Nuda i przeciętność. Te dwa słowa oddawały całą istotę Vernona Dursley'a, człowieka tak szarego, że niemal przeźroczystego. Człowieka skrajnie przyziemnego, zamkniętego w klatce przyzwoitości, normalności, pospolitości. Paradoksalnie właśnie ta pospolitość, do granic wypchnięta nijakość wyróżniała Vernona z grona reszty ludzi. W końcu każdy ma jakąś cechę charakterystyczną, każdego można wyróżnić z tłumu. Dursley'a wyróżniała właśnie niewyróżnialność i szarość, dzięki której z łatwością mógł zniknąć pośród społeczeństwa.

Wypełniona przeciętnością sylwetka Vernona stała przed drzwiami domu numer sześć. W prawej dłoni – dwornie i tradycyjnie – trzymał bukiet białych kwiatów. Lewa dłoń nerwowo sunęła w stronę prawicy drzwi, konkretnie na czerwony, okrągły przycisk. Tłusty palec wskazujący zetknął się z czerwoną powierzchnią czego efektem był rozchodzący się po całym budynku wysoki sygnał dźwiękowy.

Wyprostował kręgosłup, poprawił czarno-zielony krawat w prążki i czekał. Drzwi otworzył mu wysoki, postawny mężczyzna o przystrzyżonym, zadbanym wąsie i krótkich, jasnych włosach.

- Ah, witaj Vernonie – powiedział mężczyzna wyciągając ku niemu dłoń.

Vernon powiedział zwyczajowe „dzień dobry" ściskając z odpowiednią mocą podaną mu rękę. Zawsze zwracał uwagę na sposób w jaki powinno podawać się rękę. Nauczył go tego ojciec, człowiek konserwatywny, wychowujący wedle prawdziwie męskich wzorców. Dlatego właśnie uścisk dłoni Vernona był mocny, dominujący, niezwykle pewny, acz nie narzucający przesadnej siły fizycznej, mogącej być wziętą za agresję czy zniewagę.

Wszedł do środka, odwiesił płaszcz, kurtuazyjnie skłonił się przed panią domu, wręczając jej bukiet tulipanów.

- Zimno dziś, nieprawdaż? – zagaił zwyczajowo – Wiatr ostro zacina, a w dzienniku głoszono wieczorne deszcze.

We troję przeszli do salonu. Jasnego, przestronnego, urządzonego wedle najnowszych trendów; W centrum stała solidna kanapa w kolorze kremowym, której towarzyszły fotele o identycznych obiciach. Przed nimi, na bordowym, włochatym dywanie, stał szklany stolik kawowy, na jego blacie spoczywało otwarte czasopismo, kubek z napoły wypitą herbatą, kańcaste okulary w grubych oprawkach, oraz codzienna gazeta lokalna.

- Proszę, usiądź, chłopcze – powiedział Pan Domu wskazując dłonią pusty fotel. – Petunia niedługo zejdzie. Właśnie się szykuje.

Vernon przełknął ślinę. Stresował się, a jakże, w końcu to dziś, na uroczystej kolacji z rodzicami miał się oświadczyć swojej sympatii, z którą spotykał się już od roku. Poznali się przypadkiem. Petunia pojawiła się w jego biurze jako stażystka. Początkowo nie przejmowali się sobą nawzajem, można by rzec, że oboje zdawali się ignorować drugą stronę. Jednakże pewnego dnia, kiedy w Londynie padał wyjątkowo rzęsisty deszcz, Vernon zaproponował młodej stażystce, że odwiezie ją do domu swym nowym samochodem. Jego pobódki były zaledwie częściowo altruistyczne. Vernon lubił chwalić się przed wszystkimi swoim samochodem, nie mógł więc nie skorzystać z takiej okazji.

