5. Hamulec

Hermiona zeszła do pokoju wspólnego Gryffindoru. Rozejrzała się za przyjacielem, ale nigdzie nie dostrzegła Rona. To dziwne bo zawsze na nią czekał. Jeszcze śpi? Zobaczyła Nevila i od razu do niego podeszła.

- Hej! Widziałeś Rona? – Chłopak spojrzał na nią. Odkładając notatnik i księgę.

- Przykro mi Miona. Wyszedł zanim się obudziłem- powiedział. Dziewczyna zmarszczyła czoło. Neville zachowywał się dziwnie. Dziwnie nawet jak na niego. Nastolatek z westchnięciem powrócił do księgi.

- Co czytasz? – zapytała z zainteresowaniem. Chłopak zamknął księgę tak szybko, że Hermiona aż mruknęła kilkukrotnie.

- Nie ważne. Muszę iść- powiedział. Wstał i zbliżył się do obrazu Grubej Damy.

Jednak zatrzymało go gwałtowne wtargnięcie Colina.

- Ron zabił Snape'a! – wrzasnął.

A wszyscy uczniowie Gryfindoru zamarli, nie którzy aż wstali z wrażenia. Hermiona pobladła. Po chwilowej ciszy, Zaczęły się sypać pytania.

- Nad ranem! Wypchnął go z wierzy Astronocznej!

- Snape nie żyje? – ktoś zapytał. Colin podrapał się po głowie przejęty.

- Tak mówią...

- Chwila, ale który Snape? – kolejne pytanie, a Colin pobladł nim wypowiedział imię

- Wiliam...

Zapadła cisza. Okropna i przeraźliwa cisza. Bo wszyscy wiedzieli, że Ron ma nie zdrowe podejście do syna Severusa Snape'a. Ciągle go obrażał i szydził. Wykrzykiwał w pokoju o czystokrwistych dupkach przeróżne okropne rzeczy. I choć uczniowie nie znali za bardzo Wiliama. Wiedzieli, że chłopak jak i jego przyjaciele robią co mogą, aby uniknąć bezpośredniego konfliktu z Rudzielcem.

A przez jeden tydzień zdążyli się przekonać, że tych trzech uczniów Slytherina ma przechlapane w swoim domu. Nie dało się nie słyszeć drwin i ciągłych wyzwisk od „Zdrajców Krwi". Za pewne nie na darmo chodzili ciągle z słuchawkami w uszach. Wyciągając je tylko na czas zajęć i wkładając je z powrotem jak tylko kończył się wykład. Siedzieli we trzech odsunięci od zajęć praktycznych, pisząc niemiłosiernie wiele wypracowań gdy inni uczniowie mieli labę w oczekiwaniu na możliwość rzucania zaklęć. Żaden nie pyskował, nawet za bardzo sami z siebie nic nie mówili.

I Aurorzy... Wszyscy już zdążyli się dowiedzieć, że namiot postawiony w dalekiej części błoni jest dla nich. Tam mogli rzucać zaklęcia. Pod nadzorem autorów. Nie którzy drwili. Inni sobie żartowali. Ale z każdym mijającym dniem nie dało się nie zauważyć, że tych trzech uczniów jest nie tylko bacznie obserwowana przez wszystkich nauczycieli, ale także przechodzą porządną musztrę. A co ciekawsi, którzy bardzo chcieli wypatrzeć słynne pierścienie Fryderyka, odkryli, że mają pozakładane na rękach bandaże.

- Podobno jak przeginają z Magią to te pierścienie ich parzą... – ktoś powiedział.

- Ale oni mają ciągle opatrunki! Ciągle. Od śniadania do kolacji... – ktoś inny zauważył.

Temat trzech chłopców z nadprzyrodzonymi zdolnościami był tematem numer jeden dla wszystkich uczniów Hogwartu. Ktoś wypatrzył ich jak idą do namiotu przed szóstą rano. Ktoś inny z kolei widział jak wracali chwilę przed ciszą nocną. Ktoś widział jak Chris kłócił się z ojcem. I jeszcze szybciej milknie gdy widzi, że jest obserwowany. Ktoś widział jak Septimus niby przypadkiem uderza któregoś Ślizgona łokciem w nos, przez co chłopak trafia do skrzydła.

Było wiele plotek, wiele ciekawości i mało faktów. Ale uczniowie zdążyli się przekonać, że trzech arystokratów nie szuka poklasku.

Za to dom Gryfindoru aż za dobrze wiedział, że jeden z nich ma niepokojące podejście do nich..

Wiliam Snape był dla Rona niczym dżazga w palcu. I większość powoli zaczynała się domyślać, że Ron w jakiś sposób odbija sobie na tym obcym chłopcu żal za śmierć Harrego.

Jednak nikt nie obstawiałby tak dramatycznych wydarzeń.

- Kto Ci o tym powiedział! – zapytała Hermiona.

- Tak mówią...

- Co mówią?

- Że Ron wypchnął Wiliama z wieży! Wszędzie jest pełno Aurorów. Coś się stało!

Hermiona pobladła. Poczuła jak ktoś chwyta jej ramię.

- Usiądź Miona. Jeśli coś się stało... To się o tym dowiemy

- Nie ma Rona...- wyszeptała załzawionymi oczami. Neville przytulił ją mocno.

- Niedługo wszystko się wyjaśni. Zobaczysz- powiedział. Co było słabym pocieszeniem, ale jednak miał rację.

McGonagall przyszła do pokoju wspólnego dwadzieścia minut później. Z zaciśniętymi ustami. Większość uczniów zamarła w oczekiwaniu na to co powie.

W okropnej plotce musiało być coś z prawdy.

- Moi drodzy... Za pewne doszły do Was niepokojące wieści z wydarzeń z dzisiejszej nocy...

- To prawda?

- Gdzie Ron?

- Co?

- Nie możliwe!

I wiele, wiele innych pytań przebiegały przez pokój.

- Cisza! – krzyknęła Profesor McGonagall- Tej nocy z niejasnych mi powodów Pan Ronald Weaslay opuścił pokój wspólny i udał się do wieży astronomicznej. Pech chciał, że na ten sam genialny pomysł wpadł uczeń innego domu.

Przez pokój przeszedł cichy szept niedowierzając. I salwą kolejnych pytań. Czy walczyli? Może Ron się bronił.

- Wszystko wygląda na dość nieszczęśliwy wypadek. Na okropnie nieszczęśliwy wypadek. Na chwilę obecną to wszystko co mogę Wam powiedzieć.

- Snape nie żyje?!- ktoś krzykną. Profesor McGonagall wzdrygnęła się.

- Wiliam żyje, ale jego stan został określony jako krytyczny. W tej chwili jest pod opieką Uzdrowicieli św. Mungo. Miejmy nadzieję, że wszytko skończy się szczęśliwie...- zamilkła na chwilę.

- Jednak musicie być gotowi... Jest więcej niż pewne, że Aurorzy będą chcieli z wami rozmawiać. – Powiedziała. Przez chwilę obserwowała uczniów. – Dlaczego nie uczycie się na własnych błędach... Dlaczego? – zapytała wstając z zamiarem opuszczenia pokoju, Hermiona poderwała się.

- Pani Profesor! – zawołała. Profesor McGonagall zatrzymała się patrząc na dziewczynę z żalem.

- Przejdźmy do mojego gabinetu- powiedziała w końcu, a Hermiona kiwnęła głową.

Droga do gabinetu nauczycielki była wiecznością, a gdy w końcu opadła na krzesło ręce jej mocno drożały.

- Jest aż tak źle? – zapytała w końcu. McGonagall usiadła na przeciwko dziewczyny.

- Pytasz o Pana Snape'a czy o sytuację Pana Weaslaya?

- Chyba o obydwóch- powiedziała cicho

- Jest tragicznie Panno Granger. W obydwu przypadkach. – powiedziała smutno. – Stan Wiliama... W tej chwili zajmuje się nim trzech Medyków Munga. Pogruchotał ręce, nogii, uraz czaszki i kręgosłupa... Na szczęście zaklęcie amortyzacji zadziałało w dużym stopniu. Dzięki czemu nie zginął na miejscu. Ale... Jest źle...

- Nie rozumiem... Pani Profesor nie rozumiem! On go zaatakował? – zapytała

- Pan Weslay, Pana Snape'a czy na odwrót?- Hermiona poczerwieniała.

- Jeśli łudzisz się, że Pani przyjaciel działał w samoobronie. Adwokat Snape'a zażądał ukazania wspomnień z tego zdarzenia...

- Adwokat...?- powiedziała słabo.

- Panno Granger Te rodziny... Oni nie odpuszczą. Z tego co wiem, w tej chwili czekają tylko na opinie uzdrowicieli. Od ich decyzji zależy los Ronalda.

- Wyrzucą go ze szkoły? – zapytała słabo. McGonagall

Uniosła brew.

- Chyba nie rozumiesz powagi sytuacji. Pan Weaslay naumyślnie zaatakował fizycznie drugiego ucznia. Choć tamten nie zrobił nic, aby go sprowokować. A gdy cios Pana Weslaya sprawił, że chłopak stracił równowagę i wypadł z okna... Pan Weaslay pomimo tego, że miał różdżkę nie zrobił nic by w jakikolwiek sposób chociaż pomóc chłopcu. Aby chociaż spróbował... Merlinie było by chociaż czego się uczepić... Ponadto mają dowody na to, że Ronald nachodził Wiliama. Zaczepiał, Prowokował. Prześladował...

- Prześladował? Pani Profesor! Ron nie prześladował Wiliama!

- Dowody mówią co innego... Ochrona

- Ochrona? – sapnęła słabo. A McGonagall spojrzała na uczennice.

