Satisfaction came in a chain reaction
(Burnin')
I couldn't get enough, so I had to self-destruct
The heat was on, rising to the top
Everybody going strong
And that is when my spark got hot
(The Trammps: Disco Inferno)
– Dziękuję, dziękuję, dziękuję! – Podczas poniedziałkowego śniadania Rosmerta niemal padła na kolana przed Yen. – Nie wierzę, że w sobotę wracałam do dormitorium z HUNCWOTAMI! A dzisiaj rano Syri powiedział do mnie „cześć" w pokoju wspólnym. Uwierzysz?!
– Oczywiście, przecież nie mogło być inaczej – rzuciła Miss Hogwarts, z trudem tłumiąc ziewanie. Przez resztę weekendu Krukonki wkuwały dzielnie, szykując się do kolejnego tygodnia, a sama Yenlla starannie unikała wychodzenia z wieży, aby przypadkiem nie nadziać się na Żelazną Dziewicę. Liczyła na to, że z kłopotów wybawi ją stara zasada: „co z oczu, to z serca".
– Ale to nie wszystko. – Ros całkowicie zgubiła dawne zahamowania i ze swobodą rozsiadła się przy stole Ravenclawu, po czym przysunęła sobie dzbanek z sokiem dyniowym. – Mam też dobre wieści. Patrzcie na to!
Zawiesiła głos, sprawnie budując napięcie. Nawet Yen musiała ją pochwalić za idealne wyczucie dramatyzmu. Rosmerta wytrzymała kulminacyjny moment, a potem zrzuciła między jajka i tosty prawdziwą bombę – gotowy plakat zapraszający (odpłatnie!) uczniów Hogwartu na potańcówkę do Trzech Mioteł.
– Wow, twoja mama się nie patyczkuje, co?
– Ani trochę – odpowiedziała córka z dumą, ale i ciut melancholijnym westchnieniem. – Myślę, że przemówił do niej argument zarobkowy. Wczoraj wpadła do dyrektora na herbatę i przyklepała sprawę. Podobno Dumbledore był zachwycony.
– Mówiłam! Ten człowiek jest kompletnie niepoważny – oceniła surowo Pris. Yen odpowiednio zindoktrynowała swoje koleżanki.
– Szkoda, że nie skonsultowali z nami grafiki promocyjnej – dorzuciła od siebie, unosząc wiejący smutkiem, czarno-biały plakat w dwóch palcach, jakby bała się nim ubrudzić.
– Co za różnica? – Wzruszyła ramionami podekscytowana Rosmerta. – Najważniejsze, że się udało, nie? Pomożecie mi rozwiesić plakaty?
– Pewnie, trzeba tylko do tego podejść strategicznie…
W ruch poszły serwetki, pióra i atrament. Dziewczęta z Domu Roweny nawet najprostsze zadanie traktowały niczym intelektualne wyzwanie, ale Ros już to nie drażniło, przecież dawało wymierne efekty. Tym razem nie zdążyły należycie rozpracować problemu, ponieważ przerwał im zziajany i nieco zaróżowiony Gilderoy.
– Profesor McGonagall chce widzieć pannę Honeydell – poinformował. – W swoim gabinecie. I to właśnie mnie powierzyła tę niezwykle istotną misję!
– Tak, tak, rozumiemy – zgasiła go Priscilla.
Yenlla w jednej chwili zbladła. Jednak nie udało jej się uniknąć ponurego losu. Bardzo niechętnie wstała z miejsca, a następnie ruszyła na ścięcie.
– Zapraszam. – Oziębły ton w odpowiedzi na ciche pukanie przekonał Yen bardziej niż cokolwiek innego, że tym razem naprawdę wpadła po uszy.
Wsunęła się do gabinetu odpowiednio wyszykowana – w regulaminowym mundurku, z ulizanymi włosami oraz pokorną miną przyklejoną do twarzy. Grzeczna uczennica, prymuska w każdym calu.
