32. Urodziny
Wiliam odwrócił się plecami do ojca robiąc niepewny chwiejny krok. Severus obserwował jego plecy czując, że jak nic nie zrobi to wszystko co do tej pory osiągnęli posypie się.
- Masz pokój- powiedział głośno. – W naszym domu. Nie Tobiasza. Na południu Szkocji. Nie jest tak wystawny jak dom dziadka, ale jest nasz. A w nim jest pokój dla ciebie. Z balkonem. Jak z niego wyjdziesz będziesz miał widok na ogród różany. Kochała róże. Ubóstwiała je. Zawsze zajmowała się nimi sama. Żaden skrzat nie mógł ich dotknąć. Choć zawsze miała przez nie pokaleczone dłonie. Zaczarowała sufit w twoim pokoju. Coś podobnego jak w Wielkiej Sali. Ale zamiast nieba latają po nim złote znicze. Pokłóciliśmy się o to. Uważałem to za kompletna głupotę. Zawsze uważałem Quiddich za marnotrawstwo czasu. I wtedy się pokłóciliśmy. Zanim się urodziłeś kłóciliśmy się o to co będziesz lubił. Wyśmiała mnie. Śmiała się w głos. Oznajmiła, że będziesz pierwszym Snapem, który pokocha Quiddich. Bo ona o to zadba. Była szukającym Slytherinu. Genialnym. Twój talent do gry nie pochodzi od Jamesa. On grał na pozycji ścigającego. Powinienem Ci to powiedzieć. Kiedy dałem Ci miotłe, albo wtedy po tej sytuacji na boisku. Ale nie umiałem. Nie umiem o niej opowiadać. Nie potrafię jej wspominać bez bólu... Bo to ciągle boli Willi i pewnie nigdy nie przestanie. Ale to nie jest twoja wina do cholery. Nie musisz obawiać się o swój talent. Masz go. Masz go po mamie. Miała cholerną racje, że będziesz to kochał. Wiesz dlaczego wybrała to imię? Wiliam Hecman szukający Armat w 1974 roku. Wszystkie nastolatki się w nim podkochiwały. Specjalnie chciała wybrać to imię. Aby mnie wkurzyć. Zawsze robiła wszystko, aby mnie wkurzyć. I nienawidziła Eliksirów. Pewnie by skończyła Hogwart z Okropnym, ale dostała Wybitny. Bo ślęczeliśmy nad tym. Zamęczałem ją tym. A ona słuchała w sumie sam nie wiem dlaczego. Mama Septimusa była jej przyjaciółką. Nie lubiła mnie, ale jest więcej niż pewne, że byście się znali. Bo spędzały razem sporo czasu. Nigdy nie rozumiała, dlaczego nie odzywam się do ojca. Nazywała mnie tępym uparciuchem i zastrzegła, że mam się z nim pogodzić zanim się urodzisz. Bo dziecko potrzebuje rodziny.
Była piękna. Bardzo piękna. Miała czarne włosy i ciemną karnację, a Zielone oczy odznaczały się. Wszyscy zawsze wspominają Zielone oczy Lily, ale oczy Anny były piękniejsze. I za każdym razem gdy na mnie patrzysz widzę ją. Jej odejście bolało i będzie boleć zawsze. Tak jestem cholernie Zły. Ale nie na ciebie. Bo to nie była twoja wina. Jestem zły na ten cholerny los, że nie pozwolił Ci jej poznać. A z drugiej strony teraz gdy stoisz obok mnie jestem wdzięczny. Cholernie wdzięczny. Bo odzyskując Ciebie jest tak jakbym odzyskał część jej. Jest w tobie. Nie odeszła na zawsze. Bo jest w tobie.
Kiedy umarli, kiedy ona odeszła a ja byłem przekonany, że mój syn razem z nią, było tak jakby ktoś zamknął mnie w klatce. Bez okien i drzwi, bez możliwości ucieczki. Byłem sam. Kompletnie sam. Siedziałem w tym naszym cholernym domu kompletnie sam. I miałem to skończyć. Uwarzyłem eliksir I miałem to skończyć. Ale Voldemort mnie wezwał. Zignorowałem je, wiele wezwań. Wysłał Malfoya i paru innych. Praktycznie siła wyciągnęli mnie z domu.
