Bezgłowy Nick wprowadził Harry'ego do gabinetu dyrektorki Hogwartu, który wydawał się mu inny niż w gdy był tu ostatnio i nie byłoby to nic dziwnego, gdyby Harry kiedykolwiek tutaj był. Mało komu pozwalano przekroczyć te drzwi, gdy z pomocą patrona Boleskina zaczynał naukę w szkole wszystko odbywało się listownie, a teraz był tutaj.
Kominek zbudowano z gładkich rzecznych kamieni odbijających światło wpadające przez okno przez co wydawały się lśnić. Była na nim niewielka półeczka z kilkunastoma obrazami ludzi, którym Harry nie zdążył się przyjrzeć. Nie było dywanu, Harry kroczył po kamiennej, surowej podłodze z czarnego marmuru, docierając do długiego, emanującego szykiem stołu z polerowanego dębowego drewna, który miał nogi jak zdobione filary. Jego blat był zaskakująco pusty, leżała na nim tylko pusta kartka, kałamarz i pióro, jakby dyrektorka w każdej chwili gotowa była coś tam nabazgrać. Za biurkiem były schody prowadzące do prywatnych kwater, a po lewej boczne pomieszczenie przypominające pokój gościnny.
Bellatrix Black siedziała tam, zakładając nogę na nogę popijała herbatę. Zmieniła ubiór, teraz miała na sobie czarną suknię z głębokim dekoltem i symbolem psa na lewym ramieniu. Uśmiech chowała za filiżanką herbaty. Naprzeciwko niej, tyłem do Harry'ego, siedziała McGonagall w szmaragdowej, błyszczącej szacie.
– Dołącz do nas, młody lordzie – usłyszał wiecznie surowy głos dyrektorki i wykonał polecenie. Podszedł do stołu, kłaniając się z szacunkiem obu kobietom.
Nic nie powiedział, bo do dyrektorki nie wolno było odzywać się niepytanym, a nie wiedział też, jaką konkretnie pozycję zajmuje Bellatrix. Jeśli obraziłby teraz którąkolwiek z kobiet, równie dobrze mógłby spakować swój kufer i samemu odejść ze szkoły.
– Usiądź, nie ma co tak stać – poleciała mu Bellatrix, wskazując drewniany taboret, wyglądający na tak niewygodny jak tylko taboret może być. – To nie zajmie długo.
– Opowiedz nam o twojej… kłótni z Gideonem – poleciła dyrektorka popijając z filiżanki. Harry'emu nie umknęło, że jemu jej nie zaproponowano.
– Oczywiście. Gideon i ja nie polubiliśmy się już od pierwszych zajęć – zaczął ostrożnie. – Czuł się obrażony, że ja, który nie uczyłem się wcześniej w Hogwarcie, dorównuję mu nie tylko mocą ale i umiejętnościami, a ja nie lubiłem go za wieczne komentarze, jakie rzucał w moją stronę. Zaczęło się od spojrzeń, kłótni, sprzeczek, aż w końcu wyzwał mnie na pojedynek. Miał on odbić się dzisiaj.
– Wiem o tym. – McGonagall zgromiła go wzrokiem i przeniosła wzrok na Bellatrix Black.
Druga kobieta nie odzywała się, tylko lustrowała Harry'ego tak, jakby jej oczy mogły dostrzec każde kłamstwo. Harry odpowiedział jej podobnym spojrzeniem.
– Pojedynek – rzekła w końcu Bellatrix – wedle mojej wiedzy o zasadach, jakie ustaliliście, mógł doprowadzić do śmierci jednego z was. To zadziwiające, że Gideon został zamordowany zanim dostał okazję do stanięcia z tobą twarzą w twarz i…
– Oskarża mnie pani? – wszedł jej w słowo Harry, marszcząc brwi i z całych sił starając się zachować spokój.
– Bynajmniej. Chciałam tylko zwrócić uwagę na fakt, że śmierć Gideona była ci bardzo na rękę, albo chociaż nie postawiła cię w tak niekorzystnej sytuacji jak narażenie własnego życia w bezsensownym pojedynku. Do tego byłeś widziany w okolicy miejsca zbrodni nie tylko przeze mnie, a przez kilka innych osób.