– Dzień dobry, pani profesor – przywitała się sztywno.
– Czy dobry, to się jeszcze okaże. Proszę usiąść, panno Honeydell.
Wicedyrektorka zaciskała usta w wąską kreskę, obserwując uczennicę zza połyskujących groźnie okularów. Yenlla elegancko podebrała pod siebie spódniczkę, po czym usiadła, wygładziła ją i ułożyła dłonie na podołku. Pewnie rozsądniej byłoby w tych okolicznościach pokornie spuścić wzrok, ale nie mogła się do tego zmusić. Patrzyła Żelaznej Dziewicy prosto w oczy.
– Życzyła sobie pani mnie widzieć, pani profesor?
– Szlaban odbędzie się w piątek po południu. Postarałam się wybrać zajęcie przystające do wykroczenia, które nauczy panią szacunku dla wydarzeń sportowych, panno Honeydell.
– Nie wątpię – zgodziła się i niemal nie zabrzmiało to sarkastycznie.
Nauczycielka transmutacji zdołała ją jednak przejrzeć, bo westchnęła ciężko, acz wymownie. Zdjęła okulary i zaczęła je przecierać w zamyśleniu.
– Martwię się o panią, panno Honeydell.
– Dlaczego? – zdziwiła się chodząca niewinność.
– Pani zachowanie budzi moje poważne zastrzeżenia. Mimo że nie jestem Opiekunką pani Domu i to pozornie nie mój interes, chciałabym zauważyć, że… Jak to najlepiej ująć? Znalazła się pani na niebezpiecznej spirali, która nieodmiennie ściąga panią w dół. A tam nie czeka na panią nic dobrego.
Yenlla zamrugała niepewnie. Nie musiała nawet udawać, że nic z tego nie rozumie. Obrazowa metafora ani trochę do niej nie przemówiła.
– Co ma pani na myśli, pani profesor?
– Obnażanie się podczas szkolnych zgromadzeń trudno uznać za zachowanie pożądane, przystające dobrze wychowanej panience.
– Ja wcale nie… – oburzyła się, ale nie pozwolono jej dokończyć.
– A to zaledwie wierzchołek góry lodowej, panno Honeydell – nauczycielka nie dopuściła jej do słowa. – Nagminnie modyfikuje pani wygląd mundurka, nie przejmując się moimi uwagami czy naganami. Szlabany ani ujemne punkty nie robią na pani wrażenia, bo wierzy pani w to, że jest w stanie szybko nadrobić straty. Kary niczego pani nie uczą ani nie dają do myślenia. Nie mam pojęcia, w jaki sposób mogłabym do pani dotrzeć.
Krnąbrna uczennica wreszcie spuściła wzrok. Nie była w stanie znieść przewiercającego się przez nią na wskroś, bystrego spojrzenia. Tymczasem umoralniający wykład jeszcze się nie skończył.
– Musi pani sobie uświadomić, panno Honeydell, że to, jak pani się zachowuje i co sobą reprezentuje, nie jest bez znaczenia. Oczywiście zdajemy sobie świetnie sprawę z faktu, że uczniowie pochodzą z różnych środowisk, więc w ich rodzinnych domach panują bardzo różne zasady, jednak jesteśmy w szkole. Obowiązują nas pewne standardy.
Zdumienie (jak i złość) Krukonki rosły lawinowo z każdym wypowiadanym przez Żelazną Dziewicę słowem. Środowisko? Rodzina? Ciekawie, jakie miała wyobrażenie na temat „środowiska", z którego Yen się wywodziła? Czyżby miała na myśli Nokturn albo inne czarodziejskie slumsy? Przypominała sobie jak przez mgłę, że to właśnie McGonagall miała pewne obiekcje co do jej weekendowych lekcji tańca, ponieważ „odciągały uwagę od nauki". Szczęśliwie Dumbledore miał w tej kwestii decydujący głos.
– Oczywiście to wszystko ma drugorzędne znaczenie, o ile nie odbija się na wynikach w nauce – ciągnęła chłodno nauczycielka.
