Lord Voldemort siedział sam w przyjaznej ciemności i myślał. Lokal, który obecnie zajmował, nie był zbyt imponujący, ale zupełnie mu wystarczał. Na razie. Nie chciał za bardzo rzucać się w oczy. Chodziło wyłącznie o ciszę i spokój, aby mógł pomyśleć. Szkoda, że nieustannie coś mu w tym przeszkadzało.

Tyle problemów, na Salazara i jego węża!

Nieustannie coś nowego, zdecydowanie się nie nudził. Młodzi się niecierpliwili, oczekiwali jakiegoś ruchu. I w końcu znaleźli sobie idealny cel. Niech piekło pochłonie wszystkich młodych rewolucjonistów!

Czarnego Pana ominęła wprawdzie wizyta niejakiego Severusa Snape'a podczas ostatniego zlotu mniej imponujących, młodych Śmierciożerców, ale nie jej skutki. Być może była to kwestia wieku, może wypracowanej powagi, jednak czasami zapominał, że to właśnie w szeregowych zwolennikach płonęła najdziksza ambicja. Rzadko interesował się tak nisko postawionymi rekrutami, to była działka Malfoya. Zresztą, zdaje się, że już wcześniej komisyjnie spisali tamtego niezdecydowanego dzieciaka na straty, gdy nie okazał się przydatny. W ostatniej chwili stchórzył, a później zapadł się pod ziemię, jak przystało na nędznego robaka. To nigdy nie wróżyło dobrze na przyszłość.

Ale nie, to nie był koniec, bo oto Snape wyskoczył nagle jak diabeł z pudełka, żeby z dnia na dzień stać się tematem numer jeden. To był… szalony plan. Niewyobrażalny! Nic dziwnego, że tak podobał się młodzieży.

Lord Voldemort westchnął. Sam nie był specjalnie przekonany. Jego uwagę całkowicie pochłaniały inne sprawy. Pewne rzeczy… artefakty musiały zostać znalezione, jeśli chciał mieć pewność, że wygra tę wojnę. Nie było miejsca na fuszerkę, a pośpiech był w tym momencie wyjątkowo złym doradcą. Tylko skąd oni to mogli wiedzieć? Pożyteczni idioci… Imbecyle!

Z każdej strony otaczały go zwierzęta. Nikt nie rozumiał, co to znaczy dźwigać na swoich barkach tak potężny umysł. Nie pojmowali subtelności jego dalekosiężnych planów, potrzebowali natychmiastowych efektów. Chcieli mieć wszystko podane na tacy. Mordy i rewolucje. Banał gonił banał.

Czarodzieje gorszej kategorii. Bez wizji. Małego ducha.

À propos…

– Możesz już wyjść z cienia – zwrócił się do ukrytej postaci, którą trudno byłoby zauważyć w ciemnym pokoju. Lord Voldemort nie potrzebował tak dużo światła, jego oczy świetnie adaptowały się do naturalnego mroku. Nieoczekiwany, ale bardzo przydatny skutek uboczny.

Coś w kącie zaszurało bez przekonania.

– Nikogo poza nami tu nie ma. Ale jeśli to cię nie przekonuje, weź, proszę, pod uwagę, że moja uprzejmość skończy się wraz z cierpliwością.

– Dobrze, panie.

Głos był niepewny i rozedrgany. Więcej niż irytujący. W uszach Lorda Voldemorta brzmiał lękliwie, a tego nie znosił. Marudne tony jeszcze bardziej go drażniły. Z każdej strony tylko bieda umysłowa i duchowa, czuł się wielce rozczarowany.

– Nie mamy całego dnia. – Skrzywił się z pogardą. – Nie chcemy też, aby twoja nieobecność została zauważona, prawda?

Czarodziej w końcu się zbliżył. Niepewnie, z pochyloną głową i cały w służalczych ukłonach. Był niski i jakiś taki… nijaki. Najsłabsze ogniwo z miotu, idealna ofiara. Lord Voldemort ponownie ciężko westchnął. Wszędzie kretyni, ale niektórzy przynajmniej zdatni do użytku.

– Mów, co tam się znowu dzieje – zagaił niemal uprzejmie, tak jak obiecał. – Przyznaję, że nie pojąłem sensu ostatniej wiadomości.

Peter Pettigrew wciąż nie podnosił głowy. Kulił się przed potężnym magiem, w którego cieniu planował się przyszłościowo schronić. Jak na złość, nie wszystko poszło zgodnie z planem, skoro stracił swoją najważniejszą kartę przetargową. Gdy Lily porzuciła Jamesa przed ołtarzem, przez towarzyskie kółko – trzymające się razem zgodnie od czasów Hogwartu – przetoczyła się dziejowa burza i Glizdogon po raz pierwszy od dawna wypadł z obiegu. Teraz Jim głównie zapijał smutki w towarzystwie Syriusza i żaden z nich jakoś nie pomyślał o zaproszeniu go na męski wieczór. To Lily zawsze dbała o to, by nie czuł się wykluczony. W związku z powyższym Pettigrew rozpaczliwie potrzebował czegoś innego, co mógłby z zyskiem sprzedać. I wtedy Snape spadł mu jak wyjątkowo paskudna gwiazdka z nieba.

– To nie on – oświadczył z przekonaniem.

– Cóż zatem sugerujesz? – zapytał Lord Voldemort bez większego zainteresowania. – Że nieoczekiwanie się rozmnożył? A może ma złego brata bliźniaka? Czy też raczej, hm, dobrego, biorąc pod uwagę okoliczności – zaśmiał się krótko i raczej złośliwie z własnego dowcipu.

Peter z nerwów ledwo trzymał się na nogach, było mu słabo i niedobrze, ale mimo to upierał się przy swoim.

– Nie wiem, ale widzę, że coś jest nie w porządku. Chodziłem z nim do szkoły, widziałem… widziałem, co mu robili. Znam go.

– I co z tego? Ludzie się zmieniają. – Machnął obojętnie ręką Czarny Pan, a jego szpieg w reakcji na ten gest jeszcze bardziej się skulił.

– Wszędzie bym go poznał. I… Na ostatnim spotkaniu to rzeczywiście był on, bez dwóch zdań. Ale ten człowiek w Zak… TAM. Ten, który przyszedł wtedy z Lily… Nie, to niemożliwe. – Kręcił głową z taką werwą, że cały zaczął się trząść. – Wyglądał jak on, owszem. Ale zachowywał się inaczej. Może to jakaś sztuczka, może eliksir wielosokowy. On umiałby go przyrządzić. Przynajmniej jeden z nich.

Lord Voldemort poczuł się ostatecznie znudzony.

– Świetnie. Gratuluję wybitnych zdolności obserwacyjnych, choć NIE PO TO JESTEŚ MI POTRZEBNY! – ryknął, zgodnie z zapowiedzią tracąc i resztki dyskusyjnej uprzejmości, i całą cierpliwość. – Przynosisz zagadki, zamiast odpowiedzi. Komu potrzebny taki szpieg? Co miałaby na celu ta maskarada?