Harry uniósł brew, nie zdążył się powstrzymać przed pokazaniem, jak bardzo zaskoczyła go ta wiadomość. Więc ktoś jeszcze widział go w pobliżu miejsca zbrodni? Kto? On nie widział nikogo, a rozglądał się przecież podczas tego krótkiego spaceru.
McGonagall wstała, na jej twarzy nie było śladu uśmiechu.
– Zostawię was, Bello. Muszę zająć się swoimi sprawami.
Odwróciła się i odeszła, w kilka chwil znikając za drzwiami do swoich prywatnych kwater.
Bellatrix odłożyła filiżankę na stół i oparła się tak, jakby była zbuntowanym dzieckiem. Zgarbiła się lekko, skrzyżowała ramiona na piersi, wbiła w niego wściekłe spojrzenie i zacisnęła usta w wąską linię, ale mimo to cała jej postać budziła respekt.
– Zabójstwa takie jak śmierć Gideona się zdarzają. Rzadko – zaznaczyła – ale zdarzają się. Raz na rok, może raz na dwa lata w Hogwarcie znajdowane jest ciało jakiegoś dzieciaka z Wielkiego Rodu i nikt nie wie kto i kiedy. W tym przypadku jednak wszystkie poszlaki wskazują na ciebie. Nie lubiłeś się z Gideonem, widziano cię w okolicy, nawet ja cię widziałam. Nie sądzę, by to był przypadek.
– Skoro mogłem zabić Gideona przed pojedynkiem – wysyczał wolno Harry – to tym bardziej byłbym w stanie zrobić to w trakcie pojedynku. Zabicie go w równej walce byłoby dla mnie bardziej opłacalne niż skrytobójstwo.
Bellatrix po chwili pokiwała na zgodę głową.
– Wiem. I powiem ci, co teraz zrobię. Pewnie twoja przyjaciółka wyjaśniła ci już, kim jestem. Jako Inkwizytorka nie mogą przejść obok tej sprawy obojętnie i moim zadaniem jest ją wyjaśnić. Zrobię to, a ty jesteś głównym podejrzanym. Nie wiem, czy to ty zabiłeś Gideona ale jeśli tak, znajdę na to dowody.
– Nie znajdziesz – szepnął. – To nie ja go za…
– Milczeć! – syknęła gniewnie, a jego usta zamknęły się wbrew sobie.
Harry poczuł że moc klątwy skleja mu wargi, że zaciska szczęki tak mocno iż mógłby skruszyć sobie zęby. W głowie mu zawirowało, pragnął zerwać się na nogi, zerwać połączenie, zrobić cokolwiek, ale odkrył że nie może się ruszyć. Jego ciało zostało sparaliżowane jednym jej słowem i oddychając ciężko zrozumiał, że moc Inkwizytorów nie jest przesadzonymi opowieściami.
Jeśli ktoś mógłby ponownie wynieść ród Black na szczyt to ona, tylko ona, przypomniał sobie słowa Hagrida, których właśnie widział potwierdzenie.
Bellatrix odetchnęła.
– Posłuchaj, chłopaczku, bo powtarzać nie będę. Nie lubię cię, sam twój widok powoduje u mnie ten rodzaj nieprzyjemnych ciarek, jakich nie chciałaby mieć żadna kobieta. Nie lubię twoich cholernych oczu, ust nienadążających za tym małym mózgiem i tej cholernej blizny, którą tak się szczycisz. Niczego w tobie nie lubię i nie wierzę, że jesteś lordem. Widziałam twoje badania, nie jesteś czystej krwi, a to oznacza że twoje prawa są mniejsze niż Gideona, nawet jeśli on jest martwy. Odkryję prawdę o tym, co się wydarzyło, ale moim drugim zadaniem będzie utrzymanie cię przy życiu zanim tego nie zrobię. – Wstała i wyciągnęła dwa ruloniki papieru. Pomachała mu nimi przed nosem. – Wiesz co to jest? Listy informujące mnie o tym, że dwa Wielkie Rody zainteresowały się tobą tuż po śmierci Gideona. Te rody to Weasley oraz Grindelwald, z czego ten drugi ród raczej nie ma wobec ciebie wrogich zamiarów. Nie byłabym tego pewna w przypadku Weasleyów, którzy z pewnością naślą na ciebie swoich zabójców i w przeciągu tygodnia twoja głowa spadnie z ramion. – Pstryknęła palcami i Harry poczuł, że uwolniła go spod zaklęcia. – Pilnuj się, Harry, bo podejrzewam, że dla ciebie Nox Maledicta zaczęła się dzisiaj. Weasley'owie to nie tylko jedno nazwisko. To jeszcze Prewett, Longbottom, Lockhart, Nott i Mcmillan. Zyskałeś bardzo potężnych wrogów.