Tego już Yen nie zdzierżyła.
– Mam doskonałe stopnie – podkreśliła.
– Taaak. – Profesorka znacząco przeciągnęła to krótkie słowo, najwyraźniej przechodząc do meritum, którego, o dziwo, nie stanowił szlaban. – Do niedawna była to prawda. W ostatnim czasie jednak zgłosił się do mnie profesor Ruskin, który zdaje się podzielać moje obawy.
Yen poczuła, jak na dno jej żołądka opada wielka bryła lodu. Ruskin?! Tylko nie on! Teraz, gdy jako pierwszy poszedł się na nią pożalić do wicedyrektorki, nie miała już żadnej szansy przejąć kontroli nad sytuacją i obrócić jej na swoją korzyść. W tych okolicznościach nikt jej nie uwierzy… Nigdy!
– Pozwoliłam sobie zwrócić uwagę na tę kwestię i odkryłam, że pani oceny z obrony przed czarną magią rzeczywiście są dalekie od zadowalających. Co się stało, panno Honeydell?
Uparcie milczała, zaciskając dłonie na regulaminowej spódnicy. Nie mogła nic powiedzieć, co by to zmieniło? Straciła swoją szansę, więc musiała zagryźć zęby i jakoś dotrwać do końca tej trudnej rozmowy.
– Naturalnie rozumiem, że wszyscy mamy różne predyspozycje i nie jest w ludzkiej mocy być dobrym ze wszystkiego, ale mimo to… – McGonagall westchnęła znacząco. – W innym przypadku dałoby się szybko rozwiązać ten problem, jednak jak na razie OPCM pozostaje przedmiotem obowiązkowym. Proszę, aby wzięła to sobie pani do serca, inaczej nie zaliczy pani roku. Czy się rozumiemy, panno Honeydell?
– Tak, oczywiście – odpowiedziała nieobecnym tonem.
– Zostało pani jeszcze trochę czasu do końca semestru. Proszę, aby zajęła się pani nauką, zamiast głupotami. Jeśli pani tego nie zrobi, będziemy musieli omówić z profesorem Ruskinem inne możliwości poprawy.
„O tak", zżymała się w duchu Yen. „Mogę sobie łatwo wyobrazić ten alternatywny sposób zaliczenia przedmiotu. Niedoczekanie!".
Profesor McGonagall kontynuowała połajankę, jednak ona już nie słuchała ani się nie udzielała. Czuła rosnącą w gardle gulę i piekące pod powiekami łzy. Usilnie walczyła ze sobą, próbując się nie rozpłakać przed surową Żelazną Dziewicą. To byłaby katastrofa! Ostateczne poniżenie! Gdy nauczycielka pozwoliła jej odejść, zupełnie straciła nad sobą panowanie. Wypadła z gabinetu jak pocisk, po czym… czołowo się z kimś zderzyła.
– Przepraszam! – pisnęła nienaturalnie wysokim głosem, odruchowo się go przytrzymując.
Dopiero wtedy podniosła głowę i zobaczyła przed sobą mocno skołowanego Remusa Lupina. Wpatrywał się w jej twarz i czerwone, wilgotne oczy, a na jego czole pojawiła się pionowa zmarszczka. Uświadomiła sobie, że musi wyglądać naprawdę strasznie, skoro wywołała aż taką reakcję. Zakłopotany chłopak zerkał to na nią, to na drzwi gabinetu McGonagall. Miał tylko podrzucić coś Opiekunce i szybko wracać na lekcje, ale się zawahał. Nie mógł zostawić koleżanki w takim stanie. Zdecydowanie wydarzyło się coś złego, a tylko on znajdował się w pobliżu.
– Wszystko w porządku? – zapytał raczej niemądrze.
