Kolejny rozdział gotowy, tym razem zmian jest w nim niewiele. Zmienił się trochę fragment z wizytą u goblinów, między innymi jest tam kilka drobnych zmian, które przydadzą się w dalszej części tego opowiadania, kiedy Harry spotka Narcyzę i Lucjusza.
Następny rozdział będzie jeszcze w ten weekend.
Teraz po prostu zapraszam do czytania.
][ ][ ][
MALFOY, NIE POTTER
][ ][ ][
Rozdział 2
Bill
Z przyjacielem, każda podróż,
jest wspaniałą przygodą.
][ ][ ][
Punkt widzenia Harry'ego
Początkowo nie zrozumiał, co Bill ma na myśli, gdy jednak sens jego słów w pełni dotarł do niego, szeroko otworzył oczy. Taka propozycja była ostatnią rzeczą, jakiej mógłby się spodziewać.
- Z tobą? Ale jak to? Przecież ty wyjeżdżasz… zaraz, chcesz żebym poleciał z tobą do Egiptu? - słyszał, że mówi mało składnie, jednak nie był w stanie zdobyć się na nic więcej. Perspektywa wyjazdu z kraju rozpaliła coś w nim, bał się jednak nawet w myślach, zaakceptować jego ofertę. Nie dopóki Bill nie potwierdzi tego, że mówił o tym poważnie.
- Tak Harry, uważam, że to idealne rozwiązanie. Zabiorę cię ze sobą do Egiptu. Razem spędzimy resztę wakacji, jeśli oczywiście tego chcesz.
Jeśli chcę? Jak miałbym nie chcieć jechać do Egiptu?! Tylko czy on naprawdę...
- Chcę! Oczywiście, że chciałbym pojechać z tobą Bill. Nigdy nie byłem w Egipcie! Chcę z tobą lecieć, jeśli tylko rzeczywiście mówisz poważnie? Nie będę ci przeszkadzał? Nie chciałbym sprawiać ci problemów. - urwał, niepewny co usłyszy, ale musiał o to zapytać. Po prostu musiał się upewnić, że Bill naprawdę tego chce.
Nie chcę być dla nikogo ciężarem...
- Harry, ty mi nigdy nie przeszkadzasz. Już dawno chciałem pokazać ci piękno Egiptu, piramidy i pustynię... Chciałem cię tam zabrać, jednak obawiałem się, że moja propozycja wyda ci się dziwna. Poza tym, nie mogłem powiedzieć ci o tym przy dyrektorze, on z pewnością by się temu sprzeciwił. Coś w głosie Billa sprawiło, że poczuł ciepło rozchodzące się po jego wnętrzu
- W takim razie z chęcią pojadę z tobą do Egiptu.
- Cieszę się. W porządku, zbierajmy się stąd. Gdzie są twoje rzeczy? - Dopiero po tym pytaniu ze strony Billa, do Harry'ego tak naprawdę dotarło, że to wszystko dzieje się naprawdę.
Wyjeżdżam. Do Egiptu...
- Kufer mam na dole, w komórce pod schodami. Jak wiesz wujek Vernon nie lubi magii, a skoro nie mam różdżki, wolałem nie kłócić się z nim o… - urwał, nie dodając nic więcej, ale tak naprawdę, nie musiał. Wzrok Billa mówił mu, że ten nie jest zadowolony z tego co zrobił jego wujek.
Harry wciąż miał w pamięci jedną z ich rozmów, w czasie której wspomniał przyjacielowi po raz pierwszy, jak właściwie traktuje go wujek Vernon. Tak, coś czuł, że lepiej by ten się teraz nie obudził. Był pewny, że jeśli ten wysunie swój wielgachny nos z sypialni, wtedy Bill nie zapanuje nad sobą i pokaże mu, co o tym sądzi.
- To już nie ważne. Chodź, zabierzemy stąd twoje rzeczy.
- Dobrze.
