Harry wyrwał się ze snu tak gwałtownie, że zakręciło mu się w głowie i prawie od razu zwymiotował. Z trudem powstrzymał mdłości podchodzące mu do gardła, zgiął się, a później prędko wstał z łóżka ogarniając wzrokiem pomieszczenie. Ostatnie wydarzenia spadły na niego jak młot na kowadło. Evan leżał pod ścianą bez rąk, a rozcięty w pół Alrick na środku ich dormitorium.

I ja poszedłem spać jak gdyby nigdy nic, pomyślał z przerażeniem, otwierając szeroko oczy i nie mogąc oderwać ich od pobojowiska. Nox Maledicta nie zna litości i nie wybacza. Powoli docierało do niego, że zabił synów dwóch Wielkich Rodów, a to nie było coś, co można było łatwo wybaczyć – to było coś, za co się mści. Kolejni wrogowie na jego koncie.

To nic w porównaniu z Tomem, pomyślał i zawahał się. Tom? To imię było mu znajome, ale jaki znowu Tom? Na świecie było wielu Tomów, jeśli się nie mylił to dwóch było nawet w Hogwarcie.

Harry przestał się tym zadręczać, myśli nadal były tylko myślami, a miał dwa trupy do ogarnięcia. Gdyby nie byli z Wielkich Rodów to wydarzenie mogłoby mu ujść na sucho, wezwałby profesora, wyjaśnił sprawę, przeprowadził rozmowę z dyrektorką i wszystko byłoby w porządku. Tak przynajmniej miał nadzieję, ale teraz mógł zdobyć potężnych wrogów, jeśli tak to zostawi.

To chyba właśnie ta myśl go obudziła. Dwa ciała w jego pokoju i straszny smród. Spojrzał na dłonie, krew na nich zakrzepła i zmieniła się w drugą warstwę skóry. Przeszedł nad ciałem Alricka i wykorzystał te ostatnie minuty przed świtem na dokładne umycie się. Prysznic nijak go nie odświeżył, nadal czuł się brudny. Zabicie Alricka było tak proste.

Czy w przeszłości zabijałem?

Przez ostatnie sześć miesięcy nikogo nie zabił, Nox Maledicta nie było jeszcze w tak brutalnej fazie, ale brał udział w kilku pojedynkach i grach polegających na rywalizacji. Zawsze jakoś mu się udawało. Ale teraz? Jak miał ukryć dwa ciała?

Założył świeżą szatę, bezskutecznie próbował uczesać włosy, owinął kostur materiałem i nakreślił krótką notkę na pergaminie zaklinając ją tak, by tylko osoba do której ją adresował mogła odszyfrować treść. Przed wyjściem ostatni raz spojrzał na swoje ofiary i pomyślał, że ich matki będą zdruzgotane.

A jego matka, jeśli w ogóle żyła, jakoś go nie szukała. Miał w ogóle jakąkolwiek rodzinę? Przez ostatnie pół roku był na ustach tylu ludzi, że jego rodzice mogliby usłyszeć o nim tysiąc razy. No i jego imię też nie było zbyt popularne.

Z tą myślą wyszedł z pokoju i zaraz na powrót zapieczętował drzwi. Nie mógł pozwolić, by ktokolwiek wszedł do środka i odkrył tą rzeź.

Nogi same wyniosły go z domu Gryffindoru i zbiegł po schodach na dół w rekordowym tempie. Dotarł do przedsionka Wielkiej Sali i klasnął w dłonie dwa razy. Niewielka małpka owinięta tym razem w kolorowe ręczniki ze skarpetami na uszach zeskoczyła z sufitu i porwała liścik z jego dłoni. Podskoczyła dwa razy mówiąc coś do niego po małpiemu.

– Zanieś to Rhenie z Ravenclawu, siódmy rocznik, powiedz jej, że to pilne. Najlepiej ją obudź.

Małpa znów się rozgadała, a Harry westchnął.

– Nie! Mam gdzieś, że śpi. Wierz mi, wolałaby zostać obudzona dziesięć razy niż nie wstać, gdy jej potrzebuje, więc obudzisz ją, dasz jej ten cholerny liścik, a ja nie rozsmaruję cię na tych schodach gdy znów cię zobaczę, zgoda?

Małpa pokiwała ochoczo głową, szczerząc kolorowe zęby. Harry uniósł brew.

– Co to? Jadłeś farbę?

