Wielu o nim mówiło, ale nikt nie wiedział, skąd przybył. Krążyły tylko plotki, domniemania, szepty na przyjęciach o potencjale tego chłopca, jeszcze nie mężczyzny, co tym bardziej wzbudzało aurę tajemnicy, która owijała się wokół niego jak wąż. Mówiono o niezwykłej potędze, o błyskotliwym umyśle i charyzmie, która oczarowała wszystkich wokół. Niektórzy twierdzili, że widzieli go rzucającego zaklęcia i klątwy, których doświadczeni czarownicy nie opanowaliby nawet, gdyby dwukrotnie przeżyli życie, inni zaś szeptali o mrocznej przeszłości, powiązaniach ze starymi rodami. Kim on był? Skąd czerpał moc i jakie miał zamiary?

Plotki narastały jak kula śnieżna, owijając w legendę chłopca, który nie osiągnął jeszcze nic, który nie zrobił absolutnie nic, prócz próby przeżycia. I to najwidoczniej wystarczyło, by oczy całego magicznego świata zwróciły się ku niemu, a Wielkie Rody niczym wampiry obnażyły kły, gotowe wyssać z niego ostatnią kroplę krwi, by tylko wzmocnić swe wpływy.

On tymczasem siedział w swoim dormitorium, dłubiąc dłutem po kosturze, którego powierzchnia pokryta była gęstym gąszczem runów wyrytych z precyzją mistrza. Jego młode, chude dłonie pracowały z rzemieślniczą precyzją mistrza, zielone oczy z determinacją obserwowały powstające kształty i zauważały każde niedociągnięcie, które zaraz poprawiał. Nie zważał na szepty kolegów, siedzących dwa łóżka od niego, którzy marszcząc brwi komentowali jego dzieło lub to, z jakiego powodu ono powstawało.

Ten kostur nie był zwykłym przedmiotem, którego zadaniem było przenoszenie zaklęć i magii, nie był jak różdżka, która w dłoni czarodzieja stawała się błyskawicznym nośnikiem werbalizowanej woli. To było coś więcej, dzieło stworzone na podstawach trzech nauk magicznego świata – klątw, runów i alchemii. Tego ostatniego sam się po sobie nie spodziewał, ale była niezbędna, jeśli chciał wzmocnić swoje magiczne powiązanie z bronią – bo tym właśnie był kostur, bronią i niczym więcej. Runy pozwalały na spersonalizowanie zaklęć, używanie tylko ograniczonej ich puli w zamian za wzmocnienie ich siły, dzięki alchemii miał pewność, że kostur stanie się dla niego niczym przedłużenie własnej woli, być może zaskoczy go i zadziała sam w krytycznym momencie, a klątwy… cóż, sama magia była klątwą jak się przekonał ostatnimi czasy, a klątwa rzucona na samego siebie mogła być najlepszą ochroną przed klątwą przeciwnika.

Ukończył pracę i z jego ust wydarło się westchnienie ulgi i dumy. Uniósł broń poziomo na wysokości oczy i przyjrzał się jej ostatni raz, zanim odłożył kostur na łóżko i przykrył go kocem. Zbyt długie trzymanie lub nawet patrzenie na przeklęty kostur nie wpływało dobrze na nikogo, a wolał uniknąć obłędu przynajmniej do czasu pojedynku.

Szepty kolegów z dormitorium wzmogły się, jakby koniec jego pracy był dla nich sygnałem, że mogą w końcu pozwolić sobie na trochę rozgardiaszu.

– Nie, to nie to, on by przecież nigdy…

– Ale to przecież bez sensu, dlaczego oni…

– Chcą się pozabijać.

Nie spojrzał w ich stronę, choć słyszał strach i obawę w ich głosach i coś na wzór desperacji, niczym jęk bólu ściśniętego umysłu. Podszedł do okna, by spojrzeć na księżyc w pełni.