Harry zgarbił się.
– Więc lepiej – zaczął oschle – żebyś szybko dowiedziała się, co się stało Gideonowi.
Uśmiech wykwitł na jej twarzy tak niespodziewanie, jak zaklęcie rzucone wśród ciszy Wielkiej Sali.
– Prawda – potwierdziła. – Lepiej żebym szybko się tym zajęła. Ale czy chcę się tym zajmować? Och! – teatralność jej głosu i dramatyzm były jak sztuczne kwiaty. – Muszę się pospieszyć, bo inaczej z pewnością zginiesz! Ale mam tyle innych zajęć, a Inkwizytorzy nie są zmuszeni do szybkiego działania. My mamy tylko odkrywać prawdę, a nie „odkrywać prawdę szybko". Jeśli przypadkiem zginiesz, a później okaże się, że to ty zabiłeś Gideona, oszczędzi mi to dużo pracy, mały lordzie Harry. Jak myślisz, co powinnam teraz zrobić?
Harry w milczeniu sięgnął po filiżankę herbaty i zwilżył usta. Czuł, że w gardle ma wióry. Drwiła z niego, prowokowała, wiedział o tym doskonale. Chciała ugrać w tym wszystkim coś dla siebie, jak każdy w tym świecie.
Spojrzał jej prosto w oczy i odpowiedział uśmiechem który się sięgnął jego oczu.
– Czego chcesz, Bellatrix?
– Lady Black – poprawiła go. – Bellatrix będziesz mógł mi mówić, jeśli będę zadowolona z wyników tej sprawy.
– Zadowolona z wyników – powtórzył w udawanej zadumie. – Czego chcesz, lady Black?
– Pomogę ci przeżyć, Harry. Weasley'owie z pewnością naślą na ciebie ród Prewett, to ich psy gończe, mają środki i ludzi by dorwać cię w kilka minut po tym, jak wychylisz głowę spoza murów szkoły, a niewykluczone, że spróbują się dostać do środka. Mogłabym… cóż, objąć cię parasolem ochronnym, ale wszystko ma swoją cenę.
– Więc nie ważne, czy zabiłem Gideona czy nie – podsumował Harry. – Dla ciebie nie ma to znaczenia, wynik sprawy będzie zależał od tego, ile uda ci się ode mnie wyciągnąć.
– Dobrze rozumujesz. Twoja dziewczyna nieźle cię wyuczyła, ale Acasterowie zawsze byli dobrymi nauczycielami. Przejdę do rzeczy, Harry. Mój ród nie jest w najlepszej pozycji, potrzebuję sojuszników. Potężnych sojuszników, którzy będą wspinać się powoli na drabinie władzy, a biorąc pod uwagę ostatnie doniesienia jesteś uznawany za czarnego konia tej Nox Maledicta, bo w to, że Nox Maledicta się zaczyna nikt już nie wątpi. Rody się zbroją, czekają, niektórzy okopują się w bezpiecznych murach swoich twierdz, ministerstwo robi się coraz bardziej niespokojne. W takich czasach lord bez rodu, ale z wsparciem chociażby jednego Wielkiego Rodu może zyskać więcej, niż stary ród, który już raz upadł.
– Nadal nie rozumiem.
– Zawrzemy przymierze. Postawię na ciebie i mój ród wspomoże cię w Nox Maledita a w zamian ty i Acasterowie wyniesiecie mój ród.
– Nie mogę mówić za Acasterów.
– I nie musisz. To tobą są zainteresowane inne rody, nie Acasterami. Oni sami cię wykorzystują, jesteś świeżą krwią, czymś nieznanym i ekscytującym. Czerwone Kruki chcą cię zabić, Białe Pawie bacznie się przyglądają, Błękitne Księżyce jawnie opowiadają się za młodym lordem Harrym. Trzy najważniejsze rody patrzą na ciebie, chłopcze, a mój ród, Czarne Psy, będą stały u twojego boku, gdy wszystko się zacznie. Tego właśnie chcę, tego potrzebuję i to będzie mi wystarczyć. Zgódź się, a nie oskarżę cię o morderstwo Gideona Weasleya.