Znów kiwnięcie i małpa ruszyła w swoją stronę, trajkotając po małpiemu jak szalona. Harry widząc to miał już niemal pewność, że gdy tylko wejdzie do dormitorium Rheny obudzi wszystkie jej współlokatorki, a później one będą się na niej mścić, że przez głupi liścik do niej musiały wstać tak wcześniej. Rhena przeżyje paskudny dzień i wyżyje się na nim za to, że był tak głupi poprzedniej nocy.

I tak to będzie wyglądało… a wystarczyło nie rozcinać Alricka jak zasłony!

Pogodzony z błędem rozejrzał się wokół. Była czwarta rano, zaraz wzejdzie słońce, a on był na nogach. W ciągu ostatniego pół roku nie wstał tak wcześnie ani razu i zdezorientowany nie wiedział, co robić. Co robią ludzie, którzy wstają tak wcześnie? Uczą się? Pracują? Spacerują zabijając wolny czas? Robią śniadanie?

Wszedłby do Wielkiej Sali gdyby sądził, że miało to jakiś sens, ale zrezygnował gdy uznał, że nikogo tam nie będzie, a skrzaty nie przygotowują śniadania tak wcześnie. Skierował się więc do wyjścia ze szkoły, kierowany bardziej instynktem niż realną potrzebą. Spacer, oczyszczenie myśli, tego właśnie potrzebował i tego pójdzie szukać.

Oddychał głęboko, starając się oczyścić umysł tak, jak uczył się podczas nauki bardziej skomplikowanych zaklęć. Stać się jednością z zaklęciem, niech ono będzie tobą, a ty nim, klątwa jest tylko i wyłącznie inkarnacją twoją woli, a słowa werbalizacją i nakreśleniem myśli. Rozumiejąc tą zasadę zrozumiał istotę magii, jeśli w ogóle ktokolwiek mógł powiedzieć, że rozumie magię. Magia była jedną wielką zagadką. Prawda, mieli różdżki, mieli całą paletę różnorakich zaklęć, ale Harry uważał że magia jest czymś więcej wypowiadaniem zaklęć, a Rhena szybko nakierowała go na odpowiednie tory.

Runy, alchemia, klątwy, rytuały, przysięgi, wszystko to, czego nie można było osiągnąć z pomocą zwykłej różdżki i zaklęcia było nieporównywalnie potężniejsze. Jego kostur był czymś w rodzaju nośnika tego typu magii, starszej, cięższej, o wiele bardziej wyniszczającej. Dzięki niemu mógłby wpłynąć na świat, na pogodę na przykład. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że w dowolnym momencie mógłby wezwać deszcz, że mógłby rozpętać burzę ognia, otworzyć ziemię i rozbić umysły każdej żywej istoty w zasięgu wzroku. Gdyby miał dość czasu na wyrysowanie odpowiednich kręgów nie byłoby rzeczy, której nie dałby rady zrobić. Wszystko było w zasięgu jego ręki, dosłownie wszystko.

I miał zamiar to wziąć. Tylko głupiec by się teraz wycofał.

Wezmę to, pomyślał powziąwszy tę decyzję już dawno i ponownie się w niej utwierdzając. Stanę się na tyle potężny, że Wielkie Rody padną przede mną na kolana, Acasterowie, Claremontowie, Islingonowie, Malfoyowie i wszyscy pozostali. A jeśli się sprzeciwią…

– Ale masz paskudną minę, chłopie.

Harry nie wzdrygnął się, nie wykonał najmniejszego ruchu wykazującego zaskoczenie. Po zatrzymał się i spojrzał w bok, czując jak niemal staje mu serce. Niech to, kiedy ostatnio dał się tak zaskoczyć? Chyba podczas nauk dawanych mu przez Rhenę, a kobieta przed nim nie była nią. Była wysoka, jej burza czarnych loków budziła podziw, a kilka siwych pasemek dodawało uroku. Miała młodą twarz, na której praktycznie nie dało się dostrzec zmarszczek, tak niewiele ich było, ale czarne niczym studnie oczy kryły za sobą lata walk, wiedzy i zgrozy, tego Harry był pewny. Widział już to spojrzenie, raz czy dwa, ale tyle wystarczyło, by je rozpoznać.

Ukłonił się lekko w przywitaniu. Nie znał tej kobiety, ale nie wyczuwał też, by miała złe zamiary. Jej magia była gładka i ostra jak sztylet stworzony z wody. Dygnęła przed nim teatralnie.

– Wybacz, nie przedstawiłam się. Bellatrix z rodu Black.

