24 maja 1979 roku, sobota.
Severus nie musiał się długo zastanawiać, do którego momentu w czasie powinien się cofnąć. Datę miał od bardzo dawna wydrukowaną wielkimi literami gdzieś z tyłu głowy. Dzień, w którym wszystko się skończyło, w którym stracił resztki nadziei i ostatecznie osunął się w cień.
Ślub panny Lily Evans z panem Przeklętym Debilem, Esq.
Dobrze pamiętał tę sobotę, nie potrafił jej zapomnieć. Do końca liczył, że coś się wydarzy… Ziemia się rozstąpi, piekło zamarznie, z nieba runie meteoryt. Ale nie. Lily ani myślała w ostatniej chwili otrząsnąć się z tego fatalnego zauroczenia. Wyszła za niego, tego nic niewartego dupka z Gryffindoru. Złotego młodzieńca, który dręczył go – ich! – przez pierwsze pięć lat nauki w Hogwarcie, dopóki nie ocknęły się w nim hormony i nie dostrzegł, jak śliczna jest Lily. Severusowi nikt nie musiał tego tłumaczyć, już wówczas był nią zauroczony po uszy. Tylko co z tego? Kochał ją po swojemu, w ciszy, nie robiąc z tego przedstawienia na całą szkołę. I oczywiście przegrał. Wybrała cudownego Pottera, jak każda pierwsza lepsza kretynka.
Wyszła za niego, dała sobie zrobić mityczne, magiczne, wywróżone w przepowiedniach dziecko-niespodziankę, a potem pozwoliła się zabić.
Idiotka, skończona oszołomka!
Jednak nie tym razem. Nie, gdy Severus czuwał na posterunku i zamierzał w końcu przystąpić do czynu. A skoro i tak musiał zmienić ten jeden element, to dlaczego nie więcej? Dlaczego nie miałby naprawić całej tej historii, która tak tragicznie źle się potoczyła? Zacząć jeszcze raz, od początku, z drobną przewagą, jaką dawała znajomość przyszłości.
Znał ten dzień na pamięć, nieustannie powracał do niego w koszmarnych snach, dlatego znakomicie się w nim odnajdywał. Wiedział dokładnie, kto będzie się znajdował gdzie i w którym momencie. Idealnie. O poranku opuścił pusty gabinet dyrektora (Zmieniacz Czasu nie pozwalał dowolnie wybrać lokacji, więc z tym musiał sobie jakoś poradzić) i odziany w swoje mroczne szaty czym prędzej opuścił Hogwart. Byłoby nieciekawie, gdyby ktoś go zauważył, ale… Kto nie ryzykuje, nie pije Felixa. Już podczas nauki poznał wiele tajnych ścieżek, resztę wiedzy nadrobił, gdy został nauczycielem. Potrafił poruszać się po zamku niezauważony i nie niepokojony. Następnie udał się do Zakazanego Lasu i stamtąd aportował do Cokeworth. Nienawidził tego miejsca, zatem docenił fakt, że nie musiał go oglądać od strony podłych rejonów, które zamieszkiwał w dzieciństwie. Pojawił się od razu w zielonej, porośniętej wysokimi drzewami alejce tej lepszej części miasteczka, gdzie znajdowały się schludne domki klasy średniej. Uświadomił sobie, że nigdy się nie dowiedział, czym zajmował się ojciec Lily. Sądząc jednak po tym, że stać go było na taką posiadłość, być może należał do ludzi, którzy kilka lat wcześniej przyjechali do Cokeworth, aby zmodernizować (czyli zamknąć) fabrykę – jedyne miejsce stabilnego zatrudnienia w całym regionie. Tylko takim mętom dobrze żyło się w podupadającej, zatrutej przemysłowymi oparami mieścinie.
Mniej więcej w tym czasie pracę stracił Tobiasz Snape, co naturalnie go załamało i tym samym zapoczątkowało niekończący się koszmar małego Severusa: urocze dzieciństwo hojnie przyprawione niewydolnym socjalem i tanim alkoholem.
Zdecydowanie zepchnął te wspomnienia na samo dno pamięci. Nie miał teraz czasu na użalanie się nad sobą, musiał się skupić na celu.