- Panno Granger zdajesz sobie sprawę kim jest Wiliam Snape'a? I czyim jest synem i wnukiem? Naprawdę powinniście dwa razy pomyśleć nim się do niego odezwaliście! Dwa razy A może i to za mało!. Po co? Po co Panno Granger go zaczepialiście. Po co skoro on najwyraźniej tego nie chciał!

Hermiona poczerwieniała. Nagle jej letni plan. Jej największe odkrycie...

- To moja Wina! Pani Profesor! To moja wina! To ja... To ja powiedziałam!

- Co powiedziałaś Panno Granger?

- Że Wiliam może być Harrym- wydusiła w końcu, a Nauczycielka pobladła.

- Czy ty Oszalałaś? Dziewczyno... Na podstawie czego to wywnioskowałaś?

- Faktów! Wszystkiego. Noo pasowało to do siebie..., ale później. Wpadł w pociągu do naszego przedziału. Przez przypadek. I chwilę rozmawialiśmy... I ja... Zrozumiałam, że to nie Harry. Że to całkiem inny chłopak. Jego magia...

- Aura magiczną...- poprawiła ją nauczycielka.

- Aura magiczną Wiliama jest inna niż Harrego... I pani profesor. To było tak bardzo... To tak bardzo bolało! I mówiłam Ronowi. Mówiłam! Ale on tego nie wyczuwa. On tego nie widział. Widział za to, że Wiliam ma Zielone oczy jak Harry. Gdzieś usłyszał, że Syriusz jest ojcem chrzestnym Wiliama...

- Matka Wiliama.

- Wiem! My To wszystko wiemy!

- Na Merlina! Dziewczyno! Oni mieli rację. To nie chłopcy są zagrożeniem dla uczniów! To uczniowie są zagrożeniem dla nich!

- Pani Profesor?

- Panno Granger w dniu wczorajszym miałam mało przyjemną rozmowę z Severusem. On wymagał ode mnie bym z Wami porozmawiała. I taki miałam plan na dzisiaj! Zdaniem Severusa... przekraczaliście granice prywatności jego syna! Sugerował, że jeśli ja nie zrobię czegoś z Wami. Że jeśli nie wybije Wam z głowy prześladowania Wiliama...

- My nie...

- Nie nagabywaliście go? Nie szukaliście każdej możliwości aby wejść mu w drogę? Ochrona Pana Snape'a podobno zgłaszała problem od wtorku.

- Ochrona?

- Ochrona Panno Granger! Chłopcy mają Ochronę na lekcjach, na przerwach i w czasie po za lekcyjnym. Tylko nocą nikt nad nimi nie czuwa. I akurat wtedy musiało dojść do takiej tragedii! Akurat wtedy! Merlinie... I przez to... Oni mają dowody na to, że Wiliam poza słownymi uszczypliwościami nie zrobił nic. W żaden sposób was nie sprowokował. Nie zagroził Wam. On nie zrobił nic! Nic czego moglibyśmy użyć, aby jakoś wybronić Ronalda. Nic... Nie mamy nic aby w jakikolwiek sposób ochronić go przed najgorszym.

- Wyrzucą go ze szkoły. – wyszeptała.

- ASKABAN! Panno Granger, Ronald Weaslay prawdopodobnie zostanie oskarżony o „ Usiłowanie morderstwa". Pod warunkiem, że Wiliam to przeżyje. A jest źle. Bardzo źle, Panno Granger. I Aurorzy oczekują tylko na opinie uzdrowicieli Umysłu z Mungo. Jeśli oni wydadzą opinie, że Ronald Był poczytalny. Jeśli uznają, że Ron wiedział co robi... Wtedy nie ma już ratunku...

~oOo~

Severus zatrzymał nerwowy chód przez korytarz jak zobaczył, że drzwi skrzydła się otwierają. Spojrzał na Daniela.

- Będzie żyć- powiedział w końcu.

Na te dwa słowa czekali od pięciu godzin. Pięć godzin koszmaru! Jack spojrzał na Daniela. Starszy uzdrowiciel wykopał Jacka że skrzydła stwierdzając, że tym razem Swinss za bardzo przeżywa całą sytuację.

- Co z rdzeniem?

- Wstrząs.

- Kurwa! – Jack Warknął. A Severus miał ochotę powiedzieć to samo.

- Więc co najmniej trzy dni bez możliwości Wymiany mocy- powiedział w końcu Severus. Wymiana Mocy poradziła by sobie z złamaniami w jedną noc. Wykończyła by chłopaków, ale ogarnęli by to szybko.

Daniel zmrużył czoło.

- Kręgosłup trzasnął w trzech miejscach. Rdzeń kręgowy cały, ale... Nie możemy używać zbyt dużych dawek Eliksirów. Gwałtowne uleczeniem jest zbyt dużym wysiłkiem Energetycznym dla niego. Musieliśmy go wyczerpać magicznie. Nie może się kumulować. Zaklęcia będą go wyczerpywać do czasu aż Rdzeń magiczny się nie uspokoi, a kręgosłup się nie uzdrowi... Chwała Merlinowi, że tym razem z nerwami wszystko jest w porządku i zaklęcia działają... Ale to spowalnia uzdrowienie... A później będziemy musieli uważać, aby rdzeń magiczny zaczynał pracę powoli...

- Czyli?

- Tydzień minimum.

- Daniel oni nie dadzą rady! Cztery dni po zabiegu to był Sajgon! Sajgon! Roznosiło ich. A byli wyczerpani przez dobę!- Warknął Jack

- Wiem. Więc niech korzystają z namiotów ile wlezie, bez Eliksirów nie zasną. Nie mamy wyjścia. O zajęciach z smarkaczami zapomnijcie. Będą za bardzo niestabilni. Wiliam będzie sobie spał niczego nie świadomy, ale oni... Zabierzcie się za nich od razu. Niech się za bardzo nie kumulują.

Severus przeczesał palcami włosy. Zabije Ronalda Wealeya. Zabije smarkacza! A dopiero później będzie się zastanawiać jak wytłumaczyć to Wiliamowi...

- Coś jeszcze? – w końcu zapytał. I się zaczęła lista obrażeń Wiliama w tym krwiak podtwardówkowy, złamane obydwie nogi, prawa rękę i dwa żebra...

Severus Zabije smarkacza Weaslayów. Tego był pewien.

~oOo~

- Możemy go zobaczyć? – zapytał Chris w niedzielne popołudnie.

- Nie możemy ryzykować.

- Panujemy nad tym ! Jack...

- To dopiero pierwsza doba Chris. A to będzie trwało.

- Szlak! Wiedziałem! Wiedziałem, że napyta nam problemów.

- To nasza wina. Nie jego. Wiedzieliśmy, że jest mu trudno...

- Powinienem Cię posłuchać! Gdybym to ja wywiązał połączenie nie wybudziłby się za szybko. Merlinie! – Septimus walnął pięścią w ścianę.

- Weaslay...- Warknął Chris...

- Akurat nim to powinniśmy się zająć od razu, jak tylko Rowen zgłaszał problem- Burknął Jack. – Nie sądziłem, że smarkacz może być szaleńcem! Kurwa Willi nawet go palcem nie tknął! Nic! A on to zrobił naumyślnie! Dumbledore twierdzi, że to nieszczęśliwy wypadek. Gówno prawda! Nie wiem jak wytłumaczymy to Wiliamowi. Nie wiem... Merlinie Tobiasz nie odpuści...

- Może nie będzie pamiętał. Może...

- Merlinie lepiej dla nas wszystkich było by, aby akurat o tym smarkaczu Wiliam zapomniał raz na zawsze!

~oOo~

Był poniedziałkowy poranek. Rozpoczął się kolejny tydzień nauki, ale szkolne korytarze żyły tylko sobotnimi wydarzeniami.

Uczniowie Gryfindoru z ponurymi minami zasiedli do śniadania. A i tak nie uniknęli drwiących uszczypliwości i dogadywań. Najtrudniej miała Giny... to jej brat omal nie zabił innego ucznia. To jej brat przebywał obecnie w Świętym Mungo na obserwacji. Dziewczyna z trudem panowała nad łzami. Najchętniej to by zapadła się pod ziemię.

- Giny to się uspokoi. Zobaczysz- mruknęła słabo Hermiona.

- Co się uspokoi? Co? Zapomną, że Ron omal kogoś nie zabił? Że prawdopodobnie zgnije w Askabanie? To twoja Wina! Twoja! To ty mu namieszałaś w głowie! – wrzasnęła i uciekła. Goniona przez śmiech innych uczniów.

~oOo~

Był czwartek gdy Uzdrowiciele św. Mungo uznali, że Wiliam jest w wystarczająco dobrym stanie by zacząć go wybudzać i powoli zdejmować z niego zaklęcie pochłaniania mocy.

Joanna Wilson że skupieniem obserwowała zaklęcia skanujące. Przez głowę przechodziło jej milion myśli. Znała chłopca już tak długo, a ciągle tylko w tak Okropnych sytuacjach.

- I jak?- Severus wszedł do skrzydła. Miał zmarszczone czoło i wyglądał jak ktoś kogo lepiej nie ruszać.

- Redukujemy stężenie Eliksirów. Na razie wszystko przebiega zgodnie z planem. – powiedziała spokojnie. – W tym tępię po południu powinien się wybudzić. Ocenimy stan umysłu jak będzie dobrze. Zaczniemy zdejmować zaklęcie. Będzie dobrze.

- Tego nie wiesz. Upadek naruszył Rdzeń. A już go kurwa ustabilizowaliśmy! – Warknął.

- Zrobimy co w naszej mocy, by Rdzeń nie ucierpiał bardziej. Spokojnie...