W głowie pojawiło mu się jakieś imię, przemknęło przez skrzywione koleje jego myśli, rozbiło się o ścianę i rozpadło, pozostawiając po sobie okruchy, których nie potrafił poskładać w całość. Opierając się o parapet i wyginając palce znów, tak samo jak przez całe ostatnie pół roku, miał wrażenie, że coś było nie tak, że wszystko jest nie tak i nawet niebo wygląda inaczej niż zwykle. To było jak patrzenie na słońce, które wschodzi na zachodzie i zachodzi na wschodzie, podczas gdy kompas wskazywał, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Nie usłyszał pukania do drzwi, odwrócił głowę w momencie, gdy gość, który nieproszony wszedł do dormitorium, zamykał za sobą drzwi. Długie, ciemne włosy przy których najgłębsza noc wydaje się jasna związała w wymyślny warkocz, w który wplotła błękitne i srebrne kryształy błyszczące niemal równie jasno jak jej oczy. Spojrzała wprost na niego wzrokiem tak przeszywającym, że poczuł się przy niej nagi i powstrzymał odruch, by się skulić. Nie był już tą samą osobą, którą znalazła na błoniach szkoły przed sześcioma miesiącami i ona również o tym wiedziała. Ruszyła w jego stronę ignorując dwójkę siedzącą na łóżku tak, jak ignoruje się kamień na górskiej drodze. Jej błękitny płaszcz zafalował krótko i unosił lekko nad podłogą, by nawet jeden gram pyłu nie tknął materiału. Jej obcasy stukały rytmicznie na kamiennej posadzce, aż nie zatrzymała się przed nim i nawet mimo tego że je założyła, sięgała mu trochę ponad ramię.

Mimo to miał wrażenie, że patrzy na niego z góry, a on klęczy przed nią i z pokorą zgina kark.

Pozbył się szybko tej myśli i prawie potrząsnął przy tym głową.

Uśmiech rozkwitł na jej ustach, niebezpiecznie niepozorny jak kolce róż.

– To już jutro – powiedziała melodyjnie, nie odrywając od niego wzroku. – Mam nadzieję, że wziąłeś sobie moje rady do serca i się przygotowałeś. Nie chciałabym zeskrobywać z podłogi tego, co z ciebie pozostanie, jeśli popełnisz w walce z Gideon jakikolwiek błąd.

– Nie popełnię błędu – zapewnił ją. – Jestem w pełni przygotowany.

Sam w to nie wierzysz głupcze, przeszło mu przez myśl. Przygotowałeś się, to fakt. Masz kostur, w którego wlałeś tyle magii, że nie wykorzystasz jej przez miesiąc, ale czy to wystarczy? Gideon ma wieloletnie wyszkolenie, a ty tylko to cholerne szczęście, przez które stoisz tutaj, przed nią, w tej szkole. Tylko szczęście.

Niespodziewanie położyła mu dłoń na piersi, a on wstrzymał oddech, czując jak serce mu przyspiesza i zaczyna tłuc o żebra, jakby chciało trafić w jej palce.

– Rhena – szepnął, próbując się cofnąć przed jej dotykiem. Czasami, tylko czasami, dotyk innego czarodzieja potrafił być niebezpieczny, zwłaszcza w chwilach takiego zdenerwowania, jakie targało nim od kilku ostatnich dni. Kłótnia w Wielkiej Sali, bójka, rzucone rękawice i przyjęte wyzwanie na pojedynek, który miał się rozstrzygnąć już wkrótce.

Dziewczyna cofnęła dłoń.

– Pamiętaj, że wygrana jest wszystkim – powiedziała, a jej głos był niczym zimny powiew wiatru niosący ze sobą zapach śmierci. – Przegrana nie wchodzi w grę. Gideona przepełnia duma i pycha, wykorzystaj to i nie pozwól, by twoja własna duma i pycha zaślepiła ciebie. W Nox Maledicta nie ma reguł, Harry, nie ma zasad, których powinniśmy się trzymać. Wszystko jest dozwolone, jeśli tylko wyjdziesz zwycięsko, rozumiesz mnie?

