To nie tak, tato, posłuchaj... — zaczął Adam łagodnie.

— Nie zrobiliśmy tego, by sprawić panu przykrość, ani nie chcieliśmy niczego przed panem ukrywać — poszła mu w sukurs Martha. — To prawda, że nie byłam dotąd zbyt skłonna, by mówić o sobie…

— Nie — wszedł jej w słowo Ben. — Byłaś zbyt zajęta okazywaniem tego, co myślisz o innych.

— Tato…

— A nie przyszło panu do głowy, że robię to, bo doskonale widzę, co ci inni myślą o mnie? — Dotąd spokojny, teraz głos Marthy zadrżał od emocji. — Widziałam wyraz pana twarzy tam na dworcu, widziałam pana rozczarowanie...

— Czy naprawdę nigdy nie zasłużymy sobie na twoje błogosławieństwo, tato? — zapytał Adam gorzko.

Ben przeniósł na niego pełne niedowierzania spojrzenie.

— A czy kiedykolwiek mnie o nie poprosiłeś? Nie, oboje zbyt się zacietrzewiliście w udowadnianiu wszystkim wokół, że nie obchodzi was ich zdanie...

— Twoje zdanie? — prychnął Adam. — Od kiedy przyjechaliśmy, okazujesz je nam na każdym kroku. Zerkasz na Marthę spode łba, oceniasz każdy jej krok, jeśli uda jej się nie podpaść, to rzucisz jakiś komplement jak ochłap, jeśli nie, patrzysz z dezaprobatą na wszystko, co nie pasuje do twojego wyobrażenia. Wiesz, nie rozumiem cię, tato. Zawsze uczyłeś nas, że wszyscy ludzie są równi, i każdego traktowałeś z takim samym szacunkiem, więc nawet do głowy mi nie przyszło, że to wszystko okaże się wydmuszką, kiedy w grę wejdzie twoja własna synowa.

Ben zamrugał oszołomiony i przetarł dłonią twarz.

— Naprawdę nadal myślicie, że to z tym mam problem? — zapytał z niedowierzaniem.

— A z czym, jeśli nie z tym? — Martha wyzywająco spojrzała mu w oczy.

Ben poczuł rosnącą frustrację, świadom, że niczym nie zasłużył sobie na te oskarżenia.

— Może na przykład z tym — odpowiedział ochryple, głosem pełnym wyrzutu — że jesteś dumna, uparta, arogancka, zawsze masz na wszystko odpowiedź…

— Czyli chcesz powiedzieć, że Martha jest Adamem w spódnicy? — dobiegł ich niespodziewane głos Joego, pozornie żartobliwy, w rzeczywistości jednak pełen napięcia. Najmłodszy z braci niezauważony wszedł w sam środek cyklonu i najwyraźniej chciał załagodzić sytuację, nim ta jeszcze bardziej eskaluje, nikt jednak nie zwrócił na niego uwagi.

— Dobrze się czujesz, tato? — Adam w końcu chyba zauważył, że ojciec chwieje się na nogach. — Dokończymy później, chodź, powinieneś się położyć. — Łagodnie ujął go za łokieć, ale Ben strącił jego dłoń.

— Chcę tylko, żebyś był szczęśliwy — szepnął, z trudem łapiąc oddech, nagle bowiem poczuł się wyczerpany jak po ogromnym wysiłku fizycznym. — Żebyś był naprawdę szczęśliwy, tylko to… — Wyciągnął rękę do syna, ale nim przekonał się, czy Adam ją ujmie, ziemia uciekła mu spod stóp, a wokół zapanowała ciemność.


Colorado, 1871

Pogranicze Colorado i Nowego Meksyku na swój sposób kojarzyło się Adamowi z domem. Góry Skaliste wystrzelały w niebo nie mniej majestatycznie od szczytów Sierra Nevada, a im dalej na południe, tym coraz mniej soczysta zieleń traw ustępowała miejsca szarościom i brązom. Nienawykły do wielu godzin w siodle i nocy spędzanych na kocu rozłożonym na gołej ziemi, przez kilka pierwszych dni Adam budził się obolały i w kwaśnym nastroju, potęgowanym jeszcze przez nadal targające nim wątpliwości. Jego ciało jednak szybko na nowo przywykło do wysiłku, który był dlań normą przez tyle lat, a im bliżej był celu, tym mniej Adam kwestionował swoją decyzję. Będzie, co ma być, stwierdził w końcu, świadom, że Jack miał rację — kiedy rozsądek zawiódł, lepiej było przez moment dać się ponieść sercu i sprawdzić, co z tego wyniknie, niż w nieskończoność zadręczać się bezcelowymi pytaniami. Liczył się rzecz jasna z tym, że nawet jeśli odnajdzie panią Steele, ta może nie mieć najmniejszej ochoty z nim rozmawiać, w najgorszym jednak wypadku przynajmniej będzie wiedział, że jest cała i zdrowa oraz że jedynym wyjściem będzie definitywnie o niej zapomnieć. Ta niezbyt pocieszająca perspektywa i tak wydawała się Adamowi lepsza od targającej nim obecnie niepewności.

Gdy wracał myślami do różnych momentów ich kilkumiesięcznej znajomości, upewniał się w przekonaniu, że nie był pani Steele obojętny. Nie mógł się też jednak dziwić, że mu nie ufała albo też że podobnie jak on nie chciała pozwolić sobie na to uczucie, które mogło skomplikować jej i tak już nie taki prosty świat. Wielokrotnie wspominał ich ostatnią sprzeczkę i zżymał się na siebie, że pozwolił, by zasiała w jego sercu ziarnko niepewności. Wraz z upływem czasu i zyskaną dzięki temu perspektywą nabrał pewności, że kobieta myliła się w swoich zarzutach. Tak, chciał ją chronić, tak samo jak każdego, kto był mu bliski, ale chodziło o znacznie więcej niż tylko to. Chciał ją poznawać, odkrywać na nowo każdego dnia, uczyć się od niej, śmiać się z nią, kłócić, pracować ramię w ramię i robić razem te wszystkie rzeczy, które w jej towarzystwie nabierały nowego smaku. A skoro okazał się takim głupcem, by uświadomić sobie to wszystko dopiero poniewczasie, nie pozostawało mu teraz nic innego jak odnaleźć ją tu na końcu świata i przynajmniej spróbować naprawić swój błąd.

Adres na kopercie prowadził do niewielkiej osady na pograniczu obu stanów, Adam nie był jednak zbytnio zaskoczony, gdy nie zastał tam tej, której szukał. Nietrudno było odgadnąć, że powinien pytać o żyjące w okolicy grupy Ute, jednak szybko przekonał się, że miejscowi chcieli mieć z pierwotnymi mieszkańcami tych ziem jak najmniej wspólnego i najszczęśliwsi byli wtedy, gdy nie mieli żadnych wieści o ich obecności w pobliżu osady. Adam był już gotów jechać w ciemno i liczyć, że natrafi na ślad Indian, gdy niespodziewanie w jedynym w okolicy sklepiku natknął się na Rodriga. Pochodzący z Meksyku Metys trudnił się łowiectwem, zastawiał sidła, sprzedawał skóry, a przy tym handlował od czasu do czasu z Ute i na wieść o zamiarach przybysza ze wschodu, ochoczo zgłosił się na przewodnika.

— Powiedz mi, Rodrigo, dobrze znasz Ute? — zagadnął go Adam pierwszego wieczora, gdy najedzeni upolowanym przez niego zającem leżeli przy ognisku.

— Ja wiem, czy dobrze? — Meksykanin wzruszył ramionami. — Bywam u nich od czasu do czasu. W targu są twardzi, ale uczciwi i póki im nie nadepniesz na odcisk, będą cię traktować przyzwoicie.

— Czego nie można powiedzieć o białych? — uzupełnił Adam i uśmiechnął się ironicznie. — Mieszkałem kiedyś po sąsiedzku z Paiutami i muszę przyznać, że nawet kiedy nasze stosunki bywały skomplikowane, nigdy nie było obawy, że wbiją człowiekowi nóż w plecy.

Rodrigo skwapliwie pokiwał głową.

— Jeśli im się nie spodobasz, od razu będziesz o tym wiedział. Są zbyt dumni, żeby bawić się w fałszywe uśmiechy. Jeśli stwierdzą, że nie chcą cię u siebie, dadzą ci napoić konia, a potem grzecznie pokażą drogę tam, gdzie pieprz rośnie. Dlaczego właściwie ich szukasz? Nie wyglądasz mi na myśliwego ani na jednego z tych, co to piszą po gazetach.

Adam się zawahał. Nie miał ochoty na zwierzenia, ale wiedział, że jego przewodnik prędzej czy później i tak pozna odpowiedź na swoje pytanie.

— Szukam kogoś. Kobiety. To dawna znajoma, obiecałem naszym wspólnym przyjaciołom, że po drodze do Nevady zboczę na południe i sprawdzę, jak się ma.

— Do Nevady? — Rodrigo zagwizdał pod nosem. — No to nieźle żeś zboczył, ta damulka musi być tego warta.

Adam groźnie zmarszczył brwi i kpiący wzrok jego rozmówcy natychmiast stał się na powrót neutralny.

— To misjonarka? — Przewodnik jednak nie odpuszczał.

— Nie. Ma tu krewnych — odpowiedział Adam wymijająco.

Rodrigo umilkł na chwilę. Adam, mając nadzieję, że to koniec rozmowy, owinął się szczelniej kocem i zaczął powoli zapadać w drzemkę, jednak kolejne pytanie skutecznie go z niej wybudziło:

— Drobna, koło trzydziestki, niebrzydka, przyjechała kilka miesięcy temu?

Adam usiadł gwałtownie.

— Gadaj, co wiesz! — warknął.

Rodrigo nie przejął się specjalnie jego groźnym tonem.

— Spokojnie, człowieku. — Roześmiał się. — Dotarła cała i zdrowa, osobiście odstawiłem ją do swoich. Chociaż powiem ci, że chyba nie byli specjalnie zachwyceni na jej widok…

Adam przez chwilę świdrował mężczyznę wzrokiem, aż wreszcie wypuścił wstrzymywany oddech i powoli opadł znów na posłanie. „Ona na mój też pewnie nie będzie" — pomyślał. Nic już nie odpowiedział i wkrótce potem jego uszu dobiegło miarowe pochrapywanie Meksykanina. On sam tej nocy długo jeszcze nie mógł zasnąć.

Podróż trwała trzy dni. Rankiem czwartego, gdy wspięli się na łagodny grzbiet, ich oczom ukazała się rozległa dolina, nad którą unosił się dym z ognisk. Wioska nie była duża, tworzyło ją kilkanaście namiotów, jednak pierwszym, co rzuciło się Adamowi w oczy, było stado koni pasące się wzdłuż dzielącego ich od wioski strumienia — jeśli dobrze szacował, na jedno domostwo przypadał co najmniej z tuzin tych zwierząt. Czy każdego z nich dosiadał jakiś wojownik? Adam po raz kolejny przypomniał sobie relacje z wojny, jaką Ute i sprzymierzeni z nimi Apacze Jicarilla stoczyli kilkanaście lat wcześniej z armią USA, która stanęła w obronie napadanych, okradanych i nierzadko mordowanych osadników. Od dawna podejrzewał, że to wskutek tych wydarzeń Martha trafiła pod opiekę sierżanta Steele'a, teraz zaś przeszło mu przez głowę, że choć Ute handlowali z Metysem Rodrigiem, nie znaczyło to, że równie chętnie przywitają u siebie przedstawiciela białej rasy.

Mieszkańcy musieli dostrzec obcych, gdy tylko ci sięgnęli szczytu grzbietu, mimo to gdy dwaj przybysze zjechali do doliny, pokonali bród na rzece i ruszyli w poprzek rozległego pastwiska, przywitało ich tylko kilka zaciekawionych spojrzeń chłopców pełniących rolę pasterzy oraz ujadanie gromady psów, które przybierało na sile, im bardziej zbliżali się do wioski.

— Chyba nie mamy co liczyć na gorące przywitanie — zażartował Rodrigo, ale ponieważ nie wydawał się specjalnie przejęty, Adam także się rozluźnił.

Powoli wjechali pomiędzy tipi i stanęli na utworzonym przez nie okrągłym placyku. Ute niespiesznie zaczęli gromadzić się dookoła ich. Z wysokości końskiego grzbietu Adam zwrócił uwagę, że było ich mniej, niż zakładał po liczebności stada, oraz że nie dostrzegał ani jednej kobiety. Wraz z najmłodszymi dziećmi musiały schować się na widok przyjezdnych. Nie dziwił się temu przejawowi nieufności, świadom od dawna napiętych stosunków między Ute a białymi oraz tego, że osadnicy, wbrew temu, jak lubili się odmalowywać, nie byli bynajmniej w tym konflikcie niewinnymi ofiarami.

Nim zsiedli z koni, byli już otoczeni kręgiem wojowników. Rodrigo musiał choć odrobinę znać ich język, bo wygłosił kilka słów przywitania, których jego towarzysz nie zrozumiał. Adam również przywitał się uprzejmie, lecz krótko. Pozwolił jednemu z chłopaków, którzy musieli przybiec za nimi z pastwiska, zabrać wodze swojego wierzchowca, po czym rozejrzał się po wciąż pozornie obojętnych twarzach gospodarzy. Nie potrafił odczytać, który z nich jest w stanie go zrozumieć, w końcu zwrócił się więc do grupki najstarszych mężczyzn.

— Szukam pani Steele. Pani Marthy Steele. — Zdawał sobie sprawy, że prawdopodobnie tutaj znają ją pod zupełnie innym imieniem, co po raz kolejny uświadomiło mu, jak niewiele tak naprawdę o niej wie. — Przyjechała zeszłej jesieni ze wschodu, gdzie mieszkała przez wiele lat. Przybywam w imieniu jej przyjaciół, by sprawdzić, jak się miewa. — Znów użył tego samego niewinnego kłamstewka, które nie było przecież tak znowu dalekie prawdy.

Odpowiedziała mu cisza. Adam rozejrzał się bezradnie, aż w końcu szeptem zapytał Rodriga:

— Ktoś z nich mówi po angielsku?

Nim Meksykanin zdążył odpowiedzieć, gdzieś z boku dobiegło ich kpiące prychnięcie. Adam zwrócił głowę w tym kierunku i zauważył zmierzającego w swoją stronę młodego wojownika.

— Biały człowiek nie jest dość lotny, by opanować język Ute, więc tak, z konieczności to my opanowaliśmy waszą mowę — odpowiedział tamten wyniośle. — Nie ma u nas kobiety o imieniu, które podałeś.

Wyraźnie chciał powiedzieć coś jeszcze, zapewne kazać obcemu przybyszowi się wynosić. Jednak jeden ze starszych uciszył go ruchem ręki i rozkazał coś cicho. Młodszy wojownik cofnął się o krok i wydał jednemu z chłopców jakieś krótkie i niezbyt entuzjastyczne polecenie. Adamowi zdało się, że pozostali jakby odrobinę się rozluźnili. Nie miał jedna czasu na dalsze obserwacje, moment później bowiem mężczyźni rozstąpili się, dając przejście nowo przybyłej osobie.

