Lily Evans i Severus Snape po raz pierwszy wystąpili razem jeszcze tego samego wieczoru. Zaledwie dzień po ślubie, który nie doszedł do skutku, pojawili się na progu kwatery głównej Zakonu Feniksa – Severus dla przyzwoitości z opaską na oczach. Nie miał przecież prawa wiedzieć, że Zakon rezyduje w domu należącym do jakiegoś starego przyjaciela Dumbledore'a. Gdy się przed nim aportowali, całkiem zgodnie zawahali się na moment. Mogli się tylko domyślać, co już działo się za drzwiami tego przybytku.
– A więc… Jesteś gotowy, Sev? – zapytała Lily, odruchowo zwracając się do niego dawnym zdrobnieniem.
– Bardziej gotowy nie będę – mruknął, poprawiając niewygodną opaskę.
– W porządku. Pukam – ostrzegła na wszelki wypadek.
– Proszę bardzo.
Za magicznie wzmocnionymi drzwiami panowała idealna cisza. Dopiero gdy wrota się otworzyły, zaatakowała ich kakofonia dźwięków. Wszyscy – dosłownie WSZYSCY – tłoczyli się na progu i wychylali jeden przez drugiego. Zapewne spodziewali się wspaniałego widowiska.
– Lily!
– Och, Lily!
– Cała i zdrowa, mówiłam.
– Jak to dobrze, tak się martwiliśmy.
– Co się stało?
Okrzykom nie było końca. Severus pozbył się już zasłony na oczach, ale mimo to nawet nie próbował dopasowywać słów do twarzy – za dużo było tego wszystkiego. Rozpoznawał oczywiście większość członków. Byli tam Longbottomowie, Meadowes i McKinnon (przyjaciółki Lily z czasów szkolnych) oraz naturalnie… Hunćwoki. Widział Pottera, Blacka i… Tak, Pettigrew również czaił się w pobliżu. Cichy i wycofany. Obserwator zdarzeń. Brakowało Lupina, ale on – zdaje się – nie był przesadnie aktywny na początku wojny. Sama młodzież. A gdzie podziały się najważniejsze elementy układanki?
– Lily! – James Potter przepchnął się przez tłum, po czym bez ostrzeżenia wciągnął ją głębiej do korytarza, a potem prosto w swoje ramiona. – Lils, co się stało? Dlaczego to zrobiłaś?
Miał minę nie gorszą od zbitego psa, podobnie zresztą jak Kundel we własnej osobie, który następował mu na pięty.
– Wystraszyłaś nas! – oświadczył z wyrzutem Syriusz Black.
– Ja… Ja po prostu... – jąkał się wyraźnie poruszony Potter. – Byłem pewien, że ktoś cię porwał!
– Co być może nie jest aż takie odległe od prawdy – dorzucił jego kumpel.
W panującym zamieszaniu prawie nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że Lily nie pojawiła się sama. Tylko zawsze czujny Syriusz od razu wywęszył nieprzyjaciela. Wpatrywał się w Snape'a pełnym nienawiści wzrokiem, jakby chciał go na miejscu spopielić siłą samego spojrzenia.
– Co on tu robi? – warknął.
– Lils, przyprowadziłaś go tutaj?! – rzucił z niedowierzaniem James. – Co ci strzeliło do głowy?
– Zdradziłaś mu adres? Dlaczego miałabyś zrobić coś tak idiotycznego? Zaraz sprowadzi tu całe towarzystwo w czarnych pelerynach!
Szum wokół narastał. Severus ani trochę się tym nie przejmował. Stał na swoim miejscu idealnie obojętny, wręcz wyłączony z narracji.
– Lily, wytłumacz się – prosił James, posyłając w stronę Snape'a podejrzliwe spojrzenia. – O co tutaj chodzi?
