Harry od początku wiedział, że to sen. A może nie od początku, tylko od tej właśnie chwili? Trudno mu było ocenić, zdawało mu się, że w tej chwili czas nie ma dla niego żadnego znaczenia, że przeszłość miesza się z teraźniejszością, a przyszłość nie jest istotna dla jego istnienia – dla istnienia tego miejsca. Przeszłość, o ile sięgał pamięcią, była zamazana do chwili gdy się nie rozejrzał.
Siedział na kamiennym krześle, chyba tronie jak się zdawało, ale nie było mu niewygodnie pomimo braku jakichkolwiek obić czy elegancji. Na ramionach miał czarny płaszcz, podniszczony przez czas, ale zaraz zmienił się w bardziej znajomą szatę – szatę z godłem Gryffindoru, jego Domu w Hogwarcie. Wokół niego unosiły się wyspy, każda inna od następnej, a na nich były miniatury szkoły, miniatury jego domu, małe poruszające się formy ludzi które mógłby zmieścić w dłoni. Przyglądał się im przez chwilę, a one poruszały się tak chaotycznie, że nie potrafił odgadnąć w tym żadnego wzoru. Chaos, czysty chaos, wyspy przyspieszyły i zawirowały, zderzyły się jedna z drugą, tworząc łukowatą bramę.
Przypomniał sobie ostatnie wydarzenia, choć z tej perspektywy to one były jak ze snu. Gabinet McGonagall, rozmowa z Bellatrix Black, której szczegóły nadal zacierała pamięć i to, co jego umysł zrobił później. Wizje ludzi, słowa ludzi, których nie znał napadły na niego, niemalże skruszyły oklumentyczne bariery, a Pustkę, której uczył się ostatnie pół roku zaczęło coś wypełniać. Coś okropnego, paskudnego, co pachniało jak zgniłe mięso, a w dotyku było jak krwawe błoto. Nie podobało mu się to.
Spojrzał w łuk i miał nieodparte wrażenie, że już go widział. Za Zasłoną, z jakiegoś powodu wiedział, że tak powinien ją nazwać, dostrzegł Hogwart, ale w innej formie niż go znał. Majestatyczny zamek skarlał, nie posiadał części wież, były zawalone a ich kikuty szpeciły ogół widoku, przyprawiając o dreszcze. Nie było też chyba ani jednej ściany, która przetrwała to, co się tam wydarzyło, a po dziedzińcu kroczyła samotna postać. Harry zmrużył oczy starając się jej przyjrzeć i jakieś paskudne uczucie oblazło go jak robaki. Postać spojrzała w górę, wprost na niego, a jej czerwone oczy zaświeciły z fanatycznym zainteresowaniem. Był to mężczyzna, blady, o twarzy niemal nieprzypominającej ludzkiej.
Harry wiedział, że powinien go znać, ale nie potrafił sobie przypomnieć. Tymczasem postać uniosła się w powietrze i ruszyła w jego stronę, a Harry'ego zdjął paniczny strach. Szarpnął się na boki pragnąc uciec, ale tron trzymał go w miejscu jakby był do niego przyklejony. Postać pojawiła się po drugiej stronie Zasłony w pełnej okazałości, szeroki uśmiech nie był przyjazny, a zapowiadał jedynie cierpienie tak ogromne, że nie przetrwałaby go nawet najwytrzymalsza istota na świecie.
– Znowu się spotykamy, Harry Potterze.
Nawet jego głos był jak igły, które raniły Harry'emu uszy i docierały do mózgu, by tam siać spustoszenie. Ból niemal rozerwał mu czaszkę, ale promieniował od blizny na czole. Mężczyzna po drugiej stronie się śmiał, a śmiech ten sprawił, że chłopak zamarł w bezruchu jak zwierze które dostrzegło drapieżnika.
– Nie pamiętasz mnie, Harry? – Voldemort przechylił głowę i Harry już pamiętał. Wiedział, że ten człowiek, to coś, nazywa się Voldemort, a imię to budziło w Harrym nie tyle strach, co czystą odrazę. Skrzywił się, wciskając w kamienny tron z pragnieniem, by oddalić się jak najbardziej od tej abominacji.
– Kim jesteś?! – zapytał, wkładając w to pytanie całą swoją odwagę. Nie było to łatwe. Stojąc naprzeciw Voldemorta nic nie było łatwe i on wiedział to najlepiej.