Podczas przejażdżki okazało się, że razem z Petunią udaje im się znaleźć wspólny język. Dla Vernona było to nowe doświadczenie, całkowicie go zaskakujące i pochłaniające. Do tej pory nie spotkał kobiety, rówieśniczki niemalże, z którą mógłby tak swobodnie rozmawiać. Wśród znajomych uchodził – słusznie zresztą – za nudziarza. W szkole nie był lubiany, trzymał się raczej na uboczy, skupiony na nauce i zrobieniu jak największej kariery nigdy nie miał okazji poznać smaku pierwszych randek, zalotów, uśmiechów i nieśmiałych spojrzeń. Dopiero teraz, jako dorosły już mężczyzna, człowiek na poważnym stanowisku, aspirujący do szybkiego awansu i błyskotliwej kariery poczuł pierwsze nuty zakochania.

Następne spotkania wypływały głównie z jego inicjatywy, jednak Petunia nigdy nie odmawiała. Spotykali się co tydzień, jeżdżąc na kolacje, do kina, kawiarni czy – w cieplejsze dni – na spacery. Rozmawiali sporo. Vernon opowiadał jej o swojej karierze, czasach szkolnych, ojcu, swoich planach na przyszłość, w których było miejsce również dla niej. Petunia słuchała, mówiła niewiele o sobie, była mniej otwarta na zwierzenia o swoich poglądach i przemyśleniach. A najmniej mówiła o swojej młodszej siostrze. Vernon wiedział tylko, że ma na imię Lily i chodzi do szkoły z internatem gdzieś w Szkocji. Nigdy nie naciskał na Petunię, aby mówiła o swojej siostrzę, nie czuł takiej potrzeby, zresztą nie był specjalnie ciekaw kim jest Lily Evans.

Wyprostował się na fotelu słysząc kroki. Petunia wkroczyła do salonu wystrojona w ciemnozieloną, marszczoną sukienkę. Vernon wstał, spokojnym krokiem zbliżył się do przyszłej narzeczonej i dwornym gestem pocałował ją w dłoń.

Pani Evans zaprosiła wszystkich do nakrytego już stołu, gdzie Vernon po raz kolejny mógł pochwalić się nienagannym wychowaniem, odsuwając krzesło dla swojej sympatii. Usiadł po lewej stronie od Petunii. Pan Evans siedział, jako głowa rodziny, u szczytu stołu, a Pani Evans naprzeciw swojej córki. W tle cicho przygrywało radio.

- Powiedz mi, proszę Vernonie – zagaił Pan Evans po nałożeniu sobie na talerz pokaźnej porcji surówki marchewkowej. – Jak się mają sprawy w firmie?

- Wszystko w porządku. – odparł przełknąwszy kawałek pieczonego kurczaka. – Ostatnio zrealizowaliśmy spore zamówienie. Szef był zadowolony z przebiegu transakcji i obiecał mi hojną premię.

Petunia obok aż pękała z dumy, chłonęła słowa Vernona z największą przyjemnością. Petunia uwielbiała pławić się w zwykłości i przewidywalności Dursley'a. Jego całkowita przyziemność była dla niej eskapizmem, wrotami do normalności, odcięciem się od dziwów, które musiała tolerować w domu.

- Przyszedł dzisiaj list od Lily. – Powiedziała beztrosko Pani Evans.

Petunia zamarła. Wstydziła się swojej siostry przed Vernonem, unikała tego tematu jak długo tylko mogła, a teraz, jej własna matka go poruszyła. W jej głowie już pojawiały się mroczne wizje zszokowanego Vernona, zniesmaczonego, obrzydzonego prawdą, jaka kryje się za nieobecnością jej siostry. Petunia wiedziała, że prędzej czy później będzie musiała mu wyjawić całą prawdę, zwłaszcza, że miała przeczucie co do oświadczyn Vernona, ale robiła wszystko, aby tę chwilę oddalać.

- Wszystko w porządku, skarbie? – Zapytał Vernon spoglądając na czerwieniejące policzki swojej sympatii. – Może napijesz się wina?

Petunia ciskała w matkę piorunami z oczu. Nastała cisza, zakłócana jedynie cichymi pomrukami radia i dźwiękami sztućców uderzających o talerze.