Harry wziął głęboki wdech i kiwnął głową, a spojrzenie Rheny się wyostrzyło. Postąpiła szybki krok w jego stronę i stała teraz tak blisko, że dzieliły ich centymetry. Nim spróbował cokolwiek powiedzieć, zaprotestować, czy odsunąć ją od siebie, chwyciła go za koszulę i stając na palcach zaczęła szeptać tuż przy jego szyi.

– Zabij go, Harry. Obraził mnie i mój ród, ale przede wszystkim obraził ciebie. Nie możesz pozwolić sobie na taką zniewagę, nie teraz, gdy wszystkie oczy skupione są na tobie. Póki trwasz w Nox Maledicta każdy twój ruch musi być obliczony na zysk, bo jeśli przegrasz, jeśli popełnisz błąd, stracisz wszystko to, co przez ostatnie miesiące zdobyłeś. Sława jest krucha, wsparcie może zostać wycofane, znajomości zerwane. Pamiętaj.

Patrzył jej w oczy, zrozumiał że nieświadomie wstrzymuje oddech, a świat skurczył się, zwęził tylko do niej, nawet nie do jej słów, a samej postaci, sylwetki, jej srebrnych i wielkich jak dwa księżyce oczu i karminowych ust. Te natarczywe myśli jakby same wepchnęły się mu do głowy, jego usta przy jej ustach, pocałunek, w którymś momencie wyobraził ją sobie nagą i ledwo zmusił się, by odegnać tą myśl. Na powrót skupił się na tym, co mówiła, a cała reszta, te głupie myśli, wyparowały.

– Zabij go – powtórzyła, a on pokiwał głowy.

– I tak nie da mi większego wyboru – odpowiedział jej równie cicho i zerknął na dwóch chłopaków grających w karty na łóżku, udających że wcale nie podsłuchują. Harry dostrzegł jeden, niewielki run na pelerynie Rheny i kąciki jego ust podskoczyły. – A jednak wyszyłaś ten run, tak jak ci powiedziałem.

Rhena odskoczyła od niego jakby sparzył ją tymi słowami i syknęła przez zaciśnięte usta jak wąż. W takich chwilach dziwił się, że wybrała Ravenclaw a nie Slytherin. Jej dłoń sięgnęła do naszytego runu, Harry wyczuł jak dezaktywuje zaklęcie ciszy wokół nich.

– To wszystko, co miałam ci do powiedzenia – rzuciła głośniejszym tonem. – Bądź ostrożny i nie daj się zabić, nie lekceważ Gideona, nie jest pierwszym lepszym czarodziejem z jakiejś szlamowatej rodziny. To czystokrwisty dziedzic i…

– Wiem, wiem – przerwał jej Harry unosząc dłoń. Wiedział, że wygląda to lekceważąco, ale o tym kim jest i miał zostać Gideon nasłuchał się już wystarczająco przy zbyt wielu okazjach.

Rhena wywróciła oczami tak, jakby namowy do zabicia Gideona sprzed chwili były tylko żartem. Nie były, Harry wiedział to doskonale. Nox Maledicta nie jest grą, w której dwie strony mogą skończyć na podium. A podium było jedno.

Gdy Rhena wyszła, Harry spojrzał na współlokatorów. Evana i Alricka, obaj byli dość przeciętnymi czarodziejami, ale ich rodziny były bogate, więc pozwolono im zająć dormitorium arystokratów, do którego później wprowadził się Harry.

Nie jestem bogaty, pomyślał z przekąsem, podchodząc do łóżka i odsłaniając kostur. Nie pochodzę z żadnego Wielkiego Domu… chyba nie. Może gdybym tylko sobie przypomniał, co się działo, zanim tu trafiłem… zanim Rhena znalazła mnie z rozbitą głową.