Możesz tego nie rozumieć. Ale wtedy inaczej na to wszystko patrzyłem. Wierzyłem, że szlamy i półkrwi odbierają nam nasz świat. To co tylko czysto krwiści mogą zrozumieć. Chcieliśmy, aby nas szanowano. Bo nasze dziedzictwo nie jest czymś co powinno przynosić wstyd. Uważałem, że moja magia jest lepsza od ich. A Voldemort obiecywał, że odzyskamy dzięki niemu szacunek. I wtedy po pogrzebie, kiedy chciałem ze sobą skończyć Voldemort jakoś to rozgryzł i wysłał innych aby mi przeszkodzili.
Nigdy nie brałem udziały w atakach. Moja rola w szeregach Voldemorta ograniczała się tylko do warzenia Eliksirów. Ale tamtego dnia mogłem na własne oczy zobaczyć co on robi. Jak wielkim potworem jest. I dlaczego tak wielu chce go zniszczyć. Zrozumiałem, że w ten sposób nikt nigdy nie zrozumie na czym polega nasze dziedzictwo. Bo Voldemort też go nie rozumiał. Może nawet ja tego nie rozumiałem. Ojciec próbował mi to tłumaczyć, ale byłem przemądrzałym wyniosłym smarkaczem. Uważałem się za lepszego od wszystkich, a na pewno mądrzejszego od własnego ojca. Ale tamtego dnia dotarło do mnie, że nie tędy droga.
Gdy wszystko się skończyło... A na niebie zabłysnął mroczny znak, deportowałem się na granice zakazanego lasu, Dumbledore zgodził się, abym został nauczycielem i od tego dnia robiłem wszystko co mogłem, aby żaden inny smarkacz nie popełnił moich błędów. Nienawidzę uczyć. Merlinie nie cierpię tego. Te małe potwory sprawiają, że zaczynam nienawidzić Eliksiry, ale dzięki temu, że tu byłem, że jestem opiekunem Slytherinu mam do nich dostęp.
Do innych czysto krwistych. Są wyrzutkami w społeczeństwie i tu w szkole. Nikt nie lubi uczniów z Slytherinu. Trzy domy kontra jeden. To nie jest fajne uczucie, gdy dorastasz w szkole gdzie 3/4 szkoły traktuje cię jak potwora tylko dlatego, że masz w sobie dziedzictwo Salazara. Mimowolnie zaczynasz się bronić, gdy ktoś ciągle Cię atakuje. Znam to uczucie, sam przez to przechodziłem i sam szukałem kogoś kto powie głośno, że w byciu Ślizgonem nie ma nic złego. Kogoś kto by mi to wytłumaczył. Więc robię co mogę, aby stać się dla tych dzieciaków kimś takim. Kimś kto pokaże im drugą stronę. Że te drzwi są otwarte. Że można żyć inaczej niż tylko w złości i nienawiści.
Wiesz dlaczego Swinss tu jest? Bo jest Ślizgonem. Moim ślizgonem. Jednym z pierwszych, którzy chcieli mnie słuchać. Był prefektem. Najlepszym na roku. Czysto krwisty. Skończył szkołę Uzdrowicieli. A później pracował w szpitalu w Londynie. Mugolskim . Ma dziewczynę. Nie magiczną. Choć nie chce mi się do tego przyznać. Jak się przyjrzysz zauważysz, że w kieszeni nosi mugolski odtwarzacz muzyki i słucha jej gdy myśli, że nikt nie widzi. Swinss tu jest bo jest najlepszym dowodem, że Ślizgoni mogą żyć w zgodzie z mugolami. Tylko trzeba im dać na to szanse. I jest mądry. Zna się na robocie...
Ale nie mówię tego abyś mu ufał. Tylko chce Ci pokazać, że czasem w największym bezsensie jest jakiś ukryty sens. Do grudnia myślałem, że moim jedynym sensem życia jest próba ocalenia innych Ślizgonów przed moimi błędami. Ale nie... Gdybym tamtego dnia zrobił to co chciałem, straciłbym szanse na poznanie Ciebie. Musiałem Tylko poczekać...