Balansująca na skraju załamania nerwowego Yenlla poderwała podbródek do góry i bez ostrzeżenia wybuchła płaczem. Remus naprawdę się przeraził. Nie znał się na dziewczynach, nie miał pojęcia, co powinien w takiej sytuacji zrobić. Rozejrzał się bezradnie na boki, jednak pomoc nie spieszyła się z nadejściem. Musiał sobie radzić sam. Ostatecznie zaufał instynktowi. Chwycił ją za rękę i pociągnął za sobą.
– Spokojnie, tylko spokojnie – mamrotał bardziej do siebie niż do wyjącej z rozpaczy Yen.
Przede wszystkim musiał znaleźć jakieś schronienie, gdzie mogłaby się doprowadzić do porządku. Najbardziej oczywiste miejsce – szkolna łazienka – oczywiście odpadało. Chyba spaliłby się ze wstydu, gdyby musiał wejść do damskiej toalety. Jako prefekt – i honorowy Huncwot – poznał jednak dobrze szkołę i wszystkie jej zakamarki. Zresztą, akurat sprzyjało mu szczęście, ponieważ całkiem niedaleko znajdowała się klasa starożytnych run, której profesor nie zamykał prawie nigdy. Lekcje tego przedmiotu odbywały się rzadko, więc pomieszczenie przez większość czasu pozostawało wolne – tak jak w tym momencie. Remus usadowił roztrzęsioną koleżankę w ławce i sam usiadł obok.
– McGonagall dała ci w kość?
Pokręciła głową. Lupin w tym czasie przetrząsał kieszenie w poszukiwaniu resztek zdobycznych słodyczy z owocnego weekendu. Natrafił na czekoladę, po czym bohatersko podsunął ją Yen. Jeszcze gwałtowniej pokręciła głową. Może to i lepiej? W swoim obecnym stanie pewnie by się udławiła.
– Co ci powiedziała?
Yenlla zawyła głośniej i o oktawę wyżej.
– Aż tak źle? – uparcie zagadywał ją dalej.
Paradoksalnie, zrozpaczona dziewczyna nagle zaczęła się śmiać i w efekcie dostała ataku czkawki. To nieco rozluźniło atmosferę.
– Przecież to nie twój pierwszy szlaban, prawda? – perorował cierpliwie Remus uspokajającym tonem. – Masz dość ciekawą kartotekę.
Yenlla potwierdziła, ocierając oczy krawatem. Kryzys powoli mijał, a ona wciąż wyglądała uroczo – nawet z zaczerwienionym nosem. Ostatni raz nim pociągnęła, po czym posłała koledze obezwładniający uśmiech.
– Przepraszam – odezwała się ochrypniętym od płaczu głosem. – Nie wiem, co mnie napadło.
– Nikogo jeszcze nie wyrzucili za rozróbę na meczu, inaczej szkoła by opustoszała. To bardzo emocjonujący sport. Syriusz też znowu ma problemy, a on naprawdę nie powinien. Myślisz, że on przejmuje się kolejnym szlabanem?
– Tu nie chodzi o szlaban…
Yen dotąd z nikim nie podzieliła się swoim kłopotem. Wszyscy wokół mieli wprawdzie oczy i widzieli, jak zachowuje się Ruskin, ale… To zupełnie co innego znaleźć się w oku cyklonu, niż tylko przypatrywać mu się z bezpiecznej odległości. Panna Honeydell z przyzwyczajenia robiła dobrą minę do złej gry, jednak gdzieś w głębi bardzo się martwiła. O oceny i średnią, ale również o ten moment, gdy nauczyciel obrony wreszcie przekroczy granicę. Bo na pewno kiedyś to zrobi. Na razie czepiał się każdego jej słowa i bezczelnie zaniżał stopnie perfekcyjnie napisanych esejów. Prędzej czy później się tym znudzi i kto wie, co będzie dalej?
– Profesor McGonagall ucięła sobie ze mną pogawędkę na temat wyników w nauce – wyznała, gdy Remus wciąż wpatrywał się w nią pytająco.