– Nie mam pojęcia, panie.

– Więc lepiej się dowiedz, zanim postanowisz zawracać mi głowę bezużytecznymi głupotami, jasne?

Tyle randomowych problemów, a tak mało czasu. Lord Voldemort nie miał ochoty się tym zajmować, tym bardziej że nie miał też choćby cienia koncepcji, co miałby z tym zrobić (o ile w ogóle coś). Jego myśli zajmowała Albania i to, co było tam podobno ukryte. To było ważniejsze od wszystkich zamachów na wszelkich urzędników na całym świecie. Dlaczego nikt nie był w stanie pojąć jego priorytetów?

Z każdej możliwej strony atakowały go tylko kolejne rozczarowania.


Nastroje panujące w małej społeczności na Spinner's End diametralnie się zmieniły, odkąd młodszy Snape uświadomił sobie, że nie odzyska różdżki. Przecież wszystko zadowalająco wyjaśnił, a cała afera zakończyła się najlepiej, jak to tylko możliwe. Czuł się potraktowany niesprawiedliwie przez drażliwego tyrana, jakim najwyraźniej miał się stać w ciągu najbliższych dwóch lat. Zamknął się w swoim – tak, SWOIM – pokoju i nie zamierzał z niego wychodzić, dopóki nie odzyska swoich rzeczy. Przeprosiny również byłyby mile widziane.

Starszy Snape nie był otwarty na dyskusje. Miał w głowie coś zupełnie innego, co od niedzieli nie dawało mu spokoju. Przygoda niezmiernie irytującego Severusa Numer Jeden przypomniała mu o jednym… Pieniądze! Kończyły się w zastraszającym tempie, przecież od początku nie było ich zbyt wiele. Dlatego on z kolei zamknął się w piwnicy, gdzie znajdowała się biedapracownia eliksiryczna, którą sam tam założył, gdy tylko prawa własności ponurego domu przeszły w jego ręce. To był jedyny plus starej, czynszowej szeregówki – solidne fundamenty i rozległe piwnice, szczególnie gdy okazało się, że okoliczni mugole specjalnie z nich nie korzystali. W związku z powyższym prowizoryczne lochy Snape'ów mogły spokojnie się rozrastać niczym pleśń, pasożytując na okalających posesjach. Bardzo wygodne rozwiązanie.

Jednak żeby rozkręcić biznes, potrzebował pomocy – na przykład dwójki darmozjadów, którzy korzystali z jego gościnności. Oboje byli dostatecznie uzdolnieni w subtelnej sztuce warzenia mikstur, to nie ulegało wątpliwości. Nawet jeśli Lily zdążyła o tym zapomnieć w czasie, kiedy jej głównym zajęciem stało się bycie narzeczoną. Dawna wiedza nabyta i wrodzone zdolności musiały gdzieś tam tkwić, wystarczyło je tylko sprowokować i odgruzować. Na razie nie miał na to czasu, a też nie spodziewał się chętnej współpracy. Chaos i emocje nie sprzyjały tworzeniu kreatywnych biznesplanów. Ale spokojnie, przyjdzie czas, żeby zapędzić ich wszystkich do uczciwej roboty.

Tymczasem męczył się sam. Nie tylko dlatego, że musiał. Pracownia, którą przejął w posiadanie, była… swojska. Dobrze mu znana, a wręcz przytulna. Nawet gdy świat wokół tracił sens, a czasy mieszały się ze sobą, eliksirom mógł zaufać bezgranicznie. Zawsze – no, zwykle – wychodziły takie same, o ile tylko należycie się skupił i trzymał przepisu (najczęściej przez siebie poprawionego). Mając zajęte czymś ręce, mógł spokojnie pomyśleć.

A Merlin wiedział, że miał o czym! Narzucił sobie niezwykle skromne okienko czasowe, w którym należało zająć się ministrem, a jemu – jak na złość! – brakowało pomysłów. Albo zwyczajnie miał na głowie zbyt wiele innych problemów, aby mógł należycie się skupić, poszukując rozwiązania tego jednego, najbardziej palącego z całego skomplikowanego zestawu.

Nastawił kilka mniej lub bardziej skomplikowanych eliksirów, które – jak pamiętał – cieszyły się powodzeniem na czarny rynku. W wolnym czasie zajął się porządkami i inwentaryzacją, bo zbiory zastał w opłakanym stanie. Zapomniał, na jakim tragicznym sprzęcie musiał kiedyś pracować. Hogwart miał jednak swoje drobne plusy czy luksusy, do których zadziwiająco szybko zdołał przywyknąć. Jako szacowny profesor wszystko miał pod ręką, a teraz – dla odmiany – wszystkiego mu brakowało. Między innymi składników do przyrządzenia skutecznego lekarstwa na migrenę, która zakradała się niespodziewanie w reakcji na nadmiar wrażeń czy zawodów każdego kolejnego dnia.

Pokonany Severus usiadł za rozchybotanym stołem, przyciągnął do siebie pióro i pergamin, po czym zaczął sporządzać notatki. Bardzo skromne i niesatysfakcjonujące. Czekając na nagły atak weny, bawił się piórem, patrzył na dojrzewające mikstury i wzdychał. Jak przygotować zamach na ministra, mając do dyspozycji trzy smocze łuski, pół kilo zjełczałego żabiego skrzeku i jeden bliżej niezidentyfikowany kieł? Paradne! Czuł, jak czarny humor ramię w ramię z gryzącym sarkazmem powoli przejmuje jego myśli. Otrucie ministra naparem ze spleśniałych chrabąszczy lub uduszenie pękiem suszonych pokrzyw byłoby zdecydowanie kreatywne. Tylko czy skuteczne?

Odpłynął myślami na tyle daleko, że w końcu zachlapał atramentem całkiem dobry kawałek pergaminu (nawet papier trzeba było oszczędzać, co za los!). W złości najpierw zmiął kartkę, ale… Zawahał się. Rozprostował ją, po czym przyjrzał się uważnie swoim notatkom i rozlanym po całości kleksom.

„Tak, tak", dumał. „To byłoby… No tak, szalone. Ale to już wiemy". Złożył kartkę na pół, ponownie rozprostował i spojrzał na stworzone w ten sposób linie. „Nie trzeba wiele. Wystarczy mała dawka, byle odpowiednio wzmocniona. Tak, tak", przekonywał samego siebie. „To dałoby się zrobić. I nawet dałoby się zrobić tanio. Po kosztach, cha, cha!", zaśmiał się gorzko w duchu, od nowa zabierając się za składanie pergaminu. Tym razem w skupieniu dokończył dzieła i posłał w powietrze niewielki papierowy samolocik. „Nikt by się tego nie spodziewał. Nawet ja", stwierdził łaskawie. „Zbrodnia doskonała".

– Rozwiązałem to – stwierdził na głos, sam wyraźnie zaskoczony. – Naprawdę to rozwiązałem.

A potem usłyszał syk i popędził ratować jeden z kipiących eliksirów, żeby już całkiem zakończyć ten dziwny dzień podwójnym sukcesem.

