Zatrzymał się nagle, gdy usłyszał dźwięk zbliżających się kroków. I pewnie nie byłoby to nic dziwnego, gdyby nie to, że ich nie rozpoznawał. W Operze Paryskiej zawsze kręcił się ogrom ludzi, ale żaden z nich nie chodził w ten sposób. Być może dlatego, że większość z nich była dorosłymi, a w jego kierunku ewidentnie zmierzało dziecko. Nie mogła być to mała Meg – smarkula zawsze biegała i robiła wokół siebie mnóstwo hałasu. Poza tym nawet ta dziewucha nie szlajałaby się o tej godzinie po Operze.
Nie zmieniało to jednak faktu, że dalej było to dziecko. Najprawdopodobniej dziewczynka (z jego obserwacji wynikało, że chłopcy potrafili być nie mniej głośni niż Meg). Do tego przestraszona i zagubiona, jak wnioskował po niepewnych, ostrożnych krokach.
Stał więc w swojej kryjówce i czekał, aż podejdzie bliżej. Chciał wiedzieć, co za bachor zapuszcza się o takiej godzinie samotnie w głąb teatru. Musiał wiedzieć, kto to jest. Znał przecież wszystkich pracowników i ich rodziny mieszkające w gmachu – aktorów, śpiewaków, oświetleniowców, bileterki i najmłodsze nawet baletniczki. Każde z nich znał z imienia i potrafił rozpoznać bez choćby spojrzenia na ich twarze, do czego zresztą, poza spektaklami, rzadko miał okazję. Ktokolwiek zmierzał do trzeciego podscenia, tworzył lukę w jego wiedzy.
A on nie mógł znieść niewiedzy.
W miarę jak dźwięk narastał, jego ciekawość również przybierała na sile. Ukryty między dekoracjami do Króla Lahore, rozglądał się zniecierpliwiony po pomieszczeniu. Nie było tu niczego, czego by nie znał: starannie malowane tła, misternie wykonane rekwizyty, stale powiększająca się warstewka kurzu oraz wszechobecne szczurze odchody. Te same ściany, te same dźwigary i belki, ten sam zapach stęchlizny, tak charakterystyczny dla podziemi budynku. Wszystko to było jego codziennością, którą teraz ktoś śmiał zakłócać.
Czy mógł się pomylić i jednak ją znał? Teoretycznie mało kto zapuszczał się pod scenę bez konkretnego celu, dźwięk rozchodził się tu inaczej niż na scenie, nadsceniu czy Foyer de la Danse. Istniało więc spore prawdopodobieństwo pomyłki. Jednak był przekonany, że nie był to nikt mu znany. Skąd się zatem wzięła w Operze? I co ważniejsze: dlaczego o tym nie wiedział? Nic w tym gmachu nie działo się bez jego wiedzy, od zmian w repertuarze po wszawicę w corps de ballet. Nic nie uchodziło jego uwadze.
A jednak ta smarkula musiała nie dość, że dostać się do budynku, czego nie mogła zrobić, nie będąc częścią zespołu lub widzem (w to drugie szczerze wątpił), to jeszcze wleźć do podscenia i z niewiadomego mu powodu snuć się jak duch. Nie podobało mu się to. Nie podobało mu się to nawet bardziej niż przemykające pod nogami szczury.
Jednak ciekawość okazała się znacznie silniejsza od chęci natychmiastowego przegonienia intruza i gdy tylko dziewucha znalazła się w jego polu widzenia, stała się obiektem wnikliwej obserwacji.
Pierwszym, co nasuwało się na myśl, było to, że jest ona nijaka. Jego oczom ukazała się bowiem średniego wzrostu, około dziesięcioletnia blondyneczka o rozbieganym spojrzeniu i trzęsących się dłoniach. Nie można jej było nazwać brzydką, ale nie była też przesadnie urodziwa. Zdawała się nie mieć absolutnie żadnych cech charakterystycznych czy w ogóle czegokolwiek, co przykuwałoby uwagę. Co jeszcze bardziej go drażniło i pozostawiało więcej pytań niż odpowiedzi. Nie posiadała bowiem budowy wskazującej na szczególne predyspozycje do tańca, które mogłyby czynić ją nowym nabytkiem zespołu baletowego, nie mówiąc nawet o braku gracji, z jakim się poruszała na rozdygotanych nogach.