Wychodząc z pokoju, starał się iść na palcach, by nie narobić przy tym zbędnego hałasu. Ostrożnie skierował się w stronę schodów, uważając na to, by podłoga nie zaskrzypiała pod jego ciężarem... Chociaż w całym domu panowała cisza, a drogę oświetlało im jedynie wpadające przez okna światło księżyca, nie musiał się odwracać, by wiedzieć, że Bill idzie za nim. W jakiś dziwny sposób, po prostu to czuł. Pokonując dobrze znaną sobie trasę, ominął rozklekotany stopień, ręką dając znać przyjacielowi, by uważał na niego.
Zanim się obejrzał, dotarli na parter. Zatrzymując się przed komórką pod schodami, odsunął się nieco, by dać Billowi do niej dostęp. Wystarczyło jedno machnięcie różdżki i krótkie Alochomora, kłódka kliknęła. Chwilę później, rozległo się ciche skrzypnięcie i drzwiczki stanęły otworem.
Wszedł do komórki, gdy jednak chciał wyciągnąć kufer, Bill powstrzymał go, kładąc mu delikatnie rękę na ramieniu.
- Czy potrzebujesz teraz coś z kufra? – słysząc to pytanie, jedynie potrząsnął głową, zaprzeczając. Zaraz po tym, jego ciche zaklęcie sprawiło, że kufer zmniejszył się do rozmiaru pudełka od zapałek. Schował go do kieszeni i podążając za Billem, ponownie wrócił na piętro.
- Jak się stąd wydostaniemy? – zapytał cicho, gdy znów zamknęły się za nimi drzwi, bezpiecznie oddzielając ich od śpiących Dursley'ów.
- Polecimy na miotle. - Gdy w ręku Billa znalazła się miotła, Harry sięgnął ręką do kieszeni, gdzie spoczywał jego zmniejszony kufer.
- Nie wyjąłem własnej. Jeśli mamy podróżować na miotłach, to musisz... - zaczął, chcąc poprosić przyjaciela o to, by przywrócił jego bagaż do naturalnych rozmiarów. Musiał wyjąć z niego błyskawicę, jednak Bill mu przerwał, kręcąc głową.
- Nie Harry, nie ma potrzeby, polecimy na jednej. Tak będzie bezpieczniej.
- W porządku. - zgodził się, patrząc jak Bill, sprawnie wchodzi na parapet i staje w teraz szeroko otwartym oknie.
- Podejdź, usiądziesz za mną.
Harry nie zaprotestował. Po prostu wdrapał się na parapet i przytrzymując ramy okiennej, ostrożnie przełożył nogę przez drewniany trzonek, siadając tuż za Billem.
- Złap się mnie Harry. Trzymaj się mocno. - Ledwie spełnił polecenie, Bill odepchnął się od parapetu i wystartowali.
Czując jak owiewa ich powietrze, mocniej objął Billa w pasie. Uwielbiał latanie na miotle, jednak to był pierwszy raz, gdy leciał jako pasażer. Szeregi identycznych domów, powoli zaczynały znikać za nimi. Im bardziej oddalali się od numeru czwartego, tym większy uśmiech pojawiał się na jego twarzy. Wtulając się w plecy starszego czarodzieja, po raz pierwszy od dawna czuł, że spadł z niego wielki ciężar.
Był wolny.
Czekało go jeszcze ponad półtora miesiąca wakacji i po raz pierwszy tak naprawdę, cieszył się z tego powodu.
Te wakacje będą wspaniałe.
][ ][ ][
Obudziły go pierwsze promienie słońca, które wpadając przez okno, pogrążyły cały pokój w pomarańczowym blasku. Rozejrzał się po niewielkim pomieszczeniu. Dostrzegając zielonkawe ściany, w pierwszej chwili, nie wiedział gdzie jest. Poruszył się i jego wzrok padł na rude kosmyki śpiącego tuż obok niego, mężczyzny. Przez jego twarz przemknął uśmiech, gdy powróciły do niego wspomnienia z poprzedniego wieczoru.