W tym czasie Lily przeżywała swoje własne rozterki w sypialni pani Snape. Jak to w ogóle brzmiało? PANI SNAPE. O Godryku, do czego to doszło?

Tak samo jak wiele razy wcześniej, poczuła się zakłopotana swoimi własnymi myślami, a przez jej głowę przemykało ich ostatnio niemało. Sprzecznych, niezbornych i kompletnie niekontrolowanych. Szczególnie nocą, gdy długo leżała, wpatrując się w sufit, a sen nie nadchodził. A nie nadchodził oczywiście z powodu całego tego zamieszania, intryg i dyszących im w karki Śmierciożerców. Wcale nie dlatego, że zaledwie po drugiej stronie cienkiej ściany…

Lily wstała, otworzyła na oścież okno i przechyliła się przez parapet, biorąc głęboki wdech. W domu na Spinner's End nieustannie było podejrzanie gorąco i nie usprawiedliwiała tego nawet wyjątkowo piękna pogoda.

W każdym razie niepotrzebnie tak się tym przejmowała. Za ścianą zapewne znajdowała się tylko łazienka, a nie… Nie, nie, to nie była ani trochę bezpieczniejsza myśl. Różne rzeczy działy się w łazienkach i zwykle nie wymagały wiele ubrania. Przecież słyszała lejącą się wodę, odkładane na miejsce kosmetyki i pralkę. W końcu to było mugolskie mieszkanie.

– O Merlinie i Panienko – jęknęła Lily, wychylając się jeszcze dalej za okno, bo parne czerwcowe powietrze niedostatecznie chłodziło jej rozpalone policzki.

Skąd brały się te wszystkie dziwaczne wrażenia i w jaki sposób mogłaby się od nich uwolnić? A potrzebowała lepszej metody niż kuchenne sherry pani Evans czy whisky Severusa, bo jak zdążyła się już przekonać, oba płyny tylko pogarszały sprawę.

Ile minęło czasu? Może trzy tygodnie. Obiektywnie to raczej niewiele, ale w wieku dziewiętnastu lat – całe milenia! Panna Evans ledwo zdawała sobie sprawę z tego, że przez cały ten czas niewiele myślała o swoim byłym narzeczonym. W zasadzie… Wcale. Gdyby sobie to uświadomiła, jakaś bardziej rozsądna część jej osobowości pewnie próbowałaby się przed tym bronić i nadal walczyć, a tak… Cóż, w ferworze intrygujących zdarzeń zwyczajnie zapomniała. Nastąpiło gwałtowne i całkowite wyparcie.

Ale ponieważ w życiu nic i nigdy nie jest takie proste, a los z natury wykazuje tendencję do drobnych złośliwości, porzucona przeszłość już czekała w kolejce, aby upomnieć się o jej uwagę. Gdy Lily tak wychylała się przez okno, wpatrując rozmarzonym wzrokiem w niebo, dostrzegła na horyzoncie sowę. Nie był to codzienny widok w Cokeworth, dlatego z łatwością domyśliła się, dokąd ptak zmierza.

Kilka minut później rzeczywiście wylądował przed nią na parapecie. Zawahała się wprawdzie przez moment, jednak odebrała list bez konsultacji z Severusami. Musiała przecież być niezależna. Myśleć samodzielnie i umieć decydować o sobie. Wtedy może w końcu przestaliby ją traktować jak idiotkę, a zamiast tego zaczęli uwzględniać w swoich planach, o których dyskutowali wyłącznie za jej plecami.

No i przecież sowa mogła dostarczyć coś bardzo ważnego, prawda?

Niedługo później jej dziki okrzyk i gwałtowne tupanie na schodach usłyszał wyraźnie nie tylko zamknięty w swoim pokoju, śmiertelnie obrażony Severus Numer Jeden, ale również znajdujący się dwa piętra niżej Serverus Numer Dwa.

Zamknięte i zabezpieczone drzwi laboratorium irytowały Lily, która czuła się niezasłużenie wykluczona. Nie miała jednak dobrej karty przetargowej, więc musiała pogodzić się z losem. A w sytuacjach kryzysowych – czyli takich jak ta – dobijać do wrót niczym święta inkwizycja.

– Sev, miałeś rację! – krzyczała. – Jest przeciek! A nawet przecieki, bo sięgają obu stron. Dostałam list!

– Co się stało? – Młodszy Snape również pojawił się na schodach, następując jej na pięty. Obraza obrazą, ale wolał być dobrze poinformowany. Nie spodobało mu się też, że Lily kompletnie go zignorowała, od razu pędząc do piwnicy.

W pracowni coś zaszurało, coś zastukało, a coś innego chyba spadło na kamienną podłogę. W końcu jednak drzwi stanęły przed Lily otworem, a kłęby pary buchnęły prosto w jej twarz. Zachłysnęła się i odsunęła na bezpieczną odległość.

– Coś poszło nie tak? – zagadywała, zasłaniając usta ręką.

– Jak widać – usłyszała gorzki ton, który nawet w tych okolicznościach nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, który z Severusów właśnie się odezwał.

– Daj spokój, i tak się nie przyzna – wtrącił drugi. – Nie chce pomocy, przecież wszystko wie najlepiej.

– I tego zamierzam się trzymać.

Starszy Snape machnął różdżką, usuwając zadymienie, więc teraz mogli mu się przyjrzeć. Tym razem nie występował w pełnej gali, miał na sobie stare domowe spodnie i zwykłą, nieco wyblakłą koszulkę. Wyglądał na wyjątkowo wymiętego po wielogodzinnym posiedzeniu nad kociołkami, które najwyraźniej nie przyniosło satysfakcjonujących efektów. Codziennie było tak samo. Lily powstrzymała się od pytań, na które na pewno nie otrzymałaby odpowiedzi, tylko kolejną porcję złośliwości. Wolała skupić się na nowinach.

– Napisała do mnie Dorcas. – Na dowód uniosła list. – Przeprasza, że wcześniej mi nie wierzyła. Okazuje się, że informacje o planowanym zamachu dotarły do Zakonu z niezależnego źródła. Historia Seva została oficjalnie potwierdzona. Teraz Dorcs zaprasza mnie do siebie, żeby obgadać ostatnie rewelacje.

Może tylko jej się wydawało, ale odniosła wrażenie, że Severusowie wymienili bardzo osobliwe spojrzenia. Do tego dość sceptyczne. Jednak dzięki temu przynajmniej nawiązali jakiś kontakt, po raz pierwszy od kilku dni.

– Nie, nie, to dobrze! – zapewniła ich zaraz. – Wszystko idzie zgodnie z planem. Wreszcie. Myślę, że powinnam ją odwiedzić, żeby nie uznała, że jestem więźniem czy coś. Przy okazji zasięgnę języka, wybadam nastroje.

– Nie możesz tam iść, to niebezpieczne – zaprotestował natychmiast młodszy Snape. – Powstrzymaj ją! – zwrócił się z kolei do swojej starszej wersji niczym do decydującej instancji, co samo w sobie było całkiem zabawne.

