3. Jesteśmy projektem

Septimus Jonas o domu węża wiedział dużo... Tak przynajmniej myślał. Było kilkanaście punktów na które powinni uważać będąc Ślizgonami.

Dziewięćdziesiąt pięć procent uczniów należących do tego domu było dziećmi Śmierciorzerców. I to ogólnie znany fakt. Wszyscy o tym wiedzieli...

Pozostałe 5% było to rodziny oficjalnie neutralne. Na tyle bogate i na tyle wpływowe by Czarny Pan „pozwalał" im na neutralność. Jak np. Do nie dawna ich rodziny. Septimus był świadomy, że jego ojciec i Wuj (jak przez całe życie nazywał Tomasa Wilsona) nie noszą znaku tylko dlatego, że Lord Voldemort wołał pozostawić ich w spokoju niż wchodzić w otwartą wojnę z Dziedzicami Merlina. Jak twierdził jego dziadek nawet oznakowanie Syna Tobiasza było mocno nie na rękę Czarnemu Panu. Zrobił to za pewne tylko dlatego, że młody Snape był na tyle niestabilny magiczny i na tyle blisko Dumbledora, że Voldemort uznał, że lepiej go trzymać na krótkiej smyczy. Bo Tobiasz Snape miał daleko w poważaniu to, że najsilniejszy jasny czarodziej mącił w głowie młodego Severusa Snape'a. Ale nikt z rodziny Jonasów ani Wilsonów nigdy nie powiedzą tej prawdy wprost. Ale Septimus wiedział doskonale, że bagno w którym teraz toną jest winą nikogo innego jak Tobiasza Snape'. Zwłaszcza teraz gdy przyszłość Septimusa I Christophera jest uzależniona o Wiliama. A Wiliam no cóż świata poza dziadkiem nie widział. I jest więcej niż pewne, że nigdy nie pozna czarnej strony charakteru Tobiasza. Jednak ten fakt Septimus już dawno zaakceptował. Wiliam to Wiliam. Nic nie poradzi na naiwność chłopaka, a Tobiasz najwyraźniej na wnuku postanowił naprawiać błędy które popełnił przy synu. A może rzeczywiście Tobiaszowi bardzo podoba się myśl, że w końcu doczekał dnia Gdy moc Trójkąta wróciła do ich rodu? Lepiej tego nie roztrząsać, uznał nastolatek...

Większość uczniów Slytherinu śmierdziało czarną magia na kilometr. I Septimus dopiero tego wieczoru zrozumiał, że przydział do tego domu może być kłopotliwe nie tylko dla Wiliama. Chłopak był na tyle „roztrojony" niestabilnością swojego rdzenia, że pewnie nawet nie wyczuwał obcej dla nich Magii. Ale Septimus ją czuł. Zwłaszcza, gdy w pokoju zostały tylko starsze roczniki. I starał się naprawdę robił co w jego mocy by ukryć dyskomfort, ale nie szło. Nie mógł... Przekleństwo Salazara nie lubiło czarnej Magii. I szczerze Septimus kompletnie tego nie rozumiał. Salazar się w niej lubował. Ubóstwiał... darzył miłością większą niż własne dzieci... A może nie? Może dlatego oddał syna na wychowanie w klasztorze mnichów? Może zrozumiał coś po latach i postanowił to zblokować? Może dlatego wymyślił Przekleństwo Salazara? Może kontrola nad czystością krwi, to tylko „zachęta" aby kontrolować czystokrwistych dupków parających się czarną magią? Tylko dlaczego Przekleństwo zmutowało ich potencjały na wieki wieków, a nie zblokowało zamiłowania do tej sztuki? Septimus oddał by wszystko za obraz Salazara który by mu to wyjaśnił. Zwłaszcza teraz, gdy przebywanie wśród rówieśników, którzy znali czarną stronę Magii było tak trudne. A oni jakby nie zauważali niechęci chłopaka I otaczali go w próbie rozmów. Septimus czuł się osączony. Zdecydowanie Tiara Przydziału zrobiła im paskudnego Figla.

Męska część domu Salazara Slytherina była niestabilna magicznie na równym poziomie jak oni. A połączenie bandy nastolatków, którzy przez najbliższy miesiąc będą cierpieć z powodu odwyku od czarnej Magii z Trzema Nastolatkami cierpiącymi na wahania swojej Magii było połączeniem wybuchowym. Oby w nie dosłownym tego słowa znaczeniu! Tiara Przydziału to wredna Franca! A przecież ja prosił! Błagał ją... No fakt wtedy myślał tylko Wiliamie, ale teraz? Teraz obawiał się już o nich wszystkich.

Zmęczyły go bezcelowe pogaduszki z chłopakami z szóstego i siódmego roku. Szczerze mówiąc miał ochotę im wygarnąć, że po jaki czort myślą o Quiddichu skoro spartolili sobie rdzenie Czarną Magią i to przed uzyskaniem dojrzałości magicznej! Za dwa góra trzy lata będą tak samo nieobliczalnymi gnojkami jak ich ojcowie. Tyle... skończy się beztroska.

Jednak musiał trzymać język za zębami. Musiał jeśli chciał tu przetrwać. Więc zachował pokerowska twarz i dalej kontynuował nudną rozmowę o dziewczynach i Quiddichu.

A miało być tak fajnie! Szlak!

W końcu udało mu się uwolnić pod byle pretekstem. I podszedł do jedynej osoby, która robiła co mogła, aby z nimi nie gadać.

Drago Malfoy...

Zdecydowanie szssnastoletni kuzyn jego kumpla i jego „brat" Dziedzictwa unikał ich jak ognia.