Privet Drive… Bill… wakacje w Egipcie... lot na miotle, w świetle gwiazd…
Leżał nie ruchomo, pozwalając swoim myślom płynąć. Nie chciał budzić Billa. Zarwał noc z mojego powodu… powinienem dać mu się wyspać. Starając się oddychać spokojnie i nie wydawać żadnych głośniejszych dźwięków, po prostu cieszył się z tego, że udało mu się opuścić przeklęte Privet Drive.
Lato w Egipcie, z dala od cholernego Dumbledore'a, wujka Vernona i ciotki Petunii… Dziękuję ci Biill. Dziękuję. – pomyslał i zaczerwienił się, gdy nagle zorientował się, że wciąż studiuje rysy twarzy Billa. Odwrócił od niego wzrok, zaraz jednak powrócił do przerwanej czynności. Czuł że palą go policzki i sam nie wiedział, czemu to robi, jednak chciał popatrzeć na niego choć jeszcze przez chwilę. Świadomość że Bill śpi tuż obok niego sprawiła, że ogarnął go spokój. Był odprężony i wcale nie miał ochoty, na ruszanie się z tego miejsca.
Ani trochę.
Z zamyślenia wyrwał go dziwny dźwięk, było zupełnie tak, jakby nagle do pokoju wpadło stado skowronków. Rozejrzał się, nie wiedział jednak skąd pochodzi, zaraz jednak Bill poruszył się i nie wiadomo kiedy, w jego ręku pojawiła się różdżka.
- Finite Incantatem. - ledwie zaklęcie przebrzmiało, świergot ptaków ucichł.
- Nie wiedziałem że jest zaklęcie które działa jak budzik. – rzucił, podnosząc się i spuszczając nogi na podłogę.
- To zaklęcie dźwiękowe połączone z czarem czasowym.
- To jest genialne, ale nigdy o tym nie słyszałem. Skoro jest coś takiego, czemu większość w moim dormitorium wciąż używa zwykłych budzików?
- Z prostego powodu, niewielu zna to zaklęcie. Prawdę mówiąc, to wynalazek mojego przyjaciela i jak dotąd, wciąż nie namówiłem go, na opatentowanie tego czaru.
- Opatentowanie? – zapytał. Bill początkowo nie odpowiedział. Powoli wciągnął buty i wstał. Dopiero gdy podszedł do okna, odezwał się.
- Kiedyś było to znacznie prostsze, jednak od kilku lat nie jest łatwe puszczenie nowego zaklęcia w obieg. Przez najnowsze wymagania Ministerstwa Magii, każdy czar musi być wpierw dokładnie przebadany i przetestowany przez niezależne grono ekspertów. Następnie, gdy ono go zatwierdzi, rozpoczyna się żmudny proces klasyfikowania zaklęcia, a potem dokumentowania go. Całe przedsięwzięcie zazwyczaj trwa od półtora roku do dwóch lat.
- Dwa lata na zaakceptowanie zwykłego zaklęcia? Przecież to chore! - zawołał, mimowolnie podnosząc głos.
- Niestety, obecnie w świecie magii jest wiele absurdalnych procedur, które raczej utrudniają niż ułatwiają życie czarodziejom.
- Czy nie można czegoś z tym zrobić? – zapytał, podchodząc do Billa i wyglądając przy tym przez okno, na budzącą się do życia ulicę.
- Zapewne do czasu, aż ktoś nie zdejmie Knota ze stołka, nic się nie zmieni. Ale dość o tych sprawach, w końcu mamy znacznie ciekawsze rzeczy do zrobienia. - gdy Bill niewinnie uśmiechnął się do niego, nie zdołał się powstrzymać i odpowiedział mu tym samym.