Domek Evansów znajdował się daleko od cuchnącej rzeki, oparów wszechogarniającego smutku i szpecącego krajobraz komina. Nie był może zbyt duży, ale ładnie utrzymany i komfortowo wyposażony – z drewnianymi okiennicami, świeżo odmalowanym płotkiem i rozległym ogrodem na tyłach. Severus dobrze go znał. Regularnie przychodził tam, żeby bawić się z Lily… I Petunią, naturalnie, bo niełatwo było pozbyć się starszej, wiecznie skrzywionej i nieznośnej Evansówny, która nie miała własnych przyjaciół, więc zazdrośnie kleiła się do nich jak rzep.
Severus zakradł się na posesję cicho niczym duch. Wiedział, że cała rodzina Evansów (poza Lily naturalnie) jest zajęta ostatnimi przygotowaniami do wesela. Rodzice znajdowali się w kuchni lub ogrodzie, Petunia mignęła mu gdzieś w przelocie, znikając za węgłem. Niosła pudło wypełnione wstążkami i papierowymi lampionami. Tylko panna młoda nie była zajęta dekorowaniem domu – szykowała się w dziewczęcej sypialni na swój wielki dzień. Dlatego to właśnie tam Severus skierował swe kroki. Schody były całkiem puste, korytarz też. Z wprawą ominął tę jedną skrzypiącą deskę, która mogła przed czasem zdradzić jego obecność, i chwycił za klamkę. Drzwi w mugolskim budynku nie były zamknięte ani zabezpieczone zaklęciem. Co za wstrząsająca beztroska. Severus bezszelestnie wsunął się do środka.
Zamarł tuż za progiem. Myślał, że będzie na to gotowy – podobno miał nerwy ze stali – ale nie był. Dopiero co widział ją martwą, rozciągniętą na zimnej podłodze, z szeroko rozrzuconymi ramionami oraz oczami tępo wpatrzonymi w sufit, a teraz, zaledwie parę godzin później, Lily stała przed nim żywa. Cała i zdrowa…
I to jeszcze jak.
Młodsza panna Evans zdecydowanie nie spodziewała się gości. Stała na środku sypialni w samej bieliźnie – nowej, odświętnej, uszytej głównie z delikatnej koronki. Jedną stopę postawiła na stołku i walczyła z białą pończochą, którą próbowała dociągnąć do połowy uda. Szczupłego i atrakcyjnego uda, jednak o tym Severus pamiętał jeszcze z czasów Hogwartu i powiewających na wietrze mundurków. Do kompletu należała również podwiązka oraz przedziwna konstrukcja z opinającego biodra pasa i towarzyszących mu pasków, które powinny przytrzymać ową pończochę. Młody Snape zdawał sobie niejako sprawę z istnienia tego elementu damskiej garderoby, ale nigdy nie widział go na żywo – i tym bardziej nie spodziewał się zobaczyć w tej chwili, na kobiecie, która jeszcze przed chwilą była martwa.
Lily miała włosy nadal zawinięte w papiloty. Powoli się rozplatały i opadały na jej twarz, powodując irytację. Ponieważ miała zajęte ręce, dmuchała nerwowo, chcąc usunąć kosmyki z oczu.
– Tuniu, podarłam już dwie pary pończoch – odezwała się nagle, a Severus omal nie dostał zawału. Nie słyszał jej głosu od lat. Widocznie jakimś cudem zarejestrowała ruch przy drzwiach, ale wzięła go za swoją siostrę. – Jeżeli te nie wytrzymają, ktoś będzie musiał skoczyć do miasta i…
Odwróciła się, zobaczyła, kto naprawdę znalazł się w jej sypialni. Usta Lily ułożyły się w kształtne O, gotowe bluznąć tysiącem inwektyw i narobić rabanu na cały dom.
Na szczęście Severus miał refleks.
– Nie krzycz. – Wyciągnął przed siebie dłoń w uspokajającym geście. – Przysyła mnie Dumbledore.
Magiczne nazwisko dyrektora zdziałało cuda. Jak to możliwe, że wszyscy, zawsze i wszędzie, bezwzględnie mu ufali? Severus również – dopóki się nie przekonał, że starszy czarodziej w wielu sprawach jest zupełnie bezsilny.
– Dumbledore? – powtórzyła nieufnie Lily. W dłoni już miała różdżkę, choć Severus wolał nawet nie fantazjować o tym, gdzie ją do tej pory ukrywała. – Czego Dumbledore mógłby chcieć od kogoś takiego jak ty, Severusie? Jesteś zwykłym…
– Śmierciożercą? Zdrajcą? Czarnym charakterem? – wyręczył ją. – Uwierz mi, słyszałem już wszystko, a teraz zwyczajnie nie mamy czasu na rozrachunki z przeszłością.