I te wszystkie lata nie były łatwe. Było cholernie trudno. Zwłaszcza jak ty pojawiłeś się w szkole. Patrzyłem na Ciebie i nie mogłem nic na to poradzić, że porównywałem Cię do wymyślonego obrazu własnego dziecka. Nienawidziłem jak latałeś na miotle, bo to moje dziecko miało tak latać. Przez wspólną datę narodzin byłeś dla mnie jak drzazga w sercu. Nie mogłem sobie z tym poradzić. Z tym żalem, że moje dziecko straciło szanse na życie. A z drugiej strony to nie była wina Harrego Pottera, że on przeżył a mój syn nie.
- Nienawidziłeś mnie, a jednak robiłeś wszystko, abym przeżył...- przerwał potok słów Wiliam. Severus spojrzał na syna z nadzieją. A Zielone oczy patrzyły na niego pełne bólu i bezradności.
- To nie będzie łatwe synu. To wszystko co było i co będzie... To cholerny koszmar, który szybko się nie skończy. Ale nie jesteś w tym sam. I może kiedyś obaj doczekamy spokoju. Zanim to nastąpi będą się zdarzać takie dni jak dzisiaj. Na pozór spokojne, dające namiastkę normalności i warto z nich korzystać, aby nie zwariować. Nie pozwól odebrać sobie takich dni. Korzystaj z nich ile się da.- wyszeptał. Mając nadzieję, że jego chaotyczna wypowiedz miała jakiś sens, że Wiliam chociaż spróbuję zrozumieć co chce mu powiedzieć. Nastolatek oparł się o ścianę, a na jego twarzy powoli pojawił się delikatny uśmiech.
- Wiliam Hecman nie był byle jakim szukającym Armat. Był najlepszym szukającym swojego pokolenia! Może nawet stulecia! Był geniuszem. Ten zwód z ostatniego meczu. Geniusz...- mruknął cicho, a w jego głosie było słychać podziw, Severus przewrócił oczami. Spojrzeli sobie w oczy, a Snape wiedział, że wcale nie udało mu się uspokoić myśli nastolatka, ale nie wydawał się już aż tak zamknięty. Jakby jednak postanowił dać ojcu szanse, a Severus nie zamierzał jej zmarnować.
- Idziemy? – zapytał, a Wiliam nie znacznie kiwnął głową, ale nie ruszył się ani o cal.
- Poradzisz sobie? – zapytał...
- To nie będzie łatwe...- mruknął pod nosem.
- Miałem na myśli to czy dasz radę zejść. Wasz pokój jest piętro niżej. – powiedział, a chłopak spojrzał na ojca ze zmęczeniem.
- Dokładnie to miałem na myśli. Może jednak mogę wrócić do łóżka? Nie wiem jak oni stąd wyszli... Serio... Jestem zmęczony samym staniem. – mruknął niezadowolony.
- I od tego powinniśmy zacząć- mruknął Snape rzucając na niego zaklęcie lewitujące.
- Ej...- Warknął nastolatek.
- Schowaj dumę do kieszeni. Swinss dał wam wolne do jutra. Radzę z tego skorzystać. Jutro Daniel ma Was przemaglować...- nastolatek spojrzał na ojca z niezadowoleniem, ale rozluźnił mięśnie.
Trzydzieści siedem stopni niżej Severus zdjął z niego zaklęcie i pomimo tego, że go przytrzymał i tak nogi się pod nim ugięły. Z trudem zapanował nad własnym ciałem wchodząc do pokoju w ich kwaterach. Rozejrzał się z ironicznym uśmiechem. Chris z Septimusem spali zwinięci na fotelach. Dorośli siedzieli przy stole cicho rozmawiając. Jakaś mała dziewczynka rozwalała zabawki, a dwójka nastolatków siedziała na podłodze znudzona całą sytuacją. Tylko wielkie psisko od razu zauważyło ich przyjście, z impetem atakując nastolatka, przez co Wiliam gruchnął na podłogę śmiejąc się, gdy pies zaczął lizać jego twarz.