- Ktoś tu po odwyku? Czyżbyś się bał swojego Dziedzictwo? – zapytał. To był Malfoy z nimi nie warto grać w grzecznościowe gierki. Tak mówił ojciec. A On jako jedyny podchodził do wszystkiego na chłodno.

Stalowe oczy uniosły się, a na bladej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech. Uniósł różdżkę rzucając wokół nich zaklęcie poufności.

- Nie lubię jak ktoś podsłuchuje. A tu każdy podsłuchuje. Może warto by było ostrzec tamtych dwóch. Trochę klepią...- mruknął. Septimus uśmiechnął się na to stwierdzenie. Co do Williego miał więcej niż pewność, że klepie bez sensu. Ale Willi nie wiele wiedział. A Chris. Christopher był geniuszem w robieniu z siebie błazna. Ale nie sypniecie nic co by im zaszkodziło.

- Myślę, że warto by było jakbyś ich sam oświecił.

- W co wy gracie? Po cholerę władowaliście się w mury szkoły? Po tylu latach? Bez sensu...

- W najwiekszym bezsensie jest czasem sens. Nie nauczyłeś się jeszcze tego? – Zapytał. Blondyn zmrużył oczy.

- Więc zbieracie szeregi... Biedny los tych matołów.

- jesteś na pierwszej Lini strzału. – przypomniał mu Septimus.

- Drugiej... Hierarchiczny porządek to podstawa w naszym Dziedzictwie. 1. Czystość krwi 2. Pochodzenie! Wszyscy to wiedzą. Więc mój bracie jak to jest? Inicjacja to podobno długą i dość mozolna droga. A pierścienie nie pomagają... A może w tym celu cała tą maskarada? Zwalniacie tępo? – Septimus uniósł brew.

- Daj spokój cuchniecie wspólną magią na kilometr! Nawet bardziej niż te matoły Czarną. A ostrzegałem ich... Rowle's to kretyn bez pojęcia czym jest prawdziwe Dziedzictwo. A oni są w niego zapatrzeni jak w obrazek...

- Uuuu ktoś tu nie może dosięgnąć tronu...- mruknął Septimus

- Tron jest jeden. I wszyscy wiemy, że był pusty przez długi czas. Snape... Potencjał zrobił z niego szaleńca czy to tylko gra?

- Może jedno i drugie...- mruknął Septimus.

- Wiesz mam dwie opcje. Albo nie macie pojęcia co robicie, albo rozgrywacie karty na grubo. Obie wersje nie znaczą niczego dobrego. Będzie wojna...

- Według moich informacji już trwa wojna. – Draci roześmiał się.

- Wojna? Septimusie dobrze wiemy, że to tylko ostrzenie zębów. On nie odpuści. A wy nie macie wyjścia musicie w to wejść. Hierarchiczny porządek to podstawa Magii. Czy Ministerstwo to uznaje czy nie. Magia jest ponad prawem, który tak bardzo przez pokolenia zawzięcie próbowaliście stworzyć. Tylko pytanie czy ten co ma nosić koronę jest na to gotowy? Troszkę nie wygląda...

- Wygląd to nie wszystko...

- Nie mówię o wyglądzie. Ci co mają choć okruszynę wiedzy o potencjałach doskonale wiedzą, że Nigdy nie będzie wyglądał na swój wiek. Podwójne pierścienie? Jak je zdejmie może zapomnieć o siwych włosach. W sumie to nawet fajne... On jest niestabilny jak jasna cholera. Czyżby Dziedzictwo się obraziło na Snapeów?

- Jego stabilność jest na o wiele wyższym poziomie niż twoja Draco... – blondyn uśmiechnął się.

- Ale to nie ja mam tym dowodzić. Kupa roboty przed Wami. A ta banda osesków Wam nie ułatwi. Wyczyścić ich z Czanej Magii to będzie niesamowity wyczyn. Ale to zrobicie... Tak mówi mój Ojciec... A On się nie myli.

Septimus nie mógł poradzić nic na to, że zmarszczył czoło.

- Proszę Cię Septimusie. Nawet nie udawaj... Teraz już wszyscy to rozgryźli. Snape jego zdrada, zamiłowaniem do Dumbledora. Ukrycie Syna... przejęcie domu Slytherin. Szykował wojsko dla syna... No i wy. Jeden co wydaje się jako jedyny ogarniać wszystko. Te twoje rozmowy... Sprawdzasz ich , a oni tego nie widzą... Drugi nadworny błazen, który zjednuje sobie ludzi. No i trzeci... Taka bidulka zagubiona... Proszę Cię może większość uwierzy w tą niewinna minkę. Ogarnia Was. Niby rozmawia z twoja siostrą. Niby olewa to co wokół niego. Ale jak się przyjrzysz. Śledzi was wzrokiem. A właściwie z kim rozmawiacie. – mruknął cicho. – Naturalnie mogę się mylić. A Wy jesteście bandą kretynów nie wiedzącą co robić. Ale szczerze? Myślę, że wykorzystujecie wygląd Dziedzica Codogana by wszyscy go olali. A po cichu swoje będziecie robić. No popatrz... Widzisz już mu się nie podoba, że tak długo że mną rozmawiasz. Przyjdzie? Przerwie nam? Nie... Wtedy pokazałby kto tu rządzi. Zaciśnie zęby. Robicie rozeznanie. To oczywiste... No nic jedyne co mi pozostaje to życzyć powodzenia. Mój wybór jest ograniczony. I z dwojga złego wolę być współuczestnikiem tworzonej potęgi niż przestarzałej struktury. Czysta krew zatriumfuje... A ja bardzo lubię mugolskie obuwie...- mruknął zdejmując zaklęcie i odchodząc.