Pamiętał jedynie ostatnie pół roku, ale wszystko przed tym okresem było zamazane, istniało ale nie dało się odczytać, a Harry'ego coraz bardziej irytowało, że jego umysł nałożył aż tak problematyczne kajdany na jego wspomnienia. Próbował już wszystkiego, zaklęć, myślodsiewni, eliksirów, okulmencji i leglimencji i wszystko to pomogło nie więcej jak kopnięcie przydrożnego kamyka. Rhena znalazła go z rozbitą głową, została mu po tym specyficzna blizna na czole. Wymacał ją odruchowo, mówili mu że to kształt błyskawicy i nie wygląda tak źle, choć Harry miał przecież lustro i mógł się w nim przyjrzeć. Blizna przechodziła od linii włosów po brew, rozgałęziała się tak, jak rozgałęziała się błyskawica, którą widzi się tylko przez ułamek sekundy. Usunięcie jej było niemożliwe, ale teraz i tak nie mógłby tego zrobić.

W Nox Maledicta, Nocy Klątw, która określała momenty szczytowe politycznych wojen rodów, ta właśnie blizna stała się jego znakiem rozpoznawczym. Chłopiec z błyskawicą na czole, chłopiec z piętnem, naznaczony… Niektórzy nazywali go „Oznaczonym przez Ciemność", biorąc pod uwagę okoliczności, w jakich go znaleziono.

Harry nadal wzdrygał się na to wspomnienie, pierwsze jakie miał. Czy gdyby pamiętał własne narodziny, byłoby to podobne uczucie? Sięgnięcie pamięcią do początku, do tego, co wyryło się w jego oczach tak boleśnie, że wolałby nie pamiętać?

Potrząsnął głową i chwycił kostur, podniósł go i podrzucił w ręce. U dołu wyrysował run tarczy, było to najważniejsze zaklęcie w jego asortymencie, a reszta zaklęć była głównie ofensywna. Dobry czarodziej poradzi sobie w każdej sytuacji z pomocą pięciu lub sześciu zaklęć, tak powiadał ich nauczyciel zaklęć.

Harry z jakiegoś powodu do tych sześciu dodał jeszcze jedno, siódme, którego przeznaczenia nie znał, a jego opisu nie znalazł w żadnej książce, w żadnym zbiorze. Przejechał palcami po runach oznaczających słowo i wyszeptał je cicho, czując dziwny ucisk w skroniach.

– Expeliarmus…

Kiedyś używał tego zaklęcia, był tego bardziej niż pewny. Nagle serce ścisnął mu niespodziewany żal. W głowie zawirowało, usiadł ciężko i bezwolnie, jakby jego własne ciało przez jedną sekundę nie należało do niego, a w głowie pojawił się obcy głos. Nie, nie głos, bo nie był jeden. Cała grupa głosów, kobiece, męskie, głosy dochodzące z oddali i głosy tak zniekształcone, że nie mógł ich zrozumieć. Coraz bardziej natarczywe, aż zacisnął palce na nosie, z którego niespodziewanie buchnęła krew.

„Harry"! – wołały.

„Harry, wracaj"!.

„Gdzie jest Harry"?

„Potter! Nie bądź głupi!"

Krew skapywała mu na spodnie, pochylił się gwałtownie, gdy skręciło go w brzuchu. Słyszał jak Evan i Alrick wstają i niepewnie podchodzą do niego. Bali się go, bo…

„Nie zrobię tego, Profesorze, nie dam się zabić"

Czy to był jego własny głos?

„A więc jesteś… Chłopiec, który przeżył…"

Głos tak cichy, tak złowieszczy, że ciarki przeszły mu po plecach.

„Harry, słyszysz mnie? Nic ci nie będzie".

„Masz oczy swojej matki".

„Zaklęcie uśmiercające. Znam tylko jedną osobę, która to przeżyła".

„Jesteś taki sam jak twój ojciec! Leniwy, arogancki…"!

„Uratowałeś mi życie, Harry".

„Dzięki, Harry".

„Żegnaj, Harry".

„Jestem Harry… tylko Harry".

Otworzył gwałtownie oczy, puścił zaciskany dotąd nos i wciągnął powietrze w płuca tak, jakby wyskoczył spod wody w której nurkował zbyt długo.