Było jej trudno, zwłaszcza skoro tak błyskawicznie, niemal od razu znalazła się w jego ramionach. W końcu zdołała się jakoś pozbierać. Westchnęła, zdecydowanie wplątując się z jego uścisków. Pottera zdecydowanie zdziwiła jej chłodna postawa.
– Lily? – powtórzył. – Co to wszystko znaczy? Dlaczego bez słowa zniknęłaś w dzień ślubu?
– Zostawiłam list.
– Który niczego nie wyjaśnił. Chyba zasłużyłem na więcej?
– To skomplikowane, Jim.
– Jak bardzo?
Wszyscy się na nich gapili. W międzyczasie – podczas tej krótkiej wymiany zdań – towarzystwo przewędrowało przez krótki korytarzyk i dalej, aż do schodów na piętro i do saloniku. Lily szła wmieszana w tłum, Severus snuł się ponuro na końcu. Nikt nie zwracał na niego uwagi, ale tylko pozornie. Ręce większości zgromadzonych kryły się gdzieś pod szatami, najpewniej mocno zaciśnięte na ukrytych różdżkach. Lily rozpaczliwie szukała go wzrokiem. Zbliżył się i stanął za jej plecami. Teraz oboje stali na samym środku pokoju, w kręgu zaciekawionych spojrzeń.
– Co to ma znaczyć, Lily? – pieklił się w dalszym ciągu Potter. – Czy ty… i on…
Severus cały się spiął gotowy zaprzeczać do upadłego, broniąc swojego honoru… Czy też raczej reputacji damy.
– Oczywiście, że nie! – wypalił.
Ale wtedy Lily zniweczyła wszystkie jego wysiłki, jednocześnie cicho i spokojnie mówiąc:
– Tak.
Ocean szoku wystąpił z brzegów, po czym zalał doszczętnie wszystkich zgromadzonych w kwaterze głównej świadków tego wyznania. Łącznie z nagle zeszytywniałym Snape'em, do którego Lily odwróciła się z rozanielonym uśmiechem i czule wzięła za rękę. Syriusz gwizdnął przeciągle, Alicja Longbottom dała mu szybki cios prosto w ucho.
Bladozielony James nadal przetrawiał brutalny komunikat.
– Ale jak to?
– To długa historia – ucięła dzielnie panna Evans. – Nie o tym chcieliśmy dzisiaj rozmawiać. Severus…
– Smarkerus – prychnął bezczelnie Black.
– Zostawiłaś mnie… dla tego czegoś? – wypalił Potter.
– Przestańcie wszyscy! – krzyknęła Lily, ciaśniej splatając palce z palcami Snape'a. – Jesteśmy razem, i co z tego? Mamy teraz poważniejsze sprawy do omówienia.
– Mieliśmy się pobrać, Lils – nie odpuszczał. – Wczoraj. Zaledwie wczoraj.
– Nie dramatyzuj, bardzo cię proszę.
– Przyjechała cała moja rodzina – ciągnął James marudnym, pełnym skarg tonem. – I twoja. Byliśmy zaręczeni od roku, a nagle ty…
– Dużo się wydarzyło.
– Tak, widzimy – skomentował Syriusz.
Reszta członków Zakonu pozostawała taktownie wycofana. Ostatecznie niecodziennie zdarza się, że najbardziej popularna i pewna siebie para nagle zrywa na oczach wszystkich. A jeszcze rzadziej, żeby rozsądna młoda kobieta zmieniała przystojniaka z dobrego, czarodziejskiego rodu na…
– Przecież to jest Śmierciożerca! – zawołał Potter, wyciągając różdżkę.
Kolejne uniosły się w górę za jego przykładem. Wszystkie różdżki mierzyły w Snape'a, który stał wśród nich opanowany, śledząc ich czarnymi oczami pozbawionymi wyrazu. Lily rozłożyła szeroko ramiona w próbie osłonięcia go. Był całkiem zadowolony z tego zwrotu akcji.
– Dajcie nam w końcu dojść do słowa! Severus nie jest…
– Wszyscy wiedzą, że jest!