Adam zamarł i na moment wstrzymał oddech. Choć poznał ją bez trudu, był pod wrażeniem tego, jak inaczej wyglądała w sukni z jeleniej skóry ozdobionej frędzlami i koralikami i z włosami splecionymi w dwa ciasne warkocze — gdy nosiła je upięte w kok, nie zdawał sobie nawet sprawy, że są tak długie. To wszystko były jednak powierzchowne obserwacje. Najważniejsze kryło się w twarzy i tych ciemnych, bystrych oczach, które w tej chwili gdyby mogły, ciskałyby w niego gromy.

Adam skłonił się sztywno.

— Dzień dobry. Mam nadzieję, że wybaczy mi pani to niespodziewane najście. Pani Broussard bardzo się o panią martwi i dlatego pozwoliłem sobie zajrzeć tu po drodze w rodzinne strony i sprawdzić, jak się pani miewa.

— Rzeczywiście, musiało być panu wyjątkowo po drodze — odparła Martha lodowatym tonem. — Jestem wdzięczna pani Broussard za troskę, ale, jak sam pan widzi, nie musi się o mnie kłopotać, mam się dobrze.

— Cieszy mnie to — odpowiedział Adam ostrożnie, świadom, że przygląda im się wiele par oczu.

Nie spodziewał się entuzjastycznego przywitania, nie był więc zaskoczony, nie mógł się też doczekać, aż zdoła porozmawiać z panią Steele sam na sam, na razie jednak uświadomił sobie, że nie bardzo wie, co dalej. Bywał niejednokrotnie gościem wśród Paiutów, ale być może dlatego, że znali go w zasadzie od dziecka i wiedzieli, kim jest i skąd przychodzi, przyjmowali go zwykle gościnnie, a przynajmniej bez większej nieufności. Tutaj nawet towarzystwo Rodriga nie wydawało się działać na jego korzyść, być może Ute byli świadomi, że Meksykanin będzie przewodnikiem każdemu, kto uiści należną opłatę.

Niespodziewanie na pomoc pospieszył mu ten sam starszy mężczyzna, który, jak się okazało, także mówił przyzwoitą angielszczyzną.

— Jeśli jesteś przyjacielem mojej wnuczki… — zawiesił głos i spojrzał na Marthę, która, choć niechętnie, skinęła głową. — …z radością witamy cię wśród nas. Chodź, usiądź z nami, a o konia się nie troszcz, chłopcy o wszystko zadbają.

Adam zerknął na Rodriga, ten jednak zabrał się już za rozwijanie pakunków ze swoimi towarami, a część zgromadzonych mężczyzn, uspokojona co do zamiarów obcego gościa, z zainteresowaniem przystąpiła do oględzin. Adam dał się więc poprowadzić do ogniska płonącego przed jednym z tipi i zajął wskazane mu miejsce.

— Jak ją nazwałeś… Martha? — Staruszek zmarszczył krzaczaste brwi. — Tutaj… — urwał, bo wnuczka powiedziała coś ostro w ich języku. — Tutaj mówimy na nią inaczej, ale Martha to ładne imię, postaram się je zapamiętać — zakończył wyraźnie inaczej, niż zamierzał. — Ja nazywam się Czarny Ryś, a ten młody człowiek to… Pomóżcie mi, dzieci, jak to będzie w mowie białych ludzi?

Adam uniósł wzrok i zauważył, że ramię w ramię z panią Steele podążył wojownik, z którym rozmawiał jako pierwszym. Ich spojrzenia na moment się spotkały, a wtedy Adam zobaczył w oczach tamtego otwartą wrogość i z niepokojem uświadomił sobie, że przez te kilka miesięcy mogło się zmienić znacznie więcej, niż przypuszczał. Chwilę później jednak pani Steele rozwiała jego obawy i Adam mógł odetchnąć z ulgą.

— To jest mój młodszy brat. Jego imię tłumaczy się jako „Borsuk, Który Zostawia Ślady na Śniegu", ale to brzmi bardzo niezręcznie po angielsku, więc najlepiej będzie nazywać go po prostu „Borsukiem".

— Adam Cartwright. — Adam wyciągnął rękę.

Tamten przyjął ją i uścisnął, ale jego spojrzenie było nadal tak samo niechętne i Adamowi przemknęło przez głowę, że powinien był od razu domyślić się pokrewieństwa — brat i siostra mieli w oczach ten sam ogień i lód zarazem.

Wkrótce z namiotów wynurzyły się kobiety i dzieci, a życie w wiosce zaczęło wracać do zwykłego trybu. Kiedy mieszkańcy uznali Adama za gościa Czarnego Rysia, szybko przeszli nad jego obecnością do porządku dziennego. Kilku sąsiadów — jak się okazało, także krewnych — przyszło się natomiast przywitać, Adam musiał też odpowiedzieć na niezliczoną ilość pytań, które w sporej części pochodziły od zaintrygowanej gościem dzieciarni.

Pani Steele skwapliwie pełniła rolę tłumacza, ignorując wybitnie niezadowolonego z całej sytuacji brata. Poza tym jednak wydawała się unikać gościa. Adam natomiast obawiał się złamać nieznanych mu dobrze zasad panujących w tej społeczności, wolał więc na razie przynajmniej zbyt nachalnie nie szukać okazji do rozmowy w cztery oczy. W efekcie gdy słońce zaczęło już chylić się ku zachodowi, on nadal nie był ani trochę bliższy osiągnięcia tego, po co tu przyjechał. Kiedy więc Rodrigo oznajmił, że jeszcze przed świtem zamierza ruszyć w dalszą drogę, a Czarny Ryś zaś zaproponował Adamowi pozostanie w wiosce nieco dłużej, Adam bez wahania przyjął jego propozycję.

Sympatyczny staruszek uparł się, że gość jego wnuczki jest jego gościem, musi zatem na ten czas zamieszkać z nimi, i kiedy delikatne protesty na nic się zdały, Adam musiał ulec, by nie urazić gospodarza. Tipi było na szczęście przestronne i oferowało wystarczająco miejsca, by zarówno gość, jak i trójka stałych mieszkańców mogli się spokojnie rozłożyć, a pomiędzy nimi pozostało nadal całkiem sporo przestrzeni. Przynajmniej co do jednego zgadzali się bez słów — Adam otrzymał miejsce możliwie najdalej od pani Steele. Nie zmieniało to jednak faktu, że po raz pierwszy mieli spać w tym samym pomieszczeniu i ta perspektywa sprawiała, że Adam czuł się równie podekscytowany, co skrępowany. Wiele by dał, by przed nastaniem nocy dowiedzieć się, na czym stoi, nie było mu to jednak dane. Kiedy przyszedł czas udać się na spoczynek, położył się więc jako pierwszy i natychmiast odwrócił się do ściany, mając nadzieję, że kobieta dostrzeże to i nie będzie czuła się zbytnio speszona jego obecnością.

Kiedy obudził się następnego ranka, w tipi nie było nikogo więcej. Pospiesznie wyplątał się z okrywających go skór i zwinął je tak, jak pamiętał, że były zwinięte zeszłego wieczora. Wewnątrz nie znalazł wody do mycia, ubrał się więc i skierował kroki w stronę wyjścia. Zakrawający je kawałek rozpiętej na żerdziach skóry był odsunięty, jeszcze więc zanim Adam znalazł się na zewnątrz, dostrzegł tył pochylonej nad kociołkiem wiszącym nad ogniem kobiety. Przystanął na moment w otworze wejściowym i rozejrzał się, by mieć pewność, że tym razem nareszcie byli sami. Pani Steele musiała jednak usłyszeć, a może wyczuć ruch za swoimi plecami, bo wyprostowała się i odwróciła pospiesznie. Na widok gościa ściągnęła brwi, ale jej niezadowolone spojrzenie nie było w stanie odwrócić uwagi Adama od podkrążonych oczu, które świadczyły, że spała tej nocy równie źle co on.

— Co tu robisz? — spytała ostro, nie dając Adamowi czasu na dalszą kontemplację.

Adam nie mógł nic na to poradzić — na dźwięk tego znanego już sobie tonu nie potrafił powstrzymać lekkiego uśmiechu.

— Skoro góra nie chciała zostać u Mahometa, Mahomet przyjechał do góry — odpowiedział, za przykładem swojej rozmówczyni rezygnując ze zwrotów grzecznościowych.

Martha prychnęła niczym rozjuszona kotka i oskarżycielsko wycelowała w niego koniec drewnianej łyżki, którą przed chwilą mieszała w kotle.

— Nie kpij sobie ze mnie. Podjęłam wtedy decyzję, powinieneś był ją uszanować, a nie przyjeżdżać tu jak gdyby nigdy nic i wszystko komplikować!

Adam powoli skinął głową. Już się nie uśmiechał.

— Nie kpię. Musiałem się przekonać, czy… jesteś bezpieczna. — Oboje wiedzieli, że nie to chciał powiedzieć, a przynajmniej nie tylko to. — Jeśli powiesz mi ponownie, żebym odszedł, zrobię to. Nie zamierzam niczego ci utrudniać.

Martha głośno wciągnęła powietrze, nie odpowiedziała jednak od razu i Adam poczuł iskierkę nadziei. Ta jednak szybko przerodziła się w irytację, gdy niespodziewanie gdzieś z boku dobiegł ich ostrzegawczy okrzyk. Adam zacisnął zęby i powoli odwrócił się w stronę nadchodzącego pospiesznie Borsuka.

— Zostaw moją siostrę w spokoju. — Wojownik bezceremonialnie wepchnął się pomiędzy Marthę a gościa. — Dość już wycierpiała od takich jak ty, nie dam ci jej tknąć!

Adam policzył w myślach do dziesięciu, mimo rosnącej złości miał bowiem świadomość, że wrogość młodego Ute nie wzięła się znikąd. Opanował się i wtedy dopiero śmiało spojrzał Borsukowi prosto w oczy.

— Nie mam wobec twojej siostry złych zamiarów — odparł spokojnie. — A jeśli chce, żebym wyjechał, potrafi sama mi to powiedzieć — dodał nieco bardziej wyzywająco, nie patrząc już na niego, lecz na nią.

— Nikt nie zamierza mnie tknąć i nie potrzebuję rzecznika ani opiekuna. — Martha tym samym pełnym irytacji gestem skierowała łyżkę w stronę brata.

Adam uśmiechnął się mimowolnie na widok Borsuka robiącego krok w tył przed tym niespodziewanym atakiem.

— A pan niech nie pozwala sobie na zbyt wiele — zwróciła się kobieta do niego.

Uwadze Adama nie uszło jednak, że nie odpowiedziała na jego wyzwanie i nie kazała mu się wynosić, dlatego nie zdołał stłumić uśmiechu.

Pani Steele ostatni raz spiorunowała gościa wzrokiem, a następnie energicznym ruchem wcisnęła łyżkę w dłoń zaskoczonego brata.

— Sami sobie nałóżcie. Ja i bez tego mam dość pracy.

Po tych słowach odmaszerowała pomiędzy namioty, a dwaj mężczyźni zostali sami. Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Borsuk wzruszył ramionami i skierował się do kociołka. Adam się zawahał. Czuł, że należało spróbować porozmawiać z młodym wojownikiem i przekonać go, że nie stanowi zagrożenia. Z drugiej jednak strony wydało mu się, że pani Steele skierowała się w stronę pastwisk, a to mogła być dobra okazja, by dokończyć rozmowę. Ostatecznie jednak jego wahanie przerwało nadejście Czarnego Rysia i Adam uznał, że może nawet lepiej było dać kobiecie przetrawić jego słowa. Wiedział, że do niczego jej nie zmusi, i starał się nie mieć nawet oczekiwań, ale fakt, że z miejsca nie odesłała go, gdzie pieprz rośnie, wciąż pozostawiał mu cień nadziei.

We trzech zjedli śniadanie, a potem Borsuk gdzieś zniknął, Czarny Ryś natomiast zaproponował, że pokaże Adamowi okolicę. Niespiesznym krokiem okrążyli wioskę, przystając tu i ówdzie, by porozmawiać z innymi mężczyznami. Jak wyjaśnił staruszek, gromady Ute opierały się na więzach rodzinnych, dlatego też mieszkańcy osady w większości byli ze sobą spokrewnieni. Zapoznając Adama z kolejnymi sąsiadami, ochoczo tłumaczył stopień pokrewieństwa, Adam jednak mimo starań bardzo szybko pogubił się w tych zawiłościach. W końcu więc poddał się kompletnie i tylko uprzejmie kiwał głową, jednocześnie koncentrując się coraz bardziej na obserwacji życia codziennego Ute.

Wreszcie pozostawili wioskę za sobą i znaleźli się nad brzegiem strumienia. Czarny Ryś bez trudu odnalazł dogodne miejsce i usiadł, opierając się plecami o sporych rozmiarów głaz. Adam poszedł w jego ślady. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, wpatrując się w rwącą wodę. Stary Indianin zerwał źdźbło trawy i zaczął ssać jego koniec, a po pewnym czasie zastygł całkiem nieruchomo i Adamowi wydało się, że śpi. Kiedy się jednak poruszył, Czarny Ryś natychmiast odwrócił głowę w jego stronę.

— Nie nawykłeś do siedzenia na gołej ziemi, chłopcze?

Adam uśmiechnął się lekko.

— Spędziłem wiele nocy, nie tylko siedząc, ale i śpiąc na ziemi. Wychowałem się w tych stronach… Na zachód stąd, tam, gdzie spotykają się ziemie Pasiutów i Szoszonów — doprecyzował.

W oczach staruszka pojawił się błysk zainteresowania.

— Nie jesteś zatem z wielkiego miasta białych ludzi, o którym opowiadała mi wnuczka?

— Urodziłem się w nim, a kilka lat temu ponownie tam zamieszkałem i rzeczywiście to tam się poznaliśmy. Ale dorastałem tutaj, na ranczu mojego ojca, który jest hodowcą bydła.

— Tam musi być zupełnie inaczej niż tu?

Adam bez trudu odgadł, że pytanie nie dotyczyło bynajmniej Nevady.

— To prawda. W Bostonie mieszka tak wielu ludzi, że nie sposób poznać większości z nich. Domy są wysokie i stoją jeden tuż obok drugiego, a powietrze nie jest nawet w połowie tak czyste jak tu. — Niełatwo było wyjaśnić miasto komuś, kto nigdy go nie widział, Adam nie był tez pewien, jaki cel mają te pytania.

— A więc mieszkałeś w obu światach?

Adam potwierdził.

— Który w takim razie nazywasz domem?

To pytanie Adam sam zadawał sobie dziesiątki razy i nigdy tak naprawdę do końca nie był pewien odpowiedzi.