– O to chyba nie musisz się martwić – ucieszył się przedwcześnie, a gdy w oczach Yen jak na zawołanie stanęły łzy, dodał niepewnie: – Prawda?
– Nie całkiem. W tym roku mam pewne trudności… z OPCM. Za dużo wzięłam sobie na głowę, a to… Obrona kompletnie mnie nie interesuje – usprawiedliwiła się.
Lupinowi wyraźnie ulżyło. Obserwując historię koleżanki, spodziewał się nie wiadomo jak abstrakcyjnych dziewczyńskich problemów, a tymczasem wszystko dało się łatwo wyjaśnić. Krukoni byli jednak dość łatwi do rozszyfrowania.
– Nadrobisz! – pocieszył ją z miejsca. – Do końca semestru masz mnóstwo czasu, a my… Możemy cię jakoś wesprzeć – zaoferował. – Wiesz, że Syriusz chce zostać aurorem?
– Z jego sumami?! – Brew Yen natychmiast powędrowała do góry. Mogła być na dnie otchłani rozpaczy, ale wciąż potrafiła połączyć kropki. Przed kandydatami na aurorów stawiano wysokie wymagania.
– No, fakt… Powinęła mu się noga. Szkoda, bo jest naprawdę dobry. Poza tym mamy zajęcia dzień przed wami, a Ruskin należy do raczej leniwych nauczycieli i twardo trzyma się scenariusza lekcji. Powiemy ci, co i jak, i zaczniesz się uczyć na zapas. Zawsze możemy się wymienić za runy, to podobno nowa pasja Syriego.
Kryzysowy moment minął ostatecznie, gdy ubawiona tymi słowami Yen zaśmiała się wesoło i swobodnie.
– Jest absolutnie okropny!
– Niestety, nawet z angielskim ledwo sobie radzi. – Remus bez mrugnięcia okiem pogrążył kumpla na rzecz poprawienia humoru ładnej dziewczynie. Dźwięk jej srebrzystego śmiechu sprawiał mu niepokojąco dużo przyjemności.
– Możemy dojść do porozumienia. Zawsze chętnie dzielę się notatkami, to nie problem. Ale szczerze wątpię, czy to coś da. Obrona… to moja pięta achillesowa.
– Nie ma co się martwić na zapas. Wszystko się ułoży, zobaczysz.
Czekolada ponownie pojawiła się w polu widzenia i tym razem Yen odłamała kawałek na znak akademickiego paktu. Nigdy nie pomyślałaby, że będzie spędzać czas z Huncwotami, ale… Nie byli tacy źli. Do tego pochodzili z Gryffindoru, więc Żelazna Dziewica miała do nich słabość. Choćby z tego drobnego powodu warto było pielęgnować pozytywne, międzydomowe relacje towarzyskie.
Potańcówka w Hogsmeade budziła wśród uczniów wielkie emocje. Taka okazja nie zdarzała się często, więc należało ją dobrze wykorzystać. Młodość i miłość od zawsze mówiły jednym językiem, w dodatku takim, który nie potrzebował wielu kłopotliwych słów – wyrażającym wszystko wprost językiem tańca!
Ogólne poruszenie nie podobało się profesor McGonagall.
– Nie wiem, czy to dobry pomysł, Albusie – zwróciła się do przełożonego podczas śniadania, nadal miętosząc w dłoniach plakat informacyjny, który jakiś bezczelny uczeń śmiał zawiesić na drzwiach jej gabinetu.
– Za późno na wnioski formalne, już wyraziłem zgodę – odpowiedział beztroski dyrektor.
– Bez konsultacji ze mną…
– Cóż, przyznaję, sam byłem nieco zdziwiony tym pomysłem, jednak po namyśle uznałem, że piękna wiosna i maj mają swoje prawa.
– W dodatku w Hogsmeade, poza jakąkolwiek kontrolą.