„Crucio"!

Coś wygięło jego ciało w łuk, ból rozszedł się po jego ciele jak zaraza – zajął kości, mięśnie, wnętrzności, rozerwał mu trzewia, ścisnął gardło i serce, przez jedną krótką chwilę Harry myślał, że umrze. Ból ustał nagle i wrócił ze zdwojoną siła nie pozwalając mu nawet na krzyk.

„CRUCIO!"

Znał to zaklęcie. Tylko skąd, kto je rzucał?! Na Merlina, niech tylko się dowie, kto je rzuca, a znajdzie go, dorwie, zabije, rozerwie na strzępy!

„Musisz tego chcieć, Harry… Zrób to, zasłużyła na to".

„Chłopiec z przepowiedni"

„Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana"!

„Nie wymawiaj jego…"

„Jesteś wybrańcem, Harry"

„Nie mogę tego zrobić, profesorze… Nie potrafię"

Harry poczuł uścisk palców na ramieniu, tak ciepły i przyjazny… uścisk przyjaciela.

„Czasami każdy z nas wątpi, ale to jeszcze nie jest powód, by się poddawać. Poddać się oznacza porzucić wszystko, co się kocha, mój chłopcze, a ja wiem, że ty, tak samo jak ja nie jesteś w stanie poddać się w pełni. Przepowiednia spełni się czy tego chcemy, czy nie, ale to my możemy wybrać sposób, w jaki się dokona i możemy mieć tylko nadzieję, że postąpimy właściwie".

„CRUCIO! CRUCIO! CRUCIO"!

Ból, nieznośny ucisk dłoni na gardle. Harry zaczął charczeć, odpychać wspomnienia, czuł, że coś go zabija. To zaklęcie, ten głos, znał je przecież, tylko nie potrafił sobie przypomnieć. Zaciskał powieki, kopał nogami, wyginał ciało tak, że wciskał się w łóżko, by być jak najdalej od tych białych, duszących go dłoni.

„Harry! Otwórz oczy! Błagam, otwórz oczy"!

Głos Hermiony, potrafił go już rozpoznać. Tylko skąd to wiedział? Skąd znał jej imię, jak dopasował do niego głos? Nieważne, otworzył oczy. Ujrzał bladą twarz, wściekle czerwone oczy i mrugnął, strach na ułamek sekundy go sparaliżował na ten widok, a później się rozmył, ukazując rzeczywistość. Evan siedział na jego piersi, zaciskał mocno usta z wysiłku, a po jego czole płynął pot. Jego obie ręce zaciskały się na szyi Harry'ego jak imadło, a świat ciemniał. Odcinało go od rzeczywistości.

– Trzymaj go, Ev! Zaraz wyzionie ducha!

Harry wrzasnął w myślach, zawarczał, spróbował się wyrwać, wykrzyczeć Evanowi w twarz co o nim myśli, ale zdołał się tylko opluć. Evan natomiast napinał każdy mięsień ciała, by go udusić. Harry uderzył go w zgięcie łokcia, ciągnął za palce, ale nic to nie dawało. Zupełnie nic.

Srebrne loki Evana kleiły mu się do czoła, z ust ściekała ślina, trzaskał zębami i dyszał, a Harry czuł, jak język ucieka mu do gardła. I jak to właśnie gardło jest miażdżone. Nie miał już siły walczyć, świat pociemniał, twarz Evana zniknęła.

Gdybym tylko miał jakąś ochronę, płaszcz-tarczę jak Rhena. Tarczę…

Nim wszystko pociemniało, jakaś fala oplotła Harry'ego w prędkością błyskawicy i uścisk natychmiast zelżał. Rozległ się trzask i huk uderzenia, po nim ludzki wrzask, paniczny i przerażony. Po odzyskaniu oddechu Harry zaciągnął się powietrzem tak zachłannie jak nigdy wcześniej i zaraz rozkaszlał. Obrócił się na bok, ślinił się z wysiłku i powoli odzyskiwał siły. Kątem oka widział Alricka z różdżką w dłoni, którą celował w niego, ale z rozdziawionymi ustami patrzył w bok. Harry też tam spojrzał.