– O czym ty mówisz?
Snape chciał odpowiedzieć prosto, jasno i konkretnie. Miał ułożoną całą przemowę, jednak słowa nagle wyleciały mu z głowy. Zamiast tego… Gapił się. Gapił się tak, jak jeszcze nigdy w życiu. Z intensywnością, która sprawiła, że i Lily w końcu się zaniepokoiła. Zerknęła w dół, na swój strój, a wtedy powód całego tego gapienia stał się dla niej jasny jak słońce. Zrozumienie odznaczyło się szkarłatem na jej policzkach, po czym spłynęło po szyi i rozlało się również w tym rejonie, w który Snape wpatrywał się najbardziej natrętnie.
– Przestań! – pisnęła Lily, na moment tracąc rezon. – Gdzie się gapisz?
Jedną ręką sięgnęła po szlafrok, w drugiej nadal ściskała różdżkę. Jako że za nic w świecie nie zamierzała się z nią rozstawać, wcisnęła ją między zęby i błyskawicznie się ubrała. Zacisnęła pasek od szlafroka tak mocno, że omal się nie przepołowiła, potem szarpnięciem odgarnęła włosy z czoła.
– No dobra – rzuciła zarumieniona. – Mów. Tylko szybko.
Severus, również nieco rumiany, odważniej wszedł do pokoju, nie zdejmując z niej intensywnego spojrzenia bezdennych, czarnych oczu.
– Nie możesz za niego wyjść – oświadczył.
– Słucham?! – Przelotne zaufanie, jakim go obdarzyła przez wzgląd na dyrektora, prysło jak bańka mydlana. – Tylko po to tu przyszedłeś? Żeby powiedzieć mi coś tak idiotycznego w dzień mojego ślubu?
– W porządku. – Severus zmienił front, uśmiechając się paskudnie. – Wyjdź za niego… I umrzyj.
Zbliżył się jeszcze bardziej, Lily odruchowo się przed nim cofnęła, wyciągając przed siebie różdżkę. Wcześniej nie rozumiała z tego nic, teraz jeszcze mniej.
– Czy to groźba? – zapytała.
– Ostrzeżenie.
– Od dyrektora, tak?
– Poniekąd.
– Czyli wcale nie.
– Bynajmniej, ale ty oczywiście wszystko wiesz najlepiej.
– Nie, to ty musisz wiecznie się mądrzyć. Czy zamierzasz osobiście zamordować Jamesa, jeśli nie posłucham twojej dobrej rady?
– Nie pochlebiaj sobie.
– Więc czego ode mnie chcesz?!
Dyskusja momentalnie wymknęła się spod kontroli i przerodziła w pyskówkę. Stali naprzeciwko siebie, wściekli i obrażeni, sukcesywnie podnosząc głosy. Za dużo było między nimi zadawnionych, nierozwiązanych spraw, aby to wszystko miało szansę potoczyć się gładko.
Severus się denerwował. Nic nie szło zgodnie z planem, ale to ostatecznie żadna nowość – stały refren jego życia. Dlatego zanim zdążył to przemyśleć, wypalił prosto z mostu:
– Przybywam z przyszłości.
Lily zamilkła w połowie gotowej riposty. Spojrzała na niego, zamrugała wielkimi, szmaragdowymi oczami. Wcześniej wydawała się choć odrobinę przerażona, teraz wybuchła śmiechem.
– Serio? Ze wszystkich możliwych wykrętów wybrałeś właśnie ten? Masz mnie za pierwszą naiwną?
– Wolałabym nie odpowiadać na to pytanie. W końcu zgodziłaś się wyjść za…
– Zamknij się!
– W każdym razie nie żartuję. – W akcie desperacji wyciągnął spod szaty Zmieniacz Czasu.
Panna Evans już go nie słuchała. Z bardziej sprzyjających okoliczności – nie wydawała się dłużej zła ani podejrzliwa. Zwyczajnie machnęła na niego ręką i usiadła przy toaletce. Zaczęła rozwijać oporne, poplątane papiloty.