– Za bardzo się tym wszystkim przejmujesz, moja droga – rzucił wyraźnie tym ubawiony Dumbledore. – Wyznaczeni nauczyciele czuwają nad każdą wycieczką do wioski, więc będą czuwać nad uczniami. A tańce jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziły, czyż nie?
Profesor McGonagall wydawała się mieć na ten temat odmienne zdanie, gdy z wyniesionej pozycji przy nauczycielskim stole czujnie obserwowała Wielką Salę. Coś się zmieniło, było to wyczuwalne w panującej wokół, gęstniejącej z każdą chwilą atmosferze. Szkołę zalały pstrokate plakaty, wszyscy myśleli i mówili tylko o jednym… Wicedyrektorka odruchowo zerknęła w stronę stołu Krukonów, gdzie spodziewała się największego zamieszania. Panna Honeydell ponownie miała na sobie zmodyfikowany mundurek (zapodziała gdzieś krawat i ewidentnie zabrakło jej kilku guzików przy szyi) i kwiaty we włosach, obok niej siedziała Rosmerta z Gryffindoru (co za zdrada!), która – McGonagall dałaby sobie za to głowę uciąć – ukradkiem malowała pod stołem paznokcie. Nauczycielka uparcie tropiła chałupniczą produkcję, ale bez rezultatów. Zacisnęła usta w wąską kreskę, kręcąc ponuro głową.
– Coś jeszcze cię niepokoi, droga Minerwo? – zainteresował się dyrektor.
– Ta dziewczyna… – Myśli profesorki płynnie, choć nie do końca świadomie, wypłynęły na język. – Nie potrafię jej poskromić.
– Może wcale nie trzeba? – wtrącił lojalnie siedzący po jej drugiej stronie profesor Slughorn. – Każdy z nas był kiedyś młody…
Nauczycielka transmutacji posłała mu takie spojrzenie, jakby popełnił poważny błąd w swoim optymistycznym założeniu.
– To nie ma nic do rzeczy! Jej zachowanie, niesubordynacja…
– Och, panna Honeydell jest wzorową uczennicą, bez wątpienia.
– Bynajmniej – odpowiedziała chłodno profesor McGonagall. – Ledwo nadążam z odejmowaniem jej punktów, które ty sam, Horacy, tak hojnie później przyznajesz.
– Staram się być sprawiedliwy, Minerwo. Nikt nie dostaje się na zaawansowane eliksiry, nie mając odpowiednich zdolności, a muszę cię poinformować, że panna Honeydell znajduje się w pierwszej piątce moich najlepszych uczniów.
– To rodzinne – podkreślił profesor Flitwick, dumny Opiekun Ravenclawu. – Miałem przyjemność studiować z Herballą, jej matką. Rośliny w szklarniach zdawały się rosnąć dwa razy szybciej pod jej dotykiem.
– Słyszałem, że świetnie sobie radzi – wtrącił ponownie Slughorn. – Prowadzi intrygujące badania naukowe.
– I osiąga imponujące wyniki – odezwał się zawsze świetnie poinformowany Dumbledore. – Udało jej się wyhodować już kilka gatunków, które uznano za wymarłe lub legendarne.
– Wspaniałe osiągnięcie. – Pokiwał głową Slughorn. – Dobrze pamiętam Herballę i tego nieśmiałego chłopca od Honeydellów. Mogliby całymi dniami nie opuszczać cieplarni. Tacy spokojni, skupieni. Tonący w zwałach mokrej ziemi i kompostu. I notatek, naturalnie.
McGonagall po raz kolejny zerknęła na plotkujące Krukonki (i jedną Gryfonkę), jakby nie mogła uwierzyć, że dwie tak spokojne dusze i wspaniałe umysły wydały na świat podobnie nieznośne potomstwo.
– Panna Honeydell nie wdała się w rodziców – skomentowała kwaśno.
Profesor Slughorn zachichotał.
– O nie, to skóra zdarta z babci.
