Okoliczności były bez wątpienia niesprzyjające. Jedynym czego była pewna to ciemność i chłód, ale nie mróz, nie zimno. Zaledwie chłód, nawet przyjemny, otulająco usypiający. Ale nie mogła spać, nie teraz. Druga pewność: była na zewnątrz, nie mogła się pomylić. Słyszała nocne zwierzęta, czuła powiewy wiatru na twarzy. Wtedy przyszła szybka refleksja: las. Znajdowała się w lesie. Czuła pod plecami twardy, ostry konar drzewa, słyszała nocne ptaki, dłonią wymacała wilgotną ściółkę.

Przebłyski świadomości wypalały jej niewyraźne obrazy w głowie. Ostatnim co pamiętała było dziwne pomieszczenie. Ciepłe, jasne i przytulne. Pamiętała pochylającego się nad nią mężczyznę o zielonych oczach i jasnym, przystrzyżonym wąsie. Pamiętała zdziwienie, strach, i niepokój w jego oczach. Pamiętała, że czuła to samo. Odruchowo, niemalże machinalnie przeniosła się dalej używając swej mocy, nie do końca świadomie, bez premedytacji. A teraz był tylko ten ciemny, wilgotny las. Musiała coś zrobić, zebrać się, ruszyć w obranym kierunku. Najlepiej na północ, co prawda nawigacja w środku nocy, w tak gęstym lesie nie była zadaniem prostym, ale miała doświadczenie, potrafiła sobie radzić.

Wstała, chwiejnie i niepewnie. Czuła ostry, piekący ból w okolicy brzucha. Wiedziała skąd pochodził. Doskonale zdawała sobie sprawę z ciętej, poszarpanej rany, ale teraz nie mogła z nią nic zrobić. Musiała przede wszystkim wydostać się z tego lasu, znaleźć pomoc, albo chociaż medykamenty, coś czym mogłaby zatamować ranę. Ludzi lepiej unikać, nie wychylać się poza cień.

Przeszła kilkadziesiąt metrów zataczając się, potykając o konary, opierając o drzewa i krzewy, a zajęło jej to zdecydowanie zbyt wiele czasu. Opadała z sił z każdym krokiem, czując jak wraz z krwią uchodzi z niej resztka energii, wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu. Kolejne kroki były męką. Wymuszone, ociężałe i powolne sprawiały ból. A najgorsze dopiero miało nadejść.

W pewnym momencie usłyszała ryk. Straszliwy i złowieszczy. Dochodził gdzieś z zachodu i niechybnie zbliżał się do niej. Rozpaczliwie dobyła miecza, przybrała pokraczną, nieskoordynowaną postawę i czekała. Domyśliła się co tak ryczy, czekała w gotowości, a przynajmniej gotowa na tyle, a na ile pozwalał jej stan. Zza jednego z drzew, na oświetloną blaskiem pełnego księżyca polanę, na której stała wyskoczył wilkołak. Był wielki, potężnie zbudowany, z jego pyska, po ostrych jak brzytwa, obnażonych kłach spływała ślina. Szarżował wprost na nią. Wiedziała, że ma tylko jedną szansę, musi być precyzyjna, tylko jedno cięcie w udo może ją uratować, na więcej nie starczy jej sił. Więc czekała, kurczowo trzymając rękojeść srebrnego miecza. Wilkołak skoczył, zgodnie z jej przewidywaniami od lewej strony, chcąc pazurami ugodzić ją w twarz. Na szczęście była szybsza i sprytniejsza. Wywinęła mieczem, ciężar ciała pozostawiając na prawej nodze przeszła w niewielki przykuc, pozwalający uniknąć ciosu potwora i dający sposobność na wyprowadzenie kontrataku. Cięła ostro, ale nie precyzyjnie. Ręka się jej omsknęła, nie trafiła czysto, zamiast ugodzić w tętnice, trafiła jedynie w mięsień wilkołaka, do tego nie dość głęboko, aby wyrządzić mu trwałe szkody i rany.

Gotowała się na unik kolejnego ciosu potwora, kiedy coś wielkiego i ciemnego rąbnęło w wilkołaka z mocą, zwalając go na ziemię. Potwór zawył przeciągle, przygwożdżony do mokrej ściółki przez sporych rozmiarów jelenia wierzgał, kopał i ryczał. Do jelenia dołączył czarny jak sama noc pies. Szczeknął groźnie, doskoczył do powalonego potwora i zakłapał zębiskami tuż przy jego pysku. Jeleń ostrożnie odsunął się od wilkołaka, wciąż napięty, baczny i gotowy. Potwór podniósł się na równe nogi, jedna z łap była podwinięta, ciekła z niej krew. Pies zaszczekał ponownie, pazurami rozjuszył wilkołaka i odciągnął go w głąb lasu.