– Och, Sev – zwróciła się do niego dawnym zdrobnieniem. – Takie zabawki można kupić w byle sklepiku na Pokątnej. Ale jedno ci trzeba przyznać, zawsze lubiłeś wielkie wejścia i nie brakowało ci fantazji.
Snape podążał za nią krok w krok, dlatego wkrótce zobaczyła w lustrze nad sobą odbicie jego sinobladej twarzy. Nadal wymachiwał jej przed nosem wisiorkiem.
– Jeśli wyjdziesz za Pottera, umrzesz. Widziałem to.
– Aha. Jasne.
– Zginiesz nie tylko ty – mówił poruszony. – Umrze także on… Potter. A na końcu wasz syn.
Lily zadrżała na te słowa, mimo że starała się to ukryć. Severus zbyt dobrze ją znał, aby tego nie zauważyć. Uchwycił się jedynej informacji, która jak dotąd zrobiła na niej wrażenie.
– Ledwo skończył rok, gdy… Sama-Wiesz-Kto was odnalazł. Odziedziczył rozczochrane kudły Pottera i twoje oczy. Daliście mu na imię Harry.
Dłoń Lily zamarła w drodze do ostatniego papilota. Zbladła, jej usta się zatrzęsły. Spojrzała na Severusa spłoszonym wzrokiem w odbiciu lustra.
– Harry?
Widocznie to właśnie było słowo klucz, którego mu wcześniej brakowało. Lily i James byli zaręczeni od kilku miesięcy, a ślub planowali chyba od samego zakończenia szkoły. Pewne sprawy na pewno zdążyli już omówić, prawdopodobnie łącznie z planami rozrodu oraz imionami dla potencjalnych dzieci.
Lily podniosła się z krzesła i stanęła z nim nos w nos.
– Śledziłeś nas? – zarzuciła mu. – Podsłuchiwałeś?
– Nie bądź niemądra.
– Więc skąd wiesz, jak… Jak chcemy nazwać…
– Mówiłem ci.
– Oszalałeś! Kompletnie ci odbiło! – wybuchła niespodziewanie. – Mam uwierzyć, że cofnąłeś się w czasie, żeby… żeby… żeby co zrobić? To absurd! W dodatku przeniosłeś się o ile? O rok?
– Dwa – doprecyzował.
– Dwa lata?! – powtórzyła. – To niemożliwe! Nie da się wykonać tak długiego skoku!
– Da – skorygował po raz kolejny. – Wystarczy tylko dobrze wszystko wyliczyć. I mogę to udowodnić.
– Jak?
Severus ciężko westchnął, umykając przed nią wzrokiem. Nie przyznałby się do tego nawet na najgorszych torturach, ale teraz… W zasadzie cieszył się, że ma ze sobą dodatkową kartę przetargową.
– Chodź.
Spróbował chwycić ją za nadgarstek, ale wyrwała rękę. Dlatego sam ruszył w stronę okna w jej sypialni i ostrożnie wyjrzał zza firanki. Zaciekawiona Lily zaraz do niego dołączyła.
– Co ty robisz?
– Wprawdzie nie otrzymałem zaproszenia na to radosne wydarzenie, ale byłem w pobliżu. Stałem na ulicy i obserwowałem dom.
– Sev, ty…
– Daruj sobie, dobrze? – uciszył ją z miejsca. – Po prostu patrz.
Odsunął nieco firankę, po czym wskazał gęste krzaki na opuszczonej posesji naprzeciwko domu Evansów. Nie był z tego dumny, o nie. Jednak do samego końca nie wierzył, że ślub ostatecznie dojdzie do skutku. Dwa lata temu naiwnie liczył, że ta farsa kiedyś się skończy, Potter się nie zjawi albo wystraszy i ucieknie sprzed ołtarza. A wtedy on, Severus Snape, znajdzie się pod ręką, aby pocieszyć załamaną narzeczoną.
W wieku dziewiętnastu lat był okropnym kretynem.
Lily podeszła do okna jak zahipnotyzowana. Zanim wyjrzała, zerknęła jeszcze kontrolnie na Severusa, żeby się upewnić, czy nie knuje czegoś niedobrego. Z początku niewiele widziała. Krzaki były gęste, stanowiły idealną kryjówkę dla stalkera. Jednak w końcu, gdy ukryty w nich człowiek się poruszył, zdołała dobrze mu się przyjrzeć.