Lily momentalnie się skrzywiła, słysząc ten zakaz, więc Severus Numer Dwa nie miał problemu z zajęciem odpowiedniego stanowiska.

– To dobry pomysł – poparł Lily, zyskując tym uśmiech i kilka dodatkowych punktów. – Musimy sprawiać dobre wrażenie oraz grać według zasad sympatycznego, absurdalnie towarzyskiego Zakonu, czyż nie? Wyciągnij z niej, ile tylko się da, ale ani się waż wspominać o szpiegu. To może być każdy, włącznie z twoimi dawnymi przyjaciółkami.

– Co takiego? Nie ma mowy! Dorcas by nigdy… – zawołała obronnie, ale momentalnie zamilkła, gdy ponownie zaczęli synchronicznie przewracać oczami. Miała tego dość, zależało jej na tym, żeby traktowali ją poważnie. – Dobrze, nic nie powiem. – Pokornie skinęła głową.

– A jeśli to pułapka? – nie odpuszczał Severus Numer Jeden. – Sam powiedziałeś, że szpiegiem może być każdy.

Na to starszy Snape również miał odpowiedź.

– Mogę cię eskortować – zaproponował. – I tak muszę uzupełnić składniki. Zużyłem już wszystko, co miało jakąkolwiek wartość.

Lily już, już zwracała się ku niemu żywo zainteresowana tą propozycją. Można to było łatwo poznać po błysku w jej oczach, a jednak po namyśle zrezygnowała. Odwróciła się szybko, nieświadomie zgniatając w dłoni list.

– Lepiej nie – stwierdziła. – Dorcas pisze, że mam przyjść sama. Tak będzie rozsądniej. Nie zareaguje na ciebie zbyt dobrze, Sev, więc nic nie powie.

– Zatem ustalone.

– O nie! – wtrącił się ponownie oburzony Severus Numer Jeden, któremu powyższe ustalenia wcale się nie podobały, skoro ponownie znalazł się poza nawiasem. – Nie będziecie się ciągle gdzieś szlajać beze mnie. Mam powyżej uszu domowego aresztu! Ja też chcę coś robić.

– Świetnie – oświadczył nieoczekiwanie drugi Severus. – Pójdziesz na zakupy.

– Pewnie, że pójdę! Ja… Co?!

Wojowniczy nastrój młodszego Snape'a nagle zgasł, gdy dotarł do niego sens tych słów. Lily również wpatrywała się w nich obu cokolwiek zdziwiona. Starszy Severus kontynuował spokojnie, jakby nie zauważył szoku, który spowodował:

– Przemyślałem sobie kilka spraw. I również mam dość ciągłego pilnowania wszystkich i wszystkiego. Jeśli to ma się udać, muszę ci… wam ufać. Dlatego koniec z zamordyzmem. Nie zmuszę cię do wierności ani do tego, żebyś trzymał się z daleka od naszych wspólnych znajomych. Jednak chyba już wiesz, że po drugiej stronie nie czeka nic dobrego. A jeśli nas zdradzisz, nie ma powrotu. To tyle.

– Zatem… Oddasz mi różdżkę?

– Tego nie powiedziałem – rzucił bezlitośnie. – Zobaczymy. Jak na razie nie jest ci do niczego potrzebna. Lily wybiera się na przeszpiegi, ja zamierzam zdobyć kilka istotnych składników dość daleko stąd. Ponieważ nie zachodzi ryzyko, że ktoś przyuważy nas w dwóch miejscach jednocześnie, ty możesz w tym czasie załatwić bardziej przyziemne sprawunki na miejscu. Zakładam, że spacer dobrze ci zrobi.

A ponieważ ironia czai się wszędzie i zawsze atakuje z zaskoczenia, nawet nie wiedział, jak bardzo się pomylił.


Mały biały domek zlokalizowany idealnie pośrodku niczego stanowił idealną kryjówkę. Trudno go było znaleźć, a jeszcze trudniej zapamiętać, gdzie się znajduje. Lily czuła, jak powietrze nad otaczającą go dziką polaną wprost drga od zaklęć zwodzących. Pogratulowała sobie, że nie zgodziła się zabrać ze sobą Severusa. Pewnie wszystko wokół zaczęłoby wyć w reakcji na nadprogramowego gościa, a on sam tylko by się zirytował. No i wiadomo, że nie znosił Dorcas jak zarazy. To ona była pierwszą bliską przyjaciółką Lily w Gryffindorze i to ona z czasem zajęła jego miejsce. Nie wspominając nawet o tym, że to właśnie panna Meadowes otworzyła Lily drogę do Huncwotów (i vice versa), bo zawsze trzymała sztamę z Syriuszem. Jeszcze w szkole mieli się ku sobie, chociaż jakoś nic konkretnego z tego nie wychodziło.

Lily, która aportowała się we wskazanym w liście miejscu już jakiś czas temu, z jakiegoś powodu się zawahała. Paranoja Severusów łatwo się udzielała, ale postanowiła jednak się jej nie poddawać. Znała Dorcas, więc nie miała czego się obawiać. W końcu odważnie ruszyła do przodu. W ten sposób chyba rzeczywiście aktywowała czary monitorująco-ochronne, bo drzwi białego domku otworzyły się niemal natychmiast i na równie biały ganek wypadła panna Meadowes. Jej długie brązowe włosy rozwiały się w gwałtownym porywie wiatru.

– Lils, nareszcie! – zawołała, zbiegając po drewnianych schodkach.

Wkrótce dziewczyny ściskały się nawzajem, śmiały i zadeptywały kolorowe kwiaty na łące.

– Tak się cieszę – mówiła Dorcas tak szybko, że czasem chyba zapomniała o oddychaniu. – Nawet nie wiesz, jak się bałam. Gdy zniknęłaś… No co mieliśmy sobie pomyśleć?!

– Nic mi się nie stało – zapewniła Lily. – Wszystko w porządku.

– Wariatka! – Przyjaciółka przytuliła ją jeszcze mocniej, skutecznie uniemożliwiając dłuższą wypowiedź. – No, szalona kobieta! Uciec z własnego ślubu! Kto to widział?!

– Nie chcę o tym teraz rozmawiać, dobrze?

– Jasne, jasne. Chodź! – Dorcas chwyciła ją pod ramię i pociągnęła za sobą na schody. – Nie będziemy tak tu stać na widoku. To bardzo niebezpieczne.

Wnętrze urządzone było bardzo skromne, domek wyposażono jedynie w podstawowe sprzęty. Panna Meadowes dysponowała obszernym salonem, w którym hulał wiatr, dlatego zaprowadziła koleżankę do znacznie przytulniejszej kuchni. Słońce przeświecało przez gęste białe firanki, na kuchence gazowej stał już czajnik, a na stole czekał prosty poczęstunek.

– Czego się napijesz? Mam herbatę i kawę, coś mocniejszego też się znajdzie. O, mama przysłała mi keks. Chcesz?