Septimus patrzył na niego że współczuciem. Draco Malfoy zazna już nie długo dużej dawki rozczarowania...

A później uświadomił sobie co powiedział. Kurwa... Niby jak oni mają wyplenić z nastolatków Czarną Magię? I dlaczego właśnie tego od nich oczekują? Merlinie dorośli najwyraźniej znowu „zapomnieli" im o czymś powiedzieć. Mieli przesrane. Spojrzał z rozpaczą na Wiliama. Merlinie spraw by on sobie wszystko przypomniał. Pomyślał błagalnie.

Jednego Septimus nie wiedział... Nawet nie brał tego pod uwagę, że ich przybycie do Hogwartu będzie odebrane jako nadzieja na lepszą wersję tego co robi Voldemort.

~oOo~

- Zginą marnie jak się spóźnią...- Warknął Severus chodząc po salonie tam i z powrotem. Co jakiś czas nerwowo spoglądając na zegarek...

- Wszystko z nim dobrze...- mruknął Jack. On gdyby nigdy nic leżał sobie na kanapie co chwile uśmiechając się lub chichocząc. Severus patrzył co chwilę na młodego uzdrowiciela z zrządzą mordu. Miał trzech smarkaczy i genialnego uzdrowiciela. Teraz już miał tylko czterech smarkaczy. Bo był więcej niż pewien, że Jack bardzo chętnie spędzałby czas z smarkaczami. Tylko wiek już nie ten.

- Poczekaj niech to się rozsieje na chłopaków. Wtedy będzie ciekawie- Burknął zirytowany Wilson. Severus ze zmęczeniem przetarł oczy. Szczerze to coraz bardziej martwiła go perspektywa „rozsiania" telepatycznej możliwości Jacka. Bo o ile było to przydatne... bądź co bądź Severus nie zamierzał narzekać na poziom kontroli jaki dzięki temu zyskał nad krnąbrnym dzieciakiem... Tylko nie był pewien czy umysł Swinssa udźwignie trzech małolatów.

- Ja tam się nie martwię- mruknął Jack.

- W ogóle?

- Ani trochę. Wbrew pozorom mamy to pod całkowitą kontrolą.

- Taa właśnie widzę...- mruknął Jonas na kolejny mimowolny uśmiech.

- On jest zabawny... – Jack wstał z kanapy. Patrząc na trzech mężczyzn.- Wyluzujcie. – mruknął.

- To Ty przedstawiłeś Nam katastrofalne skutki wysłania Wiliama do Hogwardu. – odezwał się na pozór spokojnie Jonas.

- A wy mieliście to w dupie. Więc... Teraz spokój i opanowanie. Skoro już tu jest nie spartolicie im pierwszego dnia. Od tego jednego wieczoru zależą ich wszystkie relacje! I nie wierzę, że akurat WAM to tłumaczę.

- Oni to nie my- mruknął Wilson. – Zwłaszcza Willi.

- Od czep się od niego w końcu. Staje na uszach, aby to ogarniać, a ty się go czepiasz. I mimo wszystko to nastolatek. Szesnastolatek który ma prawo być tam gdzie jest! Wiem, że najchętniej to byście zamknęli go by był bezpieczny, ale tak się nie da! – Jack spojrzał szczerze zły na Wilsona.

- Nie czepiam, tylko się martwię! – Burknął Wilson.

- Wszyscy się martwimy... – Mruknął. Na chwilę staną nie ruchomo, marszcząc czoło. Ale w końcu wypuścił powietrze.

- Co mówiła mu Tiara?

- A skąd ja mam wiedzieć? Nie podsłuchuje jego prywatnych rozmów! Za kogo mnie macie. Już I tak złamałem wszystkie możliwe zasady telepatii. Mógłby się unormować. Może Rdzeń już jest na tyle stabilny, że będzie dobrze. Od trzech dni nie miał ataku. To już dobry znak. A dzisiaj radzi sobie świetnie! Sami musicie to przyznać. Który z Was obstawiał, że wytrzyma do Imprezy?

- To nic nie znaczy! Jest zmęczony, przebodzcowany i nie miał szans na zużycie mocy. To prosta droga do koszmaru! – Warknął.

Nie ma opcji aby Wiliam uniknął po dzisiejszym dniu ataku. Nie ma szans!

Bo zaryzykowali i usunęli zaklęcie! Bo zamiast go uśpić pozwolił aby przeżywał ogromny ból. W zamian gwarantując mu utratę pamięci I nadmierne niekontrolowane i w żaden sposób nieuporządkowane wyładowania mocy w obrębie rdzenia magicznego, który jest najbardziej unerwionym miejscem w organizmie czarodzieja. Co z kolei prowadzi do powstania napadów drgawkowych.

Według Daniela to naturalna reakcja obronna rdzenia magicznego która z czasem ustąpi. I Severus wiedział, że ma rację. W porównaniu do częstotliwości ataków na początku, a teraz... Było coraz lepiej. Ale naprawdę nie był na tyle naiwny by nie spodziewać się, że dzisiejszy dzień przeciąga wszystkie możliwe granice Williama.

Severus Snape nie był idiotą. Wiedział na co naraził syna. A nauczony dziesięciomiesięczną walką o tego smarkacza wiedział, że trzy tygodnie pozornego spokoju to o trzy tygodnie za dużo! Stanowczo za dużo...

Drzwi do jego kwater się otworzyły. I drobna postać weszła do kwater, patrząc na dorosłych zdezorientowany. Za chwilę zmarszczył czoło z niepokoju.