- Wiem że nie planowałeś mnie zabierać i jestem pewien że masz jeszcze wiele rzeczy do zrobienia przed naszym wyjazdem. Idź, ja zaczekam tutaj na ciebie. - po chwili ciszy, Harry odezwał się, nie chcąc przeszkadzać przyjacielowi.
- To prawda że mam jest jeszcze kilka kwestii którymi muszę się dziś zająć, Harry. Nikt jednak nie powiedział, że przez to ty musisz cały dzień spędzić w tym pokoju. Myślę że po śniadaniu spokojnie możesz wybrać się na spacer po Pokątnej. - Przytaknął, z radością akceptując ta propozycję, zaraz jednak zmarkotniał, uświadamiając sobie pewną rzecz.
- Co będzie jak ktoś mnie rozpozna? Wszyscy przecież wiedzą jak wyglądam. Jeśli ta informacja dotrze do dyrektora to obawiam się że wrócę do wujka zanim nastanie południe. Poza tym śmierciożercy też pewnie się tam kręcą, a ja nawet nie mam przy sobie różdżki… - westchnął, nie wiedząc co jest gorsze.
- Wystarczy że nie pójdziesz tam jako Harry Potter.
- Myślisz o wielosokowym?
- Niestety nie mam go przy sobie, ale jestem pewny, że zdołamy coś poradzić na twój wygląd. Usiądź na krześle przy oknie.
Nie bardzo wiedział, co Bill chce w ten sposób osiągnąć, jednak posłusznie usiadł przed nim na krześle przy oknie. Bill przez chwilę przyglądał mu się krytycznie, w końcu zaś sięgnął do jego twarzy i nim miał szansę zaprotestować ściągnął mu okulary.
- One są jedną z najbardziej charakterystycznych rzeczy w twoim wyglądzie. Gdy mówi się o Harrym Potterze wszędzie pojawiają się opisy chłopca z blizną na czole, w dużych okrągłych okularach, z włosami sterczącymi we wszystkie strony. Ja sam słyszałem to jeszcze zanim spotkaliśmy się po raz pierwszy.
- Moje włosy inaczej się nie układają, a bez okularów jestem praktycznie ślepy jak kret.
- Spokojnie, coś na to poradzimy.
Po tych słowach Bill nie odezwał się do niego więcej, zamiast tego sięgnął po różdżkę i zaczął coś robić z jego włosami. W ciągu kilku kolejnych minut Harry raz czuł owiewające go zimne, to znów ciepłe powietrze. Nie miał jednak pojęcia, co takiego właściwie Bill robi.
- Dobrze sądzę, że to wystarczy. Teraz zajmijmy się jeszcze twoimi oczami. Spójrz na mnie i postaraj się przez chwilę nie mrugać.
Spełniając polecenie, utkwił wzrok w jednym punkcie i czekał, zastanawiając się, jak Bill zamierzał rozwiązać problem z jego okularami.
- Speaclai.
- Aaggh - Harry krzyknął, starając się cofnąć. Oczy przeszyło tak ostre ukłucie, że miał wrażenie, że coś próbuje przedostać mu się w głąb czaszki. Zacisnął powieki, wściskając sobie pięści w oczy. Czekał aż paskudne pieczenie, które nastąpiło zaraz po tym, choć trochę zelży. W końcu przetarł załzawione oczy, powoli je otwierając.
- Co to by... - zaczął i urwał, zaskoczony rozglądając się po pokoju. Wszystko było wyraźne. Jeśli miał być ze sobą szczery, widział teraz nawet lepiej, niż kiedykolwiek w okularach.
- Łał... - wyrwało mu się.
- Czyli zaklęcie działa.
- Tak. Co to za czar?
- Zaklęcie speaclai, wyostrza wzrok, niestety jednak efekt nie jest trwały. Zazwyczaj zaklęcie utrzymuje się od ośmiu do dwunastu godzin. Czas trwania różni się zależnie od stanu zdrowia osoby oraz jej poziomu magicznego.