Czuł się nieswojo, że ktoś tak niepozorny był w stanie zmącić jego spokój i wyprowadzić z równowagi; ktoś tak nieinteresujący i pozbawiony polotu. A jednak ten ktoś posiadał nad nim przewagę: oględziny nie dawały odpowiedzi na jego pytania, a wręcz je mnożyły.
Być może to go rozzłościło. Możliwe, że nie satysfakcjonował go marny widok dziewczynki, pozostawiający jej tożsamość i powód pobytu w podsceniu nieznanymi. Niewykluczone także, że był on nie tylko niespokojnym, ale też zdumiewająco złośliwym duchem, dla którego wiek, stan emocjonalny czy pozycja nie miały znaczenia, jeśli ktoś próbował mu odebrać kontrolę. Być może był bezwzględny.
Milczenie dziecka, które zwolniło kroku i ze strachem rozglądało się wśród scenicznych dekoracji, rozpalało w nim ogień wściekłości, który szukał ujścia. I to ujście znalazł.
By go sprowokować, wystarczył jeden wydany przez dziewczynkę dźwięk, który okazał się piskiem przerażenia na widok szczura, przemykającego między jej nogami i muskającego jej piękne, choć brudne pantofelki. Wystarczył ten jeden odgłos, by zapragnął jej pokazać, że rzeczy naprawdę straszne czają się tuż obok, a spotkanie z tym paskudnym gryzoniem to nic w porównaniu do tego, co czeka ją następnym razem, gdy zapuści się tam, gdzie zaczyna się jego panowanie.
Nim zatem jej pisk skończył nieść się po pomieszczeniu, w jej stronę runęło zawinięte w rulon tło. Dziewczynka wrzasnęła ze strachu i ledwie zdążyła uskoczyć, zanim ciężar płótna miał szansę ją zmiażdżyć. Musiał przyznać, że jej przerażenie było nawet zabawne. Może dlatego po podsceniu poniósł się nagle mrożący krew w żyłach śmiech szaleńca, a może po prostu chciał nastraszyć bardziej dzieciaka.
Kolejny wrzask strachu rozbrzmiał w podsceniu.
– Och, biedne dziecko, nikt Ci nie powiedział, że w naszej Operze straszy? – zakpił.
Dziewczynka wytrzeszczyła oczy i stanęła jak sparaliżowana. Słyszał jej szybkie i płytkie oddechy. Odnosił nawet wrażenie, że słyszy paniczne bicie serca. Bardzo dobrze.
– Ja n-nie… – spróbowała się wytłumaczyć, lecz głos uwiązł jej w gardle.
Zanim więc zdążyła się obejrzeć, w jej stronę leciało już kolejne tło, a potem kolejny rekwizyt, atrapa namiotu, a potem następny i następny, aż straciła kompletnie orientację w tym niedużym bądź co bądź pomieszczeniu. Piski i krzyki dochodziły teraz do jego uszu nieprzerwanie. W oczach dziecka zaczynały zbierać się łzy przerażenia, kiedy z każdej strony wciąż spadały na nią nowe elementy scenografii i rekwizyty.
– Rzeczy dużo straszniejsze niż wygłodniałe szczury mogą Cię spotkać, jeśli jeszcze raz postawisz stopę w podziemiach, ty zasmarkana dziewucho! Idź, zmiataj stąd i nie waż pokazywać się ponownie Upiorowi, chyba że chcesz skończyć jako trup!
Nie trzeba jej było powtarzać tego dwa razy. Ruszyła biegiem w stronę, gdzie spodziewała się znaleźć wyjście, łkając ze strachu. Wzbierające w oczach łzy rozmazywały jej obraz, a odprowadzały ją pogróżki i maniakalny śmiech szaleńca.