– Harry – odpowiedział jej sucho.

– Harry z…?

– Po prostu Harry.

– A więc to prawda, że nie pamiętasz nazwy swojego rodu – odpowiedziała głosem w którym nie było krztyny zaskoczenia. – To dość dziwne, nieprawdaż? Pamiętasz swoje imię, ale imię domu zatarło ci się w pamięci. Czyżby było aż tak nieznaczące?

Potter, pomyślał. Harry z rodu Potterów, być może dziedzic. Ale nie powiem ci tego, Bellatrix, bo twój dom znaczy tyle co brud pod paznokciami skrzata.

Harry w odpowiedzi podszedł do niej, obrzucił ją oceniającym spojrzeniem od stóp do głów i mruknął coś tak, by go usłyszała ale niezrozumiała. Po tym obszedł ją wokół jak kupiec oceniający klacz. Twarz Bellatrix tymczasem purpurowiała, ale wiedziała, że jeśli jakkolwiek go teraz obrazi, będzie mógł zażądać satysfakcji, a wtedy zabiłby jej brata, kuzyna albo ojca w pojedynku. Blackowie słynęli ze swoich umiejętności czarodziejskich, ale z tego powodu też tylu ich zginęło, że pozostałości rodu można by policzyć na palcach jednej ręki, podczas gdy inne rozgałęziały się na kilka szczepów kuzynostwa.

A Harry, mimo że nie należał oficjalnie do żadnej arystokrackiej rodziny, był przez nie uważnie obserwowany i w chwili zagrożenia mógłby przyjąć wiele ofert pomocy od rodzin, które miały środki by zmieść Blacków z powierzchni ziemi. Dlatego też Bellatrix stała grzecznie i pozwalała się upokarzać.

Harry nie mógł powiedzieć, że mu się to podobało, ale przynajmniej Bellatrix była piękną kobietą. Gdy skończył, wzruszył tylko ramionami i zapytał.

– Czego ode mnie chcesz, panno Black?

Uśmiechnęła się do niego krwiożerczo.

– Od ciebie, Harry? Nie pochlebiaj sobie, nic od ciebie nie chcę. Spotkanie cie tutaj o tej porze było tak przypadkowe, jak tylko mogło. Wierz mi, Harry, mam nieodparte wrażenie że spotkanie z trollem byłoby dla mnie przyjemniejszym doświadczeniem. Przybyłam tutaj na zaproszenie dyrektorki, Minerwy McGonagall, mam sędziować pojedynek odbywający się dzisiaj w południe między lordem Gideonem, a… lordem Harrym, jak napisano mi w liście. – Słowo „lord" przed jego imieniem ledwo przeszło jej przez gardło. – Więc teraz może ja zapytam. Co robisz o tej porze na zewnątrz, podczas gdy cała szkoła jeszcze śpi? Czyżbyś wybierał się na arenę zastawić jakieś niecne pułapki na swojego oponenta? Gryfoni znani są z takiego podejścia.

– Gryfoni znani są z wielu rzeczy – odparował szybko – podstęp też figuruje na liście naszych licznych atutów, ale nie uciekamy się do tchórzostwa, jakim było zastawienie pułapki na przeciwnika, któremu przysięgaliśmy równą walkę. A ja przede wszystkim przestrzegam honoru pojedynków – dodał, kierując te słowa do jej dumy. Rodzina Black kochała pojedynki, ale Harry nie miał pojęcia, że je sędziują. Gdyby wcześniej o tym wiedział, potraktowałby tą kobietę inaczej, może trochę łagodniej.

Nie, pomyślał. Nie jest warta więcej niż złamany knut, nie ma większej różnicy między złamaną monetą a kamieniem na plaży. Oboma można puścić kaczki na wodzie bez wyrzutów sumienia.

– Więc? Jaki jest powód twojej obecności tutaj?

Harry wzruszył ramionami zerkając w stronę wieży Gryffindoru. Miał nadzieję, że Rhena się już obudziła, albo już udała do jego pokoju. Z tej odległości nie mógł określić czy naruszyła barierę na drzwiach, ale Rhena zawsze wiedziała co robić. Może… może nie będzie musiał się jednak przejmować dwoma trupami w pokoju?

Wrócił spojrzeniem do Bellatrix.

– Spacerowałem.

– Ach… spacer zawsze jest odświeżający. Powiem mi jeszcze, Harry, zanim oboje pójdziemy w swoje strony, kto jest twoim patronem w Hogwarcie?