- Coś się stało? – zapytał. Severus zmarszczył czoło w identyczny sposób. Spojrzał na syna i na zegarek za pięć jedenasta. Smarkacz go usłuchał. To było tak dziwne i zarazem niepokojące, że Severus podszedł do niego ręką sprawdził czoło, usadzić smarkacza na kanapie

- sprawdź go- zażądał. A Wiliam przewrócił oczami.

- Wszystko gra tato! – Warknął – Chociaż Jack skoro już po wszystkim błagam rzuć to swoje zaklęcie na lewą rękę. Cierpnie mi od przydziału. Muszę więcej zaklęć nią rzucać. A kompletnie mi to nie idzie- mruknął opierając głowę o kanapę. Uchylił oko z paskudnie ironicznym uśmiechem. – Wiedziałem! – Zawołał rozbawiony.

- Co wiedziałeś? – zapytał zdezorientowany.

- Jesteś zirytowany, że przyszedłem o umówionej godzinie, psując twój złowieszczy plan wtargnięcia do pokoju wspólnego I zniszczenia im imprezy! – powiedział z uśmiechem- Nie ze mną te numery! Nie dam się! – oświadczył.

Jack wybuchł śmiechem. Wilson ukrył swoje rozbawienie upijając mały łyk szkockiej, A Jonas z dumą mruknął porozumiewawczo do Wiliama. Na co nastolatek uśmiechnął się do niego szeroko.

- Miałeś rację, jego mina jest bezcenna! Było warto. Jack zrób coś z tą ręką doprowadza mnie do szału!- zażądał.

Severus przez chwilę stał patrząc na syna że zmarszczonym czołem. Wilson podszedł do niego wręczając mu szklankę z alkoholem.

- Spokój i opanowanie, przyjacielu. Spokój i opanowanie... Tylko to nas uratuje- Severus przyjął szklankę Wypijając połowę zawartości na raz.

- Spożywaniem alkoholu w silnym stresie ułatwia popadnięcie w alkoholizm tato! – odezwał się.

- Bezczelny smarkacz- Warknął opadając na fotel.

- Wypraszam sobie! To najprawdziwsza prawda! Spytaj Jacka! A to co nazywasz bezczelnością jest niczym innym jak zamartwianiem się syna o ojca. Dziadek twierdzi, że jesteś bardziej zestresowany moim wychowaniem niż udawaniem wiernego sługi tej szlamy... Co jest trochę niepokojące, bo wskazuje na to, że lubujesz się w życiu pełnym adrenaliny, a spokój w domowym zaciszu Cię nudzi i frustruje...- I się zaczęło. Paplanie bez składu i ładu. Severus wypuścił powoli powietrze.

Taki był Wiliam od czasu zabiegu. Jakby zamaskowanie wspomnień odblokowało gadatliwą stronę chłopca. Bo Merlin im światkiem, że Wiliam gadał i gadał. Co mu ślina na język przyniesie. Nie ważne czy powinien czy nie powinien. Jakby nie mógł powstrzymać słowotoku. Skakał z jednego tematu na drugi, a Severus nie mógł wyjść z podziwu jak mając tak mało wspomnień może mieć tak dużo wiedzy . Nie zawsze potrzebnej. Jak miał być szczery.

- Nawet nie próbuj! – z zamyślenia wyrwał go ostra reprymenda Jacka. Który zaklęciem próbował zrelaksować skurcz mięśni w ręku Wiliama.

- Dlaczego nie! Sam jesteś ciekawy jak oddziałuje to zaklęcie pod kameleonem. Ciekawe czy mięśnie reagują gdy postępuje maskowanie. Przecież to trwa tylko kilka sekund. To musi być niezły energetyczny szok nie? Jack? A może spróbuj rzucić skan, a ja zrobię pełne maskowanie. Ciekawe czy to jakoś zmieni wynik.

- Nie będę Cię skanować pod zaklęciem kameleona!

- Ale dlaczego nie! Też jesteś ciekaw!

- To, że o czymś myślę nie znaczy, że chce to zrobić

- Bo się boisz. Jakbyś miał pewność, że ojciec się nie dowie... Z drugiej strony to też jest niepokojące. Obawiasz się mojego ojca chyba bardziej niż ja Jack. Rozumiem, że kiedyś Cię uczył, ale serio. Jesteś dorosłym facetem! A on to tylko dużo gada. Merlinie żebyś ty słyszał go w pokoju wspólnym. Jestem więcej niż pewien, że nikt nie zapamiętał połowy tego co powiedział! Chyba się prześpię, a może damy sobie dzisiaj spokój z Wyminą Mocy co? Merlinie to tak cholernie męczące. Jack zlituj się tylko dzisiaj. A może Septimus może to zrobić? Mu to idzie lepiej– mruknął

- Wymiana Mocy to twoje zadanie Will. Nie zwalaj tego na nich jak nie musisz- mruknął Jack.

- Łatwo Ci mówić! Już Ci mówiłem, abyś się nie blokował przed Wymianą. Pokaże Ci jak superowe to jest! Masakra mam wrażenie, że wysysają ze mnie wszystkie moce! To takie irytujące!

- Na tym to polega Will! Oni tego potrzebują i ty też.

- Wiem! A może jak nie będziemy tego robić co noc tylko co drugą? A może by wystarczyło jak będziemy razem rzucać zaklęcia? No pomyślmy. Przecież ja nie mogę co noc to robić! Do końca życia mam mentalnie Wytwarzać Energetyczne połączenie z kumplami?! To nie naturalne, nienormalne i łamie nasze prawo do prywatności! Tego nie idzie przerwać, aż się nie podładujemy! Dlaczego kiedyś mogłem to zrywać a teraz nie!