Miał nadzieję, że to wystarczy i nigdy więcej nie zobaczy tego bezimiennego dziecka tam, gdzie go sobie nie życzył. Musiał jednak wiedzieć, czyj bachor okazał się tak nierozważny czy też bezczelny (nie wiedział, co z tych dwóch było gorsze), więc zaraz po powrocie ze swojego codziennego obchodu zabrał się za pisanie. Notatka była raczej krótka i utrzymana w tonie nieznoszącego sprzeciwu rozkazu. Być może rzadko kiedy miał możliwość oglądać artystów, lecz nie znaczyło to, że pozostawali poza jego zasięgiem. Miał swoje oczy i uszy w gmachu. Oczy i uszy, które mogą gorzko pożałować, jeśli szybko nie dostarczą mu potrzebnych informacji.
Jego nadzieje na pozbycie się dzieciaka z widoku okazały się jednak płonne, gdyż już następnego popołudnia natknął się na nią ponownie, tym razem na pierwszej kondygnacji nadscenia. By oddać jej sprawiedliwość, przeciętny człowiek przyznałby, że jest to całkiem daleko od podziemi gmachu. Jednak nie był ani przeciętnym człowiekiem, ani tym bardziej nie zamierzał nic przyznawać, a tym bardziej tej smarkuli.
Drażniło go, że wciąż nie dostał odpowiedzi na swoje pytania, a wywnioskować cokolwiek mógł tylko z tego, co widział. Choć widok i oświetlenie było znacznie lepsze niż dzień wcześniej, nie mówiło mu to niczego więcej, niż już wiedział. Dziewczynka wciąż była zwyczajnie nijaka.
Jej dzisiejsza eskapada stawiała przed nim jednak kolejne pytanie. Mianowicie dlaczego zamiast zająć się czymkolwiek, czym zajmują się dziewczynki w jej wieku, ta wałęsa się po miejscach, gdzie jej nie potrzebują, a gdzie on tym bardziej jej sobie nie życzy.
Odpowiedź przyszła jednak prędko, gdy tylko zobaczył, że zaraz za nią pojawiła się dotychczasowa zmora jego spokoju: Meg Giry, która z entuzjazmem zaczęła pokazywać i tłumaczyć, jak wygląda praca w nadsceniu podczas spektaklu. Oprowadzała tę bezimienną dziewczynę, pokazując jej olinowanie, obciążniki i tłumacząc, jak operuje się oświetleniem, oczywiście na tyle, na ile sama mogła rozumieć zasady działania nowoczesnej maszynerii przy niespełna dziesięciu wiosnach na koncie.
Trzeba było jednak jej przyznać, że jak na swój młody wiek, dosyć zgrabnie orientowała się w tym, jak wygląda praca członków zespołu niezależnie czy byli artystami, czy obsługą techniczną. Meg praktycznie całe dotychczasowe życie spędziła w Operze, obserwując jej pracowników. Przynajmniej do czasu, gdy rok wcześniej mogła wreszcie zostać przyjęta do szkoły tańca przy Akademii, by przygotowywać się do swojej przyszłej kariery jako baletnica, która – musiał przyznać – rokowała wyśmienicie i dawała nadzieję na sukcesy na miarę jej matki.
Jej wrodzony talent był bodaj jedyną rzeczą, przez którą tolerował tę hałaśliwą i rozrabiającą dziewuchę. Jednak nawet to nie było w stanie sprawić, że przymknąłby oko na to, że zbyt pewnie poruszała się po nadsceniu, kręcąc się przy olinowaniu i wyciągach; że śmiała zapuszczać się tutaj i namawiać do tego samego kolejnego rozwydrzonego bachora.
Ta tak niepozorna blondyneczka denerwowała go w jakiś niepojęty sposób. Sam fakt, że pojawiła się razem z Meg, czynił całą sytuację kilkukrotnie bardziej bulwersującą, niż byłaby w przypadku, gdyby była to sama młoda Giry. Z tym w końcu stykał się na co dzień, nie było dnia, kiedy nie musiałby mierzyć się z niesubordynacją albo przynajmniej głupotą baletniczki. Natomiast ta bezimienna kreatura, która pojawiła się noc wcześniej w Operze nie dość, że zdawała się iść w ślady nowej koleżanki, to jeszcze jej tożsamość wymykała się jego szponom, pragnącym wiedzieć wszystko, co działo się w tych murach.