– Wcale nie!
– Więc niech podwinie rękaw. – Przez wrzaski przebił się cienki głos Petera Pettigrew. Gdy cały Zakon zwrócił się ku niemu, na jego policzki wystąpiły ceglaste rumieńce. – Noszą swoje znaki, nie?
– Słusznie. Podwiń rękaw, Wycierusie – polecił Black.
Severus mógłby (skoro i tak był pewien, że nic tam nie ma), ale postanowił, że nie ma na to ochoty.
– Czy striptiz to jakiś tutejszy rytuał inicjacyjny? Wybaczcie, ale nigdy nie lubiłem obnażać się publicznie.
– Albo rękaw, albo won. Wybieraj!
– Nikt nigdzie nie pójdzie i nikt nie będzie się rozbierać – zastrzegła Lily, po czym również sięgnęła po różdżkę. – Gdzie znajdziemy profesora Dumbledore'a? To z nim chcieliśmy się zobaczyć.
– Mówisz, a ja się zjawiam, moja droga. – Potężny czarodziej pojawił się niczym przyzwany zaklęciem. – Muszę przyznać, że poczęstunek podczas przyjęcia weselnego był wyśmienity, a tort… Mmm, palce lizać. Szkoda, że nie miałaś okazji niczego spróbować.
Panna (nadal) Evans zamrugała nieco skołowana.
– Tak, ja również żałuję. Byłam… byliśmy zajęci.
– Właśnie widzę.
James wystąpił przed szereg, korzystając z chwili ciszy.
– Dyrektorze, musi pan to przerwać.
– Lily oszalała – poparł przyjaciela Syriusz. – Niech pan zobaczy, kogo tu przyprowadziła.
– To on! On rzucił na nią urok. To mroczna magia – dodał od siebie Peter.
– Musi go pan stąd wyrzucić!
– Nic nie muszę i tak się nie stanie. W Zakonie każdy jest mile widziany – zakomunikował poważnie Dumbledore. – O ile naturalnie podziela nasze poglądy i może dopomóc w obaleniu czarnoksiężnika nazywającego siebie Lordem Voldemortem. W innym wypadku traci tylko czas.
– Dokładnie z tym przychodzimy – rzuciła z przekonaniem Lily. – Czy możemy porozmawiać na osobności?
– Oczywiście, moja droga. Zapraszam.
Zwracał się do niej, jednak jego spojrzenie zza miniaturowych okularów śledziło wyłącznie Severusa. Tego Severusa, który wcześniej miał jej tyle do powiedzenia, a teraz milczał jak zaklęty. Czyżby się speszył? Znalazł się przecież na obcym terenie, wśród ludzi, których nie znał albo nie lubił… Najczęściej jedno i drugie. Oni zaś odwzajemniali się, solidarnie widząc w nim wroga. Może dlatego nie chciał tu przychodzić. Wiedział, co go czeka. Już raz to przeżył.
Gdy wychodzili z pokoju, Lily ponownie złapała go za rękę, żeby dodać mu otuchy. I trzymała ją nadal, gdy siedzieli obok siebie naprzeciwko dyrektora w zaimprowizowanym dla niego gabinecie w siedzibie Zakonu Feniksa. Dumbledore splótł palce przed sobą i przyglądał im się uważnie, wyczekująco. Patrzył na ich złączone dłonie, na ożywioną twarz Lily i Severusa, który zachowywał chłodny, niemal odpychający dystans.
– Czy rozmawiałaś już z rodzicami, Lily? – zagadnął w ramach konwencjonalnej pogawędki.
– Niestety, nie miałam jeszcze okazji.
– Powinnaś to zrobić. Bardzo się martwią.