- Cholerny kundel! Złaś z niego pchlarzu!– Mruknął Snape próbując zdjąć psa z rozpłaszczonego chłopca
- łapa wystarczy! O Merlinie jak ja za tobą tęskniłem.- mruknął próbując podnieść się do siadu. Przesunął się ciałem do ściany i wtulił twarz w sierść psa.
- Dobrze, że jesteś- wyszeptał, aby tylko on go usłyszał. Pies zaskomlał smutno. A Wiliam mógł na to jedynie mocniej się do niego wtulić. W zasadzie sama obecność Syriusza była wystarczającym prezentem.
- Willi? – usłyszał głos dziadka. Podniósł głowę z uśmiecham.
- Dzięki, że go tu sprowadziłeś...
- Raczej nie było innej opcji. To jak masz siły na tonę cukru w doborowym towarzystwie?
- Chyba znudzonym- powiedział
- Bo jakbyś się nie stroił godzinami to nikt by nie był znudzony! – usłyszał głos Chrisa. Wiliam uśmiechnął się słabo na to na pozór żartobliwe zdanie. Przyjął rękę dziadka, który podniósł go.
I w zasadzie pomimo początkowych obaw i niechęci było całkiem przyjemnie. Nie uniknął chwili niezręczności gdy poznawał mamy chłopaków. Od razu stwierdził, że Aleksanser młodszy brat Christophera za wszelką cenę chce pobić brata w kąśliwych uwagach. Siostra Septimusa, Anna uważała całą ich trójkę za kompletnych idiotów nawet nie próbując udawać, że jest tu tylko dlatego, że nie ma wyboru, a dwuletnia Maria była słodkim aniołkiem, który potrafił się drzeć w niebogłosy.
I naprawdę szczerze doceniał, że dali mu w zasadzie spokój. No poza obowiązkowym zdmuchnięciem świeczki, ale to zniósł z godnością, nawet z delikatnym uśmiechem. Bo Chris z Septimusem przejęli całe show i mógł pozostać w cieniu pogrążony we własnych myślach. Nikt go nie nagabywał, nikt nie zadawał miliona pytań, nikt nie zmuszał go do jedzenia. Mógł w spokoju siedzieć na swoim krześle, wsłuchując się w trajkotanie Aleksandra, popijając cole i nawet fakt, że ojciec na bank naszprycował ją odżywczym w żaden sposób mu nie przeszkadzało.
A później przyszedł czas na odpakowanie prezentów. Dorośli dali im chwilę swobody, odsuwając się kąt pokoju cicho o czymś ze sobą rozmawiając. Jednak mimo wszystko Wiliam czuł na sobie ich spojrzenia. Postanowił to ignorować na ile się da, nawet nie próbując odgadnąć o czym rozmawiają. Chris jak małe dziecko nie mógł doczekać się kiedy dobierze się do swoich prezentów. Septimus był bardziej stonowany, ale gdy w końcu rozpakował pierwszy prezent jego oczy poweselały i zabrał się za kolejny z większym entuzjazmem.
Z kolei Wiliam ostrożnie oglądał swoje rękawice do Quiddicha z podziwem nie wiedząc komu podziękować.
- Smocza skóra. Takie mają profesjonalni gracze- odezwał się Aleksander jakby czuł się w obowiązku wyjaśnić to Wiliamowi. Spojrzał na drugiego chłopca z delikatnym uśmiechem, bo doskonale wiedział jak doskonałe są i jak nie łatwy musiał być to zakup. W zasadzie takie rękawice były szyte tylko dla profesjonalnych graczy. Nie można ich było kupić w pierwszym lepszym sklepie z miotłami.
- Od Was? Nie trzeba było...– powiedział, a Aleksander machnął lekceważąco ręką.
- W sumie nie wiem po co Ci to, jak nie umiesz latać... Ojciec na to wpadł, a i tak nie bardzo wiedzieliśmy co lubisz...- Wiliam zmrużył oczy słysząc te słowa. W zasadzie to sam nie wiedział co teraz lubi. Chyba tylko spokój i brak bólu. To zdecydowanie lubił najbardziej.