— Chyba każdy z nich na inny sposób — odparł wreszcie po chwili milczenia. — I wiele bym dał, żeby nie były sobie tak dalekie.

Czarny Ryś pokiwał głową, nic jednak nie odpowiedział.

Kiedy wrócili, Borsuk gdzieś zniknął, a tymczasem Marthę zastali ponownie siedzącą przed tipi. Tym razem nie była sama, lecz pokazywała siedzącej obok siedmio- może ośmioletniej dziewczynce wzór, który wyszywała na jakimś elemencie garderoby. Na widok nadchodzących mężczyzn mała uciekła niczym spłoszona sarenka. Kobieta uśmiechnęła się lekko w ślad za odbiegająca dziewczynką i choć uśmiech ten wybitnie nie był skierowany do niego, Adam poczuł kolejny zastrzyk nadziei. Martha nadal nie kazała mu się wynosić, co więcej, nie wydawała się już tak poirytowana jego obecnością. Adam zawahał się, czy nie pójść za ciosem i nie zaproponować jej wspólnego spaceru, znów nie dostał jednak szansy, Czarny Ryś bowiem zainteresował się od razu bulgocącą na ogniu potrawką, zmuszając tym samym wnuczkę, by odłożyła robótkę i zakrzątnęła się przy obiedzie.

— A gdzie twój brat? — zapytał staruszek, rozsiadając się wygodniej na skórach.

Adam docenił, że gospodarz nawet kiedy zwracał się do bliskich, starał się mówić w zrozumiałym dla niego języku, a jednocześnie po raz kolejny zauważył, że krewni Marthy, choć w przeciwieństwie do niej nie spędzili pół życia wśród białych, posługują się całkiem przyzwoitą angielszczyzną.

— Poszedł na polowanie, powiedział, że wróci późno.

Adam nie miał wątpliwości, że Borsuk chciał znaleźć się jak najdalej od niego.

— Borsuki zapadają w sen zimowy, prawda? — uświadomił sobie nagle.

Ku jego zaskoczeniu Martha parsknęła śmiechem, szybko jednak odwróciła twarz. Czarny Ryś natomiast nawet nie próbował ukryć swojego rozbawienia.

— Tak, każdy prędzej czy później o to pyta i dlatego mój wnuk nie może się doczekać, aż dostanie nowe imię.

— W naszej kulturze otrzymujemy nowe imiona, ilekroć w naszym życiu wydarzy się coś ważnego, przełomowego — wyjaśniła Martha, już z poważniejszą, ale nadal pogodną miną.

Wydawała się być znacznie swobodniejsza niż w Bostonie, powrót do swoich musiał jej wyjść na dobre. Adam uświadomił sobie, jak samolubnym było oczekiwać, by znów porzuciła ten świat, za którym musiała tęsknić przez tyle lat.

Czarny Ryś na szczęście nie zauważył jego pochmurnej miny i podjął wyjaśnienia.

— Słusznie mówisz, synu, borsuk zimą powinien zwinąć się w swojej norze i spać, a nie harcować po śniegu. Tak jak mój wnuk, kiedy był chłopcem, powinien był nocą zwinąć się pod skórami w tipi swojej matki i spać do rana tak jak jego starsi bracia.

Adam zwrócił uwagę, że staruszek nie wspomniał o wnuczce, i uświadomił sobie, że kiedy Martha została żoną sierżanta Steele'a, jej najmłodszy brat musiał być jeszcze bardzo małym chłopczykiem.

— Ale nasz Borsuk nie lubił robić tego, co powinien, o nie — podjął z rozbawieniem Czarny Ryś. — Wiecznie wymykał się z domu i włóczył się tam, gdzie nikt go nie zapraszał. Przy tym jednak nie był taki sprytny, jak mu się wydawało…

— Zostawiał ślady na śniegu? — Adam domyślił się wreszcie sensu pełnego imienia Borsuka.

— Dokładnie. Nieważne, jak się starał, wiedzieliśmy o każdej takiej wyprawie.

— To zupełnie jak mój najmłodszy brat, Mały Joe. — Adam uśmiechnął się do własnych wspomnień. — Potrafił opracować cały misterny plan, jak wymknąć się wieczorem z domu, ale i tak zwykle rano tata już czekał na niego z pasem.

— Nigdy nie rozumiałam, dlaczego biali uważają, że lanie jest dobrą metodą wychowawczą — wtrąciła się niespodziewanie Martha, marszcząc brwi. — U nas, kiedy dziecko postąpi źle, ale samo to rozumie, chwalimy je za odbytą lekcję. Jeśli nie rozumie, wyjaśniamy błąd. Dajemy przykład. Mówicie, że to my jesteśmy niecywilizowani, ale daję słowo, że żaden Ute nigdy nie uderzył swojego syna pasem.

Adam potrząsnął głową.

— Powiedziałem, że ojciec czekał z pasem, nie że go regularnie używał. Trzeba było się naprawdę postarać, żeby dostać od niego lanie, a i tak potem czuł się bardziej winny od tego, kogo ukarał.

Twarz jego rozmówczyni natychmiast złagodniała.

— Wybacz — mruknęła zawstydzona. — Pamiętam, z jakim szacunkiem zawsze wspominałeś o ojcu.

Adam posłał jej zaskoczone spojrzenie.

— Mój zięć też był dobrym, mądrym człowiekiem — odezwał się tymczasem Czarny Ryś. — Borsuk jest młody i narwany, ale w głębi serca ma wiele ze swego ojca. Będzie go nam brakowało.

— Zamierza opuścić wioskę? — Jako że Martha po swoim krótkim wybuchu zabrała się z powrotem do szycia, Adamowi nie pozostało nic innego jak kontynuować rozmowę.

— Jest najmłodszy, ale nie jest już dzieckiem. Czas już, by zaczął szukać sobie żony.

— U nas kiedy mężczyzna bierze żonę, przenosi się do jej wioski — wyjaśniła Martha, nie podnosząc głowy znad robótki.

Adam zastanowił się, czy tylko uzupełniała informacje, czy też chciała przez to powiedzieć mu coś jeszcze.

— Właśnie tak. — Staruszek pokiwał głową. — Borsuk weźmie żonę i wyjedzie, a na jego miejsce przyjdzie mąż mojej wnuczki.

Serce Adama zabiło mocniej, a następne pytanie samo cisnęło się na usta, powstrzymał je jednak, wiedząc, że nie ma prawa. Tymczasem Martha sama dała mu odpowiedź.

— Co też dziadek, mówiłam przecież, że nie zamierzam ponownie wychodzić za mąż — zaoponowała z wyrzutem.

Ku zdziwieniu gościa Czarny Ryś odpowiedział na jej reakcję tajemniczym uśmiechem.

— Borsuk rozmawiał jakiś czas temu ze swoim starszym bratem i podobno mają już na oku jakiegoś dzielnego młodego wojownika — wyjaśnił Adamowi wesoło. — Ale nie zaprosili go jeszcze, bo boją się, że moja wnuczka poszczuje go psami.

Adam, choć wciąż zaniepokojony, nie mógł stłumić śmiechu.

— Nie wątpię, że byłaby do tego zdolna — stwierdził z rozbawieniem.

— A żebyś wiedział! — prychnęła Martha, odkładając robótkę. Dopiero teraz Adam uświadomił sobie, że wzór i technika jej haftu bez wątpienia pochodziły nie stąd, lecz z Bostonu. — Żony Ute nie muszą jak białe kobiety w milczeniu znosić swego losu. To my wznosimy tipi, dbamy o nie, więc należy do nas. Kiedy mąż okaże się niegodny tego miana, po prostu wyrzucamy jego rzeczy na dwór.

Podniosła się z godnością i zdjęła z ognia kociołek, w którym dogotowywała się już potrawka. Czarny Ryś i Adam jak na komendę sięgnęli po przygotowane już przez gospodynię miseczki i łyżki. Martha posłała im pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym niespodziewanie się uśmiechnęła.

— Ale jedno nas łączy. Biały czy Ute, żaden mężczyzna na dłuższą metę nie wytrzyma bez żony.

Coraz bardziej skołowany Adam nie odpowiedział, a co prędzej włożył sobie do ust kawałek mięsa. Przeżuwając ostrożnie, jednocześnie analizował sytuację. Martha Steele zaskakiwała go na każdym kroku. Raz wydawała się na niego zła, chwilę później gotowa z niego kpić, żeby zaraz z kolei stać się niemal serdeczna. Co więcej, po chwili namysłu Adam uświadomił sobie, że Czarny Ryś musiał widzieć jej zachowanie, było też wysoce prawdopodobne, że domyślał się, co kryło się za niespodziewaną wizytą białego znajomego wnuczki. Na każdym kroku okazywał gościowi sympatię, czy to jednak wystarczało, by stwierdzić, że mu sprzyja? Czy historia o poszukiwaniach męża miała powiedzieć Adamowi, że powinien dać jego wnuczce spokój, czy też może przeciwnie — poinformować, że to kwestia nadal otwarta, a nawet wzbudzić jego zazdrość?

Adam miał już dość zwlekania, zastanawiania się i prób czytania w myślach, które z góry skazane były na niepowodzenie. Jeszcze silniej poczuł potrzebę, by raz na zawsze dowiedzieć się, na czym stoi. Skończywszy posiłek, zdecydowanym ruchem poderwał się z ziemi.

— Pomogę ci ze zmywaniem — zaoferował, patrząc kobiecie prosto w oczy.

Martha hardo odwzajemniła jego spojrzenie i przez chwilę mierzyli się wzrokiem. W końcu zrobiła krok w tył, podniosła kociołek, w którym brzęczały puste miski, i wcisnęła go Adamowi do ręki, po czym, nie oglądając się na niego, ruszyła pomiędzy tipi.

Przez dłuższą chwilę szli w milczeniu i Adam stwierdził, że sąsiedzi muszą mieć z niego ubaw, patrząc, jak drepce kilka kroków za kobietą, niosąc brudne naczynia. Dopiero gdy zostawili za sobą wioskę i zeszli na położone nieco niżej nadbrzeżne łąki, gdzie pasło się stado koni, pani Steele zwolniła kroku i pozwoliła mu się ze sobą zrównać.

— Panie Cartwright — zaczęła cichym, lecz pełnym determinacji głosem.

— Adam — poprawił ją miękko.

Kobieta zatrzymała się i powoli odwróciła w jego stronę, ale po chwili na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu.

— Martha. — By formalnościom stało się zadość, wyciągnęła do niego rękę.

Adam ujął ją skwapliwie, a przy tym rzucił pół żartem, pół serio:

— Nie zdradzisz mi swojego prawdziwego imienia?

Kobieta pospiesznie cofnęła dłoń.

— Oba są prawdziwe — odparła. — Właśnie w tym rzecz, że oba są — powtórzyła szeptem, bardziej chyba do siebie niż do niego, i podjęła marsz.

Adamowi nie pozostało nic innego niż ruszyć jej śladem, powoli zaczął jednak docierać do niego sens tych słów.

— Jesteś na mnie zła, że przyjechałem, czy chodzi o coś jeszcze? — spytał łagodnie po chwili milczenia.

Minęli już pastwiska i znajdowali się nad brzegiem strumienia. Martha westchnęła cicho, ale przystanęła znowu. Sięgnęła po kociołek i, odebrawszy go z rąk Adama, postawiła go na ziemi, a potem ruchem ust tak charakterystycznym dla jej współplemieńców wskazała swemu towarzyszowi miejsce na trawie. Dopiero gdy usiedli ramię w ramię, zwróceni twarzami nie do siebie, lecz w stronę wody, kobieta odpowiedziała cicho.

— Byłam zła, bo zdawało mi się, że twoja obecność wszystko skomplikuje. Ale nie miałam racji, sprawy były skomplikowane na długo przed tym, jak się zjawiłeś. Część mnie nadal nie chce, żebyś tu był, bo twoja obecność przypomina mi o świecie, który chciałam zostawić za sobą. Ale jednocześnie część mnie naprawdę ucieszyła się na twój widok i nie mogę jej ignorować. — Bezwiednie zaczęła skubać koniuszek warkocza. Adam miał ochotę sięgnąć do jej ręki i powstrzymać ją, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, nie zrobił tego jednak.

— Nie zostawisz go za sobą, nie całkiem — odpowiedział poważnie. — Wiem, że to niesprawiedliwe, ale to nie zmienia faktu, że nie da się zmienić przeszłości. Jesteśmy składową wszystkich naszych doświadczeń, dobrych i złych. Boston zawsze będzie częścią ciebie, tak samo jak Ute byli w twoim sercu przez te wszystkie lata, które spędziłaś daleko stąd.

Martha zwróciła głowę w jego stronę i przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu.

— Gdzie jest twój dom, Adam? — zapytała nagle. — Ten prawdziwy, który nosisz w sercu, gdziekolwiek jesteś.

Teraz to Adam ze zmieszaniem odwrócił wzrok.

— Nie wiem — przyznał w końcu głucho. Po chwili jednak wyraz jego twarzy na powrót złagodniał. — Przez wiele lat czułem się jak drzewo, które nigdzie nie potrafi zapuścić korzeni. Widziałaś kiedyś biegacza pustynnego? — zapytał niespodziewanie, a gdy jego towarzyszka skinęła głową, podjął: — Kiedyś wydawały mi się wyjątkowo ponurym widokiem. Ale teraz nagle przyszło mi do głowy, że one są trochę jak statki. I może my też coś z nich mamy, ty i ja. Wiatr gna nas z miejsca na miejsce i może nigdzie nie zapuścimy korzeni, ale kiedy już się gdzieś zatrzymamy, to przecież nie jest to czas spędzony nadaremno. W każdym z tych miejsc zostawimy trochę nasion, wypuścimy nowe pędy. Zrzucimy część ładunku, a załadujemy nowy, nim ruszymy w dalszą drogę.

— No, no, panie Cartwright, nie miałam pana za filozofa. — Martha uśmiechnęła się lekko.

Adam odwzajemnił jej uśmiech.

— Wybacz, plotę, a próbuję powiedzieć tylko… że może nie ma niczego złego w tym rozdarciu pomiędzy dwoma miejscami, dwoma światami. Czy naprawdę musimy wybierać?

— Mówisz zatem, że możemy jak marynarze mieć żonę w każdym porcie?

— Kpisz ze mnie, kiedy ja mówię całkiem poważnie. — Adam przesiadł się, by móc patrzeć towarzyszce prosto w twarz. — Rzecz w tym, że dom to nie miejsce, to ludzie i gdybyś… — urwał, bo Martha ostrzegawczo uniosła rękę.

— Proszę — szepnęła poważnie, a jej oczy zalśniły od niewylanych łez. — Jeśli chodzi ci po głowie jakieś pytanie, to… nie zadawaj go. Nie jestem gotowa, by udzielić na nie odpowiedzi.

Adam powoli pokiwał głową.

— A jeśli zapytam, czy pozwolisz mi tu przez pewien czas pozostać?