Opadła ciężko na ziemię, opierając plecy o gruby pień drzewa patrzyła jak jeleń, powolnym i trwożnym krokiem zbliża się do niej. Był już naprawdę blisko, do tego stopnia, że widziała jego dziwne, nienaturalnie orzechowe oczy. Przyglądał jej się z ciekawością, ale i z czymś co przypominało jej troskę i zmartwienie.

Z każdą chwilą traciła siły, wiedziała, że nie da rady samodzielnie wstać, a co dopiero dojść gdzieś, gdzie znajdzie jakąkolwiek pomoc. Zostały jej ostatnie minuty zanim straci przytomność. Jeleń już nie patrzył na nią, zamiast tego rozglądał się nerwowo, prężył i nasłuchiwał. W końcu z krzaków wypadł ten sam czarny pies, zaszczekał kilkukrotnie, w stronę jelenia. Wyglądali jakby się porozumiewali, a nawet rozmawiali, ale zrzuciła to na karb gorączki spowodowanej utratą zbyt dużej ilości krwi. Nie miała zresztą okazji dłużej się nad tym zastanowić, bo kiedy pies z usilnie pracującym nosem, się zbliżył, pociemniało jej w oczach, świat wokół delikatnie zawirował i straciła świadomość.

- Kurwa, co tu jest grane?

James podszedł do dziewczyny już w swojej zwykłej, ludzkiej postaci. Syriusz stał z tyłu, nawoływał Glizdogona i oświetlał las różdżką.

Krwawiła. I to mocno. James próbował ocenić sytuację, ale nie znał się na zaklęciach uzdrawiających, a tym bardziej na mugolskich sposobach na opatrywanie ran. W głowie dźwięczała mu masa pytań: skąd ta dziewczyna się tu wzięła? Kim jest? Skąd ta rana na jej brzuchu? Ale nie miał teraz czasu ani sposobności aby je zadać. Przede wszystkich wiedział, że musi jej pomóc i to uważał za priorytet.

- Słuchaj, chyba musimy ją zabrać do zamku. – powiedział do Syriusza.

- Zwariowałeś?! Jak niby mamy się wytłumaczyć z rannej, nieznajomej dziewczyny przytarganej z lasu w pełnie? Chcesz, żeby Dumbledore nas wywalił?

- Mamy pelerynę, możemy ją wprowadzić po cichu, tak, żeby nikt nie zauważył.

- I co nam to da? Schowamy ją w dormitorium i poczekamy, aż się wykrwawi do reszty?

- A wolisz, żeby wykrwawiła się tutaj bez szans na pomoc? Wygląda jakby była w naszym wieku, może się zgubiła i jakiś potwór zaatakował ją w lesie...

- Na gacie Merlina, James! Nie potrafimy jej pomóc, a jak umrze w naszym dormitorium to nie dość, że wywalą nas ze szkoły to jeszcze Hogwart Express zawiezie nas prosto do Azkabanu!

- Coś wymyślimy. Może uda mi się ukraść jakiś eliksir z kanćapy Slughorna, albo chociaż składniki i sami coś uwarzymy.

- Chcesz jej pomóc czy ją otruć? Przecież na lekcjach Slughorna jesteśmy zajęci rzucaniem petard w ślizgonów, a nie słuchaniem co mówi Ślimak. I gdzie, do cholery, jest Glizdogon?! Peter! Wyłaź!

W końcu, jakby na zawołanie, Peter wyszedł zza drzewa, cały roztrzęsiony i głęboko przerażony.

- W końcu się zjawiłeś. Gdzie żeś był?! – krzyczał Syriusz.

- Ja... ja schowałem się, kiedy Remus wpadł w szał i...

- Dobra, daj mu spokój. – powiedział James. – Mamy ważniejsze sprawy na głowie.