- Dziękuję- odpowiedział jedynie odkładając rękawice do eleganckiego pudełka. Chris obserwował go ze zbyt wielką uwagą zdaniem Wiliama.
- Nie długo polatamy Snape- oświadczył i to nie było ani pytanie, ani prośba. Raczej komunikat. Zmierzyli się spojrzeniem, a Chris praktycznie całą swoją postawą mówił mu, że wie co dręczy drugiego nastolatka.
Wiliam oparł się o fotel zamykając oczy. Był tak cholernie zmęczony. Ten dzień mógłby się już skończyć. Spojrzał z nadzieją na ojca. Jakby on mógł go uratować. Ten jedynie kiwnął głową w stronę nie rozpakowanych prezentów.
- Ja za to doskonale wiem co lubisz- usłyszał nad głową głos dziadka. Spojrzał na niego nie rozumiejąc za to Tobiasz tylko wskazał różdżką pusty kąt pomieszczenia, a Wiliam chcąc nie chcąc uśmiechnął się, gdy zaklęcie kameleona opadło. Podniósł się z podłogi od razu zapominając o zmęczeniu czy chęci ukrycia się w łóżku.
- Ale jak...- spytał podchodząc do fortepianu babci. Dotykając go z pobożnością.
- Magia – powiedział Tobiasz nawet nie ukrywając zadowolenia z reakcji Wiliama.
- Nie roztroił się? To było głupie! Nie zmniejszałeś go prawda? Merlinie powiedz, że nie użyliście zaklęcia pomniejszającego! – powiedział bo aż nazbyt dobrze, pamiętał jak ojciec użył tego zaklęcia na fortepianie, aby przenieść go z gabinetu dziadka do salonu. Brak delikatności ojca do tak starego instrumentu do tej pory bolała nastolatka.
- Jedno zaklęcie w tą czy w tamtą- powiedział lekceważąco Tobiasz, a Wiliam spiorunował go wzrokiem.
Natychmiast sprawdził wszystkie 88 klawisze. Próbując wysłuchać nie harmonijnego tonu. A gdy nic nie znalazł, zagrał krótką melodie i dopiero wtedy uświadomił sobie, że dziadek go perfidnie podpuścił.
- To było wredne! – powiedział zadąsany.
- Ale skuteczne. W końcu się rozruszałeś. – odpowiedział Tobiasz podchodząc do wnuka. – A teraz proszę się odwdzięczyć. Cały tydzień kombinowałem jak go tu sprowadzić. – Wiliam spojrzał na instrument z nie małym żalem. Uświadamiając sobie jak bardzo tęsknił za tym, za domem Tobiasza, za popołudniami kiedy mógł grać, a dziadek zawsze siedział wtedy w fotelu. To był tylko miesiąc. Za krótki miesiąc jakby miał to sam ocenić.
- Bedzie Ci go brakowało w domu...- wyszeptał wiedząc jak wielkim sentyment odczuwa jego dziadek do instrumentu.
- Co mi z niego skoro grajek jest tutaj? – zapytał cicho Tobiasz. I Wiliam zrozumiał, że Tobiaszowi brakowało tych krótkich chwil tak samo jak jemu. Tej nocy, kiedy przyszedł do jego gabinetu, gdy pierwszy raz zobaczył fortepian... To była ich nić porozumienia. Bez słów, bez tłumaczeń. Po prostu to było coś co robili razem. Wiliam grał, a Tobiasz słuchał. Przez te kilka tygodni Wiliam dowiedział się, że nie tylko ma magiczną zdolność rozumienia muzyki, ale też to, że odziedziczył to po swojej babce. Mało tego melodia którą uważał za własną wymyśloną jako małe dziecko nie była wcale jego. Któregoś wieczoru, gdy skończył grać Tobiasz uśmiechnął się do niego smutno i pokazał fotografię babki przy fortepianie.
- W tobie jest wszystko to co straciliśmy w dniu ich śmierci. Jesteś ich, bardziej niż nasz...- wyszeptał patrząc w zielone oczy. Oczy jego synowej. Położył swoją dużą dłoń na drobnej.