Jeden Severus Snape czaił się po drugiej stronie ulicy (w tej konkretnej chwili odganiając się od atakującej osy, która wypłoszyła go z kryjówki), podczas gdy drugi Severus Snape – poważny i blady – stał obok niej w jej własnej sypialni, uśmiechając się kpiąco i bawiąc łańcuszkiem od Zmieniacza Czasu.
– Zadowolona? – zapytał.
Wcale nie. Lily Evans znajdowała się w stanie szoku.
– Jak? Ale… co? Jakim cudem?
Przenosiła wzrok od jednego Severusa do drugiego kompletnie oszołomiona. Jej oddech stał się krótki, urywany. Wyglądała, jakby lada moment miała stracić przytomność.
– Może lepiej usiądź?
Ponownie chciał jej pomóc i ponownie go odtrąciła. Odepchnęła od siebie, cofając się w stronę łóżka, na które ciężko opadła.
– To są jakieś twoje sztuczki.
– Taaak, zapewne czarnomagiczne.
– Zaprzeczysz, że znasz się na czarnej magii?
– Wręcz przeciwnie, jestem mistrzem. W przeciwieństwie do tego tam… Młodzieńca. – Kiwnął głową w stronę okna. – Mam dwa wypełnione nauką lata przewagi.
– A więc potwierdzasz?
– Nie, zwyczajnie stwierdzam fakt, że do tak prostego oszustwa wystarczyłby eliksir wielosokowy. Widzisz? Współpracuję.
– Przestań! – Udręczona Lily objęła głowę rękami, niszcząc nędzne loki, które i tak niezbyt jej wyszły. Miała naturalnie proste włosy i w takiej wersji wyglądała najładniej. – Daj mi spokój!
– Przykro mi, Lily – powiedział łagodniej. – Nie mamy jednak wiele czasu, za to mnóstwo spraw do omówienia.
– I Dumbledore naprawdę cię przysłał? – zwątpiła. – Dlaczego akurat ciebie? Nie było nikogo innego?
Severus wykonał taki ruch, jakby zamierzał usiąść obok niej. Zgromiła go wzrokiem, więc zmienił zdanie. Oparł się plecami o ścianę naprzeciwko łóżka.
– Mniej więcej za rok od tego dnia zmienię strony – wyjaśnił cierpliwie. – Dumbledore osobiście zarekrutuje mnie do Zakonu Feniksa.
Panna Evans krzyknęła krótko, po czym szybko zakryła ręką usta. Popatrzyła na niego oczami okrągłymi jak spodki. Severus wzruszył ramionami.
– Tak, wiem o Zakonie, skoro do niego należę – podkreślił. – Za kolejne pół roku wojna wkroczy w ostateczną fazę. Pojawi się pewna przepowiednia… Jak się okaże, fałszywa, jednak wcześniej pobudzi wyobraźnię Sama-Wiesz-Kogo. Według niej tylko wasz syn będzie istotą zdolną pokonać wielkie zło.
– Nasz syn… Harry?
– Tak. Ukryjecie się, ale on was znajdzie. Zginiecie wszyscy, a wtedy Sama-Wiesz-Kto wpadnie w morderczy szał. Cały świat spłonie, nie zostanie kamień na kamieniu.
– Dlatego ty…
– Cofnąłem się na prośbę Dumbledore'a. Przeprowadzaliśmy próby od pewnego czasu, zmienialiśmy różne elementy, ale… Zawsze kończyło się tak samo. To jedyny sposób. Nie możesz wyjść za Pottera. Jeśli to zrobisz, sprowadzisz na świat czarodziejów ostateczną katastrofę.
Oczy Lily stały się wilgotne, gdy natrętnie przyglądała się jego twarzy. Szukała tam jakichś wskazówek… Znaku, że to wszystko stanowi tylko skomplikowany, zdecydowanie zbyt długi żart pozbawiony puenty. Głupi dowcip. Może wyrafinowaną zemstę za różne wypadki w szkole. Jednak nic takiego nie znalazła.
– Skoczyłeś za daleko, Sev. Nigdy nie będziesz mógł wrócić.
– Nie słuchałaś mnie? Nie ma do czego wracać. Jeśli uprzesz się na ten ślub, wywołasz apokalipsę.
– Nie ma innego wyjścia?
– Próbowaliśmy wszystkiego. Jeżeli jest jeszcze szansa, jakakolwiek szansa, musimy powstrzymać go wcześniej. Teraz. Jak najszybciej. Najpóźniej w przeciągu tego roku. Zrobić wszystko, aby zmienić bieg dziejów.