Wciąż pochylał się nad dziewczyną i lustrował jej sylwetkę. Była młoda, nie mogła mieć więcej niż osiemnaście – dziewiętnaście lat. Ubrana była nietypowo, wełniane legginsy wpuszczone w wysokie buty z jasnej skóry. Poszarpana, lniana koszula ukazywała miejsce, z którego najobficiej ciekła krew. Włosy miała szare, jak popiół z kominka, zebrane w luźny, niechlujny kok. Lewy policzek przecinała i szpeciła poszarpana blizna. Obok niej, zagrzebany w uschłych liściach, leżał nagi, odbijający światło księżyca miecz. Wyróżniała się, bez wątpienia, nawet na tle ekstrawaganckich i często pomylonych czarodziejów, których James i Syriusz znali na pęczki. Żaden z nich nigdy nie widział kogoś tak dziwnego.

- Co z Remusem? – zapytał James.

- Zamknąłem go we Wrzeszcącej Chacie. Nie wyjdzie stamtąd do rana.

- Musimy ją jakoś zabrać. Peter, weź mapę, ja z Syriuszem rzucę zaklęcie lewitacji i spróbujemy w ten sposób zanieść ją do zamku. – podał Peterowi kawałek złożonego pergaminu. – Będziesz sprawdzał czy mamy czystą drogę, tylko błagam, tym razem nie możesz nawalić.

Peter przęłknął ślinę, przytknął różdżkę do mapy, wypowiedział odpowiednią formułkę i rzucił zaklęcie lumos. James z Syriusz symultanicznie rzucili zaklęcie lewitujące na bezwładne ciało dziewczyny, a następnie przykryli je peleryną niewidką.

Powrót do szkoły zajmował im znacznie dłużej niż zwykle. Nie robili tego pierwszy raz. Regularnie i często wychodzili na nocne spacery po lesie, szczególnie w czasie pełni, mieli więc spore doświadczenie i rozeznanie w terenie. Jednakże nigdy do tej pory nie musieli ze sobą transportować omdlałego ciała, które dodatkowo musieli odpowiednio kamuflować. Uważali na każde drzewo, każdy konar i gałąź, aby tylko nie przysporzyć dziewczynie dodatkowych ran. Peter szedł z przodu, w roli przepatrywacza sprawdzał się nie najgorzej. Wciąż oświetlał całej trójce drogę, a kiedy przeszli przez błonia, mijając chatkę Hagrida, i stanęli przed schodami do zamku, wbił wzrok w mapę, aby dokładnie i skrupulatnie upewnić się, że żaden nauczyciel, duch, czy prefekt nie stanie im na drodze do dormitorium.

Wspinali się po schodach, ciężko sapiąc, z różdżkami nieustanie wycelowanymi w, zdawałoby się, pustą przestrzeń. Doskonale zdawali sobie sprawę, że jeśli ktokolwiek ich przyłapie, będą mieli większe problemy niż kiedykolwiek dotychczas. Dlatego szli ostrożnie, wolno i systematycznie pokonywali kolejne piętra i korytarze, dopiero po trzykrotnym zapewnieniu Petera, że droga jest wolna. Przed nimi stanął najtrudniejszy etap podróży: musieli przejść przez portret Grubej Damy nie wzbudzając jej podejrzeń. Gruba Dama była już przyzwyczajona do ich nocnych wycieczek, dlatego nie zdziwił jej ich widok, natomiast ukrywanie lewitującego, niewidzialnego ciała było nowością nawet dla Huncwotów.

- Ah, to znowu wy. Kiedy w końcu zaczniecie się zachowywać jak przyzwoici uczniowie i dacie mi pospać w nocy?

- Bananowe rogale. – powiedział szybko James.

- Naprawdę, moglibyście chociaż kilka nocy z rzędu dać mi spokój i...

- Bananowe rogale – powtórzył James z naciskiem.

- No dobrze, dobrze. Wchodźcie.

Portret odsunął się ukazując przejście, do którego wgramolili się niezwykle ostrożnie i niepewnie. Syriusz miał nieprzyjemne wrażenie, że głowa dziewczyny uderzyła we framugę.

Dalszy etap należał już do prostych. Błyskawicznie przeszli przez pokój wspólny, wspięli się po schodach na górę i już znajdowali się w swoim dormitorium.

Delikatnie i bardzo troskliwie położyli dziewczynę na łóżku Remusa, a następnie zdjęli z niej pelerynę.

- Myślę, że Luniek się nie obrazi. – powiedział Syriusz. – W końcu i tak nie wróci dzisiaj na noc. Cholera, ona chyba krwawi jeszcze mocniej niż w lesie.