Częściowo zatem z frustracji tym wywołanym, a częściowo po prostu, by wykurzyć dziewczynki bawiące się w maszynistów, rozpoczął swoją standardową grę z Giry.
Gdy uszu energicznej dziewczyny doszły nienaturalne szmery i skrzypienie kondygnacji nad nimi, nie poświęciła im zbyt wiele uwagi. Nie było zresztą, jak myślała, czemu uwagę tę poświęcać: najpewniej któryś z pracowników nadscenia sprawdzał mocowania lin albo któryś z kotów, których w budynku było pełno, polował na szczura. Nic nadzwyczajnego. Szczególnie że była w wyśmienitym humorze, mogąc pokazać komuś wszystkie sekrety teatru, dzięki którym działa się w trakcie spektakli prawdziwa magia.
I to był jej błąd.
Dopiero gdy w następnej chwili obciążnik spadający z góry minął jej głowę o cale, zdała sobie sprawę, co znaczyły te, zdawałoby się, przypadkowe dźwięki. Nie mogła się oprzeć, by nie spojrzeć na kondygnację wyżej, by potwierdzić swoje obawy. W ciemności nad sobą ujrzała parę żółtych, świecących kocich oczu. Z tym że wiedziała aż za dobrze, że wcale nie należały one do kota.
W jednej chwili te dwa przerażające punkciki wpatrywały się w nią, a w następnej zaczął spadać na obie dziewczynki jeden obciążnik za drugim. Pisk momentalnie poniósł się po nadsceniu, a Meg nie mogła zrobić nic innego niż krzyknąć przerażonym głosem:
– To on! To Upiór!
Roześmiał się, a dziewczęta z corps de ballet i garderobiane, krążące jeszcze wciąż po scenie, szybko podchwycily okrzyki dziewczynek i rzuciły się im z pomocą. Wkrótce w całym teatrze słychać było tylko jedno słowo: „Upiór!".
Miał satysfakcję z wystraszenia tych małych, ciekawskich szkodników, które kręciły się wszędzie. Opera to nie było miejsce na głupawe zabawy. Wieści w gmachu szybko się rozchodziły i już niespełna dwie godziny później wszyscy pracownicy wiedzieli o nowym wybryku widma, którego ofiarami tym razem stały się Bogu ducha winne dzieci.
Nie cieszył się jednak długo swoim splendorem, gdyż już następnej nocy ponownie natknął się na ową blondyneczkę, tym razem w kaplicy. Początkowo, słysząc stłumione, niewyraźne odgłosy, przypisał dźwięki szczurom, panoszącym się pod osłoną nocy tam, gdzie w świetle dnia nie miały odwagi się pojawić. Jednakże te gryzonie miały to do siebie, że zachowywały się zdecydowanie ciszej i przede wszystkim nie wzdychały. I choć kaplica była jedynym miejscem w gmachu, które omijał szerokim łukiem, nie mógł odmówić sobie przyjemności sprawdzenia, kto podzielał Jego zamiłowanie do nocnych przechadzek. Albo bardziej upewnić się w swoich przypuszczeniach.
Uśmiechnął się do siebie złowieszczo, kiedy zorientował się, że była to ulubiona atrakcja Jego ostatnich dni. Tym razem jednak nie pozostawała dłużej bezimienną. Chociaż bowiem informator okazał się rozczarowująco powolny, to jednak wystarczająco precyzyjny, by dostarczyć Mu od razu wszystkie pożądane informacje.
Odpowiedź na Jego zapytanie dotarła z samego rana po incydencie w nadsceniu. Być może ktoś zmartwił się o bezpieczeństwo Meg wystarczająco, by nareszcie Mu odpowiedzieć. Na szczęście dla wszystkich zainteresowanych, był całkiem kontent, pomimo tego oburzającego opóźnienia.
Sama wiadomość natomiast brzmiała tak:
Christine Daaé. Sierota po szwedzkim skrzypku. Nowy nabytek corps de ballet. Podopieczna i protegowana Państwa Valerius, którzy złożyli jednorazowo pokaźniejszy niż zwykle datek „na rozwój sztuki". Mierny materiał na baletnicę. Życzeniem opiekunów docelowo ma zdawać do Académie Nationale De Musique, gdy osiągnie wymagany wiek. Póki co bardzo zagubiona i – ogólnie rzecz biorąc – strachliwa.