W końcu spiker w radiu wygłosił kilka wiadomości. Jedna z nich mówiła o dziwnej burzy zbliżającej się do Cokeworth. O jej niezwykłości miały świadczyć niespotykane wcześniej zielone pioruny, oraz zaskakujący brak wiatru.

- Przesadzają jak zwykle. – Powiedział Vernon, wycierając serwetką kąciki ust. – Dzisiaj wszystkiemu przypisuje się cudowne właściwości i nawet w zwykłej burzy doszukują się dziwactw.

Petunia milczała. Była wyczulona na niezwykłe wydarzenia i okoliczności, ale nie chciała się tym dzielić z Vernonem. Przynajmniej na razie.

Po kolacji przeszli do salonu. Pan Evans z żoną siedzieli na kanapie. Vernon i Petunia zajęli miejsce na fotelach. Prowadzili najzwyklejszą, rodzinną pogawędkę pijąc herbatę. W końcu Vernon zebrał się na odwagę. Wstał, otarł chustką spocone czoło. Nerwowym ruchem sięgnął do kieszeni marynarki. Pod palcami czuł aksamitny, kanciasty kształt. Stał tak chwilę, jakby sparaliżowany. Po chwili jednak przeszedł kilka kroków w stronę Petuni. Wyjął rękę z kieszeni, trzymając kurczowo zaciśnięte palce na czerwonym, niedużym pudełeczku obitym aksamitem. Ukląkł na prawe kolano, trochę zbyt sztywno, jego ruchom brakowało należytej płynności, jednak nikt zdawał się nie zwracać na to uwagi. Pani Evans siedziała uśmiechnięta, po jej policzku spływała pojedyncza łza. Pan Evans obejmował żonę ramieniem, również uśmiechnięty i wzruszony, lecz nie okazujący tego fizycznie.

- Petunio – zaczął, a jego głos był niepewny, chwiejny i rozedrgany – Czy uczynisz mi zaszczyt i... - odchrząknął – zostaniesz moją żoną?

Petunia stała przez dobrą chwilę nieruchomo. Chciała się ruszyć, powiedzieć coś, cokolwiek, ale nie mogła. Spodziewała się oświadczyn Vernona, spodziewała się ich dziś, ale mimo tego, stres czy może wzruszenie odebrały jej mowę.

Dursley zaczął się niepokoić, krople potu ponownie wystąpiły na jego czoło. Chrząknął nerwowo, spojrzał Petuni prosto w oczy i dopiero wtedy usłyszał:

- Tak, Vernonie. Zostanę twoją żoną.

Nie zdążył wsunąć jej pierścionka na palec. Wszyscy usłyszeli dziwny trzask, w salonie rozbłysło intesywne, zielone światło i nagle, znikąd, na środku pomieszczenia, na zimnej podłodze pojawiła się jakaś postać.

Vernon niemalże upadł na plecy. Petunia podskoczyła i pisnęła głośno. Pani Evans wbiła się mocniej w kanapę. Tylko Pan Evans zachował chłodną głowę.

- To jakaś dziewczyna – powiedział pochylając się nad tajemniczą postacią. – Może to ma związek z Lily... – urwał, przypominając sobie, że w pokoju ciągle znajduje się Vernon.

Dziewczyna się nie ruszała, ale żyła, to nie ulegało wątpliwości. Miała szare włosy, potargane ubranie, na policzku brzydką bliznę, a u jej boku leżał... miecz. Pan Evans chciał jej pomóc, sprawdzić puls, przenieść na kanapę i zadzwonić po pogotowie, ale nim zdążył cokolwiek zrobić, dziewczyna otworzyła oczy i spojrzała na niego przerażonym wzrokiem. Chciał coś powiedzieć, uspokoić ją, lecz znów błysnęło zielonym światłem, a dziewczyna zniknęła.

Petunia była przerażona. Nie miała wątpliwości, ze ma to związek z jej dziwaczną siostrą, a najgorsze, że teraz musiała wyjawić całą prawdę Vernonowi, który wciąż siedział sparaliżowany na podłodze i patrzył tępym wzrokiem w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą leżała ranna dziewczyna.