- Bo masz zdrowy Rdzeń magiczny Will! Po to ryzykowaliśmy twoim życiem i zdrowiem, aby Wasze Połączeniem wyglądało tak jak wygląda! I doskonale o tym Wiesz!

- Wiem bo wy tak mówicie. To nie jest fajne...

- Ale potrzebne. Will przestań marudzić. – powiedział Jack kończąc zaklęcie. – I jak ręką?

- Mrowi... – Burknął zginając palce.

- No i dobrze. A teraz coś zjesz i spadasz do siebie! Septimus z Chrisem już powinni być w waszym pokoju.

- To też nie fair! Wszyscy śpią w jednym dormitorium!

- Wątpię abyś chciał spać w jednym pokoju z ośmioma chłopakami.

- Niby dlaczego nie? Wszyscy tak śpią!

- Jestem więcej niż pewien, że znudziło by Ci się po pierwszym tygodniu. Willi? – Jack spojrzał na nastolatka ze zmęczeniem. – To był długi dzień. Skończ trajkotać jak katarynka i idź odpocząć. Kominek jest połączony z waszym. Więc śmiało korzystaj.

- Wymiana Mocy to nie odpoczynek! – Burknął

- Moje zaklęcia mówią coś innego.

- A ja mówię...

- Willi przez 90% czasu to ja Ci mówię kiedy jesteś zmęczony. Nie lubisz Wymiany bo nie lubisz uczucia że wykradają Ci moc. Ale to normalne! To naturalne, że tak czujesz. Oddajesz im to co dla ciebie jest najważniejsze. Przyjdzie czas kiedy to oni zaczną oddawać Ci swoją moc. Już to robili bardzo, bardzo długo. Czas na rewanż. Nie bądź samolubny!

- Nie jestem samolubny! Tylko! To nie jest naturalne! – Burknął. Wstał zadąsany biorąc całą garść proszku Fiuu.

- Masz coś zjeść!- Powiedział Severus, nastolatek z przewrócił oczami i zniknął w płomieniach.

- Jak dalej będzie tak do tego podchodził to będą mieć problem na drugim progu. – Burknął Wilson.

- Nie będą. – mruknął Jack. – Właśnie teraz jest tak jak powinno być od początku. Nie chcę, ale to robi... dzięki temu spowalnia tępo. Magnus mówi...

- Te wasze rozmowy z obrazami! Też bym z nimi pogadał! – mruknął Wilson.

- Jestem więcej niż pewien, że macie obraz Zenobiusza! – powiedział Severus.

- I co z tego, że mamy jak nie chce gadać! Uparty drań! – Tomas podszedł do barku z alkoholem. Severus uniósł szklankę.

- Dolej. Na samą myśl, że jutro znowu mam uczyć szlak mnie trafia. – mruknął. Spojrzał na Jacka- byłem pewien, że mamy gwarantowany atak, a nie słowotok.

Jack uśmiechnął się, a później spochmurniał.

- Jeszcze nie wywiązali połączenia więc nie pijmy szampana nim nie będziemy mieli pewności! A jutro... jest coś o czym nie wiecie... Nie chciałem Wam dokładać, ale...

- Ale? – Spytał z irytacja w glosie Severus

- Gadał z Weaslayem i Granger. Istnieje więc spora szansa, że jutro nie będzie pamiętał nic z dzisiejszego dnia... Masakra! A tak dobrze mu poszło!- mruknął

- albo coś sobie przypomni.- powiedział z nadzieją Severus.

- Albo spanikuje do takiego stopnia, że wywoła to atak! Kuźwa nie lubię tylu niewiadomych.

Jonas rozprostował nogi, patrząc na nich.

- Albo wy już tak przywykliście do dramatycznych wydarzeń, że nie możecie znieść chwili spokoju! Moim skromnym zdaniem nic się nie stanie. Rozmawiał z nimi... Ale wątpię, aby padło coś sugerujące, że kiedyś byli sobie bliscy, że mu na nich zależało! Nikt mu nie wmawiał, że się znali i przyjaźnili. Spotkał dwoje obcych nastolatków. Oni dla niego w tej chwili znaczą tyle co całą resztą uczniów. Dopóki nikt nie będzie próbował mu na siłę przypomnieć emocji z nimi związanymi moim zdaniem nic się nie stanie. A wiecie dlaczego tak sądzę? Bo moim zdaniem w dniu kiedy uleczyli jego Rdzeń Trójkąt przejął nad nim kontrolę! Blokuje wspomnienia które utrudniały by mu poznanie chłopaków i utrudniło wzajemne oddanie. Tyle! To nie jest żaden szok czy inne gówno jakiego się baliście. To Trójkąt I jego moc. Tyle! A kiedy przyjdzie pora, że zaufa chłopakom wtedy sobie wszystko przypomni. Idę spać, panikarze...- powiedział i po chwili zniknął w płomieniach.

Wilson popatrzył za przyjacielem. Przeczesał palcami włosy i spojrzał na Severusa.

- On to ma optymistyczne spojrzenie na świat- mruknął, a Severus zamknął oczy.

- Merlinie chciałbym by miał rację...

Wszyscy odetchnęli z ulgą gdy po trzydziestu minutach Jack oświadczył, że Wymiana Mocy zmogła trzech nastolatków. Severus ze stoickim spokojem odczekał do wyznaczonej godziny i poszedł rozgonić imprezę, na co Jack przewrócił oczami.

- Wyżyje się na pijanych smarkaczach. Już im współczuję...- Wilson uśmiechnął się.

- A ja bym posłuchał... To musi być zabawne...

- Macie przedziwne pojęcie bycia zabawnym, wiesz?