- Jak mam być spokojny! Jak! Widziałaś chłopaków? Ledwo już dają radę. A to potrwa jeszcze kilka dni! Ten smarkacz...

- Severusie choć ty się nie nakręcaj. Jest ciężko i bez naszej histerii. Merlinie Tomas ledwo się kontroluje! Chociaż Ty mniej trochę rozsądku!

Mężczyzna przez chwilę obserwował syna. W końcu podszedł do chłopca i delikatnie pogłaskał jego włosy.

- Przyjdę w przerwie obiadowej- powiedział w końcu.

- Mniej trochę Litości dla uczniów. – powiedziała. A Czarne oczy zgromiły ją wzrokiem.

- Inni uczniowie nie są niczemu winni!- dodała.

- To nic nie zmienia! Mam dzisiaj tylko Gryfonów i Slytherin. To zawsze wybuchowa mieszanka- Burknął. Spojrzał na syna.

- Chociaż Ty jeden się kontroluj! – Burknął do syna.

- Jego to ja kontroluje- mruknęła uzdrowicielka z uśmiechem. – Będzie dobrze. Uleczyliśmy złamania, mózg się zregenerował. To same dobre informacje.

- I to mnie martwi! Za łatwo idzie! Nie było żadnych komplikacji! Nic czego obawiał się Daniel.

- Może już za dużo czarnych scenariuszy przerobiliście? Uleczenie złamań było wystarczająco trudne samo w sobie. Po co roztrząsać wszystkie najgorsze scenariusze? Nie nakręcajmy się. Idź na zajęcia. Nie spuszczam z niego wzroku...

W końcu Mistrz Eliksirów opuścił skrzydło szpitalnej. A Joanna obserwowała go kręcąc głową.

- Panikarz!- mruknęła.

- Zmienił się...- usłyszała. Spojrzała na szkolna pielęgniarkę.

- Nie... zawsze taki był dla syna. – powiedziała w końcu. Utrzymanie kłamstwa to podstawa jak mawiał Severus. Wszyscy muszą myśleć, że Wiliam był jego synem od zawsze.

- Nie pozwala mi go badać- powiedziała z urazą Madem Poppy. Joanna uśmiechnęła się smutno.

- Dużo przeżyli. Wiliam, Seversus, chłopcy...

- Wiem... Byłam tu.

- Więc powinna Pani zrozumieć ich paranoje. Mnie też odsunęli. Gdyby nie fakt, że Jack musi skupić się na chłopcach, pewnie by mnie tu nie było. Musimy być dla nich wyrozumiałe, Madame... ich dziwactwa wynikają tylko z obawy o zdrowie chłopców.

- Pan Swinss jest młodym uzdrowicielem... Nie rozumiem jak mogą obarczać go taka odpowiedzialnością.

- Jack jest geniuszem, Madame. Geniuszem. A fakt , że jest młody sprawia tylko tyle, że chłopcy mu bardziej ufają. Idę o zakład, że w domu grał z nimi w Quiddich. Ale stopa przyjacielska jest im potrzebna. Nawet bardziej niż Geniusz Jacka.

Pielęgniarka kiwnęła głową. Patrząc na chłopca współczująco.

- Nie rozumiem, dlaczego Pan Weaslay to zrobił! To taki dobry chłopiec... – Joanna zmarszczyła czoło.

- Pogubiony chłopiec Madame... Śmierć przyjaciela to bardzo trudne. A On się pogubił i... Uzdrowiciele nie zrobią mu krzywdy... To mu pomoże. Zważając na porywczość Severusa i Tobiasza muszę przyznać, że jestem z nich dumna. Warunek do ugody jaki postawili jest jedynym rozsądnym. Odjęcie punktów domu Gryfindoru co proponował Dumbledore w niczym by nie pomogło Panu Weaslayowi. Takie jest moje zdanie. Pan Weaslay mógł zabić Wiliama. Nie zapominajmy o tym.

Madame Poppy zmarszczyła czoło.

- To cztery tygodnie!

- W Askabanie spędziłby minimum trzy miesiące, Madame.

- To tylko szkolny wypadek. Pan Snape za 3 dni będzie zdrów jak ryba. A Pan Weaslay!- Joanna zmarszczyła czoło w irytacji.

- Tylko szkolny wypadek? Szkolnym wypadkiem było by jak by się pobili i rozwaliłby sobie głowę o murek, albo nabił guza! Madame Litości. Ten chłopak zaatakował go bez powodu! A gdy zorientował się, że Wiliam stracił równowagę zamiast go chwycić jeszcze mu podciął nogę!

- Nie mógł przewidzieć, że Wiliam wypadnie. To wypadek w trakcie bójki. Nie potrzebnie wmieszali w to Aurorów!

- Wmieszali Aurorów? Merlinie. Pani Oszalałaś! Nikt nie mieszałby aurorów do szkolnej bójki! Ale to nie była bójka! To był atak. Szalony i nieobliczalny atak . I naprawdę opiekunowie Wiliama mieli prawo rządach aby ktoś z zewnątrz zajął się wyjaśnieniem sytuacji.

- To tylko dziecko...

- Wiliam też jest tylko dzieckiem, a jakoś nikt nie ma przeciwko by swój czas wolny spędzał na treningach z aurorami! Pod przymusem Ministerstwa! Nie z własnej woli, Madame. Jego nikt nie broni. Choć nic złego nie zrobił! I nawet teraz próbowaliście wmówić, że to Wiliam sprowokował Weaslaya! Choć to ten drugi smarkacz go zaatakował i tak wszyscy oskarżali Wiliama! To dopiero niesprawiedliwość!

- Nie musieli Wypijać Przekleństwa!

- Wiliam nie wypił Przekleństwa z własnej woli. Został porwany! Gdyby był Harrym Potterem też byłaby Pani dla niego tak surowa? Bo sytuacja Wiliama, a Harrego Pottera różni się jedynie faktem, że Will to przeżył i za to go wszyscy każą! Proszę wyjść. Ten pokój został zadysponowany Uzdrowicielom św. MUNGO z tego Co wiem. Swoje skrzydło już Pani odzyskała!

~oOo~

Wiliam dryfował...

Jego myśli były spokojne i wyciszone...

Powoli zaczynał odbierać dźwięki z zewnątrz. Stuknięcie, przesunięcie krzesła, ciche rozmowy. Mimowolnie jęknął gdy poczuł także swoje ciało.

- Dzień dobry, śpiochu- usłyszał delikatny kobiecy głos. Uchylił oczy...

- Boli- mruknął. Uzdrowicielka zmarszczyła czoło.

- W skali od 1 do 10 jak silny?- spytała. Chłopiec przez chwilę się zamyślił. Jego umysł powoli zaczął dryfować znów w nicości i bólu...

- Wiliam?- usłyszał ponaglenie.- Otwórz oczy. Jak silny ból odczuwasz?

Ale chłopiec nie umiał określić. Bolało, bolało go całe ciało. Wszystko.

- Boli...- mruknął ponownie.

Joanna zmarszczyła czoło. Nie będąc pewna co robić. Miał się wybudzić i miało być dobrze. Niespodziewanie do pokoju wszedł Jack. Przywołał eliksir i usiadł na łóżku chłopca. W ciszy bez słowa patrząc na chłopca.

„Hej Willi" – powiedział w myślach „Wypijesz przeciwbólowy i jeszcze pośpij. Dobrze?"

„Jack?"

„Jestem tu Willi. Tym razem nie będzie boleć obiecuje."

Napoił chłopca eliksirem. I obserwował jak oczy chłopca powoli opadają. A później i jego umysł się wyciszył.

Jack przerwał telepatyczne połączenie. Spojrzał na Joannę.

- Jeśli mówi, że boli to masz mu podawać przeciwbólowy. On nie skarży się z byle powodu! – Warknął. Joanna zmarszczyła czoło.

- Mieliśmy...

- Zdjęcie zaklęcia może poczekać. On nie może cierpieć będąc praktycznie nieruchomym! Nie może. Przeżył koszmar przez absurdalnie podobną sytuację! Jeśli będziemy zmuszeni opóźnić plan wybudzania trudno. On nie może czuć bólu w trakcie zdejmowania zaklęcia.

- Chris I Septimus...

- Są tego samego zdania co ja. Nie przyspieszamy nic. Dają radę.

- Nie zdążyłam ocenić co pamięta. – Jack spojrzał na nią z irytacją.

- Ale ja zdążyłem z jego pamięcią jest wszystko dobrze. Ale jeśli stworzymy sytuację podobne do tych które go zblokowały, będziemy zaczynać od nowa. Rozumiesz?

- Telepatia na odległość? – Spytała. A Jack mimowolnie się uśmiechnął.

- Telepatia z tak silnym magicznie dzieciakiem ma swoje plusy... Choć też swoje minusy! Smarkacz mnie blokował przez pięć dni! Pięć dni, rozumiesz!? Uparty matoł!

Joanna nie rozumiała. Za to uświadomiła sobie, że Jack wskoczył na poziom uzdrawiania, którego ona nigdy nie pojmie.

~oOo~

- Panujecie nad tym. Możecie sobie z nim pogadać.- powiedział Jack.

- A jeśli...

- Dajecie radę od tygodnia. Wyładowaliście się z aurorami. Nic się nie stanie. Zdjęliśmy już zaklęcie wyczerpujące go. Teraz to już stabilizacja. Ale leży jak kłoda nie ruchomo. Nie ma zbyt dobrych wspomnień związanych z takim stanem. Rozproszcie go.

- Może mówić? Bo jeśli tylko się gapi w sufit jak wtedy, a ty będziesz marnym pośrednikiem to Podziękuję. – mruknął Chris.