I rzeczywiście, koszula była już niemalże całkowicie czerwona od ciemnej, nabiegającej coraz obficiej krwi. Wiedzieli, że nie zostało im wiele czasu na reakcję.

- Dobra, to co teraz? – pytał Syriusz niemało przerażony.

- Musimy jakoś zatamować krwawienie...

- Tyle to wiem, tylko jak?

- Może, eee... - James chodził w kółko po pokoju próbując zebrać myśli. – Masz jeszcze tej whisky?

- Tej mugolskiej? No, mam.

- To daj mi, szybko.

- Słuchaj, to nie jest najlepszy moment na picie, ale jeśli bardzo chcesz...

- Nie gadaj, tyko dawaj.

James wyrwał podaną mu na wpół opróżnioną butelkę alkoholu. Najdelikatniej jak umiał odsunął materiał z krwawiącej rany dziewczyny, ale to co zobaczył nieomal nim zachwiało.

- Och, kurwa mać. – powiedział wykrzywiając twarz.

Spod koszuli wyzierała potworna, poszarpana i piekielnie zaogniona rana. Krawędzie były poszarpane, jakby nadziała się brzuchem na piłę czy coś w tym rodzaju. James przymknął oczy, odkręcił butelkę i bardzo wolno wylał jej niewielką zawartość wprost na ranę. Dziewczyna nawet nie drgnęła, wciąż pozbawiona świadomości.

- Może i lepiej, że straciła przytomność. Przecież po czymś takim darłaby się głośniej niż McGonagall kiedy wysadziłem krzesło pod Snapem. – odparł Syriusz z nerwowym uśmiechem.

- Masz jakąś szmatę czy coś? Trzeba to zatamować.

Syriusz wygrzebał ze swoich rzeczy stary, sfatygowany t-shirt. Ostrożnie przyłożył go do miejsca, skąd wypływało najwięcej krwi.

- Dobra, trzymaj tak. – rzucił szybko James. – A teraz lecę do składziku Slughorna.

- Hej! Nie zostawiaj mnie tutaj samego!

- Przecież Glizdek zostaje. W razie czego ci pomoże.

- Ta, bardzo śmieszne. Przecież on ledwo stoi na nogach.

- Dacie sobie radę. Lecę

Wybiegł z pokoju, narzucając na ramiona pelerynę. Dopiero po przejściu przez dziurę w portrecie zorientował się, że zapomniał mapy. Trudno, będzie musiał sobie radzić bez niej. Szedł ciemnymi i długimi korytarzami, z łomoczącym mocno sercem. Wiedział, że tym razem przesadzili. Sprowadzenie do zamku rannej dziewczyny, nie poinformowanie o tym nauczycieli, schowanie jej w dormitorium i próba leczenia na własną rękę. To było za wiele, nawet jak na nich. Ale co miał zrobić? Nie mógł jej zostawić samej w lesie na pewną śmierć. Nie mógł jej też zabrać do skrzydła szpitalnego czy Hogsmeade, bo każdy by się dowiedział, że łażą po lesie w czasie pełni. I był pewien, że Dumbledore szybko połączyłby kropki. Wybrał najlepsze rozwiązanie. Przynajmniej tak się pocieszał w myślach, wędrując w stronę składziku Slughorna.

W środku było duszno. Na półkach i szafkach stał ogrom słojów, menzurek, pudełeczek, roślin, dekoktów i naparów. Miał już w głowie gotowy plan. Uznał, że nie ma sensu porywać się na potężniejsze eliksiry, bo potrafił mierzyć siły na zamiary i zdawał sobie sprawę, że bez pomocy kogoś utalentowanego w kwestii eliksirów (na przykład Lily), nie będą w stanie ich uwarzyć. Dlatego od razu wziął się za szukanie składników do eliksiru wiggenowego. Był pewien, że co jak co, ale ten prosty eliksir są w stanie uwarzyć sami i to w dość komfortowych warunkach. Poza tym, eliksir wiggenowy warzyło się szybko, a zależało mu na czasie.

Błyskawicznie dostrzegł liście dyptamu zebrane do niewielkiego, drewnianego pudełeczka, które schował do kieszeni szaty. Następnie wziął kilka fiolek z sokiem z chrobotków. Kora drzewa wiggen niemalże sama wpadła mu do rąk. Udało mu się także porwać niewielki kociołek, chochlę, oraz ostatni składnik, którym był śluz gumochłona.