– Wiem, ale…
Panna Evans nagle poczuła się tym wszystkim przytłoczona, a ponieważ Severus za nic nie zamierzał współpracować, to ona zaczęła mówić. A gdy tama puściła, wyrzuciła z siebie wszystko. Opisała w najdrobniejszych szczegółach dwa minione dni, poczynając od ślubu, na którym Severus zjawił się bez zaproszenia, wpakował do jej sypialni i przewrócił cały wszechświat do góry nogami. Snape niczego nie komentował, nie dodał od siebie ani słowa. Wiedział, że Lily będzie bardziej godna zaufania – i w ten sposób część swojego własnego głębokiego przekonania przeleje na Dumbledore'a.
– I to cała historia, dyrektorze – zakończyła wyraźnie zmęczona Lily, lekko osuwając się na krześle.
– Podróż w czasie? – powtórzył Dumbledore, gładząc w zamyśleniu brodę. – I to niby był mój pomysł?
– Owszem – odezwał się po raz pierwszy Snape.
– Trudno w to uwierzyć. Nie jest to rozwiązanie, do którego bym się odwołał… Nawet w najwyższej potrzebie.
– Moim zdaniem to najlepiej obrazuje dramatyzm sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Nie było innego wyjścia.
– Lily, czy ty w to wierzysz?
– Oczywiście! – zapewniła. – Sev nigdy by mnie nie okłamał. Nie jestem też pod działaniem żadnego głupiego zaklęcia, na pewno da się to jakoś sprawdzić.
– Wiara to tylko ładne słowo – dodał ze swojej strony Severus. – Mam dowód.
Lily niemal podskoczyła na krześle, słysząc jego słowa. Jakoś nie raczył jej o tym wcześniej wspomnieć, a przecież fakt posiadania jakiegokolwiek dowodu na poparcie tej zwariowanej historii zmieniał wszystko.
– Jaki panie Snape? – zapytał Dumbledore.
– Wystarczy „Severusie", z dyrektorem byliśmy zawsze po imieniu.
– Być może z tamtym, ale nie ze mną – zastrzegł nieco ostrzejszym tonem, niż mogliby się po nim spodziewać. – Poczekamy, zobaczymy. Wspomniał pan o dowodzie?
– Moje wspomnienia – odpowiedział Severus chłodno.
Panna Evans wierciła się na krześle zła, że sama o tym nie pomyślała. Dlaczego nie poprosiła go, żeby pokazał jej wspomnienia? Dlaczego on jej tego nie zaproponował? Podejrzewała, że wyszła przez to na niemądrą gęś, ale cóż… Teraz nadrobi tę stratę. A przynajmniej tak sądziła, dopóki Snape nie dodał:
– Mam tylko jedno zastrzeżenie. Lily nie może ich zobaczyć.
– Z jakiego powodu? – zaprotestowała.
– Są… traumatyczne.
– I co z tego? Muszę być twarda, skoro idziemy na wojnę.
– Mimo to – powiedział powoli Severus – nikt nie powinien być zmuszany do oglądania własnych zwłok, nie uważasz?
Lily chciała nadal się kłócić, ale było za późno. Snape poczuł, że połączyła go z Dumbledore'em cienka nić porozumienia. Spodobała mu się ta troska i względy okazane kobiecie. Dyrektor zapewne uznał, że jest w tej postawie coś rycerskiego.
– Pan Snape ma rację. Jeśli możesz sobie tego oszczędzić, zdecydowanie powinnaś, moja droga.