Twarz kobiety odrobinę się rozpogodziła.

— Myślę, że mogę na to przystać. Właściwie to nawet miałabym dla ciebie zajęcie.

— Ach tak? — Adam uniósł brew. — Można wiedzieć jakie?

— Dowiesz się w swoim czasie — Martha roześmiała się cicho i popchnęła w jego stronę kociołek. — Chciałeś, zdaje się, pomóc mi ze zmywaniem?

— To była tylko wymówka — odgryzł się Adam, ale posłusznie zaczął wyciągać ze środka brudne naczynia.

— Nie dość, że leń, to jeszcze zwodnik. — Gdy ze śmiechem przyłączyła się do pracy, w jej czarnych oczach w miejsce łez czaiły się wesołe iskierki.

Przez kolejne dni Adam coraz lepiej poznawał mieszkańców wioski, towarzysząc im tak w zdobywaniu pożywienia, jak i w codziennych rozrywkach i przyjemnościach. Spora część wojowników znała przynajmniej odrobinę angielskiego, okazali się też wyjątkowo cierpliwymi i wyrozumiałymi nauczycielami. Dlatego też choć początkowo nie czuł się najlepiej ze świadomością, że po latach uchodzenia za eksperta w tym, czym się zajmował, przyszło mu powrócić do roli ucznia, szybko odnalazł się w tym towarzystwie. Fakt, że jako młodzieniec od czasu do czasu polował z Paiutami i wiedział przynajmniej, czego się spodziewać po indiańskim podejściu do tematu, wiele mu pomógł, ale tak naprawdę z dnia na dzień Adam coraz bardziej uświadamiał sobie, że zwłaszcza jak na człowieka, który przez ponad dwadzieścia lat żył po sąsiedzku z Indianami, wiedział o nich znacznie mniej, niż przypuszczał. Prawda, spotykał ich często, handlowali ze sobą, niektórzy z nich pracowali nawet na Ponderosie, ale uwaga Adama zbyt często była zwrócona na wschód i nigdy tak naprawdę nie próbował zgłębić kultury, zwyczajów i tradycji Paiutów czy też Szoszonów, a przynajmniej tych, które nie dotyczyły bezpośrednio ich kontaktów z Ponderosą. Teraz zatem bardzo szybko musiał zrewidować swoje poglądy, przyznać, że jego wiedza była zaskakująco powierzchowna, i otworzyć się na całkiem nowy poziom nauki.

Ute na szczęście przyjęli go z otwartymi rękami. Był tym nawet odrobinę zaskoczony, świadom, że zaledwie przed kilkunastoma laty ci sami ludzie prowadzili brutalną wojnę z białymi osadnikami. Podejrzewał, że przyjazne traktowanie zawdzięcza przynajmniej w pewnym stopniu Czarnemu Rysiowi oraz jego wnuczce, choć miał też nadzieję, że może i jego starania, by uczyć się, słuchać i odnosić się z szacunkiem również do tych licznych rzeczy, których nie rozumiał, także zaskarbiły mu choć trochę sympatii miejscowych. W pewnym momencie dotarło do niego, że nie robił tego wszystkiego ze względu na Marthę, a przynajmniej nie tylko. Był zawstydzony swoją wcześniejszą ignorancją, a zarówno wrodzona ciekawość, jak i rosnący szacunek do tych ludzi — szczerych, dumnych i pracowitych, ale także, jak się okazało, niepozbawionych poczucia humoru, a nawet skłonnych do wygłupów, które bez wątpienia doceniliby Hoss i Mały Joe — pchały go do tego, by jak najszybciej uzupełnić luki.

Relacja łącząca go z Marthą także znacznie się zmieniła. Ich pierwsza rozmowa, choć krótka i pełna niedopowiedzeń, w jakiś sposób oczyściła atmosferę. Oboje przestali tańczyć wokół siebie niczym para dobrze wytresowanych cyrkowych zwierząt — tego porównania użyła pewnego razu sama Martha, naśmiewając się ze sztywnej bostońskiej etykiety. Z większą swobodą przyszła większa szczerość i otwartość i nagle odkryli, że mogą bez problemu rozmawiać na niezliczone tematy. Wszystkie oprócz tych, które dotyczyły przyszłości, Adam jednak nie naciskał, wdzięczny na razie za to, co miał.

Jeden tylko Borsuk wciąż stronił od niego, a gdy nie mógł, spoglądał spode łba i odzywał się głównie półsłówkami. Rozpoznając w jego zachowaniu typową nadopiekuńczość brata, który niedawno odzyskał siostrę i istniało zagrożenie, że znów straci ją na rzecz znienawidzonego białego człowieka, Adam postanowił uzbroić się w cierpliwość. Fakt, że Borsuk w swojej młodzieńczej zapalczywości coraz bardziej przypominał mu Małego Joe, sprawiał, że Adam nie potrafił tak naprawdę się do niego zrazić. Miał nadzieję, że z czasem, gdy brat Marthy zobaczy, że przybyszowi na niczym nie zależy tak jak na szczęściu jego siostry, przestanie traktować go jak wroga. Tymczasem natomiast podjął zaczętą przez młodego wojownika grę w unikanie i nie poświęcał mu zbyt wiele uwagi. Po raz pierwszy od dawna był po prostu szczęśliwy i uznał, że zasługuje, by raz w życiu pozwolić sobie na skupienie się na tym, co tu i teraz.

Tego ranka Adam obudził się z dziwnym wrażeniem, że jest obserwowany. Odwrócił się na plecy, gotów wyśmiać własną reakcję, i zamarł, gdy napotkał rozbawiony wzrok Marthy.

— Długo tak siedzisz? — burknął, naciągając skóry, którymi był przykryty, pod samą szyję.

Kobieta zachichotała.

— Spokojnie, miałam ciekawsze zajęcia od gapienia się na twoje plecy. — Znacząco pomachała trzymaną w dłoni książką. — Ubieraj się, mówiłam, że mam dla ciebie robotę.

Adam spiorunował ją wzrokiem, a kiedy dotarło do niego, że jego towarzyszka nic sobie nie robi z jego znaczących spojrzeń, przewrócił oczami, wysunął rękę spod przykrycia i przyciągnął do siebie spodnie. Przez głowę przebiegło mu przy tym, że za nic nie podejrzewałby pani Steele, którą znał w Bostonie, o podobnie śmiałe zachowanie. A także, że ta nowa wersja okaże się ku jego zaskoczeniu jeszcze bardziej pociągająca.

Świadom rozbawienia, z jakim Martha obserwowała, jak męczy się, by wciągnąć spodnie pod przykryciem, przy górnych częściach garderoby zrezygnował już z dobrego wychowania, odrzucił skóry i swobodnie narzucił na siebie koszulę. Kończąc zapinać guziki, zbliżył się do kobiety i ukucnął, by spojrzeć na okładkę czytanej przez nią książki.

— „Frankenstein"?

Zaskoczenie w jego głosie nie uszło uwadze Marthy.

— Rozumiem, że szanowana dama powinna czytać tylko poematy o miłości? — zakpiła. — Cóż, w takim razie dobrze, że nie jestem już damą.

Podniosła się z kocią zwinnością i skierowała się do sporego plecionego kosza stojącego nieopodal jej posłania. Uniosła pokrywę i skinęła na Adama, by podszedł bliżej.

— Może to trochę bardziej spełni twoje oczekiwania. — Podała mu tomik poezji Alfreda Tennysona.

Adam otworzył książkę i odczytał dedykację, która wskazywała na to, że książka stanowiła prezent urodzinowy od Flory. Trudno było zatem powiedzieć, czy świadczyła o upodobaniach obdarowanej, czy też darczyni. Adam wyjrzał ponad ramieniem Marthy, by zobaczyć, jakie jeszcze tytuły skrywała jej mała biblioteczka. Ku swemu rozczarowaniu dostrzegł jednak tylko stosik wymiętych gazet oraz wyraźnie starszą od reszty Biblię w kiedyś czarnej, teraz wytartej i zszarzałej oprawie.

— Należała do dziadka — wyjaśniła Martha, zauważywszy jego zaintrygowane spojrzenie. — Kiedy był młodym wojownikiem, na ich tereny łowieckie przybyła rodzina mormońskich misjonarzy. Niewiele osiągnęli w kwestii nawracania, ale przynajmniej nauczyli młodych trochę angielskiego.

— Ach, więc znałaś już angielski, kiedy…

— Nie. — Martha przerwała mu stanowczo. — Nikt nie uważał za stosowne ani potrzebne, by uczyć podobnych rzeczy dziewczynkę. Ale czasy się zmieniają. — Uśmiechnęła się lekko i sięgnęła po gazety, w których Adam rozpoznał teraz stare numery „Rocky Mountain News". — Twój przyjaciel Rodrigo każe sobie za nie płacić jak za zboże — skwitowała z przekąsem. Podała gazety Adamowi, a sama wyciągnęła jeszcze coś jakby notes lub może szkicownik i opuściła wieko kosza.

Wkrótce potem Adam zrozumiał przeznaczenie wszystkich tych przedmiotów. Martha powiodła go na środek, gdzie w samym sercu wioski płonęło największe ognisko. W tej chwili otaczała je grupka dzieci w wieku od kilku do kilkunastu lat, a wszystkie patrzyły wyczekująco na dwójkę nadchodzących dorosłych.

Gdy dotarli na miejsce, Martha sięgnęła po przyniesione materiały i rozdała je starszym dzieciom, a potem zwróciła się do towarzysza z uśmiechem, w którym kryło się wyzwanie.

— To są nasi najmłodsi uczniowie. — Wskazała na skupioną z jednej strony grupkę maluchów w wieku na oko od pięciu do siedmiu lat. — Będą bardzo wdzięczni, jeśli poćwiczysz z nimi stawianie literek. Przerobiliśmy już cały alfabet, ale bardzo przyda się im praktyka.

Adam skinął głową. Rozumiał już, że był to test i to bynajmniej nie dla dzieci, ale jeśli Martha oczekiwała po nim obawy, to czekał ją zawód. Po tym, jak uczył czytania i pisania Joego i Hossa, Adam naprawdę wątpił, by cokolwiek jeszcze mogło go w tej kwestii zaskoczyć. Omiótł wzrokiem spłoszone spojrzenia siódemki maluchów i uśmiechnął się do nich pokrzepiająco.

— Żaden problem — oznajmił. — Masz tabliczki albo…?

— A skąd ja ci tu wezmę tabliczki? — prychnęła Martha. — Chichotka ci pokaże. — Powiedziała coś w języku Ute do pyzatej dziewczynki, która ochoczo poderwała się z ziemi.

— Chichotka? — powtórzył Adam. Wiedział, że indiańskie imiona często biorą się od cech tego, kto je nosi, ale to konkretne wydało mu się na tyle urocze, że nie potrafił stłumić rozbawienia.

Martha na szczęście nie wydawała się urażona jego reakcją.

— Po naszemu brzmi to trochę zręczniej, ale obawiam się, że miałbyś problem z wymową — wyjaśniła, wzruszając ramionami.

Adam miał ochotę spróbować, zanim jednak zdążył zapytać o oryginalne brzmienie, jego uwagę na powrót przyciągnęła Chichotka, która przykucnęła z patykiem w ręku nad kawałkiem wydeptanej do gołego piasku i zwilżonej ziemi. Wysunąwszy czubek języka do pomocy — zupełnie jak zwykł robić Hoss w jej wieku — wydrapała końcem patyka perfekcyjne A, po czym podniosła główkę i utkwiła w „nauczycielach" wyczekujące spojrzenie. Martha z aprobatą pokiwała głową. Następnie lekkim klepnięciem w plecy dała Adamowi znak, że skoro już wie, jak to działa, może zabierać się do pracy, i odeszła w stronę starszych uczniów.

Adam gestem przywołał resztę swojej nowej gromadki do piaskowej „tablicy". Uświadomiwszy sobie, jak bardzo nad nimi góruje, zdecydował się wbrew panującym w znanych mu szkołach zasadom usiąść na ziemi. Skrzyżowawszy nogi, wyciągnął z kieszeni ołówek. Obrócił go w palcach, tępym końcem wyrył w piasku „B" i zapytał:

— Kto mi powie, co to za literka?

Odpowiedział mu chórek nieśmiałych głosów.

Dalej lekcja potoczyła się bez większych trudności. W pewnym momencie Adam pomyślał nawet gorzko, że każde z tych dzieci, które przez tak wielu jego pobratymców uznawane były za niezdolne do przyswojenia sobie tej samej wiedzy co ich biali rówieśnicy, bez trudu zawstydziłoby obu jego braci na tym samym etapie nauki.

Kiedy jego podopieczni rysowali swoimi patyczkami kolejne literki alfabetu, Adam rozejrzał się zaciekawiony, czym zajmują się bardziej zaawansowani uczniowie. Szybko odnalazł wzrokiem Marthę. Siedziała po przeciwnej stronie ogniska z grupką nieco starszych dzieci. Nie słyszał ich zbyt dobrze, ale wyglądało na to, że zajmowali się czytaniem i objaśnianiem artykułów z gazet. Nieco bliżej siedziała grupa najstarszych uczniów, a każde z nich miało w ręku książkę — w ten sposób sekret ubogiej biblioteczki pani Steele sam się rozwiązał. Troje z nastolatków zamiast czytać, pisało coś zawzięcie, przy czym tylko dziewczynki miały ołówki, podczas gdy ich kolega musiał sobie radzić kawałkiem węgielka, który był bez wątpienia dość nieporęczny. Zły na siebie, że tak późno zwrócił na to uwagę, Adam co prędzej podniósł się i zaniósł chłopakowi swój ołówek. Kiedy wrócił na swoje miejsce, z zaskoczeniem zobaczył, jak Chichotka przełamuje swój patyczek, by podać mu jedną połowę. Choć od dłuższej chwili w zasadzie nie potrzebował już żadnego „rysika", jego uczniowie radzili sobie bowiem doskonale, z wdzięcznością przyjął dar i uśmiechnął się szeroko do dziewczynki. Chwilę potem, jakby wiedziony jakąś niewidzialną siłą, uniósł głowę i napotkał intensywny wzrok Marthy, a na jej twarzy dostrzegł odbicie własnego uśmiechu.

Gdy słońce znalazło się wysoko na niebie, Martha podniosła się i zaklaskała w dłonie, a na tę komendę uczniowie natychmiast przerwali swoje zajęcia. Młodsze dzieciaki zaraz rozbiegły się po wiosce, starsze, naśladując powściągliwość, którą musiały podpatrzyć u dorosłych, z powagą złożyły swoje pomoce naukowe i rozeszły się do innych zajęć.

— Koniec szkoły na dziś? — zagadnął Adam, wstając z ziemi.

— Nie do końca — odparła Martha znów z tym samym zagadkowym uśmiechem. — Ale dalszy ciąg zobaczysz dopiero wieczorem.

Adam znał ją już dość dobrze, by wiedzieć, że dalsze pytanie nie ma sensu.