- Może mówić. Dostaje już słabe dawki obezwładniającego. Nawet lekko rusza ręką. Nie martwcie się. Zagadajcie go. Rdzeń jest bardziej niestabilny niż zakładaliśmy, bardzo niestabilny... A Wiliam zaczyna panikować. Może rozmowa z Wami go uspokoi...

- Po zabiegu my go uzdrowiliśmy! Dlatego było lepiej– Warknął Chris.

- Chris, teraz...

- Wiem, że teraz było inaczej! Pieprzony Weaslay!

~oOo~

- Żadnej Magii jasne? Nawet ja nie rzucam nic przy nim- przypomniał im Jack.

- To zbyt ryzykowne... – mruknął Septimus.

- Ryzykowne... – Zgodził się Swinss- Magnus podsunął mi pomysł, abyście razem spędzali czas. Że wasze magię się wyczują i to go uspokoi. Ale nie ryzykujmy ewentualnej Wymiany Mocy. Jeśli to Was przerośnie wychodzicie, zanim spartolimy to co już zrobiliśmy.

- Tak mówi Magnus?

- Merlinie nie chcielibyście słyszeć jakich dokładnie słów używał! Nie sądziłem, że obraz Może tak kląć. Ale przerabiał coś podobnego. Z Zenobiuszem. Spadł z konia roztrzaskał Rdzeń kręgowy, Rdzeń magiczny doznał mechanicznego wstrząsu w podobnym stopniu jak u Wiliama. Tamten leżał prawie miesiąc zanim go ustabilizowali.

- Miesiąc? – zapytał z przerażeniem Chris.

- Nie wiemy ile to potrwa u Wiliama. Nie zakładajmy najgorszych scenariuszy. To dopiero druga doba. A po za tym wbrew pozorom z całej tej sytuacji wynikł jeden mały plus.

- Niby jaki!- Warknął Chris

- Uczycie się kontrolować swoje moce. Nie macie wyjścia. Jeśli nie chcecie skrzywdzić Wiliama musicie to kontrolować. I opóźnia to nam drugi próg. Zaciągnęliśmy hamulec na ostro... Magnus twierdzi, że nic lepszego nie mogło Was spotkać na początku drogi... Teraz będzie trudno, ale podobno sporo ułatwi później...

Żaden z chłopaków się z nim nie zgadzał. Jednak wyjścia nie mieli. Ani oni, ani Wiliam. Musieli się kontrolować.

Co wcale nie było proste. Tygodniowy brak Wymiany Mocy był wyzwaniem dla ich mocy, ciał i umysłów.

Przywykli, że mogą to robić. Co wieczór ładowali swoje moce, lecząc ciała i umysły. Wymiana Mocy dawała im więcej niż byli w stanie stwierdzić mając ja na wyciągnięcie ręki, a gdy jej zabrakło. Odczuwali braki... I zrozumieli to dopiero teraz gdy nie mogli tego robić. I tak naprawdę nie wiedzieli, kiedy Rdzeń Wiliama będzie na tyle stabilny, by wymiana mocy przeszła bez konsekwencji dla niego.

Zirytowani i Sfrustrowani weszli to medycznego pokoju. I wyszli z niego szybciej niż Wiliam wypowiedział „Część".

~oOo~

- Dzięki analizatorowi, ogarnąłem już patronusa! Zużywałem na niego tyle Energii bez potrzeby! – powiedział Chris.

Christopher leżał na rozkładanym fotelu. I relacjonował poranny przebieg treningu. Wiliam uśmiechnął się słabo. Był lekko oszołomiony bo Jack był zmuszony wyczerpać go magicznie za pomocą zaklęcia. Przez co miał Zawroty głowy i co jakiś czas przysypiał...

- Nawet nie wiesz jak wam zazdroszczę...- powiedział W końcu

- Już nie długo.- mruknął Septimus.

- Nie długo? Leżę tu drugi tydzień- mruknął.

- Szósty dzień z mocą, a i tak muszą Cię sztucznie wyładowywać. Potrzebujesz czasu!

- Ale aż tyle? Merlinie to koszmar!- jęknął nastolatek.

Dwóch nastolatków się z nim zgadzało. To był koszmar dla nich wszystkich. I końca nie było widać. Bo Rdzeń Wiliama nawet odrobinę się nie uspokoił. Ale tego woleli już mu nie mówić. Nie kiedy leżał blady i wykończony po silnym porannym ataku, przez co Swinss zdecydował się wyczerpać moce magiczne nastolatka. Fakt, że z nimi rozmawiał był nie małym cudem. Swinss zakładał, że prześpi cały dzień.

Septimus pierwszy raz czuł do kogoś nienawiść. A tym kimś był Ronald Weaslay.

oOo~

- Cztery tygodnie przymusowej terapii to naprawdę nie wielka kara- Powiedział Severus. Wiliam przewrócił oczami.

- Tato zamknąłeś Rona z czubkami!

- WYRZUCIŁ CIE Z OKNA WIEŻY ASTRONOMICZNEJ!

- W teorii to sam wypadłem. Straciłem równowagę...- mruknął słabo.

- Wiliam, gdyby nie podciął Ci nogi miałbyś szanse złapać się ściany! Może i nie przewidział konsekwencji tego ruchu, ale Merlinie. On nie myślał racjonalnie! Jakbyś nie wypadł co by było dalej? Okładał by Cię pięściami? Przeklął, a ty byś mu na to pozwalał, bo Czułeś się winny!

- Prowokowałem go...

- Merlinie ty nawet nie wiesz czym jest prawdziwe prowokowanie! Wyzwanie kogoś od szlam po trzykrotnej prośbie aby zeszli Ci z drogi nie jest prowokowaniem! Zważając jak bardzo byłeś wtedy roztrojony to cud, że go nie przekląłeś! I Merlin mi świadkiem jeśli kiedyś znowu dojdzie do takiej sytuacji masz moje błogosławieństwo. Przeklnij smarkacza to się może czegoś nauczy!

- Wątpię, aby chciał mieć teraz cokolwiek ze mną wspólnego... Nie po tym co mu zrobiliście! – powiedział z żalem.

- Co my mu zrobiliśmy? Ty siebie słyszysz? To ty leżysz przykuty do łóżka! To ty cierpisz przez wyładowania swojej Magii! On spędza sobie przyjemnie czas na grach i rozmowach!

- Pobyt w psychiatryku to nie wczasy do cholery!

- Określenie „psychiatryk" to typowo mugolskie określenie! On ma tam jak w raju do kurwy nędzy! Uczy się Medytacji, panowania nad złością. Gra w Quiddich i wszystkie idiotyczne nastoletnie gry! I to ja za to płacę Merlin jeden wie dlaczego! A ty leżysz tu przykuty do łóżka ledwo ruszając palcem. Bo najdrobniejszy ruch może zniszczyć stabilność twojego rdzenia! I to jego pieprzona wina!

Wiliam to wiedział, ale mimo wszystko uważał, że Ron dostał okrutną karę...

~oOo~

- Znów nam marniejesz, skarbie- Catherine Jonas delikatnie dotknęła jego ręki. Wiliam mimowolnie przewrócił oczami.

- Nie przesadzajmy! Bywało gorzej. Teraz nie robię nic innego niż spanie i jedzenie. Mam wrażenie, że głównym celem Jacka jest utuczenie mnie, póki mu stad nie zwieje. – Catherine zaśmiała się, a po chwili zmarkotniała.

- Jestem niemiłosiernie zła na tych osłów, że Was tu zabrali! Powinniście być w domu, bezpieczni...

- Taaa złota klatka... Nawet podobała mi się ta perspektywa.

- Wcale nie chciałeś wyjeżdżać! Severus nie powinien Cię zmuszać.

- Nie zmuszał! Przedstawił rozsądne argumenty.

- Nadal jestem zła! Zwłaszcza teraz. Merlinie nie miną nawet tydzień, a już spotkała Cię taka tragedia! To nie do przyjęcia!

- Nie jestem bez winny...

- I tu się zgadzam! Kto to widział szlajać się po zamku w środku nocy! Anna jakby dożyła tego dnia to by Ci pokazała! – powiedziała groźnie. I zaczęła wieść opowieści o jego matce i ich przyjaźni. Przygodach w murach Hogwartu i wiele innych anegdotek. Wiliam lubił te historie. I o ile opowieści Catherine wydawały się fascynujące, gdy opowiadała mu je, po zabiegu na rdzeniu. Teraz te historie wydawały się puste, a na pewno okrojone i ugrzecznione. Na pewno wybielały Anne bardziej niż Wiliam by chciał. Miał nie małe pojęcie o poglądach matki.

- Regulus... – przerwał jej bezcelową historię. Catherine zamarła.

- Co wiesz o zmarłym bracie mojej matki...

- Nie sądziłam, że o nim wiesz...

- Tak się składa, że wiem, Wiec? - mruknął

- Był szukającym Slytherinu- powiedziała w końcu.

- Myślałem, że moja matka...-

- Anna była szukającą do czasu, aż jej zaręczyny z twoim ojcem nie stały się oficjalne. Później musiała zrezygnować.

- Słucham?

- Taka tradycja. Jako narzeczona twojego ojca nie mogła latać na miotle jak pospolita dziewczyna.

- To głupie! Przecież pobrali się kilka lat później.

- To nic nie zmienia. WILL od dnia gdy ich rodzice podpisali kontrakt małżeński zasady narzeczeństwa obowiązywały ich oboje. A były dość surowe... Anna w zasadzie musiała zrezygnować z większości rozrywek, o ile nie było przy niej jej ojca lub Severusa.

- Masakra! A ja się dziwiłem, że tata obraził się na dziadka!

- Taka nasza już tradycja Wiliam. Wszyscy to akceptujemy.