Dorcas krzątała się wokół, robiąc kilka rzeczy jednocześnie. Przeglądała szafki w poszukiwaniu ciasta, a za chwilę machała różdżką, poprawiając magiczne osłony. Lily chciała jej pomóc, ale nie bardzo wiedziała jak.

– Nic nie musisz robić, po prostu usiądź i się rozgość. Ja już mam to wszystko opanowane i działam z automatu, prawie bez udziału mózgu. W tych niepewnych czasach trzeba sobie wyrobić refleks i dobre nawyki.

– Masz bardzo ładny dom – pochwaliła Lily. – Świetnie się tu urządziłaś.

– Najważniejsze, że bezpieczny – podkreśliła. – Mugolska własność, mugolski pośrednik. Nie do wytropienia. Tylko trzeba uważać z magią, bo za duże stężenie może przyciągnąć czyjąś uwagę. Dlatego cała para idzie w zaklęcia ochronne, a poza tym… – Wymownie wskazała na kuchenkę i brudne naczynia w zlewie. – Jakoś muszę sobie radzić.

Czajnik zagwizdał, więc za moment na stole znalazły się parujące filiżanki z aromatycznym naparem. Dorcas wydobyła z kredensu obiecany keks i domowej roboty wino, więc czarownice mogły zasiąść do stołu w bardzo optymistycznych nastrojach. Panna Meadowes cały czas się śmiała, ale mimo to uważnie przyglądała się swojej przyjaciółce. Miała swoje podejrzenia i szukała wskazówek. Pewnie dlatego nie wytrzymała długo i wróciła do zakazanego tematu.

– No kto by pomyślał – westchnęła, opierając łokieć na stole, a głowę na dłoni.

– Hm? – rzuciła nieuważnie Lily, która skupiała się raczej na tym, jak powinna zacząć swoje małe śledztwo. – Co mówiłaś?

– Taki skandal! – Klasnęła w dłonie Dorcas. – Ty nie masz pojęcia, co tam się działo, Lils. Twoi rodzice jeszcze znieśli to z godnością, ale Potterowie zupełnie nie ogarniali, co się stało. Syriusz dosłownie ział ogniem! Wszyscy chcieli cię gonić i szukać, tylko nie wiedzieli gdzie. Petunia odmówiła współpracy. I może dobrze, bo kto wie, jak to wszystko by się skończyło. Puściliby biednego Smarka z dymem! Ojej… To znaczy… Ja nie chciałam nikogo urazić, oczywiście… No wiesz – zaplątała się w swoim nerwowym monologu.

Lily nie zareagowała. Nie wiedziała jak, a poza tym dawno zgubiła się w rwącym potoku słów koleżanki, która najwyraźniej postanowiła jak najszybciej nadrobić stracony czas.

– Ale powiedz mi tak szczerze, Lils. – Dorcas sięgnęła po wino i sprawnie je odkorkowała. – Jak to się stało?

– Mówiłam ci, że nie chcę o tym rozmawiać.

– A o czym innym mamy gadać? Toż to wydarzenie sezonu! Ty i ten typ spod ciemnej gwiazdy.

– Dorcs!

– No co? Wszyscy tylko o tym teraz myślą, a mnie przecież możesz wyznać każdy sekret jak na spowiedzi.

– Tu nie ma nic do opowiadania – broniła się Lily. – A już na pewno nie jest to takie ważne. Sądziłam, nasze spotkanie będzie dotyczyć spraw Zakonu – odruchowo zniżyła głos do szeptu.

– O, spokojnie! Spieszy ci się gdzieś? Na wszystko przyjdzie pora.

Hojnie rozlała wino do kieliszków i gościnnym gestem przesunęła jeden w stronę Lily, która znowu się zawahała. Dopiero co się przekonała, że alkohol nie jest jej sprzymierzeńcem. Dorcas jednak wcale się nie krępowała.

– Mmm, bardzo dobre. Spróbuj! Oj, skarbie, co tam się dzieje! – podjęła po chwili. – Totalny chaos! I też tylko w kółko: Snape to, Snape tamto. Nieźle namieszał Smarczysyn jeden. Oby tylko obróciło się to na dobre, bo… Ty mu wierzysz? – zapytała czujnie. – Tak absolutnie? Naprawdę?!

Ponownie to samo. Dorcas uparcie świdrowała ją wzrokiem, licząc, że coś z niej wyciśnie. Najlepiej prawdę.

– Jak do tego doszło, Lils? – naciskała namolnie. – Nie rozmawialiście ze sobą od lat. Kto się odezwał do kogo? I dlaczego?

Pannie Evans przestało się to podobać. Liczyła na towarzyskie spotkanie, a trafiła na przesłuchanie. Dorcas nie tylko gadała jak najęta, co nie było dla niej aż takie typowe, do tego jeszcze zachowywała się podejrzanie. Bardzo nerwowo. Ciągle się wierciła, coś przestawiała, a raz prawie zrzuciła cukierniczkę. Lily musiała szybko zanurkować pod stół, żeby złapać ją w locie. Wszystkie naczynia się zakołysały. Dorcas rzuciła się do przodu, ratując jej wypełniony niemal po brzegi kieliszek. Co ciekawe, teraz wydawało się, że wina jest tam jeszcze więcej niż przed momentem.

– Lils – odezwała się zatroskanym tonem. – Przecież on jest Śmierciożercą! A James… Biedny James!

Lily zupełnie nie tego się spodziewała. Myślała, że będzie miała okazję wesoło poplotkować z przyjaciółką, przy okazji subtelnie ciągnąc ją za język, a czuła się tylko zniechęcona i zmęczona. Ze zdumieniem odkryła, że nie ma najmniejszej ochoty otwierać się przed Dorcas, która była tak wyraźnie stronnicza. Cały czas paplała tylko o Jamesie i Syriuszu.

– Jak on to przeżywa, nie masz pojęcia! Zresztą, skąd miałabyś wiedzieć, skoro uciekłaś i nie dajesz znaku życia? A może Smarek ci na to nie pozwala? To znaczy… Snape. Powiedz szczerze.

Ostatecznie szalę przeważyły te ciągłe przejęzyczenia. Dorcas wyrażała się o Severusie okropnie, wciąż używając obraźliwych określeń z czasów szkoły. Niby przepraszała i się poprawiała, ale za moment robiła to samo. Nic się nie zmieniło. Najwyraźniej w dalszym ciągu nienawidziła Severusa – tak samo jak reszta Zakonu – nieważne, co robił ani po której stronie stał.

– Lily, ty nic nie mówisz! – Dorcas w końcu się zorientowała i zaraz jej to wypomniała. – Napij się ze mną wina. Wzniesiemy toast za… Cóż, na pewno nie za nową drogę życia, cha, cha! Może jeszcze sobie to przemyślisz? Lils, to czyste szaleństwo!