Pod ścianą leżał Evan, wrzeszczący i płaczący wyciągał przed siebie ręce… a raczej kikuty rąk, bo nie miał ich, zostały urwane w łokciach, jedna z nich leżała na łóżku, rosła wokół niej czerwona, wilgotna kałuża, a druga ręka wystrzeliła na podłogę, rozpryskując wszędzie szkarłat. Evan darł się, wył, gapił w Harry'ego.

– Coś ty mi zrobił?! NAPRAW MNIE! NAPRAW, KURWA! – wrzeszczał, celując w niego kikutami z których tryskała krew.

Harry spojrzał na Alricka, który nadal się nie otrząsnął. To była jedyna szansa. Rzucił się na niego, bez problemu wyrwał mu różdżkę z dłoni i uderzył w twarz tak mocno, że ten wywalił się na plecy.

Harry odrzucił różdżkę, nigdy ich nie lubił. Małe, parszywe ustrojstwa, które przenosiły tylko nieznaczne grudki moce nazywane zaklęciami. Sięgnął po swójk kostur zerkając przy tym na runy. Runa tarczy jarzyła się błękitem, to ona odpaliła się sama i uratowała mu życie.

Dzięki niech będzie alchemii, pomyślał z ulgą. Gdyby nie te ostatnie poprawki, w tym momencie leżałby tutaj martwy.

Stanął przed Evanem, nie obejrzał się nawet na Alricka, który powoli się podnosił. Zamiast tego owinął się tarczą i zostawił jej nikły ślad w postaci obłoku wokół jego sylwetki. Spojrzał w stronę drzwi i rozciągnął barierę też na nią, by nikt ciekawski nie wpadł do środka. Brakowało mu tylko zaklęcia wygłuszającego, ale podczas Nox Maledicta krzyki były równie naturalne co śpiew ptaków.

– Ty parszywy robaku – rzekł sucho Harry. – Wybrałem ten pokój, bo myślałem, że nie bierzecie czynnego udziału w Nox Maledicta. Wasza rodzina nigdy tego nie robiła, a teraz to? Ty próbowałeś zabić mnie? Mnie?! – wrzasnął, uderzając go końcem laski w twarz. Evan przewalił się na bok, szlochając, a Harry kontynuował. – Powinienem wyrwać ci też nogi, ale oszczędzę ci je, jeśli odpowiesz na moje pytanie. Kto ci kazał?

Evan płakał jak bóbr, nie miał już siły krzyczeć, opuścił krwawiące kikuty, a jego blada jak płótno twarz przestała wyrażać jakiekolwiek emocje. Harry znów uderzył go drągiem w twarz, ale to nie wywołało już żadnego efektu. Evan tylko przewalił się na bok i nie miał nawet na tyle przyzwoitości żeby zamknąć oczy gdy umierał.

Harry zacisnął zęby i splunął na ciało. Później odwrócił się do Alricka.

– Mów kto wam kazał.

– To był jego pomysł! Jemu kazali! Ja tylko… ja tylko chciałem mu pomóc.

Harry skrzywił się.

– Chciałeś mu pomóc? – zapytał z niedowierzaniem. – CHCIAŁEŚ?! Zabić mnie?

– Źle to ująłem, Harry! – zawołał, unosząc dłonie i cofając się w stronę łazienki. Problem w tym, że pomiędzy nim a drzwiami był stół, na który wpadł. Posypały się naczynia, jeden piękny kieliszek do połowy pełny jakiegoś szampana rozbił się na podłodze. Alrick zaczął płakać. – Harry… błagam cię, litości. Oszczędź mnie!

Jeśli okażesz litość to tak, jakbyś powiedział swoim wrogom, że można ci splunąć w twarz bez konsekwencji, przypomniał sobie słowa Rheny.

I podjął decyzję.