Uniósł jedną brew. Ktoś, kto nie należał do czystokrwistej arystokracji, by móc uczyć się w Hogwarcie potrzebował patrona. A Patronów było pełno, często jeden patron miał pod swoimi skrzydłami tuzin uczniów, opłacał ich naukę, a w zamian jego rodzina wiernie mu służyła. Jeśli jednak dziecko miało w Hogwarcie nieszczęśliwy wypadek, taki jak Evan i Alrick, to nie rodzice a patron właśnie otrzymywał odszkodowanie wypłacane przez ministerstwo. Harry słyszał, że kiedyś właśnie z tego powodu śmiertelność w szkole drastycznie podskoczyła, aż nie uregulowano tego prawa, że odszkodowania dla patrona otrzymywane są tylko w przypadku dwóch ostatnich lat nauki, na siódmy i ósmy rok.

– Boleskine – przyznał. Bellatrix uśmiechnęła się w odpowiedzi uśmiechem godnym pożałowania. Harry zacisnął pięść za plecami.

– Boleskine – powiedziała. – Najniższy z Wielkich Rodów, najbardziej desperacki i… och upraszam się o wybaczenie! – zgięła kark, ale Harry miał wrażenie, że bardziej jej zależy żeby ukryć uśmiech. Jeśli chciała go ukąsić, to wspomnienie o Boleskine było ciosem w dziesiątkę. Harry zawarł z nimi układ bardzo niekorzystny dla niego samego, co później wypłynęło na światło dzienne i było pierwszym wydarzeniem z jego udziałem, na które Wielkie Rody zwróciły uwagę.

„Jaki głupiec zgadza się na coś takiego" – mówili. Później spekulowali, że Harry jako młody, być może zagraniczny arystokrata może sobie pozwolić na takie straty, a raczej brak zysku na korzyść Boleskinów. Ale Harry już miał plan, jak pozbyć się kajdan umowy i wyjść przy tym na swoje. Gdyby mógł, może zabiłby Boleskina już dawno, jednak podpisanie umowy i podbicie jej magiczną pieczęcią było czymś zdecydowanie zobowiązującym. Konsekwencje za niedotrzymanie warunków były zbyt uporczywe, by ktokolwiek decydował się choćby myśleć o ich nagięciu, co dopiero złamaniu.

– Myślę, że ta rozmowa jest skończona – powiedział powoli Harry. – Chyba, że masz mi coś jeszcze do powiedzenia.

– Mam wiele pytań – szepnęła. – O szczegóły twojej umowy z Boleskine, o twój konflikt z Gideonem, o Runth z rodu Acaster, z którą jesteś nierozłączny w murach szkoły, o dziurę w twojej pamięci, chciałabym dowiedzieć się wszystkiego, co ukrywasz. Dlaczego potężni ludzie patrzą na każdy twój krok, dlaczego twój potencjał jest większy niż potencjał dziedziców, dlaczego nie związałeś się z…

– Dość! – zawołał Harry, unosząc dłoń. – Jeszcze słowo, panno Bellatrix, a uznam to za zniewagę mojej osoby i zażądam satysfakcji.

– Nie przyjęłabym wyzwania pojedynku – powiedziała, prostując się dumnie. – W przeciwieństwie do pewnego chłopca bez nazwiska rodu, potrafię przełknąć dumę i przeprosić, zamiast narażać się na niebezpieczeństwo. W przypadku tego chłopca może to być nawet śmierć, nie sądzisz?

Harry pokręcił głową, odwrócił się i szybkim marszem ruszył przez błonia. Słyszał za sobą chichot tej kobiety, jakby dobrze się bawiła, a on dodał nazwisko Black do listy rodów, którymi zajmie się w pierwszej kolejności.

Co za małostkowa zemsta, pomyślał, karcąc samego siebie. Ta kobieta to tylko robak, brud pod paznokciem, złamana moneta którą można wyrzucić. Tylko dlaczego w takim razie sędziuje tak ważny pojedynek? Gideon jest dziedzicem trzeciego najpotężniejszego rodu, sędzią powinien być przynajmniej jakiś mistrz pojedynków z ministerstwa, a nie zwykła… kim ona właściwie była? Jej rodzina była dla niego tak nieistotna, że praktycznie nic nie wiedział o Blackach prócz tego, że pięćdziesiąt lat temu upadli i nigdy się nie podnieśli po kryzysie. No i oczywiście uwielbiali pojedynki.