W reakcji na te słowa dyrektor Dumbledore z jakiegoś powodu zachłysnął się finalnym łykiem herbaty, więc jego zastępczyni dzielnie ruszyła na ratunek. Starszy czarodziej odchrząknął parę razy i w końcu odzyskał głos.
– Czy miałeś przyjemność poznać babkę panny Honeydell, Horacy?
– Owszem! Stary, poczciwy Sweetscent był moim promotorem na kursie mistrzowskim. Cóż to był za człowiek, prawdziwy geniusz! – nauczyciel chętnie oddał się wspominkom. – Miał rzadki dar, bo nie tylko świetnie znał się na swojej dziedzinie, ale też potrafił nauczać. Dobrze zapamiętałem też jego ponadprzeciętnie atrakcyjną żonę. Ten nosek i charakterek, niech mnie!
Przy stole Ravenclawu znowu coś się działo. Akurat nadleciała poczta i całe stado sów zebrało się nad głową oszołomionej Yen, zrzucając na nią deszcz listów, kartek i karteluszków. Ptaki skrzeczały, dziewczęta piszczały, unosząc ręce i chroniąc się przed bombardowaniem. Wszędzie fruwały pióra i resztki jedzenia, wodospad herbaty i soku dyniowego lał się na podłogę. Najgorszy ze wszystkiego był jednak znajdujący się w powodzi korespondencji wyjec, który gwałtownie wybuchł, a wtedy Wielką Salą wstrząsnął jazgotliwy, fałszujący zaśpiew:
Yenlla, chodź ze mną na tańce,
Będziemy uprawiać skakańce.
Gdy samotność Ci doskwiera,
Nie wybieraj jakiegoś pozera,
Tylko prawdziwego przyjaciela.
Yenlla, chodź ze mną na balety,
Tylko nie odpowiadaj mi: NIESTETY!
Właśnie z Tobą chcę tańczyć do rana,
Bo Ty jesteś jak bita śmietana
Dla mojego banana!
– Z pewnością nie był to Szekspir – zrecenzował Slughorn, dusząc się ze śmiechu.
– Zdecydowanie nie – zgodziła się z przedmówcą zaróżowiona z oburzenia profesor McGonagall.
Wokół zakotłowało się na całego. Jazgot spłoszył ptaki, więc sowie tornado rozszalało się na dobre, uniemożliwiając kontynuowanie posiłku. Rosmerta zerwała się na równe nogi, unosząc groźnie pięść i wrzeszcząc, ile sił w płucach:
– Kto to napisał? TY ŚWINIO!
Kitty wachlowała serwetką Priscillę, która chyba dostała jakiegoś ataku, a Yen śmiała się tak bardzo, że omal nie spadła z krzesła. W tym czasie kolejne listy nadal sypały się na nią bez litości. Przy stole Slytherinu również dało się dostrzec pewne poruszenie. Marisa krzyczała na kogoś, ściskając w rękach największy półmisek niczym wymyślną broń masowego rażenia. Możliwe, że zawierał szczególnie groźne dla zdrowia i życia pożywienie.
– Rosier, już nie żyjesz!
– Odwal się ode mnie, wariatko! – bronił się Evan, strategicznie przyczajony za młodszym Blackiem, który już krwawił dżemem wiśniowym po poprzednim, najwyraźniej nieudanym ataku.
Severus Snape odsunął się jak najdalej od zamętu wraz z tosem i herbatą, po czym – absolutnie nieporuszony – notował coś na marginesie podręcznika do eliksirów.
– Właśnie tego się obawiałam – oświadczyła zdeprymowana profesor McGonagall. – Lada moment rozpęta się w szkole piekło, a panna Honeydell znajdzie się w samym jego centrum.
– No, droga Minerwo, nie ma się chyba czemu dziwić – zauważył profesor Slughorn. – To urocze stworzenie.
– I będzie tym zachwycona!
Dumbledore uniósł dłonie w uspokajającym geście, próbując położyć kres żywiołowej dyskusji, zanim przerodzi się w kłótnię.