Lily czuła się więcej niż rozczarowana. Miała nadzieję, że gdy po dłuższej przerwie spędzonej w czasowo-ślizgońskim wariatkowie zobaczy ponownie znajomą twarz, wszystko jakoś wróci do normy, a jej wyraźnie skołatana dusza odzyska równowagę. Ale nie, stało się wprost przeciwnie. W towarzystwie Dorcas czuła się nieswojo i obco. Widocznie jeśli przekroczy się pewną granicę, później nie ma już powrotu. I nagle już wiedziała, że nie jest to tylko złudzenie. Mimo uśmiechów i potoku słów Dorcas patrzyła na nią zupełnie inaczej niż dawniej. Poczuła silny impuls, by jak najszybciej stamtąd uciec.

Bo coś było zdecydowanie nie tak.

– Może lepiej już pójdę – stwierdziła niepewnie.

– No co ty, Lils?! – oburzyła się z miejsca Dorcas, z jakiegoś powodu zerkając kontrolnie w stronę okna. – Przecież dopiero przyszłaś, jeszcze nawet nic nie wypiłaś. Śmiało, nie daj się prosić.

Po raz kolejny przesunęła kieliszek w jej stronę. Coraz bliżej i coraz bardziej namolnie. Zamyślona Lily sięgnęła po niego odruchowo, marszcząc brwi.

– Co się z tobą dzieje, skarbie? – ciągnęła swoje panna Meadowes. – Czy to on cię tak tresuje? Coś ty najlepszego zrobiła! Lily, wiesz, że mi możesz powiedzieć wszystko. Poczujesz się wtedy lepiej.

Tym razem Dorcas czujnie zerknęła nie tylko w okno, ale i na zegarek. Lily nawet nie próbowała przed sobą dłużej udawać, że tego nie zauważyła. Spojrzała na kieliszek, który nadal trzymała w ręce, chociaż nie miała ochoty skosztować tego, co znajdowało się w środku.

– No dalej, Lils – nie odpuszczała Dorcas. – Za stare, dobre czasy!

„Kieliszek… Co jest w kieliszku?", myślała gorączkowo Lily. Zerknęła na swoją rozświergotaną koleżankę, a potem ponownie na wino.

– Dlaczego tak ci na tym zależy? – zapytała cicho.

– Co takiego? O czym ty mówisz?! – zaśmiała się sztucznie Dorcas.

– Co jest w winie? – powtórzyła Lily bardziej zdecydowanie, gdy reakcja koleżanki przekonała ją, że znalazła się na właściwym tropie.

– Nic. Zupełnie nic. Tylko wino. Dobre, domowe.

– Och, przestań udawać!

Panna Evans miała dość tych gierek. Była zła. Wkurzona i zawiedziona. Wstała i bezceremonialnie wylała podejrzany napój do zlewu.

– Jak możesz mnie tak traktować, Dorcs?! – wybuchła. – Byłyśmy przyjaciółkami! Wykaż teraz dość cywilnej odwagi, żeby powiedzieć mi wprost, z czym masz problem.

– Och, czyli BYŁYŚMY przyjaciółkami, tak? Już w czasie przeszłym? – podchwyciła Dorcas z niepokojącym błyskiem w oku. – Szybko cię przeciągnął na swoją stronę, co?

– Kto? – nie zrozumiała Lily, choć powinna się tego spodziewać.

– Śliski Ślizgon Smarek, a kto inny? – Dorcas również wstała, uderzając pięścią w stół. – Czarnoksiężnik i Śmierciojad, a ty mu wierzysz jak ostatnia kretynka. Zwariowałaś?! A może napoił cię blekotem?

– To moja sprawa!

– Jak mogłaś nam to zrobić? – Tamy puściły i dawna koleżanka zasypywała ją teraz pretensjami. – Jak mamy ci teraz ufać? I ty się dziwisz, że ja… że musiałam… Musiałam cię sprawdzić! Nie będę się z tobą w ciemno dzielić ważnymi informacjami, dopóki się nie dowiem, jak daleko to zaszło. Nie pozwolę, żebyś mu o wszystkim donosiła. Po moim trupie!

Lily zwyczajnie zabrakło słów. Stała w nieprawdopodobnie jasnej i przytulnej kuchni oświetlonej jaskrawymi promieniami słońca, a czuła, że przechodzą ją zimne dreszcze. Co chciała jej podać Dorcas? Veritaserum? A może planowała ją uśpić i przechować w wysokiej wieży, dopóki nie zmądrzeje?! Albo nie pojawi się przystojny książę wybawca…

– Nie wierzę – wyrzuciła z siebie. – Po prostu w to nie wierzę.

Odwróciła się do wyjścia, ale wtedy postawa Dorcas uległa kolejnej zmianie. Rozpogodziła się, zaśmiała i chwyciła Lily za rękę.

– Nie, czekaj! Nie kłóćmy się więcej. Porozmawiajmy o tym, nie rozstawajmy się w gniewie, dobrze?

Przekaz był pozytywny i kiedyś Lily na pewno dałaby się na to nabrać. Ale teraz była inna. Bystrzejsza. Poza tym Dorcas zdradziło szybkie spojrzenie – kolejno – i w okno, i na zegarek. Ewidentnie grała na czas. Zależało jej na tym, aby zatrzymać Lily u siebie. I czekała na coś. Na jakiś znak.

– Co się dzieje? – zapytała ponownie Lily.

– Nic, nic – uspokajała ją koleżanka.

– Przecież widzę, że to nieprawda!

– To nic, to tylko takie żarty.

– Jakie znowu żarty? – Brutalnie się jej wyrwała i tym razem już nie wytrzymała. Sięgnęła po różdżkę. – Albo powiesz mi, co jest grane, albo sama to z ciebie wydobędę.

– No tak, na pewno nauczył cię kilku sztuczek, nie?

Sprawy stanęły na ostrzu noża. Dorcas wreszcie przestała grać idiotkę. Po raz ostatni zerknęła z nadzieją w okno, po czym oparła się o stół, krzyżując obronnie ramiona na piersi.

– Chłopaki musiały wyjaśnić kilka kwestii – oświadczyła.

– Słucham?!

– Trochę to trwało, bo Petunia za nic nie chciała zdradzić nam twojego nowego adresu, ale jakoś sobie poradziliśmy. Przypomną Smarkowi, gdzie jest jego miejsce w naturalnym porządku dziobania.

Lily poczuła, że cała krew w jej żyłach zmienia się w lód. Patrzyła na Dorcas, ale nie widziała już swojej przyjaciółki. W ogólnie nie rozumiała, co mówi do niej ta obca dziewczyna i jak może to robić tak spokojnie i obojętnie.

– Nie – zaprotestowała głupio.

– A czego innego się spodziewałaś? – prychnęła Dorcas. – Że to tak zostawią? Jesteś dziecinna!

Jednak gdy przyjrzała się uważniej zszokowanej twarzy oszukanej i zdradzonej Lily, wyraźnie zmiękła. Może nawet poczuła wyrzuty sumienia. Ponownie się zbliżyła i chyba chciała ją objąć, ale Lily natychmiast odskoczyła w tył.