– A więc nie pamiętasz, w każdym razie jeszcze nie, ale już sobie przypominasz. Nareszcie! Ile razy muszę cię nawiedzać, być w końcu sobie przypomniał, ile razy muszę cię ścigać, byś w końcu przestał przede mną uciekać, ilu twoich bliskich muszę zabić, byś zrozumiał że opór nie ma sensu.
– Cz-czego chcesz? – jęknął, czując jak plącze mu się język. Gdyby miał powiedzieć dłuższe zdanie, prawdopodobnie umarłby ze strachu. Do oczu już cisnęły mu się łzy, serce galopowało w piersi tak, że chyba tylko cudem nie rozbiło mu żeber, a oddech rwał się z każdym oddechem jak u spanikowanego dziecka.
Był dzieckiem? Harry odruchowo spojrzał na swoje dłonie i zrozumiał, że są za małe. Znów miał jedenaście lat, znów stał przed człowiekiem, z którym wiązała go jakaś więź. Ale jaka? Dlaczego? Tego nie potrafił sobie już przypomnieć. Skulił się w tej formie na tronie i zaszlochał, chowając głowę w kolanach.
– Nie uciekniesz przede mną, Harry Potterze. Widzę cię, znajdę cię i dopadnę. Czy naprawdę myślisz, że Zasłona oddzieli cię ode mnie na zawsze? Otóż nie, tak się nie stanie. Odnajdę cię, choćbym miał przemierzyć tysiące światów i choćbym każdy z nich miał spalić na popiół!
Harry wrzasnął, gdy napłynęły do niego wizje. Twarze, nie dziesiątki, nie setki, a tysiące i dziesiątki tysięcy. Wszystkie nieruchome, martwe, rozpoznawał wiele z nich, większości nie znał, niektóre powtarzały się ale wiedział, że nie są to jednocześnie te same osoby, jakby jeden człowiek mógł istnieć i żyć wiele razy. Później widział wsie, miasta, całe kraje w płomieniach, ludzi ciągniętych do prac przy budowach mrocznych zamków ku czci swych nowych panów. Zniewolony świat, gdzie każdy niemagiczny wart był mniej niż pył na drodze po której stąpają czarodzieje. I to nie był jeden świat, było ich wiele, widział pożary, widział powodzie, widział huragany i toczące się bitwy przypominające bardziej masakry i takie, w których to mugole zdobywali przewagę i miażdżyli czarodziejów do ostatniego. Widział powolny upadek społeczeństw, które nagle zaczynają walczyć sami ze sobą, a w centrum tego wszystkiego była jedna postać.
Lord Voldemort unoszący się nad zgliszczami, z jedną nogą na torsie chłopca o otwartych martwych oczach. O zielonych martwych oczach i z blizną na czole. Harry widział swoją śmierć z ręki Czarnego Pana i bał się, że ta zaraz nadejdzie i odbierze jego życie.
Wtedy wizje odpłynęły, Harry otworzył oczy na powrót będą młodym mężczyzną siedzącym na tronie, który wpatruje się w, już nie nieznanego, ale znajomego, zaprzysiężonego wroga. Lord Voldemort, człowiek który poprzysiągł go zabić. Tyle Harry wiedział i choć nie znał powodów, nie sądził by się w tej sytuacji liczyły.
Voldemort znów zaśmiał się nieludzko.
– Nie umkniesz przede mną, Harry, wszędzie cię znajdę, a gdy cię dostanę będziesz błagał, bym odebrał ci życie przed tym, jak zniszczę wszystko, co kochasz. – Po tych słowach zamyślił się, jakby nagle zmienił zdanie. – Nie. Ja już tam jestem – dodał. – Widzę cię, słyszę cię, czuję cię. Możesz odrzucić wszystko, przepowiednie, wspomnienia, przyjaciół, życie, swoje szczęście i miłość, ale nie możesz odrzucić przeznaczenia, które nas ze sobą wiąże. Naznaczyłem cię! – Wycelował kościstym, bladym palcem w czoło Harry'ego. – Jesteś mój i tylko mój! Gdziekolwiek nie pójdziesz, ja przybędę za tobą. Gdziekolwiek się nie schowasz, spalę wszystko i odnajdę tę nędzną kryjówkę. Naznaczyłem cię, jesteś niczym więcej jak ofiarą. Najpierw przybędę do twoich snów, będę cię gnębił, będę cię ranił i wyniszczał, a ty cierpiąc nawet się nie obejrzysz, jak nawiedzę cię na jawie! Już jedną nogą jestem w tym twoim nędznym świecie! – wrzasnął, stawiając krok za Zasłonę. Jeden, potężny, realny krok. – A więc ty jesteś jedną nogą w grobie!