Wypadając z kantorka zapomniał zamknąć za sobą drzwi. Nie miał czasu się zastanawiać i marnować żadnej z cennych chwil, dziewczyna z każdą sekundą traciła krew, a uwarzenie eliksiru zajmie trochę czasu.

W dormitorium Syriusz wciąż przyciskał koszulkę do brzucha dziewczyny.

- No, w końcu. Czemu się tak wlekłeś?! Zgubiłeś się czy co? – rzucił Syriusz bardzo zdenerwowanym głosem.

- Bardzo zabawne. Lepiej mi pomóż z eliksirem.

- Nie mogę. Mogłeś nie zauważyć, ale aktualnie tamuję krwotok starą, mugolską koszulką. Niech Peter ci pomoże.

- Peter, chodź tutaj!

Peter podszedł trwożnie i chwiejnie. Był blady jak ściana, bledszy nawet od dziewczyny.

- Słuchaj, Peter. Musisz się skupić, dobra? To bardzo ważne. Rób dokładnie to, co ci powiem. Nie możemy tego spieprzyć, jasne?

Peter pokiwał głową na znak, że rozumie.

- Dobra, to rozpal w piecyku i postaw kociołek na ogniu. Ja w tym czasie przygotuje składniki.

- Co właściwie chcesz uwarzyć? – zapytał Syriusz wyciągając głowę, aby spojrzeć na przyniesione przez Jamesa składniki.

- Eliksir wiggenowy.

- Poważnie? Myślisz, że wystarczy?

- Nie wiem, na pewno nie zaszkodzi. A nie mamy ani czasu, ani umiejętności na warzenie, czegoś lepszego. No chyba, że chcesz poprosić Slughorna o pomoc.

- Nie musimy chodzić tak daleko. Wystarczy, że przejdziesz do dormitorium obok i obudzisz Evans.

- Bardzo, kurwa, zabawne.

Wzięli się do roboty. Syriusz wciąż tamował krwawienie, jak sam zażartował byłoby to całkiem przyjemne zajęcie, gdyby nie ta cała krew i groźba zgonu dziewczyny. James kroił, dzielił, szatkował, miażdżył i mieszał składniki. Peter mu asystował, wykonywał polecenia najlepiej jak potrafił. Co prawda ograniczały się do prostych, podstawowych czynności takich jak popuszczenie ognia, zamieszanie w kociołku, wrzucenie składnika czy podanie nożyka Jamesowi, ale wywiązywał się z nich bez zarzutu. James stał nad parującym kociołkiem ocierając twarz z potu. Zdjął zaparowane okulary, przetarł szkła o rąbek szaty, a kiedy je ponownie założył zauważył, że eliskir zaczyna przybierać odpowiednią barwę.

- Dobra, teraz jeszcze chwila gotowania i powinno być w porządku. – powiedział siadając na łóżku. – Zmienić cię?

- Nie, dzięki. Świetnie sobie radzę, wiesz może nawet odnalazłem powołanie? Chyba zostanę uzdrowicielem.

- Aha, najpierw musiałbyś zdać eliksiry na wybitne, cwaniaku.

- Racja, jest pewna luka w moim planie.

James jeszcze raz spojrzał do kociołka, tym razem kolor był już jadowicie zielony, przypominał majową trawę na błoniach Hogwartu.

- Chyba gotowe. Trzeba jej to jakoś podać...

Nabrał niewielką ilość eliksiru do kubka. Syriusz podniósł głowę dziewczyny, tak aby James był w stanie bezpiecznie wlać płyn do jej ust. Zadanie okazało się bardziej stresujące niż się spodziewali. Obaj mieli obawy, że dziewczyna się zaksztusi i utopi, ale wszystko przebiegło po ich myśli. Ostrożnie złożyli jej głowę na poduszce i odetchnęli z ulgą.

- Mam nadzieje, że to podziała. – Powiedział Syriusz, przykładając czystą koszulę do rannego brzucha.

- Ja też. Na nic lepszego mnie nie stać. Chyba powinniśmy poczekać, aż zacznie działać.

Syriusz chwycił butelkę whisky w zakrwawioną dłoń. Upił dwa łyki, po czym podał butelkę Jamesowi.

- Masz, należy ci się.

James przyjął butelkę i wypił taką samą ilość. Resztę odstawił na stolik nocny i opadł ciężko na poduchy.

- Chyba powinienieś umyć ręce. Wyglądasz jak rzeźnik.

- Racja, widok trochę makabryczny, co nie, Peter?