Zirytowany na własną niewiedzę jeszcze bardziej przyspieszył kroku i teraz niemal biegł. Dotarł do chatki gajowego i wpadł do niej bez pukania.

– Hagridzie, chyba będę potrzebował twojej pomocy!

Chatka była pusta, Harry przeklął pod nosem i wyszedł na zewnątrz. Zajrzał do ogrodu, później rozejrzał się po okolicy, aż w końcu zdecydował się wejść do Zakazanego Lasu. Tam nie szukał długo, znalazł Hagrida karmiącego jakieś mięsożerne kwiaty, które hodował od miesiąca i marudził, że marnieją w oczach. Nieodpowiednie mięso, mówił i płakał przy tym.

Teraz też pociągał nosem.

– Och, cześć, Harry – powiedział, pocierając małą chusteczką wielką twarz. – Co ty tu robisz? Przyszedłeś mi pomóc? Oplus i Migus są już bardzo słabe. One… one nawet nie jedzą Harry. Cholibka, co ja robiem nie tak, nie wiem, Harry, ja nie wiem…

Rozpłakał się jak bóbr, a Harry poczuł się niekomfortowo. Nigdy nie wiedział jak pocieszyć Hagrida, dlatego tylko podszedł i uścisnął go za ramię. Pół-olbrzym wypłakał się, zaciągnął nosem i wrócił do rzucania kwiatkom nowego rodzaju mięsa.

– Być może będę miał dla ciebie dostawę mięsa, którego te kwiatuszki jeszcze nigdy nie jadły – powiedział powoli i wyjaśnił Hagridowi wydarzenia poprzedniej nocy.

Olbrzymi przyjaciel wytrzeszczał oczy wraz z każdym kolejnym słowem, a na wieść o walce – której Harry dodał wiele dramatycznych szczegółów walki o własne życie, by usprawiedliwić Hagridowi zabicie dwójki ludzi – gały niemal wypadły mu z orbit. Gdy Harry skończył, ten stał z otwartymi ustami i nie był w stanie wykrztusić z siebie słowa.

– To… niebywałe, Harry.

– Ta, niebywałe – potwierdził. – Zdradzili mnie właśni współlokatorzy i nie usprawiedliwia ich to, że nie byliśmy przyjaciółmi. Zasady są zasadami, a oni mogliby zabić mnie we śnie. A teraz po ich śmierci mogę stracić patronat, wylecę ze szkoły i to wszystko akurat przed moją walką z Gideonem. Wyobrażasz to sobie? Ten incydent mnie zniszczy, Hagrid.

– I… co chcesz zrobić? A co z Rheną? – zapytał nagle. – Ona zawsze wie, co powinno się robić. Znam ją trochę i wiem, że zawsze sobie radzi w krytycznych chwilach. To mądra dziewczyna, Harry, jej zapytaj. Ja jestem tylko przecież…

Harry machnął dłonią, by mu przerwać.

– Już ją powiadomiłem. Powinna teraz sprawdzać mój pokój, rzuci kilka zaklęć które ukryją to, co się stało tak, że nikt nigdy nie dojdzie do prawdy kto kogo i dlaczego, ale prawdziwym problemem są dwa ciała.

– Och… uczniowie starszych klas bez przerwy się zabijają – powiedział powoli Hagrid, a głos miał przy tym jak trzmiel. – I nikt nigdy nie patrzył na takie sytuacje krzywo, ale… hm, faktycznie nie mogę sobie przypomnieć sytuacji, gdy ktoś z patronatem zabił nie jednego, a dwóch kolegów z wyższej arystokracji, a już zwłaszcza nie w pojedynku. To nie wróży dobrze, Harry.

– Wiem – przyznał. – Te twoje kwiatki – Harry wskazał je palcem uważając, by te nie podskoczyły i go nie odgryzły. Hagrid uśmiechnął się i zaczął je podlewać jakąś pomarańczową wodą. – One mogłyby ich zjeść. W ten sposób mógłbym pozbyć się ciał.

– Och – Hagrid aż zatrząsł się ze zdziwienia – nie jestem pewien, czy od ludziny im się nie pogorszy. A jeśli tak, Harry? Jeśli Omnis i Juk poczują się gorzej, będę musiał wyrywać korzenie nie dwóch, a czterech moich małych…

Wielkolud znów posmutniał. Harry pokręcił głową.

– Nie dowiesz się, póki nie spróbujemy. Muszę już wracać, więc widzimy się później.

– Przyjdę popatrzeć na twoją walkę, Harry. Będę ci kibicował.