– Nie – wydyszał, patrząc prosto w oczy śmierci. – Nie dostaniesz mnie!
– Znajdę cię! Zgładzę…!
Voldemort nie skończył, Harry oderwał się od tronu z prędkością błyskawicy, wyciągając przed siebie dłonie. Wczepił palce w jego szyję, zakleszczył je jak imadło pragnąc złamać kark. Nagły żar spalił mu skórę, a Voldemort śmiał mu się prosto w twarz. Harry poczuł, że płonie w środku. Utworzył usta, wypowiedział zaklęcie którego nie pamiętał i owinął ich błękitny dym. Srebrny jeleń zamigotał, uderzył w ciemną tarczę, która rozwarła paszczę na podobieństwo wężą i wbiła w niego kły. Jeleń rozpalił się błękitem, wąż mroczną czernią, starły się w szaleńczej walce, aż jeden z rogów przebił łeb bestii w tym samym momencie, gdy dwa jadowe kły rozerwały jego cielsko na pół. Voldemort wrzasnął, gdy z jego ust nagle trysnęła krew, Harry wyciągnął rękę nad siebie i rozpętała się burza. Krzyczał, wrzeszczał, szarpał i bił. Zbierał ciosy, dłonie Voldemorta kaleczyły go i paliły z każdym dotknięciem, blizna Harry'ego otworzyła się zalewając mu czoło krwią. Voldemort śmiał się znowu. Morderczy rozrywający wszystko co żyje tajfun szalał wokół nich, ciskając gradem kamiennych odłamków. Jeden trafił Harry'ego w plecy, drugi w nogę, jeden oderwał Voldemortowi rękę od ciała, ale nic z tego nie było ważne. Oni spadli szybciej, coraz szybciej i szybciej, aż Harry przestał cokolwiek widzieć. Czuł dłoń zaciskającą mu się na czole, jego krzyk zginął w huku błyskawicy, która odepchnęła od niego Voldemorta, a on stracił czucie w całym ciele. Spadał jak szmaciana lalka na spotkanie z płonącym gruntem.
„To tylko sen… prawda? - pomyślał, nim uderzył o ziemię umierając po raz kolejny.
Gdy znowu otworzył oczy nie był już we śnie, a na jawie. Było mu niewygodnie, spróbował poruszyć dłońmi, które ktoś związał mu za plecami, a w ustach czuł suchość. Nie był w swoim dormitorium, nie był nawet w łazience, gdzie stracił przytomność. Pokręcił głową i zamrugał kilkukrotnie, by odzyskać ostrość widzenia i ujrzał nad nim sylwetkę dwójki ludzi o rudych włosach.
Notka
Cześć! Aż sam się dziwię, jak szybko poszło mi pisanie tych sześciu rozdziałów, ale jakoś to poszło. Dzięki za jej czytanie, widzę to szybko rosnących wyświetleniach, które jakoś zawsze radują moje oczy i choć nie jest ich wiele, tak nadal jestem szczęśliwy, że czyta to ktokolwiek! Teraz zrobię z tydzień przerwy, tymczasme zachęcam was do zostawienia komentarza, nie krępujcie się też zaznaczać błędów, jeśli takowe zauważycie (będę się starał poprawiać na bieżąco). Wszelkie opinie są mile widziane, ale przede wszystkim bezcenne - zapraszam zwłaszcza do krytyki ;)
W Nox Maledicta, jak sami mogliście już przeczytać, jest kilka Wielkich Rodów, w tym Weasley'owie, którzy są jednym z tych potężniejszych. Mam zamiar stworzyć coś w rodzaju leksykonu tych rodów, który będę powiększał wraz z trwaniem całej powieści, więc może ta obecna przerwa, albo następna, będą dobrą chwilą na coś takiego - to powiedziawszy nie zdziwcie się, gdy wejdzie rozdział nie będący rozdziałem. Będą tam zawarte informacje o rodach, członkach ich rodzin, sprawach na ogół z tym związanych, bo trochę tego będzie - pojawią się też Malfoy'owie, jeśli ktoś jest tego ciekawy.
A teraz zawijam się trochę odpocząć, bo pisanie bywa wyczerpujące! Do następnych rozdziałów!