- I tak jest wspaniałe. Nauczysz mnie go? Mógłbym wtedy na zawsze pozbyć się tych cholernych okularów.
- Obawiam się, że to tak nie działa Harry. Zaklęcie nie jest idealne. Jak wspomniałem, działa maksymalnie do dwunastu godzin, nie dodałem jednak, że nie wolno rzucać go więcej niż raz na dobę.
- Czy jest aż tak niebezpieczne? – pytając o to, Harry wciąż był przekonany, że ten czar i tak jest znacznie lepszy od noszenia okularów.
- Po opadnięciu zaklęcia, wzrok przez kolejne dwie, trzy godziny jest osłabiony. Kontury przedmiotów mogą się zamazywać, mogą pojawić się też bóle głowy. To dlatego, nie wolno rzucać czaru więcej niż raz na dobę. Ciało musi mieć czas, na dojście do siebie.
- A jeśli i tak bym rzucił zaklęcie? Coś by się stało?
- Gdybyś rzucił zaklęcie ponownie przed upływem dwudziestu czterech godzin, zadziałałoby, jednak jego działanie byłoby znacznie krótsze. Poza tym, mogłoby dojść do uszkodzenia rogówki. W najlepszym przypadku skończyłoby się na kilkudniowym osłabieniu wzroku, w najgorszym, mogłoby się to wiązać z trwałym oślepieniem. – zadrżał, biorąc sobie te słowa do serca.
Nie chciałbym całkowicie oślepnąć...
- Jak ci się podoba efekt końcowy? - Nie bardzo zrozumiał te słowa, ale Bill nie dodał nic więcej, po prostu wskazał na wiszące w rogu lustro. Wstał i podszedł do szklanej tafli, ciekaw co tak właściwie ten zmienił. To co ujrzał w lustrze, przeszło jego wszelkie oczekiwania.
Włosy zwykle sterczące we wszystkie strony, nie poddające się żadnym zabiegom grzebienia, teraz gładko się układały. Nie, nie sprawiały wrażenia ulizanych, wciąż były puszyste, jednak nie tworzyły już takiej szopy. Ponadto, teraz grzywka opadała na czoło, ładnie ukrywając bliznę. Musiał przyznać, że w takim uczesaniu o wiele bardziej się sobie podoba. W dodatku, oczy nie ukryte za oprawkami okularów, zdawały się jeszcze bardziej zielone. Zwykle nie przyglądał się swoim oczom, teraz jednak miał wrażenie, że z czymś mu się ta zieleń kojarzy, w tym momencie jednak nie umiał wyłapać, co to jest. Bill miał rację, bez okularów wyglądam zupełnie inaczej... tylko, czy to wystarczy, żeby nie dostrzegli Harry'ego Pottera?
- Myślisz, że nikt nie zorientuje się, kim jestem?
- Uważam że teraz twój wygląd na tyle się różni, że nikt nie połączy cię z Harrym Potterem. W porządku, myślę, że nadeszła pora na śniadanie. Jak zjemy, ja wyjdę załatwić ostatnie sprawy, a ty w tym czasie pójdziesz na Pokątną. Spotkamy się ponownie o piętnastej, powiedzmy, w lodziarni, w porządku?
- Tak. - z nie schodzącym uśmiechem z twarzy, wraz z Billem opuścił pokój, kierując się na dół. Myśl o śniadaniu, uzmysłowiła mu jak bardzo jest głodny. W końcu, jak się zastanowił ostatnim jego posiłkiem było wczorajsze śniadanie...
][ ][ ][
Wciąż było dosyć wcześnie, jednak przygrzewające słońce świadczyło o tym, że dzień będzie wyjątkowo upalny. Z uwagi na wczesną porę, ulica była prawie pusta. Idąc przyglądał się powoli otwierającym się straganom, zastanawiając przy tym, jaka pogoda może panować teraz w Egipcie.
Czy tam też jest tak ciepło jak tutaj?