– Nie mogę w to uwierzyć.
Lily płakała kompletnie rozbita. Severus starał się nie widzieć łez, po prostu przyglądał się jej beznamiętnie, sprawiał wręcz wrażenie lekko znudzonego. Nie chciał za bardzo naciskać, wtedy nabrałaby podejrzeń. Ostateczna decyzja musiała należeć do niej.
– Zrobisz, co zechcesz, Lily. Pomyśl jednak o swoim dziecku. Zginie straszną śmiercią, w potwornych męczarniach. W dodatku na próżno.
– Ale w ten sposób nigdy się nie urodzi – zauważyła.
– Czy to źle? Czy tak nie będzie dla niego lepiej?
– Tak. – Otarła oczy wierzchem dłoni. – Chyba masz rację.
– Lily! – Głos Petunii, który nagle rozdarł grobową ciszę, zdawał się dochodzić z zupełnie innej rzeczywistości.
Przytłoczona tragicznymi wiadomościami młodsza panna Evans zapomniała, że wokół wciąż toczy się najszczęśliwszy dzień jej życia.
– Lily, jesteś tam? Mama pyta, czy potrzebujesz pomocy. Pewnie przegapiła fakt, że nie ma takiej rzeczy, z którą byś sobie nie poradziła za pomocą czarów – prychnęła na koniec. Znajdowała się bardzo blisko, prawdopodobnie tuż za drzwiami.
Lily zerknęła kontrolnie na Severusa.
– Nie, wszystko w porządku – odpowiedziała. – Ubieram się. Później was zawołam, ktoś będzie musiał mnie umalować.
– Jasne, przyślę na grę twoje druhny, gdy tylko się zjawią.
Petunia swoim zwyczajem nie zamierzała się zgłaszać na ochotniczkę, żeby wspierać tę lepszą, ładniejszą, wyjątkową siostrę.
– Dziękuję! – zawołała Lily.
– Nie ma sprawy.
Usłyszeli jej oddalające się kroki i zapewne niezbyt pochlebne mamrotanie pod nosem.
– Moja siostra niewiele się zmieniła, prawda?
– I nie zmieni. – Severus dostrzegł kolejną szansę. – Nie zdąży.
– Czy ona również…?
– Wszyscy twoi bliscy. Wiesz, jak on działa. Nie zostawia świadków.
– Niestety.
Lily otarła oczy rękawem szlafroka. Nadal była blada, ale na jej twarzy pojawił się nowy wyraz. Determinacja. Wstała, zgarnęła rude włosy do tyłu i zebrała w ciasny węzeł.
– Niech ci będzie, Sev. Co mam robić?
Nagle zaczął udawać obojętnego, chociaż wewnętrznie tryumfował.
– Wiem niewiele więcej od ciebie. Dostałem Zmieniacz Czasu i krótką instrukcję. Miałem nie dopuścić do ślubu. Nie było czasu na wyjaśnienia. Później znalazłem się tutaj. Myślę, że razem musimy coś wykombinować.
– Dobrze. – Skinęła głową. – Zatem najpierw muszę stąd odejść. Natychmiast. Inaczej nie dam rady.
Świetnie ją znał. Nie musiał nawet niczego sugerować, znakomicie go w tym wyręczała. Gdy podjęła decyzję, od razu przejęła inicjatywę.
– A ty co? – zaatakowała go z nową energią. – Będziesz tak tu stać? Przecież muszę się ubrać!
– Co innego mogę zrobić? Mam zejść na dół i przywitać się z twoją mamą?
– Ugh, tylko nie to! – fuknęła na niego. – Mama zawsze miała do ciebie słabość. Jak cię zobaczy, nigdy stąd nie wyjdziemy. Stań w kącie i nie przeszkadzaj. I nie gap się, dobra?
Z nerwów nie zauważyła, że odesłała go akurat do kąta przy toaletce, skąd dzięki lustru miał doskonały widok na cały pokój. Przyglądał się, jak pakuje podróżną torbę, wrzucając do niej losowo wybrane rzeczy. Spieszyła się, była nieuważna. Książki i ubrania lądowały na jednej kupie, dociśnięte ręką czy nogą.
– Nie mam przy sobie zbyt wiele magicznych sprzętów. Większość zdążyłam już odesłać… Do naszego nowego domu.