- Akceptujemy? Na Merlina chyba nie chcesz mi powiedzieć, że jak jakiś dupek poprosi Anne o rękę to zabronisz jej latać na miotle, aż nie zwiąże ich tajemna magia małżeństwa. To chore!

Catherine roześmiała się.

- Moja córka nie lubi latać na miotle.

- Wiesz o co mi chodzi.

- Wiem... I szczerze? Myślę Will, że powinieneś o tym pogadać z ojcem.

- Niby o czym?

- O wymogach naszego Dziedzictwa Will. Czy Ci się to podoba czy nie, twoje dzieci muszą mieć czysta krew. Tak jak Septimusa I Christophera. Ale oni o tym wiedzą. Ale ty...

- Żartujesz!

- Niby dlaczego tak uważasz?

- Jestem więcej niż pewien, że mają to w nosie...

A później przypomniał sobie rozrysowany grafik nazwisk i Christophera mówiącego, że we Francji jest lepszy wybór.

Nagle ode chciało mu się rozmawiać z Catherine. Nawet Regulus Black mógł poczekać.

- Regulus był taki jak większość arystokratów. Kochał pieniądze i czystą krew. Był przystojny, zabawny i potrafił jednym uśmiechem załatwić to czego nikt nie potrafił. Jesteś do niego podobny. Bardzo... Severus czy Tobiasz mówią, że przypominasz Anne. Z całą pewnością. Ale był ktoś na przeciwko kogo byś staną i się zastanawiał skąd masz brata bliźniaka. On też zawsze wyglądał na młodszego. Taki urokliwy łobuz. Ale...

- Wiliam uniósł brew. – Ale...?

- Kochał Czarną Magię. Orion nie mógł przeboleć, zdrady Syriusza. Tego, że odszedł z domu. Zamieszkał u Potterów jako czternastolatek! Anna nie mogła parać się czarną magią, a Regulus... Był tego ciekaw. A Ojciec mu nie zabraniał. To go zgubiło. Z miłego przystojnego chłopca, zrobił się przystojnym szaleńcem. Zbyt szybko poczuł to co gubi dorosłych czarodziei... Taka jest prawda o Regulusie. Zginął bo był szaleńcem. Czy to chciałeś usłyszeć?

Wiliam nie wiedział co o tym myśleć...

~oOo~

- Czytaliście Czarnomagiczne księgi? – zapytał gdy Chris I Septimus odwiedzili go po południu. Obydwaj chłopcy zamilkli.

- Ja czytałem- przyznał w końcu.

- Skąd?- zapytał z niedowierzeniem Septimus, a Wiliam przełknął ślinę.

- Dumbledore twierdził, że muszę poznać wszystkie strony Magii.

- I? – zapytał Chri

- Nie podobała mi się jej moc. Bałem się tego...

- Merlinie to tak jak ja! – odezwał się Septimus.

- To tylko ja nigdy nie widziałem czarno magicznej księgi? – zapytał zadąsany Chris.

- Obawiam się przyjacielu, że tobie by się spodobały- mruknął Septimus.

- Teraz mnie odrzuca! Merlinie kiedy oni przestaną cuchnąć. To chyba nigdy nie ustąpi.

- Jedyny plus całej sytuacji, że ja nie muszę tam być- przyznał Will.

- Też to Czułeś? – zapytali obydwaj na raz.

- A dlaczego miałem nie czuć. Ojciec mnie ostrzegał. Choć do póki nie trafiliśmy do Slytherinu to kompletnie nie wiedziałem o czym on mówi...

- Wtedy to nie wiele rozumiałeś... Willi byłeś gorszy od dziecka- nastolatek uśmiechnął się na to porównanie.

- MERLINIE JESTEM Ślizgonem!- powiedział z niedowierzaniem uświadamiając sobie ten fakt.

Kolejny atak przerwał ich rozmowę.

~oOo~

- Smarkacz powinien zgnić w Askabanie! – Wiliam z frustracja spojrzał na dziadka.

- Dziadku proszę... – mruknął słabo.

- Co dziadku! Smarkacz przykuł Cię do łóżka na Merlin jeden wie jak długo! Gdyby nie nasz dług wdzięczności względem Wilhelma w życiu bym mu tego nie darował.

- Był moim przyjacielem. Myślę. Myślę, że liczył, że Wiliam Snape do Harry Potter. A kiedy ja go tak potraktowałem. Tak okropnie- Tobiasz uniósł brew z irytacją.

- Jak na kogoś kto mógł mieć cień nadziei, że jesteś jego kumplem trochę go poniosło! A nawet jeśli... Gdyby zrobił to co zrobił tobie komukolwiek, jakiemukolwiek uczniowi z Slytherinu też byś go tak tłumaczył? Wiliam błagam przestań go usprawiedliwiać!

Wiliam zamknął oczy. Nie usprawiedliwiał Rona. Próbował go jakoś wybronić we własnych myślach. Bo szczerze to z każdym dniem było mu trudniej czuć współczuję dla Rudzielca. Zwłaszcza gdy widział jakie katusze przechodzą Christopher i Septimus. Gdy ataki niestabilnego rdzenia wymęczały go każdego dnia. Wywołując ból w każdym centymetrze ciała. I powoli coraz bardziej rozumiał, że nie ważne co powiedział do Rona chłopak nie miał prawa go atakować. Mógł wyjść z wieży, mógł kazać wyjść Wiliamowi. Miał wiele innych rozwiązań.

Mógł go złapać, lub użyć różdżki. Ale Ron nie zrobił nic...

~oOo~

- Wiliam...

- Daj spokój, proszę

Severus zmarszczył czoło. Wiliam nie chciał z nimi gadać. Poranny skan pierwszy od tygodnia, we wszystkich zbudzał iskierkę nadziei. Nadziei, że jest lepiej. Ale nie było. Poprawa była, ale tak nie znaczna... Tak mała... Wykonanie skanu zrobiło więcej złego niż dobrego. Bo wywołał atak u Wiliama. Swinss był wściekły na Daniela. Mówił mu , że to nie ma sensu, że za szybko... Jednak Daniel miał wiele innych obaw.

- To już trzeci tydzień! Trzeci tydzień pod obezwładniającym. Za to z codziennymi drgawkami mięśni! Wiecie do czego to może doprowadzić?

Wiedzieli... doskonale wiedzieli. Jednak nic innego nie mieli. Nawet Magnus na nich wrzeszczy by nie ryzykowali Wymiana Mocy dopóki rdzeń się nie uspokoi. A że moc Wiliama była duża nikt nie wiedział jak długo to będzie trwało.

Mieli problem. Poważny problem i dzisiaj wszyscy to zrozumieli.

Zwłaszcza Wiliam...

~oOo~

- Mielibyśmy już próg za sobą- mruknął wściekle Wiliam.

- Tego nie wiesz, kumplu- powiedział smutno Septimus

- Za to Wiem, że kiedy przyjdzie to nie będę na niego gotowy! Zabije Was.

- Nie zabijesz! Nie damy się. – pocieszył przyjaciela Septimus.

- Pamiętasz co mówił Kasander? Dopóki trzymamy się razem Trójkąt nas poprowadzi. A my siedzimy w tym bagnie razem- przypomniał mu Septimus

Zapadła cisza. Wiliam patrzył w sufit. W sumie tylko w niego mógł się wgapiać.

- A Wy? Jak się czujecie?- zapytał w końcu.

Septimus wzruszył ramionami.

- Jak na odwyku od cukru! Ale z każdym dniem jest łatwiej. O nas się nie martw Will.

- A o kogo mam się martwić? Byłem takim debilem!

- Rozchwianym emocjonalnie debilem. To dorośli zawalili! Podobno nas znają. Mogli zblokować te drzwi, wiedzieli co się dzieje.

- Taaa zawsze są tacy mądrzy. A jak trzeba to dają dupy...

Obaj się zaśmiali. Choć wcale nie było im do śmiechu.

~oOo~

Jedli śniadanie w Wielkiej Sali, gdy Rowle's usiadł na przeciwko nich.

- Czego chcesz?- spytał z irytacją Chris.

- Pogadać... Dłużej nie da się tego odwlekać.

- Niby czego?- zapytał Septimus.

- Potrzebujemy ściągających. Snape zasugerował, aby z Wami pogadać.

- Severus, serio? – zapytał Chris. A Rowle's uniósł brew, ale stwierdził, że zignoruje użycie imienia nauczyciela. Ich Złote Trio jest dziwne.

- Tak. Podobno jesteście genialni.

- I on tak powiedział?

- Te imbecyle są zgrani jak mało kto. Nie znajdziemy lepszych. – zacytował. A Chris się uśmiechnął. Merlin mu świadkiem, że chciał spróbować. Całe życie marzył o byciu w drużynie Quiddicha.

- Jest jeden problem- mrukną nie wierząc, że to mówi.

- Jaki...- Rowle's zmarszczył czoło.

- Albo trzech albo żaden.

- Snape mówił...

- Domyślamy się co mówi Snape. Pierwszy mecz jest 25 listopada. Willi się ogarnie do tego czasu.

- Jeśli to co mówią jest prawdą żaden medyk nie pozwoli mu latać- powiedział cicho Igor.

- A co mówią? – zapytał Septimus.

- Podobno mu roztrzaskało Rdzeń kręgowy. On w ogóle będzie mógł chodzić? – Septimus wypuścił powoli powietrze.

- Potrzymają go jeszcze w szpitalu, ale do listopada się ogarnie. Rozniesie nas jeśli on nie będzie w drużynie. Już go szlak tam trafia.

- Weaslay powinien trafić za kratki...