– Naprawdę?

– Postawiłem na ciebie ziarna wydolki białej, są sporo warte. Jeśli ty wygrasz, ja wygram zioło galidiańskie.

Harry unióśł brew w niemmy pytaniu, a Hagrid się zaśmiał, łapiąc za brzuch.

– Ha, ha! Ciągle zapominam, że przez te dziurę w głowie jesteś u nas jak duże dziecko. Jak wygrasz to przyjdź do mnie, zapalimy je. Dobrze robi na wszelkie rany, podobno przywołuje dziwne wizje, ale kto by się tam przejmował. I poprawia wzrok! Palę je przynajmniej raz w roku i potrafię stąd policzyć ile sów siedzi na żerdzi w sowiarni.

Sowiarnia była tak daleko, że Harry ledwo ją widział, nie mówiąc o dostrzeżeniu choćby jednej sowy.

– To niezły wyczyn Hagridzie. O, zanim pójdę. Widziałeś Bellatrix z rodu Black?

Hagrid pokiwał głową.

– Pogłaskała Bafka, tego tu – wskazał jednego kwiatka, który absolutnie niczym nie różnił się od pozostałych. – I… och, Harry! Zupełnie wypadło mi z głowy, ona o ciebie wypytywała!

– Mam nadzieję, że trzymałeś język za zębami.

– Gdybym go trzymał za zębami, Harry, to nie mógłbym mówić. A ta Bellatrix, och, Harry, lepiej na nią nią uważaj! Ona nie jest zwykłą kobietą z rodu Black, mówi się, że jeśli ktokolwiek miałby znów wynieść ich rodzinę na piedestał, to ona i tylko ona, a w ministerstwie się z nią liczą. Jeśli Bellatrix Black się kimś interesuje, och, zwykle taka osoba źle kończy.

Harry zaklął pod nosem.

– I?! I dlaczego niby interesuje się mną?! Dlaczego by miała?!

– Nie wiem, ale bądź ostrożny – odparł. – Zwłaszcza gdy będziesz przynosił tych dwóch tutaj, bo jak ona to zobaczy, to mogą wyniknąć z tego większe problemy niźbyś o wszystkim powiedział dyrektorce i stracił patronat. Uważaj!

Harry przetarł twarz dłonią. Sam ranek, a problemy nagle zaczęły się piętrzyć. Dlaczego? Przecież ledwie wczoraj wszystko było dobrze, skrobał sobie kostur i miał wszystko gdzieś. I to tuż przed pojedynkiem!

– Do zobaczenia, Hagrid. – Pomachał mu i wyszedł z Zakaznego Lasu z myślą, że te w te gryzące kwiatki można by przy okazji wrzucić Bellatrix.

Gdy ukradkiem wpełzł do swojego dormitorium, Rhena już na niego czekała. Jej oczy strzelały błyskawicami, miała na sobie nocną koszulę i dresy, dłonie, rękawy i kolana ubabrała krwią. Jej szyderczy uśmieszek mówił mu, że tylko cud dzieli go od tyrady, jaką miała zamiar wygłosić na wejściu. Dwa ciała leżały w wannie, jedno w dwóch częściach, a reszta łazienki i pokoju wydawała się wyczyszczona tak, że można by ją ucałować. Żadnych śladów krwi, flaków czy płynów ustrojowych. Harry rzucił kilka zaklęć wykrywających różdżką, później skupił się na naturalnym wykrywaniu śladów magii i uśmiechnął się.

– Zupełnie nic nie wyczuwam. Jak gdyby nigdy się nic tu nie wydarzyło. Zupełnie nic.

– I samo to jest podejrzane – powiedziała Rhena. – Ten pokój wygląda, jakby dopiero co dobudowano, a nie jakby od pół roku mieszkało tu trzech czarowników. Prawie żadnych śladów magii, widać że było sprzątane. Samo to spowoduje pytania, jeśli będą pytać.

– Sądzisz, że będą sprawdzać?

– Na pewno będą. Jeśli przyjadą śledczy to możesz się spodziewać wszystkiego.

Harry skrzywił się.

– Jakieś sugestie?

– Zapłać kilku młodzikom żeby wbili się, porzucali zaklęcia i dokonali paskudnych zniszczeń. Niech wyleją ci na ściany gówno czy coś takiego, wiesz jacy są młodsi. Wyczyścisz wtedy pomieszczenie sam i w ten sposób wyjaśnimy brak śladów.