Uniżona sługa,
A. G.
Dziewczyna nie była już zatem anonimowa, a to dawało Mu pole do popisu w swojej złośliwości, którą zresztą się chlubił. Drobne wypadki w Palais Garnier stały się domeną Upiora i nieodmiennie zawsze były Mu przypisywane, niezależnie czy rzeczywiście była to Jego sprawka, czy nie. Pracownicy Opery Paryskiej żyli w wiecznym strachu przed Nim, praktykując wszystkie możliwe zabobony, dzięki którym mogli odpędzić od siebie złe siły, z obawą wyczekując jego kolejnego „żartu". Artyści szczególnie chętnie przypisywali Mu wypadki, które okazywały się mieć przykre konsekwencje. Trudno się im dziwić: duchy same w sobie bywają przerażające, a stają się jeszcze bardziej, gdy znają Twoje imię, o czym panienka Daaé miała przekonać się lada moment.
Chcąc jak najbardziej dokuczyć tej nieznośnej istocie, która przysporzyła Mu tyle nerwów, postanowił dawkować napięcie. Jeśli miałaby teraz, gdy znał jej imię, od razu wpaść w panikę, to poczułby się wielce rozczarowany. Musiał więc wziąć pod uwagę nieco bardziej wyrafinowane metody straszenia.
Musiał stać się drapieżnikiem równie sprytnym i zwinnym co pantera, ale też tak zawziętym, jak pies myśliwski, osaczający ofiarę. Bo właśnie tym była dla Niego – nową ofiarą, której kosztem mógł się zabawić, by wypełnić sobie godziny od zmierzchu do świtu, zazwyczaj przesiąknięte jedynie chłodem i wilgocią.
Swoje przedstawienie, którego był jedynym aktorem, rozpoczął dosyć uniwersalnie: od pozornie zwyczajnych szelestów, umyślnie wytwarzanych przez ruchy jego ulubionej peleryny, oraz cichych postukiwań w ściany. Wszystko to przecież można zrzucić na koty i szczury, jak mieli w zwyczaju robić pracownicy Opery. W końcu to zawsze gryzonie są winowajcami, prawda? Nic zatem szczególnie wyróżniającego się, nawet w grobowej ciszy kaplicy, ale z pewnością wciąż alarmującego dla kogoś, kto spędził w gmachu więcej niż jeden dzień. W szczególności zaś dla kogoś tak strachliwego jak zahukana dziewięciolatka, która już dwukrotnie padła ofiarą osławionego widma.
Był przekonany, że gdy tylko uszu dziewczynki dojdą znajome już przecież dźwięki, ta momentalnie zostanie postawiona w stan gotowości; usłyszy gwałtowny oddech, nerwowe szelesty, świadczące o jej poruszeniu albo nawet cichy pisk. Nic z tych rzeczy się jednak nie stało. Jego uszu wciąż dochodził jedynie jej cicha modlitwa, której ani na chwilę nie przerwała. Zdawała się nie zauważać jego misternie przygotowywanego spektaklu.
Miał już wytoczyć cięższe działa i skorzystać ze swoich ulubionych sztuczek, sprawiając, że dziewczynka słyszałaby głosy, dobiegające ze wszystkich stron pomieszczenia i szepczące jej imię. Była to zdecydowanie jedna z bardziej przydatnych umiejętności, wykorzystywanych przy prowadzeniu Opery Paryskiej, a nabytych jeszcze za czasów dzieciństwa. Kiedy już myślał, że ma wygraną w garści, blondyneczka nagle zamilkła zupełnie, a zanim jej imię zdążyło opuścić jego usta, On również poszedł w jej ślady.
O zgrozo, stało się to mimo Jego najszczerszej woli! Doznał bowiem szoku, który wyparł mu całe powietrze z płuc.
Dziewczynka zaczęła śpiewać.
Zaskoczony nie był w stanie stwierdzić, co czyniło to konkretne wykonanie tak ujmującym, pomimo że na muzyce znał się jak nikt inny.