— To wspaniale, że uczysz ich angielskiego — zmienił temat i zabrał się do pomocy w składaniu gazet.

— Wspaniale? — Martha przerwała swoje zajęcie i wyprostowała się, a choć jej mina była nieodgadniona, Adam wyczuł już, że znów nieopatrznie powiedział coś niewłaściwego. — Uczę ich, bo jeśli ja tego nie zrobię, przyjdą biali i nauczą ich siłą.

— Tak jak ciebie? — Adam wiedział, że stąpa po cienkim lodzie. W żadnej innej znajomości nie popełnił tylu gaf co w tej, zbyt szybko zakładając, że wie, co jego rozmówczyni ma na myśli. Zaczynał się już uczyć, że czasem lepiej było raczej milczeć i słuchać, jednak nierzadko Martha wymagała zachęty, a nawet odrobiny rozdrażnienia, by się przełamać i zacząć rzeczywiście mówić o tym, co kryje w głębi serca.

Ku jego uldze tym razem kobieta nie zirytowała się na jego domysły, a tylko potrząsnęła głową.

— Przysłuchiwałam się lekcjom Flory, byłam starsza, nie miałam ciekawszych zajęć, więc szybko przyswoiłam sobie litery. Potem polubiłam czytanie, bo otworzyło przede mną zupełnie nowy świat, i nie żałuję tego, ale zapłaciłam za to wysoką cenę. Oni — Spojrzała w ślad za odchodzącymi uczniami. — mogą zapłacić jeszcze wyższą. Wiesz, jak wyglądają szkoły w rezerwatach?

Adam przygryzł wargę i ponuro skinął głową.

— Rozumiem, że nasze dzieci będą musiały nauczyć się tego samego co wasze, bo nasz świat staje się coraz mniejszy, wasz rośnie w siłę i nie zdołamy bronić się przed nim w nieskończoność — podjęła Martha. — Ale powiedz mi, dlaczego Ute mają się uczyć o mitach starożytnych Greków, a zapomnieć o historii własnych przodków? Wiesz, czym zajmowali się dziś Pająk, Zielona Skała i Deszcz na Pustyni? — Adam domyślił się, że chodziło o trójkę najstarszych uczniów. — Spisywali legendy Ute, które zasłyszeli od starszych. Gdybym tylko mogła łatwiej zdobywać tu papier, kazałabym wszystkim dzieciakom, które opanowały literki, robić to samo. Chcę, żeby wiedzieli, że pisanie w języku białych ludzi nie musi oznaczać porzucenia własnej kultury, że da się to pogodzić. Że nikt nie ma prawa tego od nich wymagać. — Odebrała Adamowi gazety, zarzuciła je na trzymaną przez siebie kupkę książek i papierów i odwróciła się na pięcie.

Adam przez moment trwał w bezruchu, trawiąc jej słowa, ale kiedy zobaczył, jak z jej rąk wysuwa się niewielki folder, wyrwał się z odrętwienia i poskoczył naprzód. Spóźnił się jednak, kartki rozsypały się po trawie, a Adam ze zdumieniem zobaczył, że wszystkie były ciasno pokryte szkicami przedstawiającymi wioskę i jej mieszkańców podczas codziennych czynności. Nie miał wątpliwości, kto je stworzył. Mimowolnie wrócił myślami do niepochlebnej opinii Marthy na temat dzieł Alfreda Jacoba Millera i innych białych malarzy, którzy przedstawiali amerykańskie prerie wraz z ich rdzennymi mieszkańcami. Dopiero teraz, patrząc na pierwszą z brzegu kartkę ze szkicownika pani Steele, tak naprawdę zrozumiał dlaczego. Miller i inni przedstawiali to, co chcieli widzieć i co pasowało do ich wyobrażeń, ona zaś przedstawiała Ute takimi, jacy byli. Nie było tu żadnych sielskich scenek rodzajowych, przepysznych pióropuszy ani polowań na bizony. Indianki na pokrytej kilkunastoma niewielkimi rycinami kartce nie wyglądały jak spowite w skóry, a jednak półnagie leśne nimfy, tak jak malowali je nieraz biali artyści, lecz kobiety z krwi i kości, żony i matki pochylone nad codziennymi obowiązkami. Jedna z nich wyplatała sandały z juki, druga zbierała coś jakby dziką cebulę, trzecia zastawiała pułapkę na drobną zwierzynę, a jeszcze inna przygotowywała chyba jeden z tych placków z leśnych jagód zmieszanych ze sproszkowanymi konikami polnymi i cykadami, których Adam miał okazję spróbować przed kilkoma dniami i które nadal budziły w nim dreszcz obrzydzenia. Sam jednak fakt, że rysunek przyprawił go o podobny dreszcz, stanowił najlepszy dowód na to, jak był realistyczny

— Są… wspaniałe — szepnął Adam z podziwem, sięgając po kolejną kartkę.

Martha, która do tej pory wpatrywała się jak zaklęta w oglądającego jej dzieła mężczyznę, teraz pospiesznie rzuciła się do zbierania rysunków. Adam bez słowa oddał jej te, które trzymał, trochę zawstydzony, że niechcący poznał jej sekret, ale mimo wszystko szczęśliwy z tego samego powodu.

— Pułkownik miał rację, masz niesamowity talent — odważył się powiedzieć, kiedy już szli z powrotem w kierunku tipi Czarnego Rysia.

Martha z udawaną obojętnością wzruszyła ramionami.

— To nieistotne. Nie rysuję ich dla kogoś, tylko dla siebie. — Przyspieszyła kroku i po chwili zniknęła we wnętrzu tipi. Adam zrozumiał, że tym razem powinien zostać na zewnątrz.

Marthę zobaczył ponownie dopiero wieczorem, kiedy Czarny Ryś i nadal niezbyt zadowolony z towarzystwa białego Borsuk powiedli go ponownie do wielkiego ogniska na środku wioski. Zgromadziła się tam większość mieszkańców i Adam zastanawiał się, czy to jakiegoś rodzaju święto, wkrótce jednak przekonał się, że pani Steele mówiła prawdę — był to w istocie dalszy ciąg „szkoły". Rolę nauczycieli przejęli tym razem Czarny Ryś i reszta starszyzny i choć Adam nie był w stanie zrozumieć ich słów, to po żywej gestykulacji opowiadaczy i otwartych z wrażenia buziach dzieci bez trudu odgadywał, że były to ciekawe opowieści. Po kilku takich historiach dziadek Marthy popatrzył znacząco w jej kierunku. Na to nieme wezwanie kobieta podeszła do grupki uczniów i wyznaczyła troje z tych, z którymi kilka godzin wcześniej robiła przegląd prasy, oraz jedną ze starszych dziewczynek, która, jak Adam dopiero teraz zauważył, czytała opowiadania Poego. Znów mimo nieznajomości języka szybko domyślił się, jakie było ich zadanie. Wyznaczeni uczniowie jedno po drugim wstawali i referowali, co przeczytali podczas porannej lekcji, i teraz to pozostali Ute w skupieniu słuchali ich opowieści. Adam nie miał wątpliwości, że o ile pierwsza część „ceremonii" była tutaj normą, tę drugą Martha Steele musiała wprowadzić po swoim powrocie do wioski. Tego wieczora spojrzał na nią z nową dozą podziwu, a jednocześnie w jego sercu znów zaczęła kiełkować obawa. Może i jego przyjaciółce trudno było odnaleźć się w rodzimej społeczności po tym, jak tyle lat spędziła wśród obcych, jednak wyraźnie miała w tym świecie swoje miejsce i czy Adam miał prawo oczekiwać, że znów porzuci je dla niego?

Gdy po zakończonym zgromadzeniu mieszkańcy wioski zaczęli rozchodzić się na spoczynek, Adam zdecydował się pozostać na miejscu jeszcze chwilę dłużej. Wpatrzony w tańczące płomienie i pogrążony w myślach, dopiero w ostatniej chwili poczuł, bardziej niż zauważył, jak ta, o której myślał, miękko opada na pokrywające ziemię skóry tuż obok niego.

— Co sądzisz o naszej szkole? — spytała cicho po chwili milczenia.

— Myślę, że to bardzo mądre. — Adam uśmiechnął się lekko do własnych wspomnień. — Nie znałem swoich dziadków, kiedy byłem chłopcem, poznałem dziadka Stoddarda, dopiero kiedy wyjechałem do Bostonu na studia, a nawet wtedy nieraz myślałem sobie, że oddałbym wiele, żeby móc uciec do książek, niż słuchać po raz setny tych samych opowieści o jego przygodach na morzu. Dopiero wiele lat później zrozumiałem, jak wiele mądrości kryło się w tych banalnych z pozoru historiach.

Martha z namysłem pokiwała głową.

— Bardzo mi tego brakowało tam w Bostonie, wiesz? My właśnie tak poznajemy historię naszego plemienia, nasze legendy, wierzenia, mądrości, całą tę wiedzę, którą wy macie zapisaną w książkach. Chyba właśnie dlatego początkowo nie potrafiłam się do nich przekonać. Czytałam, bo byłam spragniona wiedzy, ale jednocześnie czułam, że coś jest nie tak, bo historie powinny być opowiadane. Jak mam poznać duszę tego, kto opowiada, kiedy nie słyszę jego głosu, nie widzę jego gestów i twarzy, i jak mam uwierzyć w historię, kiedy nie wiem, od kogo pochodzi? Długo zajęło mi zrozumienie, że jeśli dzieło, czy to tekst, czy obraz, jest naprawdę dobre, nie potrzebuję znać jego autora, żeby odnaleźć w nim prawdę i duszę. Oni — Wskazała podbródkiem na ogień, ale Adam zrozumiał, że mówiła o starszych Ute. — wciąż tego nie rozumieją i wcale się im nie dziwię. To dlatego wymyśliłam, żeby dzieciaki opowiadały im to, czego się nauczą.

— To służy tak naprawdę obu stronom — zgodził się Adam.

— Tak. Ale jednocześnie chcę, by młodzi potrafili to, czego się nauczą od dziadków, zapisać. Bo jeśli ta więź zostanie zerwana, będą tego potrzebowali, żeby nie zapomnieć. Tak jak kiedyś ja…

— To dlatego rysujesz to wszystko, prawda? — domyślił się nagle Adam. — Nie tylko dla siebie, ale i dla nich.

Martha potaknęła i uśmiechnęła się smutno.

— Wiem, co się działo tu na zachodzie przez te wszystkie lata, Adam. Wiem lepiej niż wielu z nich, a i oni zdają sobie sprawę, że życie, które znają, odchodzi w zapomnienie. Kiedy dziadek był małym chłopcem, podążali za stadami bizonów, które zapewniały im wszystko, czego Ute potrzebuje do życia. W czasach mojego ojca bizonów zaczęło ubywać, a szlaki, którymi mogliśmy podążać, zostały coraz bardziej ograniczone przez osadników i kolej żelazną. Nasze dzieci mogą już nawet nie wiedzieć, jak wygląda żywy bizon. Dziś my jeszcze staramy się żyć jak nasi przodkowie, ale wielu naszych braci uległo i dało się zamknąć w rezerwatach i nas też prędzej czy później to czeka. Podporządkować się lub zginąć… Mój ojciec i wielu jego towarzyszy wybrali to drugie i zginęli z honorem, z bronią w ręku pokrytą krwią poległych wrogów. I szanuję ich za to, ale nie chcę iść ich śladem. Jednak czy mamy przeżyć tylko po to, żeby zatracić to, kim jesteśmy? Spójrz na mnie, nauczyłam się wszystkiego tego, co Flora, a nawet jeszcze więcej, a i tak nigdy nie mogłam stać się jej równa w oczach towarzystwa. Był taki moment, gdy budziło to we mnie sprzeciw, wreszcie jednak zrozumiałam, że dlaczego miałabym tego chcieć, gdy nie jestem biała? Jestem Ute i jestem z tego dumna, Adam, i pozostaje mi mieć nadzieję, że kiedy przyjdzie taki dzień, kiedy wszyscy będziemy mogli powiedzieć to samo i zostać przez was wysłuchani i zrozumiani, ale nim tego doczekamy, musimy chronić nie tylko siebie, ale i naszą kulturę.

— Ja słucham — szepnął Adam i pochylił się, by spojrzeć jej w oczy. — I staram się zrozumieć.

— Wiem — odparła Martha, przysuwając się bliżej. — Dlatego mówię ci o tym wszystkim. Tam w Bostonie nie byłam pewna… Czasem wydawało mi się, że różnisz się od większości białych mężczyzn, których znałam, innym razem z kolei wydawałeś mi się zupełnie do nich podobny. Nie potrafiłam cię wyczuć. — Roześmiała się cicho.

— Ja ciebie tym bardziej. — Adam zawtórował jej, zaraz jednak spoważniał, bo nagle do głowy przyszedł mu nowy pomysł. — Powinnaś to wykorzystać.

— Co? To, że cię rozgryzłam? — spytała Martha, nadal rozbawiona.

— Nie. — Adam gwałtownie potrząsnął głową i odsunął się nieco, by lepiej widzieć jej twarz. — Swój talent. I to, że rozumiesz obie strony. Powiedziałaś mi ostatnio, że nie wiesz już, do którego z tych dwóch światów naprawdę należysz. A może właśnie należysz do obu z nich i dlatego możesz zbudować most?

— Powiedziane jak na prawdziwego inżyniera przystało — wtrąciła Martha z przekąsem, wyglądała jednak na zaintrygowaną.

— Sama wiesz, że problem leży przynajmniej po części w tym, że my biali nie jesteśmy zainteresowani słuchaniem. Mamy swoją wizję dzikich Indian, których należy ucywilizować, czyli uczyć takimi jak my, a dopiero wtedy może zaczną wydawać się mniej straszni. Bo widzisz… Nie mówię tu o politykach i o tych, którzy zarabiają na wydartej wam ziemi, ale o przeciętnym człowieku ze wschodu, który w życiu nie widział nawet Wielkich Równin. Wiele tej niechęci bierze się ze strachu, który sensacyjne artykuły i krążące opowieści jeszcze bardziej podsycają, strach zaś bierze się z niewiedzy i tak błędne koło się zamyka. Może to właśnie szansa, żeby choć trochę je przerwać?

— Nie wiem, do czego zmierzasz. — Kobieta wpatrywała się w niego spod zmarszczonych brwi.

Adam, coraz bardziej zapalony do swojego pomysłu, odruchowo złapał ją za rękę.

— Widziałem twoje rysunki, Martho. Są nie tylko piękne, są prawdziwe. Pokazują Ute jako ludzi, zwyczajnych ludzi takich samych jak my biali, a nie niebezpiecznych dzikusów ani fascynujące egzotyczne istoty. Wiedziałem, że przedstawienia Indian, które dotąd widywałem, były wyolbrzymione i przekłamane, ale dopiero dziś tak naprawdę do mnie dotarło, jak bardzo. Wiem, że nie tworzyłaś ich z myślą o edukowaniu białych, mimo to uważam, że powinnaś je opublikować.