– Nie wiesz, kto go najął – szepnął. – Więc nie masz dla mnie żadnej wartości. Żal mi tylko twojej matki.

– Harry… NIE!

Alrick próbował ratować się padnięciem na ziemię, ale Harry już uderzył kosturem w podłogę. Kamień pękł, fala ruszyła do przodu, zaklęcie tnące spełniło swoją rolę. Jedno cięcie rozpoławiające wszystko na swojej drodze. Podłogę, meble, naczynia… ciało Alricka, którego jedna część upadła na rozcięty stół, druga na podłogę. Krew prysnęła po sam sufit, tworząc ślad niczym linię przecinającą część ich dormitorium, flaki i jelita wysunęły się z wnętrza ciała i z plaśnięciem spadły na podłogę.

Harry opuścił tarcze poczuł smród i mdłości, uleciały z niego gniew i furia, opuściły go siły i usiadł na swoim łóżku. Ręka Evana leżała na jego poduszkach i zrzucił ją prostym gestem. Evan i Alrick… co w nich wstąpiło? Ich rodziny nigdy się nie angażowały w tą wojnę… Rhena opowiedziała mu o wszystkim, co powinien wiedzieć i Harry znalazł potwierdzenie dla każdej z informacji. Ale teraz nastała zmiana.

A to znaczyło, że Harry zdobył jakiegoś wpływowego wroga. Na tyle wpływowego, że przekonał lub zmusił Evana do wzięcia udziału w Nox Maledicta, jednego z najbogatszych studentów Hogwartu.

Harry zamknął oczy i położył się na plecy. Musiał kogoś zawołać, dwa ciała trzeba było sprzątnąć, ale nie miał siły się podnieść. Klątwa cruciatusa i zdrada Evana go wykończyły. Do tego głosy w jego głowie się nie uciszyły. Nie zdawał sobie z tego sprawy, ale słyszał je przez cały czas tego krótkiego starcia, wołały do niego jak spod tafli wody, przychodziły i odchodziły, były ich setki, setki słów, setki rozmów, nie spamiętał wszystkich, ale kilka z nich, wyraźniejszych niż te pozostałe, zostały z nim. Znał też imiona. Czy to imiona ludzi, których kiedyś znał?

Ron, Hermiona… te dwa były szczególnie dziwnie znajome. Dumbledore… to nazwisko znał całkiem dobrze, czytał o nim w jakiejś książce od historii. Stary ród magiczny, bardzo stary, nie żył już żaden jego potomek.

Pamiętał też Hogwart. To już wiedział, krążąc po szkole miał nieodparte wrażenie, że zna jej korytarze, potrafił się po tutaj poruszać, znajdował tajne przejścia, ale nadal coś było nie tak. Czasami się gubił, jakby Hogwart z jego pamięci, a Hogwart z teraźniejszości były dwiema innymi szkołami.

I może rzeczywiście tak było? Pamięć płatała ludziom figle, a już zwłaszcza po tym, jak się ją straciło.

– Potter – szepnął, smakując w ustach to nazwisko. Czy to jego nazwisko? Czy należał do tego rodu? Czy był to Wielki czy Mniejszy ród? Czy to w ogóle było nazwisko rodziny czarodziejskiej? Obiecał sobie sprawdzić to jak najszybciej. Gdyby Evan lub Alrick żyli, mógłby ich zapytać. W Nox Maledicta ich orężem nie były kostury ani różdżki, a informacje i złoto, tym walczyli od lat, ale teraz nie było o czym mówić.

Jestem Harry… tylko Harry.

Zamknął powoli oczy.

– Prześpię się troszkę – powiedział w przestrzeń, jakby chciał usprawiedliwić własną słabość. – Obudź mnie wcześnie, Ron, muszę się przygotować.

W momencie gdy wypowiedział te słowa, na sekundę zanim porwał go sen pomyślał, że to głupie prosić o to Rona. Przecież on zawsze spał jak kamień i to Hermiona musiała ich obu zrzucać z łóżek, ale… kim właściwie była Hermiona?