Blondynka śpiewała cicho, na nieznajomą mu melodię, ale z takim przejęciem, jakby każdym pojedynczym słowem chciała zawierzyć Bogu swoją przyszłość. Chwilę zajęło mu rozpoznanie psalmu 50., być może przez nigdy dotąd niesłyszaną melodię, a być może przez szwedzki tekst. Nie potrzebował natomiast ani sekundy, by rozpoznać w tej zagubionej dziewczynce talent na miarę przyszłej diwy. Jej cicha pieśń brzmiała jak echo niosące się wśród ośnieżonych szczytów w mroźną zimową noc, jak mgła unosząca się w jesienny poranek nad łąką i świergot słowika nieśmiało witający nowy dzień.
Początkowo nie był pewny, czy jego umysł nie płata mu figli. Bezsenne noce z pewnością mogły prowadzić do omamów, zdarzało Mu się wielokrotnie tego doświadczyć, jednak słuch nigdy dotąd go nie mylił. Wszystko zdawało się możliwe.
Ale nie! Dziewczyna naprawdę śpiewała i to głosem prawdziwego anioła!
Przez jego myśli przelatywało tysiące słów na minutę, a wszystkie prowadziły do jednego wniosku: przy odpowiednim przygotowaniu ta niepozorna szwedzka sierota byłaby w stanie bez najmniejszego problemu zdetronizować najlepsze śpiewaczki epoki z Gabrielle Krauss i Carlottą Giudicelli na czele.
Poczuł nagle przypływ sympatii dla tej zagubionej duszy, tego anioła w ciele dziecka i ochota na straszenie, zabawę w widmo opuściła go zupełnie.
Wciąż nie mógł otrząsnąć się z oszołomienia, gdy pieśń dobiegła końca. Dopiero zaalarmowany głos dziewczyny wyrwał go z odrętwienia:
– Halo? Jest tu kto?
Przez chwilę zwyczajnie nie rozumiał, co się działo, aż nie zdał sobie sprawy z tego, że musiał ze świstem wypuścić z siebie oddech, który nieświadomie wstrzymywał, słuchając śpiewu dziecka. A to przykuło uwagę młodej artystki, nagle świadomej swojej niewidocznej widowni.
Oczywiście, że był zły na siebie. Ale po raz pierwszy złości tej nie był w stanie wyładować na niewinnej blondynce; nie po tym, co usłyszał. Po raz pierwszy od wielu lat znalazły się w nim pokłady życzliwości, a nawet współczucia. Co w końcu mogło czekać taką dziewczynkę jako baletnica? Absolutnie mierna kariera taneczna, zmarnowany potencjał na śpiewaczkę i do tego jeszcze całe tabuny wykolejeńców, tłoczących się w Foyer de la Danse, traktujących tancerki jak panie do towarzystwa. W tym wszystkim ta sierota nie mogła nawet liczyć na wsparcie rodziców i pozostawała w obcym dla siebie kraju. Pytanie, w jakim stopniu znała francuski, jeśli w ogóle go znała.
– Aniele, czy to ty? – dobiegł go przestraszony głos dziecka.
„Aniele"? Czy On właśnie został wzięty za anioła? Być może powinien jednak kontynuować swoją tradycję omijania kaplicy. To wszystko nie powinno być tak, był przecież widmem, zjawą, przed którą wszyscy w gmachu drżeli! Wszystko po to, by w swojej nienawiści do Boga zostać nazwanym członkiem Jego niebiańskiego orszaku!
W tym wszystkim było jednak coś niesamowicie podnoszącego na duchu. Może nie był jednak wygnańcem skazanym na wieczne potępienie, skoro nawet jego da się nazwać aniołem. Przepełniło go przyjemne uczucie ciepła, rozchodzące się od serca. W tym przypływie empatii postanowił zapomnieć o swojej upiornej reputacji i zamiast tego zwyczajnie odesłać dzieciaka, by nie narobił sobie więcej kłopotów. Zresztą dzieci nie powinny być na nogach o tak barbarzyńskich godzinach, prawda?