Zgodziła się, przecież już została przegłosowana. Dumbledore zorganizował odpowiednie naczynie, a wtedy Severus zaczął nitka po nitce wydobywać swoje wspomnienia. Miał ochotę uśmiechnąć się szeroko na myśl, jak dobrze mu idzie, jednak dobry humor psuła mu świadomość, że jego plan zawiera wiele luk. Nie istniało wspomnienie, w którym dyrektor wydawałbym mu wyraźne polecenie: „Cofnij się w czasie i uratuj świat". Na szczęście zanim wydarzyła się tragedia w Dolinie Godryka, Dumbledore i Snape knuli razem przez wiele długich miesięcy. Dzięki temu zgromadził w pamięci mnóstwo scen, w których starszy czarodziej zleca mu bliżej niesprecyzowane misje: zawsze w postaci krótkich, niekonkretnych wskazówek oraz używając enigmatycznych słów. Przywiązanie do sekretów działało teraz na niekorzyść dyrektora. Wystarczyło jedynie narzucić jedno z takich wspomnień jako tło do momentu, kiedy sięgał po Zmieniacz Czasu – i gotowe. Snape nie odważył się bardziej ingerować, tak wielki mag z pewnością coś by zauważył. Ale sztuczkę z drobną modyfikacją przetestował już na Severusie Numer Jeden, zgodnie uznali, że wygląda przekonująco. Dołączył do tego randomowe obrazy katastrofy i trupów, żeby Dumbledore mógł przeżyć znakomity spektakl na żywo.
Gdy wspomnienia zawirowały w kamiennym naczyniu, dyrektor pochylił się nad nim, podczas gdy Lily i Severus zostali sami, nieco zakłopotani w towarzystwie potężnego czarodzieja z głową zanurzoną w misce.
– Mogłaś mnie uprzedzić – zagadnął nieco rozbawiony Severus, puszczając w końcu jej rękę. – Nie miałem świadomości, że oto pakuję się w poważny związek.
Panna Evans nie wydawała się zakłopotana tym rozwojem wypadków ani bezpośrednim stwierdzeniem, wręcz przeciwnie. Dobrze to sobie przemyślała.
– Tak będzie łatwiej – oświadczyła. – Skoro nie mogę być z Jamesem i od teraz na zawsze musimy trzymać się od siebie z daleka, najlepiej złamać mu serce raz a dobrze. A co mogłoby go zranić bardziej niż świadomość, że związałam się z…
– Jego najgorszym wrogiem.
– Dokładnie.
– Tak czy inaczej, wolałbym wiedzieć wcześniej o tak dramatycznych zwrotach akcji. Muszę się psychicznie przygotować, to poważny krok.
Lily zaśmiała się trochę nerwowo, jednak spodobał mu się interesujący błysk, jaki dostrzegł w jej oczach. Jego zdaniem podejrzanie szybko pogodziła się z całą tą sytuacją i świetnie odnalazła w nowej roli. Coś z pewnością się za tym kryło. Jakiś sekret, którego nie zdołał odkryć w swojej linii czasowej, bo nie miał okazji niczego zauważyć. Teraz było inaczej… Teraz miał szansę odkryć wszystko.
Dumbledore powrócił do nich po kwadransie. Jego błękitne oczy przygasły i wydawały się wilgotne. Twarz skamieniała w nieodgadnionym wyrazie.
– Czy mógłbyś podwinąć rękaw szaty, chłopcze? – poprosił cicho.
W zaledwie piętnaście minut Snape awansował z „pana" na „chłopca". Niewątpliwie był to dobry znak, wprost nie mogło być lepiej. Chętnie spełnił prośbę, okazując nieskalane przedramię bez choćby cienia śladu po Mrocznym Znaku.
I tutaj popełnił błąd. Lily, która jeszcze przed momentem uśmiechała się do niego wesoło, teraz nagle zbladła. Na jej twarzy na moment zagościł wyraz nagłej podejrzliwości, ale błyskawicznie zniknął.
– Dobrze – ocenił Dumbledore. – Nie zaszedłeś jeszcze tak daleko na ciemnej ścieżce, aby nie było dla ciebie powrotu.
– Na szczęście nie – wyznał z pokorą.
– Nie zmienia to jednak faktu, że daliście mi sporo materiału do uważnego przemyślenia. Dziękuję, że przyszliście i obdarzyliście mnie zaufaniem, jednak nie udzielę wam dzisiaj jednoznacznej odpowiedzi.