Harry pokiwał głową, nie był to najlepszy pomysł, ale jeśli Rhena nie wymyśliła nic lepszego to nic nie było. Przed całą tą akcją będzie musiał zabrać z pokoju najpotrzebniejsze mu rzeczy.

– Ostatnim problemem jest pozbycie się ciał – dodała. – Już ich spakowałam, a jutro wieczorem pójdziesz do McGonagall powiedzieć, że rzeczy chłopaków zniknęły, a oni nie wrócili na noc.

– Jutro wieczorem? Nie lepiej dzisiaj?

Ruth spojrzała na niego jakby miał na czole napis żeby dzielić przez zero.

– No co?!

– Ty się nimi nie przejmujesz, Harry. Naprawdę sądzisz, że gdyby naprawdę zniknęli, poszedłbyś do dyrektorki tego samego dnia? W życiu, nawet ja bym tak nie zrobiła. Poszłabym najwcześniej następnego i to dopiero wieczorem, tuż przed godziną nocną, bo wtedy masz pewność, że nie wrócili i trzeba to zgłosić. Dopiero wtedy, Harry.

– Rozumiem, twoja logika ma sens.

– A ty jesteś debilem.

– Debilem, który wie jak pozbyć się ciał.

– Wyrzucić je przez okno, może nikt nie zobaczy?

– Hagrid ma takie fajne, mięsożerne kwiatki.

– Byłeś u Hagrida?

Harry kiwnął głową i opowiedział jej wszystko, cała noc, pomijając głosy w głowie i wszystko co zrobił po przebudzeniu aż do teraz, szczegółowo mówiąc o rozmowie z Bellatrix, a Rhena wraz z każdym kolejnym jego słowem krzywiła się i marszczyła brwi.

– Bellatrix Black ma zostać inkwizytorką – powiedziała, a Harry'emu opadła szczęka. – Jeśli ją obraziłeś… Cholera jasna, Harry, tak dobrze nam szło, a ty odpieprzasz tutaj lorda akrobatę aroganta?! Co z tobą?! – ryknęła mu w twarz. – Miałeś… kurwa, miałeś po prostu nie wpadać w kłopoty! Pół roku wbijam ci to do łba! Czy ty masz jakieś spierdolone DNA?

– Skąd mogłem wiedzieć?! – zerwał się na nogi, by nie stała mu nad głową, ale wtedy spojrzała na niego spod byka tak, że odruchowo wrócił na łóżko. – Nie wiedziałem przecież…

– Mogłeś ruszyć głową – syknęła. – Bellatrix. Black. Upadły ród. Tutaj, gdzie trzeba mieć zezwolenie ministerstwa, by w ogóle wejść na teren szkoły nie będąc jej uczniem lub profesorem. Ona. Tutaj. Ministerstwo. Sławni pojedynkowicze. Coś zaczyna ci świtać?

– Nie pomyślałem o tym – powiedział cicho, a Rhena zaczęła obgryzać paznokieć.

– Jeszcze nam Inkwizytorki brakuje na głowie. Jak ona się o nas dowie, jeśli wyniucha choć dziesiątą część naszego planu to oboje jesteśmy martwi. Nox Maledicta nas wykończy w ciągu godziny, jeśli ona puści wieść w świat. To – wskazała trupy w wannie – jest przy tym niewinnym figlem. Harry, ona nie może się dowiedzieć o mnie, nie może!

– Nie dowie się.

– Jest, albo będzie inkwizytorką, to bez znaczenia. Zainteresowała się tobą, naraziłeś się jej, więc cię prześwietli. A wraz z tobą prześwietli mnie. Będzie próbowała prześledzić każdy nasz krok od twojego pojawienia się w szkole, a jak to zrobi, dowie się że spiskuję przeciwko własnej rodzinie i mój ojciec pozbędzie się nas w ciągu godziny. Godziny, Harry!

Harry pokręcił głową.

– Dramatyzujesz. – Wstał, chwycił ją za ramiona i posadził na łóżko. Opierała się, była sztywna i rozumiał ją doskonale. Inkwizytorzy byli szpiegami, psami gończymi i najlepszymi ludźmi ministerstwa. Wykrywali spiski, zdrady, najróżniejsze skandale i zajmowali się ich eliminowaniem. Nie wolno było bezkarnie zabić inkwizytora i każdy, nawet najpotężniejsze rody musiały przestrzegać tej reguły. Pojawienie się Bellatrix jako inkwizytorki, która miała zamiar ich prześwietlić było najgorszą możliwą opcją z możliwych. – Poradzimy sobie z nią. Nie może być tak źle, ja ją tylko trochę wkurzyłem i na pewno nie na tyle, żeby poświęcała mi aż tyle swojego czasu ile potrzebowałaby na wykrycie naszych planów. Poza tym zawsze mogę ją oficjalnie przeprosić.