— Opublikować? — Martha dla odmiany uniosła brwi. — Niby gdzie?

— Napisz artykuł. Albo nawet książkę. O tym, kim naprawdę jesteście, jak żyjecie, o którejś z tych legend, które kazałaś spisywać swoim uczniom. Cokolwiek zechcesz, po prostu pokaż waszą perspektywę. W ten sposób jednocześnie przybliżysz wychowanym w rezerwatach i zmuszonych do nauki w białych szkołach Indianom własną kulturę i pomożesz nam lepiej zrozumieć, że tak naprawdę w niczym się nie różnimy...

— Oczywiście, że się różnimy! — Martha weszła mu w słowo i gwałtownie cofnęła rękę. — Ani jeden człowiek w tej wiosce nie jest nawet w połowie tak obłudny, fałszywy, pełen dumy i pogardy, żądny bogactw i pozycji jak przynajmniej dwie trzecie znanych mi białych. Niczego nie jestem wam winna i jeśli jesteście tak ograniczeni, by nie potrafić wyjrzeć poza czubek własnego nosa, to jest to wasz problem i nie zamierzam na siłę was edukować.

Po tych słowach poderwała się i odbiegła w stronę domu, zostawiając osłupiałego Adama samego przy z wolna dogasającym ognisku.

Gdy przebudził się następnego dnia rano, znów miał wrażenie, że ktoś go obserwuje, ale kiedy się odwrócił, spotkało go rozczarowanie — tym razem nie była to Martha, lecz jej brat. Nie ulegało natomiast wątpliwości, że Borsuk czekał, aż gość się obudzi, i był tym oczekiwaniem wyraźnie zniecierpliwiony. Adam z kolei nie miał nastroju na podchody. Chciał jak najszybciej mieć z głowy konfrontację, by móc zająć się tym, co ważniejsze, czyli odszukaniem przyjaciółki i naprawieniem tego, co znów nieopatrznie zepsuł.

— Masz mi coś do powiedzenia? — zapytał zatem chłodno i, nie czekając na odpowiedź, wstał i zaczął się ubierać.

Borsuk okazał się jednak cierpliwszy, niż Adam podejrzewał. Spokojnie i z niemalże kamienną twarzą zaczekał, aż gość skończy poranną toaletę, a dopiero kiedy poirytowany Adam usiadł naprzeciw niego, równie opanowanym tonem oświadczył:

— Obserwowałem was wczoraj.

— Dzieci robią bardzo szybkie postępy — odparł Adam niewinnie.

— Dobrze wiesz, o kim mówię. — Opanowanie Borsuka zaczęło się chwiać. — Myślisz, że nie zauważyłem, jak patrzysz na moją siostrę?

— W takim razie z pewnością widzisz też, jak ona patrzy na mnie.

— Widzę wszystko. — Borsuk oparł dłonie o kolana i pochylił się do przodu. — Widzę, jak jej oczy cieszą się na twój widok, ale jak potem wraca smutna lub wzburzona tak jak wczoraj. Za kogo ty się uważasz? Tylko co udało jej się zbiec z waszego miasta i w końcu wrócić do domu, a ty przyjeżdżasz tu za nią i mącisz jej w głowie. Nie wystarczy ci, że twoi ludzie pozbawili ją domu i korzeni, musisz całkiem ją zniewolić, żeby twój tryumf był pełny?

— Gdybyś choć trochę z nią porozmawiał, zamiast samemu decydować, że wiesz, co dla niej dobre, to już dawno byś to zauważył: Martha nie jest kobietą, którą da się zmusić do czegoś, czego sama nie chce — wytknął Adam, siląc się na spokój.

— Ona nie wie, czego chce, a już szczególnie od kiedy zjawiłeś się ty! — warknął Borsuk w odpowiedzi. — Jeśli twierdzisz, że ją szanujesz, udowodnij to i wyjedź jeszcze dziś.

Adam powoli pokręcił głową,

— Powiedziałem ci to już kiedyś i powtórzę raz jeszcze: wyjadę, jeśli Martha mnie o to poprosi, nikt inny. Co mam zrobić, żebyś przestał widzieć we mnie wroga i uwierzył, że szczerze kocham twoją siostrę i niczego nie pragnę bardziej od jej szczęścia?

Wojownik wyprostował się, wyraźnie zaskoczony tą otwartą deklaracją, której nie spodziewał się właściwie nawet sam Adam.

— Nie oddam siostry człowiekowi, którego pobratymcy zabili nam ojca — odparł Borsuk po chwili milczenia.

Adamowi zdało się, że rozmówca był gotów uwierzyć w szczerość jego słów i dawał mu w ten sposób znać, że to jednak niczego nie zmienia. Popatrzył prosto w oczy Borsuka, w pełni świadom, że w kulturze Ute oznaczało to wyzwanie.

— Moja matka na moich oczach zginęła od indiańskiej strzały — powiedział cicho. — Czy powinienem z tego powodu nienawidzić was wszystkich? Jakkolwiek okrutne by to nie było, wojna niesie za sobą ofiary, a choć nie mogę pochwalić waszych metod, nie mogę też udawać, że nie widzę, co doprowadziło was do podobnej desperacji. Spójrz na to inaczej: być może twoja siostra i ja mamy szansę choć odrobinę zmniejszyć przepaść dzielącą nasze narody?

— Lub skończyć na jej dnie. — W głosie Borsuka nie było już śladu złości.

Adam popatrzył na niego z zaskoczeniem.

Wojownik przypatrywał mu się jeszcze przez chwilę, po czym wstał i bez słowa opuścił tipi.

Adam odprowadził go wzrokiem. Przez kilka minut siedział w zamyśleniu ze wzrokiem utkwionym w kawałku nieba widocznym przez owalne wejście do namiotu. Wreszcie także podniósł się z ziemi, sięgnął po marynarkę i wyszedł na zewnątrz. Zamierzał przejść się nad strumień, by w spokoju przemyśleć całą tę konfrontację, jednak tuż za progiem przystanął zaskoczony, napotkał bowiem świdrujący wzrok Czarnego Rysia.

Stary Ute siedział na swoim stałym miejscu przy ogniu i wyraźnie na coś — czy też raczej na kogoś — czekał. W tej chwili jeszcze wyraźniej niż przedtem widoczne było podobieństwo łączące dziadka z wnukiem i Adam mimowolnie się uśmiechnął.

— Borsuk przywitał mnie dziś rano z podobnym wyrazem twarzy — zagadnął gwoli wyjaśnienia.

Czarny Ryś uniósł lekko brwi.

— I co on twoim zdaniem oznacza? — zapytał nieodgadnionym tonem.

Adam westchnął cicho i wbrew wcześniejszym zamiarom usiadł naprzeciw swego gospodarza.

— W przypadku Borsuka oznaczał, że czeka mnie reprymenda. W pana przypadku… cokolwiek mnie czeka, chciałbym to usłyszeć.

— Nie zamierzam udzielać ci reprymendy — odpowiedział staruszek spokojnie. — Ale jeśli chcesz mnie wysłuchać, dobrze, powiem ci, co mi leży na sercu.

Adam skinął głową i utkwił w swoim rozmówcy wyczekujący wzrok. Czarny Ryś nie spieszył się jednak z rozpoczęciem, a po głowie Adama znów zaczęły krążyć niewesołe myśli. Borsuk mógł mieć trochę racji, twierdząc, że jego obecność tylko utrudniała Marcie ponowną asymilację ze swoim plemieniem i rodziną? Co jeśli rzeczywiście mieszał jej w głowie, budząc uczucia, które kiedyś tłumiła z równą siłą co on, rozumiejąc, jak wiele trudności i cierpień mogą za sobą przynieść? Adam był gotów zmierzyć się ze wszystkimi przeciwnościami, ocenami, plotkami i uwagami. Uprzedzenia i ludzka nienawiść nie przerażały go i nie wątpił, że gdyby pani Steele zgodziła się zostać panią Cartwright, razem mogliby stawić czoła całemu światu i wyjść z tego zwycięsko. Borsuk uświadomił mu jednak pewien egoizm we własnym postępowaniu i Adam znów zaczął mieć wątpliwości, czy to, czego pragnie, rzeczywiście jest najlepsze dla tej, na której szczęściu tak bardzo mu zależało.

— Kiedy moja wnuczka do nas wróciła, jej serce było smutne. — Słowa Czarnego Rysia wyrwały Adama z zamyślenia. — Myślałem, że lata spędzone na wygnaniu skruszyły je na drobne kawałki i że tutaj znajdzie wszystko, co niezbędne, by je uleczyć. Ale kiedy minęło kilka księżyców, moja wnuczka przypomniała sobie naszą mowę, na nowo poznała nasze drogi, na powrót stała się córką Ute, a jej serce nadal nie zrosło się w całość, zrozumiałem, że się myliłem. Wiele nocy prosiłem duchy naszych przodków o pomoc, wiele dni szukałem rozwiązania. Kiedy odkryłem, że wnuczka tęskni za mówiącymi papierami, oddałem jej moją starą Biblię, której mowy i tak dawno już zapomniałem. Kupiłem od Metysa szeleszczące papiery ze słowami. Przekonałem moich braci, by pozwolili jej uczyć nasze dzieci znaków białych ludzi. I widziadłem, że każda z tych rzeczy przynosi mojej wnuczce przyjemność, ale w jej oczach wciąż krył się smutek. A potem zjawiłeś się ty i okazało się, że jej serce nie było tak naprawdę skruszone, a jedynie przełamane na pół. Kiedy oddałeś jej w zamian połowę swojego, wszystko znalazło się na właściwym miejscu.

Adam długo wpatrywał się w staruszka, oszołomiony i zrazem poruszony jego słowami. Powoli jednak zaczęło do niego docierać, że zaskoczyła go wypowiedź Czarnego Rysia, ale nie informacje, które zawierała. Przeszli już z Marthą dość długą drogę, by żadne z nich nie miało wątpliwości co do szczerości uczuć i intencji tego drugiego. Pozostawał nadal problem tego, czy byli gotowi dla tego uczucia zmierzyć się z przeszkodami, które bez wątpienia czekały ich związek. W tej samej chwili jednak Adam uświadomił sobie coś jeszcze. Poddając się swoim wątpliwościom, niebezpiecznie zbliżył się do tego, co sam zarzucał Borsukowi. Martha była dorosła, rozsądna i w pełni świadoma zagrożeń. Potrafiła sama zdecydować, co dla niej dobre, Adam zaś cenił ją i szanował zbyt mocno, by cokolwiek jej narzucać. Zbyt wiele razy już inni decydowali o jej losie, nic więc dziwnego, że potrzebowała czasu, by dobrze rozważyć wszystkie za i przeciw, nim podejmie tak ważną decyzję. Podczas ich pierwszej rozmowy dała mu przecież jasną odpowiedź: poprosiła go o cierpliwość. Zamiast gubić się w domysłach i słuchać złudnych podszeptów podsycanych obawami i niepewnością, powinien po prostu zaczekać, aż sama powie mu, czego potrzebuje. Nagle przypomniał sobie swoje dawne obawy dotyczące tego, czy w ogóle jest zdolny do prawdziwego uczucia, i z rozbawieniem pokręcił głową.

— Co cię tak bawi? — Czarny Ryś, o którego obecności Adam na moment zapomniał, wyglądał na niemal urażonego.

Adam uśmiechnął się jeszcze szerzej.

— Wyobraża pan sobie, że zaledwie rok temu byłem przekonany, że nigdy się nie ożenię?

Twarz starego Ute złagodniała.

— Ja też tak kiedyś myślałem — odparł i niespodziewanie wyszczerzył zęby. — Byłem wtedy wprawdzie w wieku Chichotki, ale każde drzewo rośnie w swoim tempie, nieprawdaż?

Adam odrzucił głowę do tyłu i wybuchnął gromkim śmiechem.

Spędził jeszcze trochę czasu z Czarnym Rysiem, a potem zgodnie ze swoim pierwotnym planem ruszył w stronę pastwisk, by po drodze sprawdzić, czy jego koniowi niczego nie brakowało. Nieco przyciężki i nie najmłodszy już gniadosz nie miał co się równać z kasztanem, którego Adam zwykł dosiadać w Bostonie, a tym bardziej z wiernym Sportem, który dożywał swoich dni na łąkach Ponderosy, ale Adam zdążył się już nieco z nim zżyć. Dlatego ucieszył się, gdy zwierzę na jego widok natychmiast podniosło łeb i, nadal z kępką trawy sterczącą z pyska, ruszyło ociężale w jego kierunku. Adam uśmiechnął się, poklepał konia po szyi, a potem, wiedziony nagłym impulsem, złapał się grzywy i podciągnął się na grzbiet wierzchowca. Nie wyszło mu to tak zgrabnie jak dawniej i w wyobraźni słyszał już kpiny, z jakimi Joe bez wątpienia skwitowałby ten wyczyn. Mimo to kiedy przyłożył łydki do boków zwierzęcia i gniadosz poderwał się do biegu, Adam uśmiechnął się szeroko, a wszystkie troski przynajmniej na chwilę uleciały mu z głowy. Ruszył galopem wzdłuż pastwisk, ponaglany śmiechem chłopców, którzy jeszcze niedawno byli jego uczniami. Dopiero gdy zostawił za sobą wioskę, zwolnił do kłusa.

Przez kolejne godziny eksplorował dolinę, początkowo napawając się swobodą i samotnością, potem zaś coraz częściej wracając myślami do ostatnich rozmów z Marthą. Czuł, że w ciągu tego krótkiego okresu poznał ją i zrozumiał lepiej niż przez całe miesiące w Bostonie. Co więcej, nie miał już najmniejszych wątpliwości, że odwzajemniała jego uczucia, nawet jeśli nie była jeszcze gotowa, by decydować o przyszłości. Choć logika podpowiadała mu co najmniej tuzin powodów do obaw, Adam czuł się dziwnie spokojny, bardziej pewny siebie niż kiedykolwiek w ciągu ostatnich miesięcy. Cokolwiek miała przynieść przyszłość, zmierzy się z tym, kiedy nadejdzie — tak, jak zwykł to robić Mały Joe — pomyślał i z rozbawieniem pokręcił głową, uświadomiwszy sobie, że nigdy nie podejrzewał siebie o skłonność do czerpania z najmłodszego brata przykładu akurat w tej kwestii. Może w takim razie — spytał Joe kpiąco w jego wyobraźni — nigdy dotąd nie byłeś tak naprawdę zakochany?