– To zrozumiałe. – Severus przejął inicjatywę wobec upartego milczenia Lily.
– Jeśli to nie kłopot, chciałbym zatrzymać te wspomnienia, żeby na spokojnie je przeanalizować.
– Oczywiście.
– Porozmawiamy ponownie, gdy tylko się z tym uporam.
Skinęli zgodnie głowami, podnosząc się ze swoich miejsc. Postawa Lily uległa diametralnej zmianie. Nagle stała się bardzo sztywna i oficjalna. Ruszyła przed siebie, niemal się na niego nie oglądając. Błyskawicznie przemaszerowali przez kwaterę główną. Nie przejmowali się kolejnymi okrzykami, zaczepkami ani gangiem Pottera, który odprowadził Lily do samych drzwi. Wyszła przez nie bez pożegnania, Snape wypadł za nią.
– Co się stało? – zapytał zdezorientowany.
Spojrzała na niego groźnie.
– Do domu. Teraz.
– Ale o co…
Nie dała mu dojść do słowa.
– Teleportuj nas. Już.
Zamiast po prostu chwycić ją za rękę, objął ją ramionami – naturalnie w ramach pokazówki obliczonej na wkurzenie Pottera, nadal tkwiącego w otwartych drzwiach i obserwującego każdy jego ruch. Zniknęli tak nagle, jak się pojawili. Bez satysfakcjonującego wyjaśnienia całego tego bałaganu, w dodatku pozostawiając jeszcze więcej pytań bez odpowiedzi.
Zaaferowany stażysta – bo takie awantury zwykle spadały na barki stażystów – biegł przez rozległy labirynt, w jaki zmieniały się skryte przed niepowołanym wzrokiem, najniższe poziomy Ministerstwa Magii. Pod pachą ściskał plik dokumentów, w dłoni jakiś przedziwny instrument przypominający cebulę i rozbłyskujący w ściśle określonych odstępach czasu, jakby nadawał kod. Młody czarodziej wziął ostry zakręt, omal nie wywracając się na śliskiej podłodze, po czym gwałtownie wyhamował przed imponującymi drzwiami okutymi metalem.
Gabinet szefa, psia mać.
Odruchowo zapukał, jednak zaraz chwycił za klamkę i wparował do środka. Powiedzieli mu, że to pilne i nie ma na co czekać. Rozpalony młodzieńczym entuzjazmem poczuł, że w obliczu kryzysu ma święte prawo nagiąć nieco służbowe formuły.
Augustus Rookwood absolutnie nie zgadzał się z tym wnioskiem. Poderwał głowę znad rozłożonych na biurku papierów i spiorunował stażystę wzrokiem.
– Co to ma znaczyć? Prosiłem wyraźnie, żeby mi nie przeszkadzano! Jak ty wyglądasz? Popraw szaty!
– Tak… Ja tylko… To znaczy… – dyszał młody człowiek, nie mogąc złapać oddechu. – Przysłali mnie… To ważne… Sprawa najwyższej wagi!
– Kto znowu? – prychnął Rookwood. – Ani chwili spokoju, słowo daję!
Jak przystało na kierownika, wyglądał poważnie i groźnie – trochę tak, jakby coś go swędziało, z którego to powodu był wiecznie wściekły. Przeczesał nerwowo opadające mu na czoło i nielicujące z powagą urzędu kręcone włosy, zanim skinął na nieszczęsnego stażystę.
– No co tak stoisz? Podejdź bliżej i pokaż, co tam masz.
Wystraszony czarodziej trzęsącymi się dłońmi podał mu plik pergaminów.
– To najświeższe dane z Komnaty Zapisów – zameldował. – Są… są jakieś dziwne, sir.