Harry wstał i odruchowo zaczął wykręcać palce. To… ta propozycja wywracała cały jego plan do góry nogami, ale dawała mu też masę innych informacji. Nox Maledicta się zaczęło. To nie była tylko jakaś tam wojna między rodami. Rhena mówiła, że Nox Maledicta nigdy się nie kończy, ona się tylko zawiesza a czasy pokoju są tylko oddechem między jedną a drugą wojną – zbierało się sojusze, zdobywało wrogów, mordowało się w skrytości i otwartości dnia, ale Nox Maledicta zawsze miało swój początek, a to wydarzenie roznosiło się na cały kraj i było jak informacja „zaczęło się".
Czy śmierć Gideona było właśnie czymś takim?
Spojrzał na Bellatrix starając się ukryć wszystkie swoje emocje. Nie wiedział, czy mu się to udało, ale z jej twarzy nic nie dało się wyczytać. Powiedziała, że widzieli go inni, a więc miała już „świadków". Gdyby tylko chciała, mogłaby nieco nagiąć prawdę, spreparować jeden czy dwa dowody i jeszcze dziś stanąłby pod sądem.
A może to był blef? Potrzebowała jego poparcia, jego pomocy w odbiciu się od dna. Nie zdziwiłby się, gdyby w ten sposób próbowała go tylko wykorzystać. Możliwe też, że z jej ust nie wyszło ani jedno słowo prawy. Była Inkwizytorką, może czekała na przyjęcie jej propozycji, które w pewnym stopniu byłoby przyznaniem się do winy? Może to był jej plan?
Co w takim razie powinien zrobić?
Zgodzić się czy nie?
Westchnął urywanie, uciekając spojrzeniem do obrazu na ścianie. Przedstawiał bitwę w pierwszą Nox Maledicta, która odbyła się prawie dwieście lat temu i na zawsze zmieniła ich świat. Każda Nox Maledicta zmieniała ich świat.
Ta też zmieni wszystko, pomyślał. Rody, które są teraz u władzy mogą upaść, rody będące na dnie zajmą ich miejsce, a lord bez rodu może osiągnąć najwięcej z nich wszystkich, bo tak naprawdę nie ma nic.
– Chcesz mojej pomocy – powiedział w końcu, patrząc na nią zimno i surowo. – To ty potrzebujesz mnie bardziej, niż ja ciebie. Nie zabiłem Gideona, mam alibi na jakikolwiek czas, który ustalisz za moment śmierci, bo nie było mnie wtedy poza murami Hogwartu. Wybronię się w sądzie, bo mam potężniejszych przyjaciół niż ty i potencjał, który każdy chce wykorzystać, a martwy albo w więzieniu nie będzie to możliwe. A skoro tak to wszystko wygląda, co zyskam ja, jeśli się zgodzę?
Blefował. Nie sądził, by w momencie oskarżenia go o morderstwo Gideona ktokolwiek wyciągnął pomocną dłoń. Zapewne nawet rodzina Rheny splunęłaby mu pod nogi.
Bellatrix zmrużyła oczy i zaczęła mówić bardzo cicho, bardzo konspiracyjnie, jakby zdradzała mu najściślej strzeżoną tajemnicę.
– Jak wiesz, mój ród nie ma dziedzica. Dziesięć lat temu zabito wszystkich synów i córki moich braci i kuzynów, po czym wszystkich męskich potomków przeklęto. Nie mogą mieć dzieci. – Westchnęła. – I ja też nie mogę. Jeśli się zgodzisz, uczynię cię dziedzicem rodu Black.
Oszalała, pomyślał przerażony. Ta propozycja była szalona. Zrobienie czegoś takiego musiałoby…
– Musiałabym mieć w sobie krew Blacków, by zostać dziedzicem twojego rodu.
– Masz w sobie krew Blacków – wyznała. – Któreś z twoich dziadków, albo pradziadków było Blackiem. Spełniasz warunki, Harry.
Harry zacisnął usta.
A więc jest we mnie krew Wielkich Rodów, pomyślał. Blackowie… więc może i…
– Słyszałaś kiedyś o rodzie Potterów? – zaryzykował pytanie.