- Nawet nic nam nie mów. Dziadek Wiliama jest wściekły! Zgadzając się na ugodę wszyscy Liczyliśmy, że Willi dojdzie do siebie zanim on wróci!

- Przynajmniej Dumbledore uwalił im punkty. Nigdy tego nie nadrobią!

Septimus miał na końcu języka, że ma w dupie szkolne punktu, ale w porę się ugryzł w język.

- Jest coś jeszcze. W sobotę Krukoni robią imprezę. Jesteście zaproszeni...

Obydwaj spojrzeli na siebie nie pewnie. Musieli to omówić z dorosłymi. I szczerze? Christopher sam siebie linczował za tą myśl. Bo kto normalny pyta rodziców czy może iść na tajną imprezę? No kto?

Ale oni nie byli normalni...

- Co do Wiliama...- Igor zaczął nie pewnie.

- Tak?

- Warto na niego czekać?- wykrztusił w końcu.

- Pytasz czy warto czekać na zawodnika naszprycowanego najsilniejszym wzmacniającym moce eliksirem, o wadzę piórkowej, z najlepszą miotła świata, który wykręca nią prędkość przekraczające założenia producenta, łapiąc znicza którego nikt po za nim nie widział? – zapytał ironicznie.

- Szukający?

- To syn Anny Black do cholery...- mruknął Chris. Igor zasępił.

- Bycie ścigającym też go zadowoli. – powiedział Septimus. Bo doskonale wiedzieli, że stanowisko szukającego jest zajęte.

- Zrobimy roszadę.- Postanowił- Malfoy od lat nam truje dupę, że wolałby być ścigającym. Ale lepszego nie mieliśmy. Merlinie mogli by go szybko wypuścić! W tym roku puchar domu jest nasz jak nic! Zwłaszcza, że Weaslay uwalił Gryfonom 150 punktów w pierwszym tygodniu!

Odszedł zadowolony z ustaleń a Chris z Septimusem wymienili się spojrzeniami.

- Co tu się odwala? – zapytał Chris.

- Zaczyna ich puszczać. Parę demolek i podpaleń, towarzystwo czysto złotych chłopców. Czarna magia idzie w odstawkę- usłyszeli obok siebie. Spojrzeli na Drago Malfoya.

- Co z Snapem? – zapytał.

- Kuruje się...

- Długo to trwa...

- Dużo było do uleczenia...

- W sumie, trochę leciał... A Wy?

- Co my?

- Jego brak trochę Was przygasił.

- Każdego chyba przygasiłaby informacja, że kumpel spada z czterdziestu paru metrów. – blondyn zmrużył oczy.

- Albo jesteście mistrzami kontroli, albo Trójkąt się was jeszcze nie czepił.

- A ty masz na tym punkcie obsesję czy strasz po gaciach, że Willi może wybrać ciebie?

- Mając Was pod ręką? No proszę...

- Podobno zmieniasz miejscówkę na boisku- zmienił temat Chris. Szare oczy zmrużyły się niebezpiecznie.

- Co ty pieprzysz...

- tak twierdzi Rowle's. Podobno wolisz być ścigającym. – blondyn poczerwieniał okrutnie.

- Który!- wrzasnął na tyle głośno, że nawet inne domu się odwróciły.

- Najlepszy...- mruknęli. Wstali i odeszli.

~oOo~

- Przecież On ubóstwia bycie szukającym!- powiedział Wiliam, gdy po południu zdawali mu relacje z całego dnia.

- Co Ciebie ma to obchodzić. Gadaliśmy później z Rowle'sem podobno zrobią „oficjalny" nabór na każde stanowisko.

- Proszę was! Zrobię sobie z niego wroga numer jeden! Po za tym... Merlinie ja mam grać w barwach Slytherinu?

- Barwy nie barwy! Stary stworzymy najlepszą drużynę wszechczasów!

- Tak wiemy Chris twoja przepowiedziana kariera nosi barwy Armat!- powiedział Will.

- Nie wiem co ten wróżbita brał, ale nigdy nie zagram dla Armat! Moje serce i dusza należą do Harpii! – Zawołał.

- A ty Will? Co tobie przepowiedział wróżbita?- Wiliam uśmiechnął się z rozbawieniem.

- Dwóch synów i pies- przyznał po chwili.

- Nooo i to jest przepowiednia! Ród Snapów nie wymrze! I jeszcze ten pies! – zawyli głośnym śmiechem. Zachodząc się ze śmiechu. Chris otarł łzy rozbawienie i spojrzał na Wiliama. Który przestał się śmiać.

- Chlera ! JACK!- wrzasnął

Mogli żartować i rozmawiać o Quiddichu. Ale dalej nie było za dobrze...

~oOo~

Chris staną w Holu. Nie wiedząc co ma z sobą zrobić. Dayson wykopał ich z namiotu twierdząc, że nie da się z nimi współpracować i mają odpocząć. Ale jak odpocząć, gdy wszystkie nerwy ciała aż wrzeszczą o Moc Wiliama.

- Muszę pobyć sam- przyznał w końcu.

- Mamy dwie godziny do ciszy nocnej.- powiedział Septimus.

Rozeszli się w dwie różne strony.

Chris z początku łaził bez celu. Poznając nieznane zakamarki zamku. Aż w końcu znalazł się przy schodach Wieży Astronomicznej. Jeszcze nigdy tu nie był. Zrezygnował z Astronomii na poziomie OWTMów, i tak mieli dużo na głowie... Wszedł po wysokich schodach. Zastanawiając się czego Willi tu szukał o czwartej nad ranem.

A kiedy w końcu się gramolił. Poczuł zimny wiatr i zobaczył jak noc powoli zapada. I usłyszał cichy płacz. Spojrzał w kierunku skulonej postaci. Rude włosy od razu mu powiedziały kim jest.

- Czemu ryczysz? – zapytał, a dziewczyna aż podskoczyła. Otarła nos rękawem i Christopher stwierdził, że nic bardziej obrzydliwego jeszcze nigdy nie widział.

- Już idę- mruknęła.

- Przecież Cię nie wyganiam. Tylko pytam. – wyczarował chusteczkę, podając ją z obrzydzeniem dziewczynie. – Ktoś je po coś wymyślił, wiesz? – Burknął.

Rozejrzał się po wieży.

- To największe...- powiedziała w końcu. Christopher zmarszczył czoło.

- Wiliam wypadł z tego największego okna. Na zajęciach zawsze rzucają na nie zaklęcie. Aby nikt nie wypadł. Nie rozumiem dlaczego nie ma stałych zabezpieczeń.

- Bo jeszcze nikt stąd nie wypadł. A po za tym nic nie utrzyma się na stałe. Zaklęcie amortyzacji rzucili założyciele. Aby zabezpieczyć okna na stałe musieli by znaleźć czterech potomków w pierwszej linii dziedziczenia by zamek ich uznał. Tylko Salazar ma żywych dziedziców. Od Roweny może i Septimus by się nadał, ale Grifindor i Hufflepuffie przepadli na wieki wieków...

- Jednak krew ma znaczenie...

- Ma znaczenie tylko tam, gdzie magia była budowana na niej. A Hogwart tym właśnie jest. Miał być bezpiecznym miejscem dla ich dzieci. Reszta to tylko finansowe wsparcie... oni mieli moc I pomysł, a reszta kasę. Ale wszystkie zabezpieczenia oparli na krwi... Wbrew temu co głosi Historia założyciele tej szkoły to niezłe cwaniaki... – mruknął podchodząc do okna. Wychylił się patrząc w dół.

- O ja Cię sole! Tu jest z pięćdziesiąt metrów! Ten Chochlik ma więcej żyć niż pieprzony kot. – poczuł jak niewidzialna ręką dotyka jego klatki. Małe przypomnienie. Przewrócił oczami z irytacją. Serio przesadzają już...

- Chochlik?- zapytała dziewczyna. Odsunął się od okna by nie drażnić faceta. Jeszcze burak zechce się ujawnić!

- Małe, psotne, wszędobylskie i hałaśliwe stworzenie. Idealnie pasuje do Williego. – wyjaśnił.

- Urocze- powiedziała cicho. A Chris przewrócił oczami.

- Uroczy to on na pewno nie jest strasznie mnie wkurwia. Ale co zrobić... braci się nie wybiera.- mrukną. Później spojrzał na dziewczynę- Więc przestań ryczeć jeszcze kilka dni i ten kretyn zwany twoim bratem wróci do szkoły i skupią się na nim, a tobie dadzą spokój.

- Wątpię... Ludzie nie zapominają.

- Na Merlina nie wiele brakowało, aby go zabił! Niech się cieszy, że podpisali ugodę tak szybko. Gdyby Tobiasz wiedział jak długo Will będzie się po tym zbierał nie obyło by się na terapii i zawieszeniu. Twój brat zgniłby w Askabanie z największym możliwym wyrokiem! Tobiasz to kurewsko mściwy człowiek. Odpuścił tylko ze względu na Billiego i zapewnienia uzdrowicieli, że Wiliam ogarnie się w ciągu tygodnia. Jak zwykle z tym chochlikiem nie wyszło... Więc uwierz mi na słowo, że wiem że ludzie nie zapomną, bo dziadek Wiliama już o to zadba. Twój brat zadarł z jednym z najbardziej wpływowych ludzi na tym globie i nie jestem pewien czy zdawał sobie z tego sprawę. Tobiasz nie wybacza tak łatwo i przyjemnie. To co zrobił Ron będzie się za nim ciągnęło do usranej śmierci... Ale to nie twój problem. To on naważył piwa. Nie ty.

- Myślisz...

- Że na tym się skończy? Oczywiście, że nie. Willi to oczko w głowie dziadka. Ronald ma przesrane.

Dziewczyna pobladła. I spochmurniała.- Bill też tak mówi.