Zawsze najlepiej myślało mu się w ruchu, nie zauważył więc nawet, gdy dotarł niemal na skraj doliny. Słońce było już wysoko na niebie, a on nie miał przy sobie nic prócz noża. Na szczęście spływająca z Gór Skalistych woda wyśmienicie chłodziła pragnienie, a ostatnie wyprawy w towarzystwie Ute uczynniły Adama jeszcze bardziej zaradnym, jeśli chodziło o zdobywanie pożywienia. Bez trudu odszukał jadalne pędy i zaspokoił przynajmniej największy apetyt, po czym skierował się z powrotem w stronę wioski. Nie dotarł jednak do niej, ale gdy znalazł się nieopodal pastwisk, zsiadł, rozsiodłał gniadosza i puścił go na popas, a sam odnalazł w miarę równy kawałek brzegu i leniwie wyciągnął się na trawie. Przyroda wokół pachniała pełnią wiosny i rozbrzmiewała licznymi dźwiękami, które po latach znów zaczynał sobie przypominać i identyfikować. Strumień szumiał jednostajnie, powietrze było tego dnia wyjątkowo ciepłe i Adam sam nie zauważył, kiedy zasnął.

Gdy się obudził, słońce wisiało już nisko nad otaczającymi dolinę wzgórzami. Jednak cień, który padał w tej chwili na jego twarz, nie miał z nimi nic wspólnego. Adam zmarszczył brwi i pospiesznie odsunął kapelusz, którym wcześniej przezornie zasłonił twarz przed zdradliwymi promieniami. Kilka kroków za nim stała Martha Steele i przypatrywała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

Adam usiadł pospiesznie, ale kobieta ze śmiechem oparła mu dłoń na ramieniu, by powstrzymać go przed zerwaniem się na nogi, po czym opadła na trawę tuż obok.

— Przepraszam — powiedziała cicho po chwili milczenia. — Nabrałam brzydkiego nawyku wybuchania złością, ilekroć powiesz coś nie po mojej myśli.

— Nic nie szkodzi, przywykłem. — Adam uśmiechnął się szeroko, wciąż w doskonałym nastroju. — Mój brat Joe nigdy tak naprawdę z tego etapu nie wyrósł.

Martha posłała mu żartobliwego kuksańca.

— Nie byłam taka, kiedy miałam kilkanaście lat! — zapewniła, a potem spoważniała trochę. — Może zresztą po prostu przez cały czas aż nazbyt musiałam się pilnować.

Adam przysunął się jeszcze bliżej, tak że ich ramiona się zetknęły.

— Czy to znaczy, że przy mnie czujesz się dość bezpiecznie? — szepnął jej do ucha. — To dla mnie komplement.

— Jeśli tak ci się to podoba, mogę na ciebie krzyczeć codziennie — zakpiła Martha, a potem wbrew swoim słowom oparła głowę na jego ramieniu i delikatnie przesunęła opuszką palca po wierzchu jego dłoni.

Adam poczuł wywołany jej dotykiem dreszcz. Miał ochotę złapać ją za rękę… miał ochotę zrobić wiele rzeczy, bał się jednak, że ją spłoszy, siedział więc nieruchomo, napawając się jej bliskością.

— Myślałam o twoim pomyśle — powiedziała nagle Martha.

Adam delikatnie potrząsnął głową.

— Zbytnio się zagalopowałem, przepraszam, miałaś rację. Nie masz żadnego obowiązku niczego nikomu wyjaśniać.

— Ale chcę wyjaśnić. Tobie. — Martha podniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. — Bo widzę, że rzeczywiście chcesz słuchać i starasz się zrozumieć. I tak, czasem za szybko wydaje ci się, że już coś wiesz, i czasem doprowadza mnie to do szału, ale koniec końców przyjmuję to, bo kiedy ci powiem, że się mylisz, nie unosisz się jak inni, ale usiłujesz zobaczyć mój punkt widzenia. Dlatego choć dotąd zwykle nie przychodziło mi to łatwo, przed tobą otwieram się czasem i pozwalam ci go zobaczyć.

Adam odwzajemnił jej spojrzenie.

— Czy tylko dlatego? — wymruczał, pochylając się bliżej.

Martha pospiesznie uniosła dłoń i na moment położyła mu palec na ustach.

— Ćśś. Być może nie tylko, ale nie przerywaj. To, że dzielę się tymi rzeczami z tobą, nie znaczy, że jestem gotowa, żeby podzielić się nimi z całym światem. A opowiadając o naszym życiu, musiałabym włożyć w to część siebie, część, która jest zbyt krucha, by wystawić ją na widok i oceny. — Nie zabrała ręki. Zamiast ust jej palec spoczął teraz na jego podbródku.

— Rozumiem. — Adam skinął potakująco, usilnie walcząc, by koncentrować się na rozmowie, a nie na dotyku, cieple i zapachu, które przyprawiały go o zawrót głowy.

Martha uśmiechnęła się lekko, a figlarny błysk w jej oczach zasugerował Adamowi, że doskonale zdawała sobie sprawę z jego mąk.

— Nie rozumiesz — odpowiedziała jednak poważnie. — Nie napiszę niczego o Ute. Ty to zrobisz.

Na te słowa Adam wyprostował się gwałtownie, niechcący strącając palec Marthy ze swojej twarzy.

Kobieta roześmiała się na widok jego zaskoczonego spojrzenia.

— Nie bądź taki zdziwiony, przecież to twój pomysł. Poznałeś nas już trochę, a poznasz, mam nadzieje, jeszcze lepiej. Opowiem ci, co tylko zechcesz, odpowiem na wszystkie twoje pytania. Dziadek i inni też, bo wiem, że już cię polubili. Dam ci moje rysunki, bo masz rację, jest w nich więcej prawdy niż we wszystkich dziełach pana Millera razem wziętych. Ale słowa nie będą moje, ale twoje. Oboje zresztą dobrze wiemy, że umiesz się nimi posługiwać po mistrzowsku.

Adam w milczeniu rozważał jej propozycję, Martha zaś nie naciskała. Dając mu czas na zastanowienie, położyła się na trawie, splotła ręce pod karkiem i utkwiła wzrok w niebie, na którym zaczęły się już pokazywać pierwsze gwiazdy. Adam zadarł głowę.

— Wielki Wóz — powiedział cicho i wskazał podbródkiem właściwy kierunek.

Martha wyciągnęła rękę, chwyciła go za łokieć i delikatnie pociągnęła ku sobie. Adam natychmiast poddał się tej niemej sugestii i wyciągnął się na trawie obok niej.

— My nie używamy tej nazwy — powiedziała cichym, jakby rozmarzonym głosem, przesuwając palcami w górę i dół jego przedramienia. — Dziadek mawia, że to łódź, która czeka, żeby pewnego dnia zabrać każdego z nas do krainy wiecznych łowów. Ale jeśli dwoje ludzi naprawdę się kocha, to łódka zaczeka, aż znajdą się w niej oboje, choćby miała czekać i wiele, wiele lat.

— To bardzo ładna legenda.

— Skąd wiesz, że to tylko legenda. — Martha obróciła się na bok i podparła ręką głowę. Pozbawiony nagle ciepłego dotyku jej palców Adam zmarszczył brwi i także odwrócił się w jej stronę, a potem sięgnął, by objąć ją w pasie i przyciągnąć do siebie. Nie broniła się, dopiero kiedy zaczął pochylać twarz w jej stronę, powstrzymała go, kładąc mu dłoń na piersi.

— Nie tak szybko — zaprotestowała. — Wciąż czekam na odpowiedź.

— Czekasz zaledwie parę minut, to dużo krócej niż ja.

— Ach tak? — Martha roześmiała się cicho. — Powiedz, na jaką odpowiedź tak czekasz?

— Na przykład chciałbym wiedzieć… — Adam wydął usta w perfekcyjnej imitacji naburmuszonego pięciolatka. — jak masz naprawdę na imię.

Zgodnie z jego przewidywaniem Martha zmarszczyła nosek. Adam uśmiechnął się tryumfalnie. Domyślał się, jakiego pytania się spodziewała, a jej rozczarowanie powiedziało mu więcej niż tysiąc słów.

— Pamiętasz, że w ciągu swojego życia Ute może nosić kilka imion?

— Chcesz mi powiedzieć, że masz więcej niż dwa? — Adam nie był pewien, czy kobieta się z nim droczy.

— Pierwsze imię otrzymujesz jako dziecko. Czasem są związane z cechami danej osoby, czasem mają stanowić dobrą wróżbę na przyszłość. Zanim zostałam ochrzczona Marthą, nazywałam się Córka Rzeki. Widzisz, moja mama miała na imię Wartki Nurt. Była bardzo energiczna, ale też skora do gniewu… Nie śmiej się, wiem, że mam to po niej, chociaż moje imię wyrażało nadzieję, że nie będę miała. Rzeka płynie wartko i porywa wszystko na swojej drodze w górnym biegu, ale gdy dociera na równiny, staje się spokojna i zrównoważona. Potrafię taka być, kiedy się postaram, ale w głębi serca dużo bliżej mi do górskiego strumienia. Kiedy wróciłam zeszłej jesieni, otrzymałam nowe imię, które odzwierciedlało to, kim jestem teraz. Zgadniesz jakie?

Adam niewinnie uniósł brwi.

— Wściekły Wir?

Nawet się nie zdziwił, kiedy oberwał po ramieniu. Jak na tak drobną osóbkę była zaskakująco silna.

— Poddaję się, powiedz — mruknął, rozcierając obolałe miejsce.

Martha uśmiechnęła się szeroko.

— Chodź bliżej. — Sięgnęła do jego policzka i Adam miał przez chwilę nadzieję, że miała inne zamiary niż słowa. Kiedy więc minęła jego twarz, by móc szepnąć mu odpowiedź wprost do ucha, Adam, rozczarowany, nie potrafił się już dłużej hamować. Skorzystał z okazji, że była tak blisko, i nareszcie ją pocałował. Na moment zastygła w zaskoczeniu, ale już po chwili ochoczo odwzajemniła pocałunek.

Kiedy wreszcie się od siebie oderwali, z niepokojem poszukał jej wzroku, ledwo już widocznego w coraz bardziej nikłym wieczornym świetle. Ku jego uldze Martha uśmiechnęła się szeroko, a potem ufnie oparła mu głowę na piersi. Przez chwilę leżeli tak w milczeniu, napawając się swoją bliskością, w końcu jednak Adam z niechęcią musiał przypomnieć sobie o obowiązkach dżentelmena.

— Nauczyłem się już co nieco o kulturze Ute, wiesz?

— Hmm? — Martha poruszyła się i delikatnie musnęła ustami jego podbródek,

— Na przykład wiem, że jeśli zostaniemy tu jeszcze trochę, jutro rano możemy zostać przez całą wioskę uznani za małżeństwo.

Martha uniosła głowę i popatrzyła na niego roziskrzonymi oczami.

— Niech tak będzie — powiedziała cicho i przylgnęła do niego jeszcze mocniej.

W tej chwili Adam wiedział już, że żadna siła nie zmusi go do powrotu do tipi.


Ponderosa, 1871

Pokój zdawał się wirować. Cienie na ścianie to skracały się, to znów wydłużały. Benowi wydało się, że coś do niego mówią, nie potrafił jednak zrozumieć słów. Otworzył usta i oblizał spierzchnięte wargi, lecz kiedy chciał wydać dźwięk, zaniósł się przeraźliwym kaszlem. Czyjeś silne ręce pomogły mu się podnieść, a gdy skończył kaszleć, ktoś podał mu wody. Ben z wdzięcznością pociągnął kilka łyków i wyczerpany opadł na poduszki. Zamrugał kilkukrotnie, usiłując przebić wzrokiem spowijającą go mgłę. Wreszcie zaczął dostrzegać nieco wyraźniej najbliższy z kształtów. Rozpoznał w nim kobiecą sylwetkę, a gdy się nad nim pochyliła, zauważył czarne włosy upięte w kok. Znał kiedyś kobietę o czarnych włosach… Potrzebował chwili, by wydobyć z otchłani pamięci właściwe imię.

— Elizabeth? — wyszeptał z trudem.

Głowa kobiety oddaliła się, a Ben, walcząc z powracającym kaszlem, zdołał jeszcze wydusić:

— Nie odchodź.

— Nigdzie się nie wybieram.

Jej głos brzmiał jakoś inaczej, ale Ben nie potrafił uchwycić dlaczego. Nim zdołał rozwiązać zagadkę, zapadł znów w niespokojny sen.

Kiedy się obudził, świat nie wirował mu już przed oczyma, a Ben był zdolny myśleć nieco jaśniej. Czuł się niesamowicie zmęczony, ale zdawał już sobie sprawę, że choroba, której nabawił się po tym, jak w drodze powrotnej złapała ich ulewa, i którą uparcie ignorował, gdyż była mu nie na rękę, musiała okazać się znacznie poważniejsza, niż przypuszczał. Poczuł mieszaninę wstydu i irytacji na myśl o własnej nieodpowiedzialności, przez którą z pewnością napędził strachu i przysporzył kłopotów pozostałym domownikom. Stopniowo zaczęły też wracać wspomnienia o konfrontacji z synem i synową i Ben skrzywił się lekko na wspomnienie tego, jak wiele było w niej niepotrzebnych słów i emocji. Jak się jednak skończyła, nie był w stanie sobie przypomnieć.

Rozejrzał się po pogrążonej w półmroku sypialni, usiłując odgadnąć, jaka była pora dnia i jak wielu godzin nie pamiętał. Nim odszukał zegarek, jego wzrok padł na pozostawioną na nocnej szafce szklankę do połowy napełnioną wodą i Ben uświadomił sobie, jak bardzo był spragniony. Ostrożnie uniósł się i wyciągnął rękę, lecz wstrzymał się, kiedy kątem oka dostrzegł jakiś ruch.

— Zaczekaj, tato, podam ci.

Adam, który musiał przez cały ten czas siedzieć przy oknie, zerwał się i błyskawicznie podsunął ojcu szklankę do ust. Ben, lekko poirytowany tym przejawem nadopiekuńczości, odebrał mu naczynie i sam opróżnił je w kilku łapczywych łykach. Dopiero wtedy spojrzał uważniej na syna, dostrzegł jego podkrążone oczy i ulgę malującą się na jego twarzy i ponownie poczuł się zawstydzony.

— Przepraszam, Adam — powiedział miękko, oddając mu pustą szklankę. — Nie chciałem napędzić wam strachu.

— Wiem. Ja też przepraszam, tato.

Ben wyciągnął rękę i poklepał wierzch dłoni syna.

— Naprawdę myślałeś, że jestem uprzedzony do Marthy ze względu na jej pochodzenie? — zapytał po chwili, bo ta myśl nie dawała mu spokoju.

— Nie… Nie wiem. — Adam na moment odwrócił wzrok. — Z początku nawet do głowy mi to nie przyszło. Wiem, że tam na stacji byliście po prostu zaskoczeni. Prawdopodobnie popełniłem błąd, pomijając tę informację w liście, ale Martha obawiała się, że wtedy dopiero moglibyście wyobrazić sobie nie wiadomo co i zawczasu się do niej uprzedzić. Nie sądziłem, że to możliwe, ale rozumiałem jej obawy. Potem zaś… Nie potrafiłem cię zrozumieć, tato, ale powinienem był wcześniej otwarcie z tobą porozmawiać i wyjaśnić problem, nim sprawy zaszły za daleko.