– Zasuwaj do łóżka, słowiku – odezwał się, lecz tym razem nie swoim demonicznym głosem zjawy, a łagodnym tonem, jakim dobrotliwe matki zwracają się do swoich pociech. – Pani Valerius byłaby niezadowolona, gdyby dowiedziała się, że szwendasz się po Operze, narażając się Upiorowi.
Słychać było, jak dziewczynka na dźwięk tych słów wciąga nagle powietrze z zaskoczeniem.
– Anioł? Anioł Muzyki? – w jej głosie słychać było niekrytą ekscytację.
Trzeba było mu przyznać, że nie jeden człowiek nie wiedziałby, co odpowiedzieć. Pytał sam siebie, dlaczego, do diabła, ciągle upierała się przy jakimś „Aniele", zamiast posłuchać głosu rozsądku i wziąć nogi za pas, słysząc jakieś głosy dochodzące z kaplicy. Aż wreszcie zrozumiał: spodziewała się kogoś i nie poznała jego głosu. Ba! Ze wszystkich ludzi na świecie akurat Jego wzięła za anioła! Tę samą kreaturę, która przy każdym spotkaniu próbowała ją przestraszyć na śmierć!
Zrobiło mu się jeszcze cieplej na sercu na myśl, że przynajmniej chwilowo nie był dla kogoś odrażającym monstrum i żądną krwi bestią, czerpiącą przyjemność z nękania ludzi, a stał się dobrym duchem, aniołem stróżem. Mógł być obojętny na wiele przejawów ludzkich uczuć, ale nawet on nie był odporny na pochlebstwa.
Chociaż by oddać mu sprawiedliwość, w kwestii muzyki rzeczywiście mógłby obiektywnie uchodzić za anioła.
Chciał być kimś więcej niż tylko duchem, oczywiście, że chciał. Wiedział, że był w tym absolutnie samolubny, ale pragnął, by iluzja trwała, by na jeden dzień mógł być w oczach kogoś czymś dobrym, co niesie innym spokój, a nie strach. Dlatego też chciał, by przedstawienie się nie kończyło, nawet jeśli następnego dnia „Anioł" miałby porzucić dziewczynkę. Nie potrafił więc odmówić sobie przyjemności odpowiedzenia:
– Jestem, Christine.
Z ust dziewczynki wydobył się cichy pisk szczęścia.
– A więc Pappa jednak dotrzymał obietnicy! Wiedziałam, że mnie nie zawiedzie! – Po kaplicy poniósł się radosny, choć cichy śmiech, tak różny od melancholijnego śpiewu, który gościł w niej zaledwie kilka chwil wcześniej. – Przyszedłeś mnie uczyć śpiewu, bym mogła zostać wielką śpiewaczką, tak jak tata mówił, prawda?
Z jednej strony jego własne myśli go przerażały. Co też mu przyszło do głowy, żeby w ogóle do niej cokolwiek mówić? Będzie teraz musiał znaleźć sposób na bycie Upiorem i Aniołem jednocześnie. Z drugiej jednak grał rolę. Grał rolę, gdyż każdy odgrywał rolę w teatrze świata, a on właśnie zapragnął zmienić swoją. Chciał oszukać samego siebie, udawać, że jest kimś innym.
Szczególnie że dziewczynka stanowiła obiecujący materiał do pracy. Była jak niezwykle wartościowy surowiec, który oddaje się kształtującym uderzeniom dłuta wybitnego rzeźbiarza. A efekt końcowy mógł okazać się najpiękniejszą rzeźbą w historii świata. Istna Galatea.
Stanowiła tym lepszy materiał do pracy, gdyż sama chciała trenować głos, co więcej – oczekiwała tego. Była gotowa pracować nad swoim talentem i stać się jedną z najlepszych śpiewaczek. Cóż to by był za tryumf sztuki! A któż nauczyłby ją o muzyce więcej niż On?
Nie mógł więc odpowiedzieć nic innego.
– Tak – potwierdził krótko – ale nie będzie to proste i przyjemne – ostrzegł. – Będę wymagał od Ciebie perfekcji, a to oznacza godziny ciężkich i żmudnych ćwiczeń, poświęcenia i zaangażowania z Twojej strony. Jeśli nie będziesz w stanie mi tego zapewnić, nie usłyszymy się więcej!