- Co zrobić, wspólne wychowanie robi swoje... Wiliam był pijany! A on go nie zrugał. Czuję nie dosyt...

- A tam za raz pijany... lekko dziabnięty. Ale za to jaki odstresowany! Chyba tylko dlatego tak szybko im poszło. Spuścili trochę pary...

- Pozwoliłeś im Wytworzyć Wymianę Mocy pod wpływem alkoholu! To raczej głupie.

- Kremowe to nie alkohol! Napój rozweselający! Magnus swoim Króliczkom specjalnie podsuwał czerwone wino jak za bardzo utrudniali... ale wiadomo, nie ten wiek. Nie uwierzysz co jeszcze na nich genialnie działało! – na chwilę umilkł. W końcu machną ręką.- No na to to już kompletnie nie ten wiek. Ale, że Snape się nie skapną... – Jack pokręcił głową zdziwiony...

- Skapną... Tylko nie chciał z nim dyskutować.

- Jestem więcej niż pewien...

- Jestem więcej niż pewien, że to zrozumiesz jak sam będziesz ojcem nastolatka. Czasem trzeba przemilczeć.- mruknął. Jack uniósł brew.

- Wiesz nie jestem pewien czy w oczach Severusa, Willi jest nastolatkiem. Podrośniętym dzieckiem? TAK! Ale nastolatkiem? Prawie dorosłym czarodziejem?

- Noo z tym dorosłym to nie przesadzajmy! To nadal dzieci! – Burknął Wilson.

Jack uniósł brew. Stwierdzając, że nie tylko Severus nie odciął pępowiny...

~oOo~

„Ojciec kupuje mi książki w sąsiedniej księgarni, a matka szuka różdżki – oznajmił chłopiec. Miał nudny głos i pretensjonalnie przeciągał sylaby. – A potem namówię starych, żebyśmy odwiedzili sklep z miotłami wyścigowymi. Nie rozumiem, dlaczego na pierwszym roku nie można mieć własnych mioteł. Będę musiał naciągnąć ojca na któryś z najnowszych modeli, a potem jakoś ją przemycę do Hogwartu"

Wiliam otworzył oczy lekko zmieszany, przepełniony dziwnym uczuciem... To była dziwaczna mieszanina uczuć. Nie do końca fajnych. Usiadł na łóżku i rozejrzał się po obcym pomieszczeniu. Zmarszczył jeszcze mocniej czoło nie poznając miejsca, a później ramiona mu opadły.

To jednak prawda... Jest w Hogwardzie... W Szkole Magii i Czarodziejstwa... W szkole w której podobno uczył jego ojciec. Ale on Wiliam nigdy tu nie był... przynajmniej tego nie pamiętał.

Zirytowany spojrzał na dwa zajęte łóżka. Oni zawsze tak długo śpią! A Wiliam jak każdego poranka miał tyle pytań, które mógł zadać tylko im... A zanim oni się wybudzą, przyjdzie Jack i jak zawsze zacznie machać mu różdżką przed nosem, zadając milion różnych pytań. A dzisiaj, w przeciwieństwie do wszystkich innych poranków Wiliam wcale nie ma ochoty na nie odpowiadać. Spojrzał na zegarek 5.45. I nagle przypomniał sobie o czymś o wiele ważniejszym. O czymś co będzie na sto procent mniej przyjemne niż scany i wypytywania Jacka.

Dayson! Szlak!

- Chłopaki! Budźcie się! – wrzasnął. Przekopując swój kufer w poszukiwaniu skarpetek, spodni i koszulki. Septimus uniósł głowę z irytacją, a później jakby zrozumiał co robi Wiliam i sam się poderwał. Machnięciem ręki zwalił Chrisa z łóżka.

- Wstawaj! – Wrzasnął podobnie jak Will.

Zajęcia z Ministerialnym Aurorem w domu były... były przyjemnym sposobem na zabicie czasu. Tak było... Dayson przychodził zawsze po dziesiątej. A oni mieli czas na rozbudzenie się, zjedzenie śniadania, a nawet i drugiego w przypadku Wiliama, który wstawał zawsze skoro świt. Później zaczynali „zabawę" ze swoimi mocami. Dayson dużo im tłumaczył i jeszcze bardziej był ciekaw ich umiejętności. Poznawali siebie nawzajem. Na bezpiecznym gruncie...

Hogwart nie był bezpiecznym miejscem. Tu musieli się pilnować. Tak jak i Dayson...

„ Aurorzy nas nie lubią. Połowa przez nasze pochodzenie, a druga połowa przez fakt, że Wypiliście Przekleństwo. Za to wszyscy są zgodni, że Wy jesteście niebezpieczni dla dzieciaków w szkole. I jest więcej niż pewne, że Ci których dzieci są w murach szkoły chcą byście się tam nigdy nie pojawili.

- To się nie pojawiajmy! I problem z głowy! – Burknął zły Wiliam. Było mu dobrze w domu. Bardzo dobrze. Po co to zmieniać? Tego nie rozumiał.

- Willi rozmawialiśmy. Trójkąt to nie tylko przepływ mocy. To też nauka na otaczającą Was magię. Musicie mieć z nią kontakt. W większym stopniu niż tutaj. Musicie się uczyć reagować na innych czarodziejów, na ich magię. I Musicie przestać zamykać się na siebie. Odpływacie. W momencie kiedy zaczynacie używać mocy wspólnie odpływacie i świat wokół was nie istnieje. To nie bezpieczne. Musicie nauczyć się działać wspólnie, ale mieć oczy dookoła głowy. A jest więcej niż pewne, że nie nauczycie się tego tu...