— Próbowałeś przecież. — Ben powoli pokręcił głową. Zaczynał już widzieć, jak bardzo był ślepy. — Pamiętam co najmniej kilka momentów, kiedy starałeś się mi wyjaśnić zachowanie Marthy, ona sama też raz czy dwa próbowała się przede mną otworzyć, ale zamiast słuchać, byłem zbyt zajęty martwieniem się i gubieniem we własnych domysłach… Opowiesz mi o was? — poprosił nagle. — Chciałbym wreszcie poznać waszą historię. Całą, od samego początku.

— Teraz? — Adam uniósł brwi.

Ben się zawahał.

— Masz rację, obawiam się, że zasnąłbym w połowie.

Adam pokiwał głową.

— Śpij zatem. Porozmawiamy rano.

— Rano? — Ben zmarszczył brwi. — Która jest godzina?

Adam wyciągnął z kieszeni zegarek.

— Lekko po północy.

— A dzień?

— Dziewiętnasty lipca.

Ben zmarszczył brwi.

— Byłem nieprzytomny przez trzy dni?

— Nieprzytomny to za dużo powiedziane, ale miałeś wysoką gorączkę i trochę majaczyłeś, możesz ich nie pamiętać — wyjaśnił Adam, a choć jego głos brzmiał zdawkowo, wyraz jego twarzy zdradzał, jak ciężkie były dla niego te trzy dni.

— Idź spać, synku — powiedział Ben miękko i delikatnie ścisnął dłoń Adama.

— Niczego nie potrzebujesz?

— Tylko snu. Tak samo jak ty.

Adam pokiwał głową.

— Wytrzymasz jeszcze chwilę? Obiecałem Joemu i Hossowi, że ich obudzę, jeśli coś się zmieni.

Ben się zawahał. Nie chciał być przyczyną, dla której młodsi synowie będą równie niewyspani, z drugiej jednak strony mógł sobie wyobrazić, jak bardzo byli zaniepokojeni.

— Oczywiście, zaczekam, idź — zgodził się.

Wbrew swoim słowom jednak, gdy tylko za Adamem zamknęły się drzwi, poczuł, jak ogarnia go senność i nie zdołał się jej oprzeć.

Obudził się dopiero rano i ku swojemu zdziwieniu pierwszym, co napotkał jego wzrok, było zatroskane spojrzenie Adama.

— Czy ty w ogóle spałeś? — zapytał karcącym tonem.

— Trochę — odparł Adam wymijająco. — Dzień dobry, tato — dodał po chwili i uśmiechnął się. — Jak się czujesz? Myślisz, że jesteś gotowy na małe śniadanie?

— Jeszcze pytasz? — Ben odwzajemnił jego uśmiech.

Wkrótce potem siedział już w łóżku podparty kilkoma poduszkami i dmuchał ostrożnie na przyniesiony przez Hop Singa rosół.

— Zdaje się, że obiecałeś mi jakąś opowieść? — zachęcił Adama, który przysiadł na skraju łóżka, pewnie żeby dopilnować, by osłabiony pacjent niczego nie rozlał.

Adam skinął głową.

— Pamiętasz Boston Athenaeum, tato? W zeszłym roku prócz biblioteki otwarto tam Muzeum Sztuk Pięknych. Tamtego ranka akurat miałem trochę wolnego czasu między spotkaniami…

Zdołał dojść zaledwie do połowy historii, nim Bena ponownie zmorzył sen.

Kolejny „dyżur" Adama przy rekonwalescencie przypadł dopiero następnego dnia. Tym razem wydawał się przygotowany i upewniwszy się, że ojciec niczego nie potrzebuje, nie czekając na zachętę, sam wrócił do przerwanej opowieści. Ben słuchał z zainteresowaniem i coraz bardziej żałował, że znacznie wcześniej nie nakłonił syna do zwierzeń. Rozumiał teraz znacznie więcej niż przedtem, choć było też trochę kwestii, które tylko jeszcze bardziej rozbudziły jego ciekawość.

Gdy Adam doszedł w swojej opowieści do wieczora spędzonego z Marthą nad brzegiem strumienia, zakłopotał się nagle. Benowi nietrudno było się domyślić dlaczego, ale nim zdołał coś powiedzieć, Adam niespodziewanie zerwał się i wyszedł. Na szczęście wrócił już za moment, a w ręku trzymał zwiniętą gazetę. Bez słowa podał ją ojcu i już po chwili Ben zrozumiał dlaczego. Zafascynowany, przeczytał podpisany imionami syna i synowej artykuł, a potem uniósł głowę i posłał Adamowi pełne uznania spojrzenie.

— To bardzo interesujące i świetnie napisane — pochwalił. — A ilustracje są jak żywe, twoja żona ma niezaprzeczalny talent.

— Wiem. — Adam skwapliwie pokiwał głową. — A to tylko jedna z jej zalet. — Uśmiechnął się z czułością. — Teraz rozumiesz, co mówiłem wtedy o tym, że nasze plany zaczęły się układać? Dostaliśmy zamówienie na całą serię, chcielibyśmy też, żeby kiedyś powstała z tego książka.

— A więc wracacie do Colorado?

— Na razie nie. Chcemy pojechać jeszcze na południe i odwiedzić najstarszego brata Marthy, który ożenił się z Apaczką ze szczepu Jicarilla. Potem na zimę planujemy wrócić do Bostonu i popracować nad kolejnymi tekstami, a wiosną znów ruszymy na zachód.

— A właśnie. — Ben uświadomił sobie, że została jeszcze jedna sprawa, z którą zwlekał aż nazbyt długo. — Gdzie jest Martha?

Adam odruchowo zerknął na drzwi.

— Nie wiedziała, czy będziesz chciał ją widzieć. Nie chciała cię denerwować. No i też musiała odespać, jak my wszyscy.

— Odespać? — Ben zmarszczył brwi, a w jego umyśle zaczęło majaczyć niewyraźne wspomnienie. Nagle jęknął cicho i przetarł dłonią twarz. Oczywiście. Elizabeth. Dopiero teraz dotarło do niego, że to, co wziął za wytwór trawionego gorączką mózgu, było znacznie bardziej realne, niż przypuszczał.

— Siedziała przy tobie przez cały ten czas. Powiedziała, że nie nadajemy się na pielęgniarki. — Adam uśmiechnął się lekko.

Ben z trudem przełknął ślinę i sięgnął po szklankę z wodą.

— Zawołaj ją — poprosił, kiedy już zwilżył gardło.

Adam popatrzył na niego badawczo, w końcu jednak bez słowa spełnił polecenie.

Nim weszła, Martha zapukała ostrożnie i cierpliwie poczekała na zaproszenie. Ben docenił ten gest, świadom, że w ostatnich dniach synowa musiała wielokrotnie wchodzić swobodnie do jego sypialni i oglądać go w stanie, w którym nikt nie chciał pokazywać się damie.

— Dzień dobry, panie Cartwright, jak się pan czuje? Adam powiedział, że chciał mnie pan widzieć. — Ton jej głosu był spokojny i neutralny, jednak Benowi zdało się, że wyczuwa w niej niepewność. Czy zawsze tam była, pieczołowicie skryta pod maską, tak by nikt jej nie dostrzegł?

— Usiądź, dziecko — powiedział miękko i wskazał opuszczone przez Adama, który taktownie pozostał na zewnątrz, krzesło. — Jestem ci winien przeprosiny. A także podziękowanie i doprawdy nie wiem, od czego zacząć.

Martha skrzywiła się nieznacznie na jego słowa.

— Nie jest mi pan niczego winny, panie Cartwright.

— Wiem, że troskliwie pielęgnowałaś mnie w chorobie. Tak troskliwie, że w gorączce wziąłem cię za moją zmarłą żonę.

Surowe rysy Marthy nieco zmiękły.

— Widział pan kiedyś stado bizonów? — spytała niespodziewanie.

— Owszem — odpowiedział Ben niepewnie, zastanawiając się, do czego zmierzała.

— A więc wie pan, że kiedy bizon jest chory lub ranny, reszta stada otacza go i chroni, nim nie wydobrzeje. Mój dziadek zawsze powtarza, że zwierzęta to nasi starsi bracia i wiele możemy się od nich nauczyć. Jeśli bizony potrafią w chwili kryzysu nie zważać na wcześniejsze niesnaski, to i człowiek powinien być do tego zdolny.

Ben powoli pokiwał głową, wzruszony jej odpowiedzią.

— Przeczytałem wasz artykuł — postanowił zmienić temat, stwierdziwszy, że choroba chyba osłabiła jego zdolność do trzymania emocji na wodzy. — Adam wyjaśnił mi historię jego powstania. Uważam, że robicie coś wspaniałego.

Kobieta wzruszyła ramionami z pozorną obojętnością.

— To pomysł Adama i w większości też jego wykonanie. To jemu należą się pochwały.

— Nie wpadłby na niego bez ciebie — zauważył Ben. — Adam mówi, że bardzo wiele go nauczyłaś.

Martha mimowolnie się uśmiechnęła, a w uśmiechu tym Ben dostrzegł tę samą czułość, z jaką Adam mówił o żonie przed zaledwie paroma minutami.

— Oboje uczymy się od siebie.

— Nie doceniłem cię. — Ben poczuł ukłucie winy, widząc jej zaskoczone spojrzenie. — Zbyt skupiłem się na kilku powierzchownych cechach i nawet nie próbowałem patrzeć, co kryje się pod spodem.

Martha potrząsnęła głową.

— W gruncie rzeczy trafnie mnie pan opisał. Bywam porywcza, potrafię unieść się dumą…

Ben uciszył ją ruchem ręki.

— Przyjechałaś tu jako żona mojego syna. Miałaś prawo oczekiwać, że przyjmiemy cię z otwartymi rękami taką, jaka jesteś, z twoim pochodzeniem, kulturą, zaletami i wadami, całym bagażem doświadczeń. A kiedy zawiodłem twoje oczekiwania, nie mogę cię winić za to, że zamknęłaś się w sobie i wysunęłaś kolce, by się bronić.

Martha przygryzła wargę.

— Adam wciąż mnie zapewniał, że nie mam się czego obawiać z pana strony, i w pewnym momencie zaczęłam chyba nawet wierzyć, że to możliwe. — W końcu odważyła się na szczerość. — Ale im bliżej byliśmy Ponderosy, tym większy czułam lęk, że zobaczę na waszych twarzach tę samą niechęć i pogardę, które widziałam w życiu setki razy, tyle że tym razem będą jeszcze boleśniejsze, bo będą płynęły od ludzi, którzy mieli stać mi się rodziną.

— Byliśmy jedynie zaskoczeni…

— Wiem. — Martha weszła mu w słowo. — Nie powiem, że nie było mi przykro tam na stacji, ale po tym, jak odnosiliście się do mnie w kolejnych godzinach, zrozumiałam, że nie zamierzacie mnie odtrącić tylko przez mój kolor skóry. Przez chwilę poczułam się swobodniej i być może to był mój pierwszy błąd… Nie wiem sama, doprawdy, nie potrafiłam pana rozgryźć. W jednej chwili był pan otwarty, serdeczny i gościnny, chwilę potem marszczył pan surowo brwi i przypatrywał się mi tak, że czułam się, jakbym zdawała jakiś egzamin. Pewnie zresztą zdawałam, ale trudno udzielić odpowiedzi, kiedy nie rozumie się pytań…

Ben roześmiał się cicho i z niedowierzaniem potrząsnął głową.

— A ja przez cały ten czas bezskutecznie próbowałem rozgryźć ciebie — wyjaśnił zaskoczonej jego reakcją synowej. — Wiesz, Martho, może po prostu powiedzmy sobie, że nasza znajomość niefortunnie się rozpoczęła, i zacznijmy ją jeszcze raz od nowa, tym razem jak należy? — poprosił, a gdy kobieta skinęła głowa, wyprostował się i wyciągnął rękę. — Nazywam się Benjamin Cartwright, jestem twoim teściem i niezwykle się cieszę, mogąc przywitać cię na Ponderosie.

Twarz Marthy się rozpromieniła, a w jej oczach pojawił się buńczuczny błysk.

— Bardzo mi miło, panie Cartwright. — Ujęła jego dłoń. — Jestem Mouache Ute i nazywam się Dwa Strumienie.

KONIEC


Dom McCarthych był luźno inspirowany Longfellow House.

Obraz, który oglądała Martha w pierwszej scenie, to „The Trapper's Bride" Alfreda Jacoba Millera. Natomiast Fitz Hugh Lane, ulubiony malarz Marthy, rzeczywiście malował przede wszystkim łodzie i statki.

Wojna, wskutek której Martha trafiła do McCarthych, to tzw. Jicarilla war, toczona w latach 1849-1855 między Apaczami Jicarilla i sprzymierzonymi z nimi Ute a armią Stanów Zjednoczonych na terytorium Nowego Meksyku.

Większość informacji o Ute pochodzi z researchu o tym konkretnym plemieniu, ale przyznaję, że to o Wielkim Wozie będącym łodzią wiozącą dusze w zaświaty pożyczyłam sobie akurat z serialu „Reservation Dogs", a opcję z dwiema duszami w jednej łodzi ze źródła całkiem z rdzennymi Amerykanami niezwiązanego, bowiem z piosenki „Łódki" Andrzeja Koryckiego. Oprócz Rez Dogs inspirowałam się też odrobinkę wątkami Czejenów z „Doktor Quinn" — ale jeśli ktoś rozpozna wątek rdzennych kobiet mających pełne prawo wyrzucić męża ze swojego tipi, to zapewniam, że chociaż pojawiło się to w serialu, to przypomniałam sobie o tym dopiero, kiedy wyczytałam to w trakcie researchu o Ute, nie odwrotnie :)

Jeśli zaś chodzi o imiona bliskich Marthy, ryś u rdzennych Amerykanów symbolizuje strażnika tajemnic, opiekuna, słuchacza, przewodnika, osobę intuicyjną i nieszablonową, borsuk natomiast – osobę odważną, ale też zdolną do agresji i mającą problemy w relacjach z innymi, z drugiej jednak strony zdeterminowaną, skoncentrowaną, energiczną i pewną siebie, a nawet uzdrowiciela. Znaczenie reszty myślę, że rozszyfrujecie sami :)

A co do wspomnianych w tekście piosenek, najbardziej znana jest chyba „Aura Lee" z 1861 r. – choć znana głównie z tego, że jej melodię pożyczył sobie sto lat później Elvis Presley do „Love Me Tender". „Jeanie with the Light Brown Hair" oraz „Beautiful Dreamer" są autorstwa Stephena Fostera (1826–1864), który stworzył sporo amerykańskich „klasyków". No a „Early One Morning" znacie z serialu (a jeśli nie znacie, to marsz oglądać ten odcinek! xD), dodam więc tylko, że to angielska ballada z końca XVIII wieku, więc tu też daty się zgadzają.