– R-rozumiem to wszystko doskonale – odpowiedziała, nieco zbita z tropu przez surowy ton Anioła. – Och, ale nie mogę się doczekać! Będę ciężko pracować, żeby tata był ze mnie dumny, będzie zachwycony! – cieszyła się.
– W takim razie staw się jutro o szóstej rano w ostatniej sali prób chóru, zaraz przy części administracyjnej budynku. A teraz zmykaj do łóżka i nie włócz się po Operze, bo będę wiedział – zagroził.
– Tak jest! – Zasalutowała żartobliwie, chichocząc. – Dobranoc, Aniele! – zawołała i nie czekając na odpowiedź, czmychnęła spiesznie z kaplicy.
Za nią poniosło się jedynie ciche „Dobranoc, Christine", podszyte pełnym nadziei westchnięciem.
Dopiero gdy został sam ze swoimi myślami, zaczął odczuwać wyrzuty sumienia. Nie zamierzał przecież rzeczywiście udawać Anioła przed tą małą. Zresztą jak miałoby to wyglądać? Póki była dzieckiem, mogło to jakoś się udać, a potem? Co by zrobił, gdy dziewczyna by urosła? Przecież zorientowałaby się, że ktoś stosuje na niej niecne sztuczki, podając się za Anioła Muzyki.
Miał jednak na rozważenie tego wszystkiego całą noc. Jednego bowiem był pewien – zamierzał pojawić się następnego ranka przy sali prób i zobaczyć, na co naprawdę stać było tego szwedzkiego słowika. Jeśli okazałaby się tak dobra, jak miał nadzieję po tym, co tego wieczoru słyszał, wtedy rzeczywiście będzie mógł rozważać podjęcie dalszych kroków.
Tymczasem miał ręce pełne roboty przed jutrzejszym spotkaniem. Musiał przemyśleć jak nie wydać się z tym, że nie miał bladego pojęcia o byciu Aniołem Muzyki, przygotować plan, jak nauczyć ją prawidłowych podstaw i przede wszystkim, w jaki sposób wybadać zdolności dziewczynki. A to był dopiero wierzchołek góry lodowej.
Gdy zatem upewnił się, że Christine w istocie go posłuchała i bezpiecznie trafiła prosto do łóżka, zakończył swoją bezcelową wędrówkę po gmachu i wrócił do siebie, tym razem zwyczajowo omijając kaplicę szerokim łukiem. Nie było powodu, by bardziej narażać się Bogu, skoro i tak pisane już mu były ognie piekielne.
Od razu napisał najpotrzebniejsze dyspozycje do najistotniejszych logistycznie osób w Operze, skupiając swoją uwagę na stróżu, Jean-Claude, który miał bezwzględie wpuszczać dziewczynkę do budynku, niezważając na godzinę i okoliczności, oraz nie zadawać żadnych pytań.
Pracował na najwyższych obrotach, by wszystko, co najpotrzebniejsze było dopięte na ostatni guzik, by następnego ranka wszystko przebiegło gładko. Czuł rodzaj ekscytującego niepokoju przed nieznanym, który napędzał go do tej szaleńczej pracy.
Kiedy jednak wreszcie przyłożył głowę do poduszki, jego serce rozpierała dziwna lekkość, której nie czuł… w zasadzie nigdy. Nie była to kwestia jedynie miłego połechtania ego, o nie! Czuł, że serce po raz pierwszy służyło mu do czegoś innego niż pompowania krwi; że jest w stanie czuć to, co czują inne serca. A biło ono radosnym rytmem wskutek spotkania z tą wyjątkową młodziutką duszą, dającą nadzieję na odmianę jego nędznego losu zjawy. Myśli wypełniały mu tylko dwa słowa: „Anioł Muzyki".
Nie musiał długo czekać, aż Morfeusz weźmie go w swoje objęcia. Zasnął spokojnym, błogim snem. Z uśmiechem na ustach.
Nie mógł bowiem przestać myśleć o tym, że tytuł Anioła Muzyki brzmiał bądź co bądź o niebo lepiej niż Anioła Śmierci.