- Niby dlaczego? Dobrze nam idzie! Tato! – Ksawery odetchnął głęboko.

- Synu, tu czujecie się bezpiecznie. Tu nikt ani nic Wam nie zagraża. Nie musicie uważać, nie musicie się pilnować. Spalisz stolik w domu? Alex ma ubaw po pachy. Spalisz stolik w szkole... Masz kłopoty... Wasze mózgi muszą zacząć myśleć o konsekwencjach! A nie olewać wszystko! I potrzebujecie bodźców Zewnętrznych, zwłaszcza Willi...

- Ja tak nie uważam- mruknął Will. A Ksawery przewrócił oczami.

- Wiem, wszyscy to wiemy. Mieliście za mało czasu. Przydałby się miesiąc może i dwa. Nie jesteście gotowi. Ale Tiara ożywa tylko 1 września, a bez przydziału nie ma nauki w Hogwardzie. Nie mamy innego wyjścia. Musi to być teraz... Za rok będziecie pełnoletni i nikt nie wpuści was do Hogwardu. A tam jest wszystko to czego potrzebujemy! Silne osłony i całe multum gówniarzy z przeróżnych środowisk. I w Hogwardzie nigdy nie jest stabilnie i spokojnie.

Musieli tu wrócić. Podobno już w lipcu tu trafili „ Na letni kurs przygotowawczy dla Dziwakow" jak ładnie nazywał to Chris. Jednak wszystko poszło fatalnie źle... omal wszyscy nie umarli. Ministerstwo wcale nie chciało dać im czasu na odpoczynek wiec rodzice ich stąd zabrali. Przez co napytali chłopak ogromnych problemów! Ogromnych!

Ich Kurator Albus Dumbledore. Najstarszy i najsilniejszy czarodziej w Wielkiej Brytanii ( Jedyny żywy czarodziej który Wypił Przekleństwo Salazara w 1843 r.! W Wielkiej Brytanii), uznał że nie jest w stanie ocenić stabilności i opanowania chłopców. Przez co nie może pozwolić, aby używali Magii przy innych uczniach. Narażając ich na utratę życia i zdrowia. Dlatego na zajęciach mają poznawać tylko teorie. A po zajęciach i przed zajęciami praktyczne możliwości. I w tym mają pomóc im Aurorzy. Co wcale im się nie podobało. Wcale a wcale... Ale okazało się, że jednak tylko wyszkoleni Aurorzy są w stanie zatrzymać ich niekoniecznie dobrze wytworzone zaklęcia. Bo Billi choć w mniemaniu chłopców był najlepszym nauczycielem na świecie, nie był w stanie pochłonąć , ani zatrzymać ich klątw. O czym przekonali się na pięć dni przed przybyciem do szkoły. Czar Chrisa, który miał być zwykłym urokiem zmieniającym odbicie lustrzane, odbiło się od tafli lustra, pędząc w stronę rozkojarzonego Williama. Bill powstrzymał zaklęcie, ale... Jego różdżką uległa uszkodzeniu.

Ta sytuacja nie nażarty przeraziła chłopców i chyba samego Billiego. Co prawda Olivander poradził sobie z osmolonym drewnem, bo Rdzeń różdżki nie uległ uszkodzeniu, ale od tamtego dnia Billi już nie uczył ich żadnych ofensywnych zaklęć. Skupiając się tylko na poznawaniu zaklęć. Ewentualnym delikatnym łamaniu uroków. Ale to już nie było tak ciekawe i zabawne jak na początku.

- Nie rozumiem! Wy je zatrzymujecie z palcem...

- Chris!- Warknął zirytowany Wilson.

- Taka prawda! Wy nawet nie myślicie dwa razy tylko zatrzymujecie nasze spartolone zaklęcia od tak- Chris zademonstrował leniwy ruch ręką jaki bardzo, bardzo często wykonywali ich ojcowie.

- Synu Wasza moc jest od nas! Nasze potencjały jeszcze dają radę z Wami. Bo macie pierścienie. Bo to Was hamuje, a Wasza Magią naturalnie odbiera nas jako autorytet. Bo jesteśmy Waszymi rodzicami... Ale ... To się zmieni. I... Merlinie mam nadzieję, że opanujecie to zanim stanie się to nie tylko niebezpieczne, ale także po za kontrolą kogokolwiek!

I tak dosłownie na kilka dni przed przybyciem do szkoły pełnej niczego nieświadomych smarkaczy, uświadomili sobie, że mają problem... A ich Kurator bądź co bądź ma rację... Więc zapadły mało przyjemne decyzje.

Musi ich uczyć ktoś kto ma pojęcie jak redukować moc rozszalałego zaklęcia, lub musi ich uczyć ktoś kto jest od nich silniejszy!

Propozycje były tylko dwie: Albo DPPC, albo Dumbledore.

Nie wierząc w to co mówią, chłopcy wybrali DPPC pod warunkiem, że to Dayson będzie nadzorował wybór nieszczęśników którzy mają ich uczyć.

Nagle oświadczenie Dumbledore nabrało nowego znaczenia. On ma rację. Są niebezpieczni dla uczniów.

Bo mogą się starać. Mogą na poważnie podejść do sytuacji, a i tak coś się może im wymsknąć. I co wtedy? Albo co w sytuacji, gdy to oni zostaną zaatakowani przez innego ucznia? Nikt z dorosłych nie był na tyle naiwny by wierzyć, że nie wydarzą się jakieś idiotyczne nastoletnie sprzeczki. A wtedy...?