Powolnym krokiem zmierzał w obranym przez siebie kierunku, wciąż pogrążony we własnych myślach. Na ulicy nie było jeszcze zbyt wielu czarodziejów, ale fakt, że żadna z obecnych osób nie zwracała na niego uwagi, poprawiał mu nastrój. Nigdy nie podejrzewał, że wystarczy tak niewielka zmiana, by stać się jednym z wielu przechodniów. Owszem, z pewnością ktoś znajomy jak na przykład Ron lub Hermiona, dostrzegłby Harry'ego Pottera. Mimo wszystko jednak, dla obcych, był jedynie kolejnym anonimowym nastolatkiem.
Szkoda, że tak nie może być zawsze.
Do rzeczywistości przywrócił go widok majestatycznego budynku Banku Gringotta który górował nad całą ulica Pokątną. Wchodząc do środka, skierował się do siedzącego przy jednym z kontuarów goblina. Nie posiadał klucza do skrytki, ten bowiem wciąż był w posiadaniu dyrektora. Jednak miał nadzieję, że i tak uda mu się wybrać trochę pieniędzy. Nie chciał jechać do innego kraju, bez grosza przy duszy.
Bill już i tak wiele dla mnie robi…
- Przepraszam, chciałbym wybrać trochę pieniędzy ze skrytki. - po chwili wahania, zwrócił się do goblina. Ten przerwał pracę nad jakimś dokumentem i spojrzał na niego.
- Klucz.
- Eee, zaczął, nie wiedząc jak ująć swoją prośbę w słowa, w końcu jednak, zdecydował się po prostu powiedzieć prawdę. - Nie mam klucza, podejrzewam że obecnie znajduje się on w posiadaniu dyrektora Hogwartu. Przyznam że wolałbym nie informować go o moich planach.
Goblin przez chwilę mierzył go wzrokiem, po czym sięgnął po jakąś grubą, oprawioną w skórę księgę.
- Nazwisko.
- Potter. Harry Potter - te słowa wyszeptał, wdzięczny że w sali jest tylko kilka osób.
Nie chciał zostać w tak głupi sposób zdemaskowany, nie po tym, ile trudu kosztowało Billa umożliwienie mu wmieszania się w tłum. Tymczasem goblin położył rękę na jednej ze stron i wydał z siebie kilka dziwnych dźwięków. Wiedział, że to język gobliński, ale nie rozumiał z niego ani słowa.
- Przyszedł pan bez opiekuna, rozumiem więc, że chce pan zajrzeć jedynie do swojej osobistej skrytki?
Osobistej skrytki? Zaraz, zaraz, czy to znaczy że jest ich więcej?
- Ile mam skrytek? - To pytanie najwyraźniej zaskoczyło goblina. Wydawało mu się, że nie jest zadowolony z tego, że pyta go o coś takiego. Jego kolejne słowa, tylko to potwierdziły:
- W chwili obecnej posiada pan trzy skrytki. Jedną z nich jest ta z której korzystał już pan kilkukrotnie. Kolejną jest skrytka rodowa, ale do niej może mieć dostęp jedynie pełnoletni czarodziej.
- Jestem pełnoletni. – po jego słowach goblin zmierzył go dziwnym spojrzeniem, po czym ponownie spojrzał na księgę i dodał:
- 31 lipca kończy pan osiemnaście lat, zgadza się?
- Tak.
- W siedemnaste urodziny osiągnął pan magiczną dojrzałość, która daje panu prawo do swobodnego korzystania z magii. Jednakże nie jest ona tożsama z dojrzałością społeczną. Dopiero w dwudzieste pierwsze urodziny zostanie pan w pełni uznany za dorosłego. Wtedy będzie pan miał dostęp do wszystkich skrytek, posiadanych przez pana miejsc w Wizengamocie oraz tytułu Lorda.