– Nie martw się, będzie dobrze – pocieszyła ją Dorcas. – Nie ma znaczenia, czym Smark cię przeklął, każda magia w końcu się zużywa. Nawet Imperius nie trwa wiecznie. Gdy urok minie, poczujesz się lepiej i zapomnisz o wszystkim. Do tego czasu możesz schronić się u mnie. Ja ci pomogę, przecież wiesz. Jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami! James też na pewno ci wybaczy, jak się postarasz. Daj mu tylko trochę czasu.

„Cza, czas, czas", myślała oszołomiona Lily. „Nie ma czasu!"

– Nie! – odrzuciła tę wielce łaskawą ofertę. – Mowy nie ma! Sev niczym mnie nie przeklął, ja… przecież ja… Ja muszę iść!

Odwróciła się na pięcie i pobiegła do wyjścia. Wypadła z białego domku niczym tornado, pędząc w stronę granicy pola antyaportacyjnego. Musiała biec, lecieć, frunąć. Musiała go ratować!


Młodszy Severus Snape zwyczajnie nie miał ostatnio szczęścia w życiu. Zepchnięty na margines zdarzeń przez o wiele bardziej charyzmatyczną i bezczelną wersję samego siebie, uwięziony we własnym domu i praktycznie ubezwłasnowolniony. A gdy w końcu udało mu się wywalczyć dla siebie namiastkę wolności i mógł całkiem swobodnie wyjść za próg ponurej czynszówki na Spinner's End, wpadł prosto w szambo. Zobaczył tam – niczym najmroczniejsze z mrocznych déjà vu – wszystkie swoje nastoletnie koszmary.

Potter. Black. Pettigrew.

Wymaszerowali z ciemnego zaułka, gdy tylko Severus znalazł się na ulicy. Otoczyli go kołem, skutecznie odcinając drogę odwrotu. Wszyscy patrzyli z pogardą, ściskali różdżki w dłoniach i solidarnie mierzyli prosto w niego – nawet ten nędzny szczur! A tymczasem on sam był kompletnie bezbronny.

– No, no – zaćwierkał kpiąco Black. – A co to za rywal ci się trafił, Rogasiu? Normalnie amant niczym z bajki. Nie wiadomo, czy to książę czy żaba.

– Cóż, przynajmniej teraz ksywka pasuje jak ulał – rzucił nieporuszony Snape. Skoro nie miał nic innego pod ręką, mógł przynajmniej miotać słowami.

Potter dziarsko ruszył do przodu, ale Black przytrzymał go w miejscu. Nigdy się nie spieszył, bo co to za przyjemność dręczyć ofiarę w przyspieszonym tempie? Trzeba to robić metodycznie i dokładnie.

– Lily chyba zwariowała – zaczął od nowa.

– Całkiem oślepła – dodał od siebie Pettigrew.

– Lily ewidentnie jest pod działaniem klątwy i teraz Smarek raz, dwa opisze nam ze szczegółami, jak ją zdjąć – stwierdził Potter, znacząco bawiąc się różdżką.

Obrzucili go kolejną porcją wyzywających spojrzeń, wciąż okrążając niczym hieny. Severus myślał, co może w tej sytuacji zrobić, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Dostępnych opcji nie było znowu tak wiele. Na razie próbował kontrolować sytuację. Również niełatwe zadanie, gdy trzeba obserwować trzech pozostających w ruchu przeciwników. W końcu zakręciło mu się w głowie.

– Wyciągaj różdżkę, Wycierusie – polecił Black. – Nie będziesz nam tu znowu udawał niewinnej ofiary losu.

– Może tak ją załatwił? Wziął na litość? – zgadywał Peter.

– Na nas to nie podziała. Zapomnij.

– To publiczne miejsce – perswadował Snape, z braku laku ponownie odwołując się do potęgi słów. – Mugolska dzielnica. Zastanówcie się chwilę.

– Patrzcie go! – śmiał się Black. – Nie pasuje mu ani miejsce, ani czas.

– Jaki wybredny – zgodził się z kolegą Pettigrew.

– Może trzeba było od razu załatwić sprawę po męsku, zamiast porywać cudze narzeczone i potem chować się po kątach, jak myślisz, Smareczku?

– Tknąłeś ją, Snape? – Potter, którego wprost nosiło, ponownie wyrwał się z koła. Najchętniej rzuciłby się na niego i rozszarpał gołymi rękami. – Jeśli ją tknąłeś tymi brudnymi łapami, to przysięgam na…

– Właśnie, Smarkerusie. Zerwałeś kwiatek, który nie był przeznaczony dla ciebie? Jeśli tak, to żadna siła na tym świecie ci nie pomoże.

I rzeczywiście sytuacja Severusa nie wyglądała kolorowo, gdy radosne kółko graniaste Gryfonów zaczęło się zacieśniać, a on nie miał ani gdzie uciec, ani jak się bronić. Trudno. Może tak miało być? Może to alternatywna linia czasowa sama postanowiła się skorygować jego kosztem? Kto wie. Mógł się przynajmniej pocieszyć, że zostanie pomszczony, bo starszy Snape na pewno nie puści tego płazem. Jednak w momencie, gdy już godził się z losem, jakaś kosmiczna siła postanowiła jednak interweniować.

– No proszę. Trzech na jednego? Pięknie, po prostu wspaniale – przerwał im marudny, nieco nosowy głos, który aż ociekał sarkazmem. – Brawo, Potter, z pewnością nie można ci odmówić bohaterstwa.

Z końca krótkiej, brudnej uliczki nadchodziła ku nim wyprostowana niczym struna Petunia Evans, szurając dumnie po chodniku zbyt szerokimi, modnymi dzwonami. Bardzo jasne, puszyste włosy falowały wokół jej głowy, ostry podbródek coraz bardziej znacząco wędrował do góry. Uważnie obejrzała sobie całą scenkę rodzajową, po czym prychnęła i wojowniczo złapała się pod boki.

– Coś czuję, że Lily miała rację, uciekając, gdzie pieprz rośnie – drażniła ich umiejętnie. – Nie wstyd wam tak napadać z zaskoczenia na ludzi? Zaczepiać słabszych od siebie? Bić się z dziewczynami?

– Jakimi znowu…

Skołowany Black nie zdążył dokończyć. Wykorzystując element zaskoczenia, Petunia zgrabnie przemknęła obok niego i również znalazła się w kręgu. Stanęła przed Severusem, jakby chciała go zasłonić, co było jednocześnie godne podziwu, ale też trochę kłopotliwe dla samego (zawstydzonego obrotem wydarzeń) zainteresowanego.

– Proszę, teraz walczycie z dziewczyną – nie ustępowała Petunia. – Nie wstyd wam? Czy to nie wy mieliście być bohaterami w tej jakiejś tam wojnie, o której szepczecie po kątach? Godna pochwały postawa, zaiste. Tylko pogratulować.

– Odsuń się, Petunio – rzucił wściekły i blady James przez zaciśnięte zęby. Nie wszystko poszło tak gładko, jak sobie zaplanował. – To ciebie nie dotyczy.