– Nieważne, to problem na inny raz.
– W sumie prawda.
Wciągnęła na siebie stare dżinsy wygrzebane z szafy i jakiś podkoszulek, na ramiona narzuciła sweter, pod pachę wcisnęła skórzaną kurtkę. Wszystko to ubrała na ślubną bieliznę. Widocznie uznała, że nie ma czasu, warunków albo sensu jej zmieniać. Severus zdołał ją przekonać, że liczy się każda chwila.
– Możesz się już odwrócić.
Snape niezwłocznie to uczynił.
– Idziemy? – zapytała Lily.
– Tak – potwierdził.
– Więc? – niecierpliwiła się. – Jakiego zaklęcia użyłeś, żeby się tutaj dostać?
Kąciki jego ust drgnęły. Uśmiechnął się po raz pierwszy od półtora roku. Od chwili, gdy Voldemort uznał, że przepowiednia dotyczy Lily Potter, która akurat była w ciąży.
– Przeceniasz moje możliwości. Użyłem w tym celu mugolskich umiejętności.
– Serio?
– Nie mam peleryny niewidki, nie jestem Potterem.
– Skąd wiesz, że James…
Uśmiechnął się szerzej.
– Nie wiedziałem. Miałem jedynie podejrzenia.
– Bywała przydatna – westchnęła Lily.
– Być może, jednak bez magii też jakoś damy sobie radę. W tej chwili twoja mama jest w kuchni. Ojciec jakiś czas temu pojechał do miasteczka po brakujące bibeloty.
– Czy ty masz… Jakieś połączenie ze swoim drugim ja, które nadal czai się w krzakach?
– Nie, po prostu pamiętam. – Na jego ustach znowu pojawił się ten osobliwy uśmiech. – Petunia siedzi w swoim pokoju zadowolona, że ma chwilę dla siebie. Nie wyjdzie stamtąd z własnej woli, dopiero gdy zostanie wywołana po imieniu.
– Tunia to Tunia – powiedziała Lily, mimo wszystko z czułością. – Muszę zostawić jej krótki list! – Uświadomiła sobie nagle, podchodząc do toaletki i sięgając po długopis. – Żadnych szczegółów, tylko suche pożegnanie – uspokoiła go.
– W porządku.
Lily błyskawicznie uporała się z notatką. Severus przyglądał się temu z wyraźną aprobatą.
– Schody są puste – stwierdził. – Możemy iść.
Przemknęli cicho przez dom szykujący się do radosnego świętowania. Nikt ich nie zauważył ani nie próbował zatrzymać. Największą przeszkodą był czujny drugi Snape, jednak Severus potrafił wyprowadzić w pole samego siebie. Razem z Lily spokojnie ruszyli w dół zielonej uliczki, jakby wybierali się tylko na krótki spacer. Za plecami zostawili powiewające na wietrze wstążki ozdabiające dom Evansów. W położonym niedaleko kościele, gdzie miały się odbyć zaślubiny, dzwon wybił godzinę dwunastą.
– Idziemy do Spinner's End? – zapytała Lily.
– Ostatecznie pewnie tak, ale jeszcze nie dzisiaj. Najpierw muszę wymyślić, co zrobić z dodatkowym Severusem. Tymczasem przyczaimy się gdzieś indziej. Na wypadek, gdyby cię szukali.
– Dlaczego mieliby szukać u ciebie?
– A dlaczego nie? Akurat w tym wypadku by znaleźli, prawda?
Zatrzymała się na moment, on również. Lily spojrzała poważnie prosto w jego oczy, z których nie mogła nic wyczytać.
– Ufam ci, Sev, bo kiedyś się przyjaźniliśmy, ale chcę postawić sprawę jasno. Jeśli mnie oszukałeś…
– Nie zrobiłbym tego. Przecież byliśmy przyjaciółmi. Najlepszymi przyjaciółmi.
– Tak, to prawda – zasmuciła się nagle. – Co poszło nie tak?
Severus – paradoksalnie – poweselał.
– Cóż, zapewne będziemy mieć sporo czasu, żeby to dokładnie omówić.
Aportowali się z cichym pyknięciem, gdy dotarli do końca uliczki. Koła czasu zatrzymały się na moment, zanim ponownie ruszyły. Zmiana stała się faktem i ktoś gdzieś na pewno ją zauważył...