- Oj, tak. Bardzo makabryczny... - odparł Peter, wciąż blady i roztrzęsiony.

- Napij się też. Zasłużyłeś. Dobrze się spisałeś przy tym eliksirze. – Powiedział James wyciągając ku niemu flaszkę z resztą alkoholu.

Syriusz zniknął za drzwiami łazienki. James leżał z rękoma pod głową, wpatrzony w sufit nasłuchiwał oddechu dziewczyny. Peter przysiadł na swoim łóżku, wyjął z szafki tabliczkę czekolady i odłamał kilka kostek, systematycznie wprowadzając je do ust.

- Gdzie... gdzie... co?

James zerwał się na równe nogi. Błyskawicznie znalazł się przy łóżku dziewczyny, uklęknął i pochylił się nad nią.

- Hej, obudziłaś się. Jak... jak się czujesz?

- Nie... najlepiej. Gdzie ja jestem? Kim jesteś? – mówiła bardzo słabo, wolno i cicho.

- Jestem James. Jesteś w naszym dormitorium w Hogwarcie.

- Ho...Hogwarcie? Co to za miejsce?

- To szkoła. Szkoła Magii i Czarodziejstwa.

- Szkoła... i ty jesteś uczniem, tak?

- Tak. Jak masz na imię?

- Ciri. Jestem... Ciri. Co z moją raną?

- Udało nam się ją nieco zatamować. Daliśmy ci też eliksir na gojenie ran, ale nie jestem pewien czy to wystarczy.

- W torbie... ciemna buteleczka z laką...

Syriusz usłyszał te słowa wychodząc z łazienki i bez zawahania ruszył do leżącej koło łóżka torby dziewczyny. Wysypał całą zawartość na swoją pościel, a była to zawartość doprawdy osobliwa. Nie miał jednak czasu na analizowanie tych dziwactw. Po prostu wziął butelkę, która najbardziej pasowała do opisu i podał ją Jamesowi.

- Chcesz to wypić?

- Nie... nie teraz. – mówiła wciąż słabo. – najpierw trzeba to rozcięczyć z wodą. Pół na pół.

- Peter! Dawaj wodę, pół kubka wody, szybko!

James zerwał lakę i wlał zawartość buteleczki do na wpół zapełnionego kubka. Syriusz pomógł dziewczynie przejść do niewielkiego półsiadu, a James przyłożył kubek do jej ust. Piła powoli, krzywiąc się przy tym nie wiadomo, z bólu czy z powodu smaku napoju.

- Dzięki. Niedługo powinno być lepiej.

- Słuchaj, nie chcemy być wścibcy, ale skąd się wzięłaś w lesie? – zapytał Syriusz siadając na krześle obok łóżka.

- To bardzo długa historia. Pewnie i tak mi nie uwierzycie... ale zaraz, mówiliście, że to szkoła magii, tak?

- Zgadza się

- W takim razie może i uwierzycie, ale teraz, wybaczcie, nie mam siły na historie. Jestem... trochę śpiąca.

- Jasne, to zrozumiałe. Pewnie też byłbym śpiący po utracie kilku litrów krwi. – zaśmiał się niezręcznie Syriusz. – Jestem Syriusz, tak w ogóle.

Ciri nie odpowiedziała, kiwnęła tylko głową i przymknęła oczy.

- Wszystko w porządku? Jesteś pewna, że ten napój ci pomoże?

- Uh... prawie. Powinien podziałać, ale nie wiem jak głęboka jest rana i czy ostrze nie było zatrute...

- Ostrze? – powiedzieli jednocześnie Syriusz i James.

Ale Ciri już nie mogła nic powiedzieć. Kolejny raz straciła przytomność. Tym razem jednak było to w warunkach, można powiedzieć, kontrolowanych, na wygodnym, zaścielonym i czystym łóżku. Syriusz przykrył ją jeszcze kocem, twierdząc, że wyczuł u niej gorączke, kiedy pomagał jej pić. James przeszedł na swoje łóżko, ale wiedział, że nie zaśnie tej nocy. Będzie czuwał i nasłuchiwał czy z Ciri wszystko w porządku. Był też pewien, że Syriusz będzie robić to samo. Obaj nawet nie udawali, że kładą się spać. Po prostu usiedli na swoich łóżkach i w milczeniu zastanawiali się nad tym wszystkim. I tylko Glizdogon zachowywał się w pełni naturalnie, siedząc na swym krześle i zajadając stres czekoladowymi ciastkami.