Tytułu lorda? – chciał zapytać, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, nie chcąc wyjść na jeszcze większego głupca. Może Bill będzie mi w stanie to wszystko wyjaśnić…
W tej chwili poza skrytką z której pan obecnie korzysta, może pan zajrzeć do jeszcze jednej skrytki. Zyskał pan to prawo w swoje siedemnaste urodziny, jednak może pan tam wejść tylko w towarzystwie wyznaczonego opiekuna. Sowa z informacją o tym została wysłana do pana, w pańskie siedemnaste urodziny.
Czy Dumbledore przejął także tą sowę? Tylko dlaczego miałby zataić przede mną informacje o tym że mogę zajrzeć do jednej z pozostałych skrytek?
- Nie wydaje mi się, żeby ta sowa do mnie dotarła.
- Z pewnością została wysłana, a sygnatura klucza zapewniła jej dotarcie do celu.
Sygnatura klucza? Czy to znaczy że jakoś naprowadziła list? Jeśli tak, to tylko potwierdza to, że z pewnością wylądował on w rękach dyrektora...
- Klucz do mojej skrytki posiada Albus Dumbledore. Tak naprawdę nigdy nawet nie dostałem go do ręki.
- W dokumentach, Albus Dumbledore figuruje jako pański magiczny opiekun, jednak miał on obowiązek wręczyć panu klucz, w pańskie jedenaste urodziny. Od lat nadzoruje on zarządzanie pańskim majątkiem. Jednak od czasu ukończenia przez pana jedenastu lat, powinien raz w roku informować Pana o rezultatach przeprowadzanych operacji.
Nie zaskoczyła go informacja, że dyrektor jest jego magicznym opiekunem. Jak nad tym pomyślał, było to całkiem logiczne. W końcu jego wujostwo nie chciało mieć nic wspólnego z czarodziejami, więc było zupełnie tak, jakby ich praktycznie nie było... Mimo wszystko, świadomość że zataił przed nim kolejne fakty, ani trochę mu się nie podobała.
- O niczym mnie nie informował. - zaczął Harry i urwał by wziąć głębszy oddech, po czym błyskawicznie podejmując decyzję, dodał:
- Czy mógłbym dostać dokumenty dotyczące majątku z kilku ostatnich lat? I czy od tej pory, mógłbym być informowany o wszystkim osobiście? - Goblin wyraźnie zamyślił się, po czym zaczął coś sprawdzać w kolejnej książce. Minęło blisko pięć minut, nim ponownie się odezwał.
- Do momentu uzyskania przez pana pełnoletności, Albus Dumbledore pozostanie pańskim magicznym opiekunem. Jednak patrząc na jego dotychczasowe postępowanie myślę, że możemy tą całą sprawę rozwiązać nieco inaczej. To do pana będą trafiały sprawozdania z przeprowadzanych przez nas transakcji, następnie pan dokona selekcji tego, które z informacji mamy przekazać pańskiemu opiekunowi.
- Bardzo dziękuję. Takie rozwiązanie byłoby wspaniałe. - Harry uśmiechnął się z wdzięcznością do goblina, czując że dzięki temu, może przynajmniej częściowo odzyska kontrolę nad własnym życiem.
- Niestety operacji które zleca nam pański opiekun, nie możemy zignorować, muszą zostać przeprowadzone, mogę jednak załatwić to tak, by i o nich był pan informowany.
- Poproszę, to i tak będzie więcej niż miałem... – urwał, jednak goblin zdawał się wiedzieć co chce przekazać.
- Teraz pozostaje sprawa skrytki do której uzyskał pan dostęp w swoje siedemnaste urodziny.
- Chodzi o tą którą mogę odwiedzić wraz z opiekunem, prawda? - zapytał przypominając sobie co wcześniej usłyszał - Nie sądzę by Dumbledore planował w najbliższym czasie mnie tu przyprowadzić.
- Myślę że nie zrozumieliśmy się panie Potter. Skrytka o której mowa, ma przypisanego opiekuna, a właściwie dwóch, z którymi może pan do niej wejść. Żadną z wymienionych osób nie jest Albus Dumbledore.