Bellatrix drgnęła, lekko ale gwałtownie, jak kobieta, która usłyszała właśnie nieprzyjemne wieści.
– Skąd znasz to nazwisko?
– Dużo rozmawiam z Rheną – rzekł ostrożnie. – Opowiada mi o wielkich dawnych rodach. Nazwisko Potter słyszałem raz czy dwa. A ty? Wiesz coś o tym rodzie?
– To stary ród. Już nie istnieje. Został wyniszczony podczas pierwszej Nox Maledicta, podobno nie przeżył żaden ich potomek. A dlaczego pytasz?
Popełniłem błąd, pomyślał nieswojo. Nie powinienem jej o to pytać. Szlag! Jak się teraz wyłgać, co powiedzieć, żeby nie zainteresowała się tym tematem?!
Wzruszył ramionami udając pewność siebie.
– Pomyślałem, że dowiem się czegoś nowego, ale nie powiedziałaś mi nic, czego nie powiedziałaby mi Rhena. Szkoda, podobno był to sławny ród. Ale wracajac do tematu, zgadzam się na twoją propozycję. Wstępnie – zaznaczył, czuł, że musi to zrobić. Jeśli Bellatrix wyczuje, że ma go w garści, będzie nim potrząsać jak chce. – Pamiętaj, że wszystko może się jeszcze zmienić.
– Oczywiście, lordzie Harry… lordzie Black – dodała jeszcze, a Harry doznał uczucia, jakby ktoś kopnął go w brzuch.
Lord Black? On?
Parsknął, odwrócił się od niej tyłem i poczuł jakby wpadł do innego świata, w zupełnie inny czas. Stał teraz w innym, przyjemniejszym i cieplejszym gabinecie.
– Lord Black – powiedział do siebie z lekkim rozbawieniem. – Syriusz by się uśmiał.
I wtedy wrócił do rzeczywistości, świat zafalował, a Bellatrix wytrzeszczała w niego oczy. Harry wstrzymał oddech.
– Znasz Syriusza? – zapytała.
Harry pokręcił odruchowo głową. Znał go? Syriusza? Tak… i nie! Pamiętał czarne oczy zmarnowanego mężczyzny, zawadiacki uśmiech którym go obdarzał i wiele więcej. Pamiętał słowa, uściski, ciepło towarzyszące mu zawsze, gdy się spotykali. I zimno, gdy umarł. Pustkę. Harry potrząsnął głową.
Czy to były jego wspomnienia? Ale wszystko w nich wyglądało inaczej, przecież…
Spojrzał na swoje dłonie, nie mogąc zrozumieć co się właściwie dzieje.
Kim ja jestem, pomyślał z rozpaczą. Kim byłem? Dlaczego moje wspomnienia, to co widzę, czuję i słyszę, tak bardzo różni się od rzeczywistości? Nigdy nie byłem w Hogwarcie, byłbym na liście uczniów, nigdy nie ratowałem Syriusza na brzegu jeziora, nigdy nie musiałem uciekać przed Remusem, który podczas pełni…
Przestań! – wrzasnął na samego siebie w myślach i odruchowo drgnął. To były jego myśli, to wszystko było w jego głowie i mogło być równie dobrze fałszem, fantazją. Nie będzie w to wierzył, póki nie znajdzie jakiegoś potwierdzenia na prawdziwość tych myśli.
– Nie znam go – powiedział zgodnie z prawdą. – Po prostu myślałem, że to on powinien być dziedzicem.
Bellatrix długo na niego patrzyła, zanim odpowiedziała.
– Syriusz zniknął dziesięć lat temu, po ostatniej Nox Maledicta. Od tamtego czasu nikt go nie widział ani o nim nie słyszano. – Jej spojrzenie było teraz ciekawskie, pełne fascynacji. Oparła łokieć o kolano, a pięść o podbródek. Patrzyła na niego z uśmiechem satysfakcji. – Wiesz, Harry, może i cię nie lubię, ale chyba zaczynam się cieszyć, że postawiłam na ciebie.
Ona już nie przestanie szukać, pomyślał ponuro Harry. Dałem jej za dużo. Najpierw Potter, teraz Syriusz…
– Powinienem już iść – powiedział, ale zatrzymała go zanim mógł odejść, unosząc jeden zwinięty rulon.