– Pieprzyć ją – warknęła Rhena, zakładając nogę na nogę. – Masz rację, wpadłam w małą panikę. – Potarła nos. – Przepraszam, to się nie powtórzy. Zajmiemy się nią, jeśli zacznie wokół nas działać. Teraz zajmujemy się sprawami bieżącymi. Zajmiemy się ciałami, ty wygrasz walkę z Gideonem i później zobaczymy. Pamiętaj – wycelowała w niego palec – ta walka jest najważniejszą częścią…

Przerwała, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Harry odruchowo sięgnął po moc, wypełnił nią pięści gotowy uderzyć każdego kto wejdzie bez zaproszenia, ale nikt nie nacisnął na klamkę. Rzucił się szybko do drzwi od łazienki i zatrzasnął je, chowając trupy. Później, patrząc na Rhenę, której ubrania były zakrwawione zatrzymał się na środku pokoju.

Dziewczyna zerwała się na nogi cała spanikowana rzuciła się do jego łóżka i zakryła kołdrą.

Harry wywrócił oczami i otworzył drzwi.

W korytarzu stał Deran Gerthooch, młodszy od Harry'ego od dwa lata chłopak robiący za kuriera i plotkarza zarazem, a z powodu tego drugiego częściej wynajmowały go kobiety.

– Lordzie Harry – powiedział, kiwając szybciutko głową. – Mam wieści dotyczące pojedynku. Został odwołany.

Harry otworzył usta.

– Że co? – zapytał w końcu, gdy odzyskał oddech.

– Odwołany.

– A z jakiego powodu? Czyżby Gideon tak się bał, że…

– Gideon nie żyje – powiedział chłopak. – Pół godziny temu znaleziono go martwego na błoniach, nic więcej nie wiem. Pani sędzia Bellatrix Black kazała mi biec cię poinformować oraz prosić, byś przyszedł do niej na prywatną rozmowę. – Po tym jak to powiedział, jego oczy strzeliły w dwa punkty pokoju, a Harry podążył za jego spojrzeniem.

Deran patrzył na podłogę i łóżko.

– Czy to buty Rheny Acaster? – zapytał, a później palcem wskazał łóżko. – A to chyba two…

Harry złapał go za gardło.

– Nie wpieprzaj się w nie swoje sprawy, chłopaczku. – Odepchnął go w korytarz i trzasnął drzwiami tak mocno, że ściany zadrżały. Oparł się o nie plecami, czując jak zaklęcie wyciszające zaczyna działać. – Słyszałaś.

Rhena wystawiła głowę spod kołdry.

– Słyszałam.

Milczeli długo.

– Deran rozniesie plotkę o nas.

– Jeszcze tego brakowało, co?

– Nie, to dobrze. Da nam to alibi.

– Alibi? Jakie znowu…?

– Pomyśl tylko. Wstałeś przed wszystkimi i zauważyłeś, że pokój jest pusty. Wszyscy wiedzą, że trzymamy się razem, więc nie będą zdziwieni, że wysłałeś mi notkę brzmiącą „cho tu, mam wolne dormitorium", a ja przyszłam. To nie byłoby dla nich dziwne. A będąc ze mną w łóżku nie mogłeś zabić Gideona.

Harry pokręcił głową.

– Rhena, Bellatrix widziała mnie na zewnątrz. O piątej rano!

Rhena pokiwała głową tak, jakby zupełnie zapomniała o tym fakcie i wgapiła się w sufit apatycznym spojrzeniem. Harry miał ochotę zrobić to samo.

– Oskarży ciebie. Byłeś na zewnątrz, Gideon został pewnie zabity w podobnych godzinach. Mamy…

– Zrzucimy to na Evana i Alricka – mruknął. – To wyjaśni ich zniknięcie. Zabili Gideona i zwiali. Ale nie mogę ich oskarżyć z miejsca, tą część z nimi zmodyfikujemy w ten sposób, że nie pójdę zgłosić tego do McGonagall. Zgłoszę to Bellatrix.

Rhena podniosłą się do pozycji siedzącej i zasłoniła twarz dłońmi.

– Kurwa…

I tym słowem podsumowała wszystko.