- Twój starszy brat to mądry facet. Lubię go... Szkoda, że usmażyłem mu różdżkę. Może by tu był i przemówiłby wiewiórze do rozsądku! A tak... Szkoda gadać.

- Aż tak z nim źle? Minęło już trzy tygodnie... To strasznie dużo...- powiedziała cicho.

- Szczerze? – spytał, a dziewczyna kiwnęła głową.

- Jest fatalnie. Niby się trzyma, ale... Twój brat niech lepiej schodzi nam z drogi. Wszystkim...

Więcej się nie odezwał. Patrząc na niebo pogrążył się we własnych myślach. Ostatni raz spojrzał w dół, kręcąc głową. Kiedyś ich szczęście się skończy... uznał ponuro.

- Nie rycz. Jakoś to będzie...- mruknął wychodząc.

~oOo~

Gdy wymuszony szkrzacią mocą sen się skończył obydwaj otworzyli oczy z dziwnym niepokojem. Spojrzeli na siebie i od razu zrozumieli o co chodzi.

- Willi...- wyszeptali z przestrachem. Ubrali się w pośpiechu i wybiegli w szaleńczym pełnym niepokoju tępię. Coś jest nie tak. Coś jest bardzo nie tak. Usłyszeli za plecami wkurzone warkniecie, ale w tej chwili mieli w nosie, że być może ich ochrona nie ma ochoty na poranny jogging.

Dobiegli do korytarza skrzydła szpitalnego i dopadła do nowo wyczarowanych drzwi. Musieli wymóc na Dyrektorze oddzielny pokój. I musiał być blisko gabinetu Poppy. Bo tylko tam jest kominek połączony bezpośrednio z kominkiem św. Mungo.

Z jakiegoś nie wyjaśnionego (w zasadzie domyślali się czy ja to zasługa) Dyrektor Szkoły Albus Dumbledore zchodził im z drogi. Pozwalając na wszystko. Zwłaszcza teraz. Tobiasz był lekko podirytowany jego obecnością w szkole. Co syn mu wypominał przy każdej sprzeczne.

- Czyżby trafił się ktoś kogo nie możesz ruszyć? – pytał. A Tobiasz zaciskał warki w geście irytacji.

- Już dawno bym go usuną! Gdybym miał tylko pewność, że chłopcy nie będą go potrzebować!

To był kolejny minus wypadku z różką Billa. Wszyscy bali się wzrostu ich Magii. Bali się tego co będzie kiedy nikt nie będzie w stanie ich wstrzymać. Zdaniem Chrisa, aurorzy dają sobie świetnie radę, ale Tobiasz nie był przekonany co do tego. Dlatego odpuścił odrobinę ze swoim złowieszczym planem. Ale cokolwiek zrobił w jakiś sposób, Albus za wszelką cenę ignorował obecność trzech chłopców, a ojcom pozwalając na co chcą. „To się źle skończy! On nie lubi jak ktoś mu gra na nosie! Będą problemy"- powtarzał Severus. Jednak z braku wyboru, akceptował to co teraz jest. I cieszył się, że Drogi Albusa i Wiliama są od siebie oddalone.

Weszli do pierwszego małego pokoju z podwójnymi drzwiami i odtworzyli drzwi po prawej stronie. Swinss i McGonall unieśli głowę.

- Mówiłem, że wyczują kłopotu szybciej niż ojcowie...- mruknął Jack. Spojrzał na nich kręcąc głową.

- Siadajcie zaraz z Wami pogadam.

Odwrócił się do Wiliama, wkuwając się w jego żyłę. Chłopiec jęknął, ale uzdrowiciel się nie odezwał. „Pewnie nawija przez telepatyczne połączenie" pomyślał Chris. Jack podłączył kroplówkę I poobkładał Wiliama okładami. A Daniel z fiolką krwi odsunął się w kąt wykonując tylko sobie znane analizy. Septimus wyglądał na kogoś kto by oddał wszystko za odrobinę informacji co robi starszy medyk, ale najwyraźniej uznał, że nie będzie im przeszkadzał. Z Wiliamem coś było nie tak.

- Połączenie nie zawodne pomimo odwyku?- spytał Jack.

- Co się dzieje- zapytał Septimus. Jack wzruszył ramionami.

- Jeszcze nie wiemy. Za szybko przyszliście. Merlinie dopiero piąta!

- Jack!- upomnieli mężczyznę, a Swinss spojrzał na nich że zmęczeniem.

- Gorączkuje, skarży się na ból wszystkiego. Mamy trzy opcje zapalenie bakteryjne, wirusowe, lub poszło na mięśnie. Daniel to ustala.

- Najbardziej prawdopodobne to zapalenie mięśni. Tego się baliście. Mechanicznego urazu który może spowodować zapalenie! – mruknął z przestrachem Septimus. Jack kiwnął głową.

- I co wtedy?

- Nie mam pojęcia Chris. Jeśli to mięśnie się buntują to nie mam pojęcia. Trzeba by było odstawić zwiotczający do zera, ale drgawki nie odpuszczają, nie dawno miał atak, ale może to przez gorączkę? , Merlinie te ataki wszystko wydłużają! A bez zwiotczającego, dopiero się zacznie! Nie wiem, co zrobimy jeśli okaże się, że to najgorszy wariant. Dlatego modlę się aby okazało się, że przynieśliście mu jakiegoś wirusa. Z tym sobie poradzimy.

- Wirus? – Jack kiwnął głową.

- Skrzydło zawalone jest uczniami. Kichają, sarkają, coś się mogło przypałętać. Oby... Daniel to ustali.

Po piętnastu minutach Daniel odwrócił się do nich. Przetarł oczy ze zmęczeniem, ale z nie ukrywaną ulgą.

- Spadać młodzieży, mamy tu piękny początek Grypy.

- Będzie dobrze? – spytali.

- Z tym sobie poradzimy. A wy uciekajcie! Jakbyście czuli w kościach, że coś was rozbiera to przychodzicie po pieprzowy! Lepiej dla nas wszystkich, abyście się wy nie pochorowali!

Wyszli, a po południu wrócili. Z gorączka i bólem mięśni. Jack przewrócił oczami. I odesłał ich do pokoju po solidnej dawce pieprzowego. Ale zwalczenie wirusa grypy u chłopców z tak wysokimi potencjałem magicznym nie jest takie proste.

~oOo~

Suchy kaszel.

Cichy jęk

- Napij się. To trochę pomorze... – Uniósł oczy. Severus.

- Dzięki- mruknął zachrypniętym głosem. Severus odstawił szklankę i sprawdził jego czoło.

- Chociaż tyle dobrego. Może w końcu to zwalczasz- mruknął stwierdzając, że chłopiec nie gorączkuje, a może to zasługa leków?

- Jak tam Chochliku?- zapytał z rozbawieniem.

- Błagam nie mów tak! Gdzie Jack? – zapytał lekko przekręcając głowę na bok.

- Ogarnia Ci kompanów do zabawy.

- Są chorzy...- Severus kiwnął głową.

- Nawet bardziej niż Ty. Swinss w tej chwili wyczerpuje ich magicznie, aby ich tu ściągnąć. Kto by pomyślał, że zwykły Wirus Grypy tak ich rozwali.

- A jeśli... – zaczął nie pewnie.

- Nic się nie stanie. Ciebie wyczerpie na końcu. Trochę sobie pośpicie.

- To nie fair!

- Nie mamy wyjścia. Chris kichając robi demolkę.

- Serio?

- Nigdy nie byłem poważniejszy.

- Długo mam na niego czekać? Chce mieć to za sobą!

- Aż tak nie przyjemne?

- To nie zagraża zdrowiu i życiu. Może poproś Jacka aby to na ciebie rzucił. Sam się przekonasz jakie to uczucie- Burknął. Severus przewrócił oczami.

Jack wszedł do pokoju bez słowa. Ale po minie syna widział, że rozmawiają. Telepatia jest frustrująca, gdy nie wiesz o czym rozmawiają.

~oOo~

- Mogłeś powiedzieć...- cichy zrzędliwy jęk.

- Co?- spytał Wiliam patrząc w sufit.

- Że to... Że sztuczne wyczerpanie magiczne jest takie parszywej...- mruknął Chris. Zanosząc się kaszlem.

- Nie chce Cię martwić, ale skoro tak dużo gadasz to Jack zaraz zrobi to znowu.

- Ty ciągle gadasz...- mruknął zachrypniętym głosem.

- Mój Rdzeń musi przyzwyczajać się do magii. Wyczerpuje mnie tylko kiedy już naprawdę musi, ale Wy...

- Wyczuwam złośliwość w twoim głosie Chochliku...

- Nie cierpię jak mnie tak nazywasz!

- Co zrobisz... Willi?

- mhyy

- Jak się czujesz?

- Lepiej...

- Wydajesz się smutny...

- Raczej znudzony. Teraz nawet z wami nie mam jak rozmawiać.

- Rozmawiamy...

- Taaa Trzy, dwa, jeden...- Do pokoju wszedł Jack.

Koniec rozmów.

~oOo~

- Wiliam?- Severus usiadł koło syna.

- Tak?

- Podobno jest poprawa...- powiedział w końcu.

- Przestaniecie wlewać we mnie to gówno?

- Aż tak jeszcze nie... Ale Swinss zaczął się uśmiechać. To już dobry znak.

- Dobry znak będzie jak już stanę na nogi... W domu to bym chociaż na znicze popatrzył.

Severus mimowolnie spojrzał na biały sufit. Jego syn leży w tym łóżku już prawie cztery tygodnie. Severus wątpił by on znosił taką sytuację ze spokojem.

- Jak chłopacy?