– Może ja o tym zdecyduje, dobrze? Poza tym chętnie skopię ci dupę, Potter, daj mi tylko powód. Za te wszystkie śmieszne „żarciki", gdy pojawiałeś się w naszym domu. Znikające nagle i pojawiające się znikąd przedmioty, zawsze wyłącznie moje. Za umykające przed nogami schodki. I za moje piękne petunie, które na dzień przed konkursem nagle zmieniły kolor na sraczkowaty. No śmiało, zrób mi dzień.

Starannie budowany klimat zagrożenia prysnął niczym bańka mydlana. Nieustraszona Petunia z krzywym uśmiechem i ironicznie uniesioną brwią zaszachowała ich wszystkich. Trudno było przewidzieć, co dokładnie zrobi, ale z pewnością nie zamierzała ustąpić. Była na to zbyt uparta. Zresztą, pojawienie się świadka spowodowało, że bojowy duch w agresorach upadł. Black pierwszy wypadł z roli, gdy nieoczekiwanie parsknął śmiechem.

– Niech to, Jim, może zabrałeś się za złą siostrę?

– Wypraszam sobie – skomentowała od razu Petunia z takim wyrazem twarzy, jakby nagle zrobiło jej się niedobrze. Było doprawdy niesamowite, ile mogła wyrazić samym tylko skrzywieniem warg. – Nie życzę sobie też, aby na forum publicznym omawiano kwestię wianka mojej siostry. Jeśli ktoś przez tyle lat nie był w stanie go zgarnąć, to źródła problemu należy szukać gdzieś indziej, czyż nie? – dodała słodko na koniec.

James najpierw zbladł, po czym jego twarz powlekła się ciemną purpurą. Syriusz wył już ze śmiechu tak głośno, że różdżka omal nie wypadła mu z ręki, a Peter… Peter z jakiegoś powodu wyglądał tak, jakby przegrał w karty o wiele więcej, niż kiedykolwiek posiadał. Petunia po raz ostatni przewróciła oczami i chyba uznała sprawę za zakończoną.

– Jak dzieci – westchnęła ciężko.

W końcu zainteresowała się też Severusem. Obrzuciła go niewiele przyjemniejszym spojrzeniem, niż wcześniej Huncwotów, a potem bezceremonialnie odwróciła i popchnęła z powrotem w kierunku wejścia do jego własnego domu. Znowu ktoś bezczelnie nim dyrygował, ale… ale tym razem nie było to aż tak nieprzyjemne. Mógł z tym żyć.

– I żeby mi to było ostatni raz! – rzuciła. – Lily dowie się o wszystkim, więc nie macie po co tu wracać. Pewnie sama się z wami policzy.

Petunia i Severus zatrzymali się na szczycie schodów prowadzących do czynszówki i teraz obserwowali z góry, jak pokonani chłopcy z Gryffindoru zbierają się do odejścia. Zostali należycie ośmieszeni i zniechęceni do dalszych prób. Snape nie spodziewał się, żeby szybko wrócili.

– Dzięki – odezwał się cicho. – Wprawdzie o nic nie prosiłem, ale i tak…

– Kim jesteś? – przerwała mu bystro starsza panna Evans.

Myślał, że to koniec, ale dał się zwieść pozorom. Bo teraz, gdy dziewczyna policzyła się już z Huncwotami, zwróciła całą uwagę na niego. Nie spodobało mu się to, co zobaczył w jej jasnych oczach. Zdawała się prześwietlać go na wylot.

– Oszalałaś, Tunia? – postanowił iść w zaparte. – Przecież to ja, Severus.

– Gówno prawda – nie dała się nabrać. – Widziałam Severusa w niedzielę na rodzinnym obiadku. Wyglądał, jakby potrafił wydłubać człowiekowi serce łyżką. Jakby widział te wszystkie złe rzeczy, o których Lily czasem rozmawiała z Potterem, gdy myślała, że ich nie słyszę. O tej waszej wielkiej wojnie. On ją na pewno widział, podczas gdy ty… – Obrzuciła go szybkim, szacującym spojrzeniem. – Szczerze wątpię. Poza tym nawet wtedy, do nas, wybrał się z różdżką w rękawie. Siedziałam naprzeciwko niego i to zauważyłam. A gdzie jest twoja różdżka, Sev? Stałeś tam jak prosię na rzeź i nawet nie kiwnąłeś palcem. Chyba że planowałeś ich wykończyć potęgą morderczego spojrzenia. Trochę ci nie wyszło, nie?

– Opanuj się, kobieto – uparcie grał oburzoną niewinność. – Ja to ja!

– No dobrze. Sprawdźmy to. – Petunia uśmiechnęła się tak, że już samo to powinno go przerazić na śmierć. – Kiedy od nas wychodziliście, szepnęłam ci na ucho coś przeznaczonego wyłącznie dla ciebie. Co to było?

Młodszy Snape naturalnie nie miał bladego pojęcia. Myślał gorączkowo, jednak czuł w głowie absolutną pustkę. Nie znał szczegółowego przebiegu słynnego obiadu, więc nawet stąd nie mógł zaczerpnąć inspiracji. Przy okazji przypomniał sobie wiele swoich wcześniejszych starć z Petunią, jej wszystkie złośliwe przytyki i pogardliwe komentarze. W związku z tym wypalił z goryczą:

– Że jestem tylko śmieciem z patologii niewartym pięknej Evansówny?

Wyraźnie zaskoczył tym towarzyszkę, która zamarła z otwartymi ustami. Na pewno miała już przygotowaną ripostę, ale się zawahała. Zamrugała, a potem spojrzała na niego zupełnie inaczej. Można by pomyśleć, że przez moment naprawdę zrobiło jej się przykro. Czy właśnie tak o sobie myślał? Dlaczego tak się odsłonił? Z natury dość surowa, a wręcz kwaśna Petunia poczuła coś nowego. Litość i czułość.

Ale to wszystko trwało zaledwie mgnienie oka. Przecież miała własny interes do załatwienia i nie zamierzała się rozpraszać.

– Nic takiego się nie wydarzyło – powiedziała. – Gdybyś tam był, tobyś wiedział, Sev.

Uśmiechnęła się krzywo, po czym minęła go i odważnie ruszyła w stronę drzwi. Złapała za klamkę i spojrzała na niego znacząco.

– Co ty robisz? – zdziwił się.

– Nie marudź, tylko mnie wpuść. Dopiero co uratowałam ci tyłek, nie?

– I co z tego?

– Chcę się zobaczyć z siostrą – oświadczyła poważnie. – Chyba mam do tego prawo. Widzę, że wplątała się w niezłą kabałę. Pod naszym domem kręcą się bardzo dziwni ludzie. Szukają was. Uznałam, że powinniście o tym wiedzieć.

Severus Numer Jeden odzwyczaił się od podejmowania samodzielnych decyzji. Niewiele mógł jednak w tej sytuacji zrobić, skoro Petunia wzięła go z zaskoczenia. Pokornie otworzył drzwi i wpuścił ją do środka.