Nie on? – tego się nie spodziewał.
- Z kim mogę tam wejść?
- O tym na razie nie wolno mi jeszcze mówić. Jeśli deklaruje pan chęć zajrzenia do skrytki, sowy zostaną wysłane do wyznaczonych osób. Po ich odpowiedzi ustalimy, z którym z opiekunów i w jakim terminie, będzie mógł się pan tam udać. - Ta odpowiedź go zastanowiła, nie drążył jednak dalej, wiedząc, że i tak nic więcej teraz nie uzyska.
- W porządku.
- Teraz zaprowadzę pana do skrytki, by mógł pan wybrać pieniądze. Jako że nie posiada pan klucza, dopilnuję również, żeby został przysłany do pana duplikat. Klucz powinien trafić do pana w ciągu tygodnia.
- Czy mógłbym prosić, by mój opiekun nie dowiedział się o tym, że wybrałem dziś pieniądze ze skrytki?
- Nie mogę zataić tej informacji, jako że to nie my dokonujemy operacji, a pan osobiście wybiera pieniądze ze skrytki. Jednakże nie oznacza to, że dowie się o tym natychmiast. Co miesięczną sowę otrzymuje on na koniec miesiąca. Jeżeli wcześniej nie przyjdzie zapytać osobiście, to… - goblin nie dodał nic więcej, ale nie musiał. Obaj doskonale się zrozumieli.
- Dziękuję. W takim razie proszę o zaprowadzenie mnie do mojej osobistej skrytki.
- Oczywiście panie Potter, proszę za mną.
][ ][ ][
Kilkanaście minut później wysiadał z małego wózeczka w głębi gringotta. Stając przed dobrze znaną kryptą, po raz kolejny zastanawiał się, co jest w tamtej, do której uzyskał dostęp w zeszłe urodziny. Dlaczego mogę dopiero wejść do niej jako siedemnastolatek? Czemu z opiekunem? Kim właściwie są osoby z którymi mogę się tam dostać? – wciąż pogrążony w myślach, napełnił sakiewkę złotymi galeonami i srebrnymi knutami.
- Czy to wszystko?
- Tak, mam już wszystko. – odpowiedział, zawiązując sakiewkę i wsiadając ponownie do małego wózka. Droga powrotna przebiegła w milczeniu. Gdy jednak ponownie znaleźli się na górze i wysiadał już z wózka, przypomniał sobie o jeszcze jednej rzeczy.
- Przez resztę wakacji będę poza Londynem, najpewniej w Egipcie, czy sowa z kluczem, może zostać tam wysłana?
- Oczywiście. Czy chce pan aby została skierowana do pana, czy do Egipskiej części Gringotta?
- Chyba wolałbym odebrać klucz z Gringotta.
- W takim razie będzie on tam na pana czekał.
- Dziękuję. Do widzenia.
- Do widzenia, panie Potter.
Ściskając sakiewkę w dłoni, poprawił włosy, upewniając się że przykrywają bliznę i opuścił majestatyczny budynek, wychodząc na zalaną słońcem, ulicę Pokątną.
][ ][ ][
Speaclai - Zaklęcie użyte jako czar do poprawy wzroku, to słowo pochodzące z języka irlandzkiego, w tłumaczeniu po prostu okulary.
Z uwagi na potrzeby opowiadania zdecydowałam się na kilka zmian w porównaniu do książek. Przede wszystkim zmieniłam nieco pojmowanie bycia osobą kompetentną w magicznym świecie, że się tak wyrażę. Osobiście pasuje mi to bardziej niż siedemnastolatek z tytułem Lorda…
Przypominam także, że w tym opowiadaniu używam normalnej odmiany imion jak na przykład Billem, Draconem, Lucjuszem, Fredem i tak dalej…
][ ][ ][
Koniec rozdziału 2