Rookwood wyrwał mu papiery i przejrzał pobieżnie. Stażysta wykorzystał ten moment, aby nareszcie odetchnąć… A zaraz potem wpadł w zakłopotanie. Nie bardzo wiedział, co ze sobą zrobić, gdy szef zagłębiał się w raporty. Zostać? Wyjść? Czekać na instrukcje? Ostatecznie tylko się spocił i zaczął błądzić wzrokiem po pokoju. Dopiero wtedy – z żenująco dużym opóźnieniem – zauważył w kącie pokoju eleganckiego mężczyznę o jasnych włosach palącego papierosa zatkniętego na końcu długiej lufki. Przeraził się prawie na śmierć, gdy pomyślał, że niechcący przerwał jakieś spotkanie na szczycie.
– Ja… Może wrócę później…
– Czekaj – warknął Rookwood.
Dystyngowany blondyn tylko wzruszył ramionami, jakby chciał zakomunikować, żeby się nim nie przejmowali i, broń Merlinie, sobie nie przeszkadzali.
– To niemożliwe – mruczał szef, ponownie czochrając niesforne włosy.
Stażysta nie zajął jednoznacznego stanowiska. Miał jeszcze zbyt mało doświadczenia, żeby móc ocenić, co jest możliwe, a co nie. Osobiście sądził jednak – z typową dla młodych czarodziejów optymistyczną energią – że lepiej, gdy coś się dzieje, niż gdy nie dzieje się nic. Przynajmniej nie jest nudno.
– Jak się nazywasz? – zapytał nagle Rookwood.
– Domicjan Cholmondeley, sir.
– A więc, Domicjanie, wrócisz teraz do Komnaty Zapisów i polecisz, aby nasi wspaniali eksperci w ciągu maksymalnie kwadransa zorganizowali spotkanie całego departamentu. Chcę wiedzieć, co się dzieję, i chcę to wiedzieć natychmiast. Czy wyrażam się jasno?
– Oczywiście, sir!
– Znakomicie, do roboty. Agenci specjalni też mają być pod ręką!
– Tak, pewnie. Wszystko zaraz będzie gotowe, sir.
Stażysta potknął się w progu, a potem do pełni szczęścia nie trafił palcami na klamkę i nie zdołał zamknąć za sobą drzwi. W końcu trzasnął nimi z rozmachem – huk rozszedł się echem po całych lochach, zagłuszając wrzaski Rookwooda. Domicjan pobiegł z powrotem w podobnym tempie, ale z jeszcze większym przerażeniem w rozbieganych oczach.
W gabinecie Rookwood nadal przerzucał papiery, klnąc pod nosem, prześwietlany uważnym spojrzeniem eleganckiego kolegi.
– Problemy? – zagadnął uprzejmie głębokim, arystokratycznie przeciągającym sylaby głosem.
– Nie masz pojęcia, Lucjuszu.
– Tak, kłopoty wydają się ostatnio naszymi najwierniejszymi druhami. Najpierw młody Snape postanowia niespodziewanie zrejterować i nie zjawia się na najważniejszym spotkaniu zaplanowanym w całym swoim nędznym życiorysie, a teraz jeszcze to… – Zatrzymał się za plecami Rookwooda, żeby zerknąć w jego notatki. – Na co właściwie patrzę? – zapytał.
Pergaminy nie zawierały niczego ciekawego. Zaledwie niekończące się ciągi zer i jedynek, od czasu do czasu rozdzielone wymyślnym szlaczkiem. Młody panicz Malfoy nic a nic z tego nie rozumiał. Towarzysz wskazał mu jakiś punkt w ciągu, a następnie kilka losowych znaczków na samym dole.
– Zakłócenia w kontinuum czasoprzestrzennym – poinformował zarozumiałym tonem.
– A po angielsku?
– Z brytyjskim akcentem: ktoś skoczył w czasie, do tego bardzo daleko, przynajmniej dwanaście miesięcy, a może więcej. A jeśli wolisz po szkocku: mamy solidnie przejebane. – Rookwood spojrzał na Malfoya, krzywiąc się paskudnie. – Delikwent zdążył już coś pozmieniać.