Opcje znowu były dwie. Albo rzucą na nich jakieś blokujące zaklęcie na czas zajęć lub ktoś będzie za nimi chodził niczym cień. Obie opcje były koszmarne. Ale pierwsza zdecydowanie gorsza. Ze względu na Williama i jego problemy z rdzeniem. A także sprawiała, że byli kompletnie bezbronni przez cały czas przebywania w murach szkoły. Mogli by czarować tylko gdy Aurorzy zdejmowali by z nich czar blokujący. To była okropna perspektywa.

Tak samo okropna jak myśl, że ludzie DPPC chodzili by za nimi krok w krok... Straszna, okropna i obdzierająca chłopców z resztek prywatności. Której już I tak nie mieli za dużo...

I tu na szczęście Dayson wyszedł z propozycją, by to ojcowie zebrali ekipę... On tylko sprawdził wybranych czarodziejów czy są w stanie redukować moc ich zaklęć. Nikt po za Daysonem i rodziną (który złożył chłopakom przysięgę zachowania ich Tajemnic) nie miał Zielone pojęcia kim są wybrani czarodzieje. Cała trójka była tak wściekła na tą decyzję, że gdy przyszedł dzień testów wybranych ochroniarzy. Trzaskali w nich zaklęciami z całą macą i wściekłością. A skurczybyki dawali im radę. Co wkurzyło chłopaków jeszcze bardziej!

Z drugiej strony perspektywa posiadania czarodziejów którzy łazili za chłopakami nie co uspokajało ojców. Bo wiedzieli, że gdyby coś się wydarzyło złego zostaną ewakuowani w bezpieczne miejsce. Każdy z „ochroniarzy" miał świstoklik, który miał możliwość przeniesienia ich w wybranym momencie do Rose Hause.

I w tym wypadku każdy z sześciu czarodziejów ( Bo mieli pracować na zmiany) musiał złożyć przysięgę.

„ Może zacznijmy ich tatuować! Robi się coraz bardziej tłoczno" – Warknął wkurzony Septimus.

Ojcowie spojrzeli na niego z lekkim rozbawieniem, stwierdzając, że składana przysięgą jest o wiele lepsza od „tatuażu" Bo nie torturuje czarodziejów bólem, tylko wpływa na emocjonalne przywiązanie do chłopców.

Myśl, że ktoś przejawia wobec nich „ciepłe" odruchy tylko przez przymus przysięgi brzmiał o wiele gorzej niż to co robił Mroczny znak z Śmierciorzercami.

Musieli oprócz zajęć szkolnych mieć zajęcia dodatkowe.

Co sprawiało, że ich czas „wolny" zredukował się do zera. Praktycznie oprócz czasu na sen ( w trakcie którego musieli wykonywać Wymianę Mocy) nie mieli czasu na nic innego.

I to była już kropla, która przelała Czarę goryczy. I wszyscy trzej oznajmili, że mają to w dupie i nigdzie nie jadą.

Ale przyjechali. Bo tak jak we wszystkich punktach i podpunktach mieli tylko dwie opcje .

Albo jadą do szkoły na wymienionych wyżej zasadach, albo do usranej śmierci są więźniami rodowych rezydencji. Bo było więcej niż pewne, że stabilne warunki życia nie będą ich zmuszać do przekraczania progów Trójkąta...

Nawet przez krótki czas analizowali wszystkie dostępne dla nich Rezydencje. Stwierdzając, że majątki Jonasów, Wilsonów i Snapeów są rozsiane po całym świecie co pozwalało by im na całkiem przyjemne życie. Ale życie w klatce. Złotej wygodnej, ale w klatce.

Pokonani zgodzili się na wszystkie warunki. Aby mieć chociaż odrobinę kontaktu z kimś z poza „rodziny".

Opijana w dniu wczorajszym „Wolność" ma dość gorzki smak.

Jednak w tym momencie nie mieli czasu na roztrząsanie niesprawiedliwości losu. Bo byli spóźnieni, a Dayson ostrzegł ich, że w Hogwardzie będzie musiał być bardziej „formalny" niż na terenie ich domu. A żaden z chłopców nie chciał podkopywać autorytetu Daysona narażając samych siebie na zmianę „Koordynatora projektu" jak podobno nazywają ich w DPPC.

Byli pieprzonym projektem...

Królikami doświadczalnymi...

Wybrykami natury w Świecie Magii ( a to już zdumiewający sukces)

Mieli przesrane...

I Byli już spóźnieni.

Opuścili swoje Dormitorium w ekspresowym tępię. Pokonując schody w szaleńczym tępię. Wpadając do rozstawionego namiotu na szkolnych błoniach zziajani i spoceni.

Przywitało ich dwóch nieznajomych mężczyzn i ktoś kogo znali.

- No brawo Panowie rozgrzewkę mamy za sobą więc Zaczynajmy. – Powiedział Dayson. Bez uśmiechu, którym tak często obdarzał chłopców w Rose House.

Wiliam spojrzał na zegarek na ręku 5.59. Całkiem nieźle uznał. Nie sadził, że od tego poniedziałku już zawsze i wszędzie będzie „wpadać" na ostatnią chwilę... A zegarek choć wyglądał dziwacznie przy złotych pierścieniach będzie jego najważniejszym przedmiotem.

~oOo~

Autor

Ważka czytasz?

Szaryt21:

Łapa zaginą w ferworze wydarzeń! A na poważnie to wypłynie nie długo. Zły i wkurzony, że Severus kazał mu spadać na księżyc po tym jak Wiliam zasnął na swoich urodzinach. Obiecując, że zobaczą się już nie długo. A minie kilka tygodni. W dodatku siostrzeniec nie będzie wiedział kim jest... Taki spojler trochę.

Komentujcie jak czytacie!

Pozdrawiam,

AJM