– Jest jeszcze sprawa ministerstwa. Nasz Główny Sędzia, Prawdomówca, Tom Marvolo Grindelwald, zainteresował się tobą w równym stopniu co Arthur Weasley, który zapewne pragnie twojej głowy.
– Czego chce ode mnie Prawdomówca? – zapytał ostro Harry.
Tom Marvolo Grindelwald… Harry spróbował sobie przypomnieć wszystko, co Rhena powiedziała mu o tym człowieku, ale nie było tego dużo. Tylko tyle, że po ukończeniu szkoły zniknął, a po powrocie do kraju rozpoczął najdłużej trwające Nox Maledicta w historii, a ludzie bali się go jak diabła wcielonego.
– Nie wiem. Nikt tego nie wie, ale kiedy Prawdomówca cię wzywa, na wezwanie odpowiada każdy. Nawet minister podnosi swoje grube dupsko z krzesła i maszeruje do jego gabinetu, a ty dostałeś właśnie takie wezwanie. Jutro, w niedzielę, zabieram cię do ministerstwa.
Harry przełknął ślinę i cofnął się o krok. Spotkanie z Prawdomówcą jakoś nie było wysoko na liście jego priorytetów. Widział obrazy tego człowieka i za bardzo przypominały mu postać z koszmarów, które nawiedzały go od czasu do czasu.
Cofnął się o krok.
– Pójdę już, jeśli pozwolisz, lady Black.
– Masz moje pozwolenie, lordzie Harry.
Harry skinął jej głową i wypadł z gabinetu tak, jakby goniło go stado centaurów.
Pobiegł do łazienki, mdliło go jak nigdy, czuł jak żołądek próbuje wydostać się przez gardło, ale ile by pluł i charczał do umywalki, tak nie potrafił zwymiotował. Łzy wyciskające się z oczu zamazywały świat, a dłonie trzęsły się, gdy ocierał je spływające po policzkach.
Upadł na kolana, szlochając i nie wiedział, dlaczego to się dzieje. Uczucie że pęka mu serce było tak potężne, że nie potrafił wydusić z siebie ani jednego oddechu nieprzerwanego przez płacz. Opuścił głowę, spadł na niego cały świat i zgiął jego barki.
Harry płakał i już tego nie powstrzymywał. Skulił się, zepchnął wszelkie myśli na krawędzie umysłu i owinął się barierą oklumencji. Ta wzmożyła tylko uczucie pustki, w pustce tej coś jednak było i Harry sięgnął po to jak po ostatnią deskę ratunku, dzięki której nie utonie w wiecznej męce.
Wyciągnął przed siebie dłoń, zacisnął palce jakby chciał coś chwycić, ale one nic nie złapały. Cokolwiek było w tej pustce, już uleciało.
Kim jestem? – zapytał samego siebie. Dlaczego pamiętam imiona? Nazwiska? Dlaczego pamiętam uczucia, którymi darzyłem ludzi, o których nic nie wiem. Kim oni są? Albo kim byli? Hermiona… Ron… Dumbledore… Syriusz, Remus… nawet Snape. Profesor Snape?
Zaklął pod nosem, przypominając sobie coraz więcej i rozumiejąc coraz mniej.
Tom Riddle, Voldemort, Bellatrix ale nie Black, a Bellatrix Lestrange. Crouch, Moody, Malfoy, Grindelwald… Znał te wszystkie nazwiska. Weasley też, przecież znał całą ich rodzinę. Arthura, Molly, Ron był Weasleyem, był rudy jak cholera, ale Harry nigdy nie słyszał, by Arthur miał syna o tym imieniu. Przypomniał sobie bliźniaków, Freda i George'a, przypomniał sobie Ginny i przyrównał do tego, co wie o tu i teraz.
Lord Weasley miał dzieci, które były bliźniakami, ale były to dwie dziewczyny, Genevine i Thalia, które były nieślubnymi córkami z Molly Weasley. Arthur nie ożenił się z Molly, a z Olivią Longbottom, miał z nią trzech synów, Quentina, Griffina i Gideona. Nic nie zgadzało się z jego wspomnieniami.
– Ron – szepnął, przymykając zmęczone oczy. Czuł, że zaraz zaśnie. – Hermiona… pomóżcie mi…
Zasnął nim zrozumiał, że cokolwiek powiedział.