- Wracają do zdrowia. Nie przyjdą za szybko... Muszą od nowa zapanować nad mocami. A na chwilę obecną są Sfrustrowani, że ominie ich impreza...

- To trzeba było pozwolić im na nią iść.

- Ich niestabilność osiągnęła szczyt szczytów! Dayson ma pełne ręce roboty z nimi.

- mhyyy- ciche mruknięcie. – Prześpię się...

- Wiliam, musimy o czymś porozmawiać. – wydusił z siebie.

- Coś się stało? Davis, Voldemort czy Dumbledore?

- W tych kwestiach bez zmian. Niepokojąca cisza...

- Może poszli po rozum do głowy I uznali, że sam siebie wykończę szybciej niż z ich udziałem... – Severus zaśmiał się ponuro.

- Trzeba przyznać, że idzie Ci całkiem nieźle.

- O co chodzi? Wyrzuć to z siebie!

- Państwo Weaslay wysłali do mnie list z prośbą o spotkanie z Tobą... Kazałem im Spadać na księżyc, ale Jack uznał, że powinieneś o tym wiedzieć- mruknął w końcu.

- Chcą tu przyjść?

- Ty raczej się stąd nie ruszyć. Jeśli chcesz znać moje zdanie...

- Dobra...

- Słucham?

- Niech przyjdą...

Severus zacisnął wargi. Z tego powody wcale nie miał ochoty mówić smarkaczowi o liście.

~oOo~

- Różdżki- Burknął Severus wyciągając rękę.

- Na litość Merlina, Severusie! Nie myślisz chyba, że rzucilibyśmy cokolwiek na twojego syna!- Artur poczuł się urażony zachowaniem mężczyzny. Severus zmrużył oczy.

- Jesteście tu od dwudziestego minut, a Moli trzy krotnie użyła czaru porządkującego! A szła tylko korytarzem! – Moli poczerwieniała.

- Nie czujcie urazy, ale nikt z nas nie wchodzi do tego pokoju z różdżką w dłoni. Nikt oprócz medyka. Ograniczamy użycie czarów do absolutnej konieczności. – Wyjaśnił w końcu. – Jeśli nie chcecie oddać różdżki do wsadźcie je do kieszeni i nie ważcie się ich wyjąć.

- Severusie... jest aż tak źle? – spytała Moli. Severus uniósł brew.

- Sama to ocenisz. – odpowiedział. Bo już wystarczająco długo próbował im wyjaśnić, że Wiliam jest na poważnie w dalszym ciągu w ciężkim stanie i to nie jest jego czysta złośliwość, że odmawiał spotkania.

Otworzył drzwi, a Moli weszła jako pierwsza. Przełykając ślinę widząc drobną, bladą postać, leząca na płasko w łóżku, patrzącą w sufit. Severus im to mówił, ostrzegał, ale oni nie chcieli wierzyć. Magia potrafi uzdrawiać w kilka dni... A oni twierdzą, że Wiliam jest chory od czterech tygodni! To tak strasznie długo jak możliwości Magii.

- Wstrząs rdzenia to parszywa sprawa...- usłyszała cichy przyjemny głos.

- Tato, możesz wyjść

- Will...

- Przecież mnie nie przeklną!

Severus zmarszczył czoło. – Będę za drzwiami. – powiedział, a Wiliam przewrócił oczami.

- proszę mu wybaczyć. Jest odrobinę...

- Nerwowy- skończył Artur

- miałem na myśli nadopiekuńczy, ale to też się zgadza. Ostatnie miesiące zszargały mu okropnie nerwy, a nie sądziłem, że to możliwe. – mruknął rozbawionym głosem. Moli przełknął ślinę. W zasadzie przyszła tu by udowodnić Arturowi, że Severus naumyślnie robi z Rona potwora. Że mści się na ich synu, za wypadek i fakt, że nie lubi ich syna. Teraz nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Za to Artur podszedł do chłopca pewnie.

- Wiliamie jest nam niezmiernie przykro za to co Cię spotkało i fakt jak bardzo to zdarzenie odbiło się na twoim zdrowiu. Postępek Rona jest nie wybaczalny.

Wiliam uśmiechnął się.

- Sam sobie jestem winien. – mruknął- Ojciec ma rację jedno porządne zaklęcie zniechęciło by go skuteczniej niż słowa...- mruknął. Artur przełknął ślinę patrząc na dłonie chłopaka. Uświadamiając sobie, że młody Snape nie był bezbronny. Mógł się obronić. Mógł zrobić Ronowi krzywdę. Ale tego nie zrobił. Za to ich syn...

- Jednak gdybym go nie obraził... Proszę mu przekazać przeprosiny, moje słowa choć prawdziwe powinny brzmieć bardziej kulturalnie...- powiedział w końcu.

~oOo~

Nie wiadomo kiedy wrzesień zmienił się w deszczowy październik. Wiliam tkwił w zawieszeniu. Patrząc w sufit z coraz większą złością i irytacją. Blokował Jacka z zadziwiającą skutecznością zważając na to jak mało magii mu pozostawiali. Był zły... Na wszystko i wszystkich. Odmawiał picia Eliksirów, a na samą myśl o kolejnym karmieniu dostawał mdłości. Warczał na wszystkich bez wyjątku. Nawet na siostrę Septimusa.

Życie umykało mu między palcami... A może w szpitalnym łóżku? Zdecydowanie jego życie to pomyłka...

Wiliam miał dość i Szlak jasny go trafiał, że Ron chodzi po korytarzu, na zajęcia, a on dalej tkwi w łóżku to nie fair!

~oOo~

- Zróbcie to jeszcze raz, a przysięgam, że załatwię Wam szlaban z Woźnym!- Warknął Wilson. Chris uśmiechnął się złośliwie, Septimus zrobił minę niewiniątka.

Ronald Weaslay wrócił do szkoły, a ich głównym celem było sprawienie, aby pożałował że nie wybrał edukacji domowej.

Nagle wokół Rona zrobiło się dziwnie niebezpiecznie. Tu krzesło się odsunęło, tu sok wybuchł, kałamarz wylał atrament, a mundurek podarł. Poraz pierwszy pożałowali, że nie chodzą na Eliksiry... Ale tam jakimś dziwnym trafem jego kociołki też eksplodowała.

Jednak tym razem według Wilsona zaczęli przesadzać. Mieli pisać wypracowanie... jak zawsze. A inni uczniowie mieli za zadanie rzucać jedno z omawianych zaklęć. Jednak dziwnym trafem różdżką Ronalda zaledwie rozbłysła i gasła. W pierwszej chwili Wilson się nie zorientował, ale za drugim razem już wiedział czyją to sprawka. Odesłał Rona do szeregu, a chłopak grzmotnął o podłogę bo ktoś związał mu sznurówki.

Wilson odesłał klasę. Zostawiając dwóch chłopców.

- Uspokójcie się do cholery! Uspokójcie się zanim zrobicie mu krzywdę!

- Kontrolujemy to!

- Gorzej jak Przestaniecie! Dostał już swoją karę...

- Karę ? Wrócił wypoczęty, uśmiechnięty i opalony! To nie była pieprzona kara!

- Jesteście wściekli. Wszyscy to rozumiemy. Ale opanujcie to. Willi wróci wyrówna sobie z nim rachunki!

- Ciekawe kiedy! Nawet Wiliam zaczął się poddawać.

- Zaczął się wkurzać... A to znaczy zawsze tylko jedno...

- co?

- Zdrowieje! Jego magia ma dość! Rdzeń się stabilizuje. Nie miał ataku od pięciu dni! Zdrowieje do cholery. I zaczyna go nosić. Więc chociaż wy się uspokójcie. Nim napytacie nam kolejnych problemów!

~oOo~

Posłuchali...

Co było ogromnym rozczarowaniem dla uczniów, którzy nie kryli rozbawienia sytuacją. Nie małym zdziwieniem dla ojców. I ulgą dla Ronalda Weaslaya...

Ale czuli w kościach, że Tomas ma rację. Powoli czuli na plecach dreszcz podekscytowania. Najdłuższy okres bez Wymiany Mocy się kończył.

Gdy po południu weszli do szpitalnego pokoju przywitał ich zły I sfrustrowany Wiliam. Półleżał, blady patrząc na nich z wściekłością.

- Jack Cię podniósł? – zapytał Septimus.

- Od wczoraj nie pije tego obezwładniającego, ale...

- Ale.

- Nie mam siły. Merlinie to ciało mnie nie slucha. Jest jak z waty!- Warknął.

- leżałeś prawie pięć tygodni Will. To chyba normalne...

- Merlinie przestań gadać jak Jack Timi.

- Timi?

- A dlaczego nie? Zawsze musisz mieć tak poważną ksywkę.

- Lubię być poważny, Will!

- OK, Jeszcze pomyślę. Myślałem pięć tygodni i nic nie wymyśliłem! – cichy śmiech. Chris usiadł na łóżku.

- Przestali podawać obezwładniający, podnieśli to twoje wątłe cielsko. Wiecie co to oznacza?

- Wraca cukier! – krzyknął zadowolony Septimus.

Czy Jack zostawił ich samych w skrzydle naumyślnie czy nie. Mieli to w nosie. Rdzeń Williana się ustabilizował. Medyk nie ryzykował by niczym gdyby tak nie było. Mieli delikatne podejrzenia, że nawet podawał Wiliamowi eliksir o dzień a może i o dwa dłużej niż była konieczność. Wykonali Wymianę Mocy mając daleko w poważaniu, że jest środek dnia.

„Trójkącie Wracamy"- pomyśleli we trzech z zadowoleniem jak magiczne fale powoli zaczynały się łączyć, mieszać i buzować po ich ciałach i umysłach.