- Nie sądziłem, że kiedyś znów to usłyszę. Że kiedyś w tym domu znów zagra muzyka. Dobrze, że wróciłeś Mój Grajku.
I tak właśnie do niego mówił. Kiedy byli we dwóch. Bez świadków. Bez ostrego spojrzenia Severusa. W tamtych krótkich chwilach nie był głową rodu, poważnym prawnikiem, ojcem skłóconym z synem. W tamtych momentach był dla Wiliama po prostu dziadkiem. I Wiliam za każdym razem uśmiechał się wtedy pod nosem. Wiedząc, że jego ojciec się mylił mówiąc mu, że Tobiasz nie jest typem łagodnego dziadka i nie mógł odżałować, że nie dano im więcej czasu na poznanie siebie.
I wcale nie miał oporów przed zagraniem ulubionej melodii dziadka przy świadkach. Nie przeszkadzało mu, że ktoś inny też go słucha. Nie martwił się, że może się pomylić. Albo, że ktoś z zgromadzanych w pokoju go wyśmieje. Miał tu fortepian, dziadka, ojca i Syriusza. To była jego namiastka domu. Jego ostoi, spokoju i miejsca gdzie pierwszy raz w życiu czuł się bezpiecznie. I pierwszy raz poznał co to znaczy być po prostu dzieckiem.
Płynnie przeszedł z jednej melodii w drugą. Pozwalając, aby to magia kierowała jego palcami. Aby dała ujście tym wszystkim strasznym emocjom, które w nim się kumulowały od tak dawna i nie mogły znaleźć drogi ucieczki. A gdy w końcu skończył czuł tylko spokój I wcale nie chciał otwierać oczu. Najchętniej pozostałby w tym swoim świecie już na zawsze. A gdy usłyszał ciche oklaski, trochę nieśmiałe jakby nie chcieli go wystraszyć, a dać mu po prostu znać, że im się podobało uniósł powiekę patrząc na dziadka.
- Dziękuję- powiedział Tobiasz.
- To ja dziękuję- wyszeptał wpatrując się w czarno- białe klawisze.
- Choć tu Mój Mały Grajku- wyszeptał starszy mężczyzna zamykając drobne ciało w silnym uścisku. I Wiliam stwierdził, że chyba jeszcze nigdy nie miał tak emocjonalnych urodzin.
- Wygląda na to, że chłopak jest zachłanny. Dziedzictwo Merlina to nic dziwnego, ale Dziedzictwo Moliere... Ono było bardziej rygorystyczne dla swoich potomków. Tylko pogratulować Severusie
Wiliam oderwał się od dziadka słysząc obcy głos. Spojrzał na dwóch obcych mężczyzn z lekką obawą.
- Dziadek? – Septimus wyszeptał z niedowierzaniem.
- Wszystkiego Najlepszego Chłopcy. – powiedział w zamian trochę surowym głosem.
- Daj spokój z tą urazą Fryderyku.- powiedział drugi mężczyzna. Podszedł do nich tarmosząc włosy Aleksandra. Spojrzał na Christophera i Septimusa, ze smutkiem.
- Dało wam popalić to Dziedzictwo.
- Poradzimy sobie z nim Dziadku- odpowiedział spokojnie Christopher. A starszy mężczyzna kiwnął głową.
- Nie mam co do tego żadnych wątpliwości.- powiedział spokojnie. A później usiadł na kanapie niczym Pan na włościach- Zostawiliście dla mnie kawałek tortu? Bez tego zapomnijcie o prezentach!
I to jedno zdanie rozładowało wszelkie opory. Wiliam usiadł na swoim fotelu. Wsłuchując się w rozmowy dorosłych którzy rozsiedli się na wyczarowanych kanapach, przekomarzań chłopaków, płaczu malej Marii i szelestu rozpakowanych prezentów. Miał wrażenie, że pojawienie się tych dwóch mężczyzn zdjęło kawał ciężaru z serc Septimusa I Christophera. Sam w końcu odczuł spokój. Jakby teraz ten dzień wyglądał tak jak powinien. Niezręczna atmosfera odeszła w niepamięć. Dlatego skorzystał z okazji , że nikt nie zwracał już na niego uwagi i po prostu zasnął.