– Nie ma co popadać w przesadę, przecież to tylko takie żarty. Może i autor tego konkretnego liściku zasłużył na przemycie małym Chłoszczyść ust i pióra, ale nic poza tym. Szczerze wierzę, że korzyści z wieczorku tanecznego przewyższają ewentualne straty. Młodzież musi się wyszumieć.
Trzeba przyznać, że zgromadzona na śniadaniu młodzież już szumiała, ile wlezie. Bezczelne zaproszenie ustanowiło nowy precedens. Teraz stało się pewne ponad wszelką wątpliwość, że na potańcówkę wypada się stawić wyłącznie w parze, a kto jej nie znajdzie, do końca roku szkolnego nie będzie mógł też liczyć na spokój.
Piekło Minerwy McGonagall właśnie się rozpętało.
– Nie mam pojęcia, co będę robić. Nic mi nie powiedziała – żaliła się Yen tuż przed szlabanem, bardzo nieszczęśliwa z powodu zrujnowanego piątku.
– Izba Pamięci daje pewne wyobrażenie nie ten temat – stwierdziła zarozumiale Priscilla.
Miss Hogwarts jęknęła dramatycznie.
– O nie! Nie chcę polerować żadnych starych klamotów. Dopiero odhodowałam paznokcie!
– Chciałabym coś na to odpowiedzieć, naprawdę. Ale czasami, kiedy cię słucham, po prostu czuję taką niemoc…
– No już dobre, dobrze, Pris! Nie musisz być złośliwa. Dostałam nauczkę. To znaczy… Dostanę.
– Tylko nie rób nic głupiego, bardzo cię proszę. Odwal, co masz odwalić, i zapomnijmy o tym, okej?
Dziewczęta wędrowały razem długim korytarzem. Priscilla wybierała się do biblioteki, Yen na pokutę. W miarę, jak zbliżała się do Izby Pamięci, mina wyraźnie jej rzedła. Na miejscu Pani Norris powitała ją pogardliwym miauczeniem, a woźny Filch – rozanielonym wzrokiem.
– Zapraszamy, zapraszamy! – Pokiwał na nią niezbyt czystą szmatą. – Wszyscy już są.
– Co to znaczy „wszyscy"?
Zagadka rozwiązała się sama nader szybko. W pomieszczeniu, w którym od wieków gromadzono szkolne pamiątki (w tym nagrody za osiągnięcia sportowe i naukowe), znajdowało się już dwoje innych uczniów. Śmiertelnie na siebie obrażeni, zajęli miejsca w dwóch przeciwległych kątach sali, a gdyby tego było mało – odwrócili się do siebie plecami i pracowicie nie zauważali siebie nawzajem. Zgromadzony na wielkim stole bogaty zestaw sprzętu do czyszczenia i polerowania tkwił między nimi niczym barykada.
– Syriusz? – zdziwiła się Yen, ale zaraz wszystko sobie przypomniała. – No tak, Remus wspominał, że też tu będziesz.
– O, cześć! – Chłopak poweselał na jej widok. – Za co siedzisz?
– Jakbyś nie wiedział! – Marisa cała aż się zjeżyła, fukając na niego. – Tak się gapiłeś, że mało nie zleciałeś z miotły, ułomie!
– A ciebie tam wcale nie powinno być, zołzo. Nienawidzisz quidditcha.
– No ba! I jestem z tego dumna!
– To ty! – Yen również rozpoznała koleżankę. – Jesteś tą dziewczyną, która domaga się zdelegalizowania quidditcha.
– Bo to debilna i niebezpieczna gra, w dodatku bez sensu – zapłonęła świętym oburzeniem Ślizgonka. – Przeznaczony na nią budżet można by znacznie lepiej wykorzystać, na przykład wyposażając pracownię eliksiryczną.
– Co prawda, to prawda – zgodziła się szybko Yen. – Ale chyba za mało na szlaban. Nie mogą cię ukarać za transparent, nawet taki… khm, bardzo kreatywny.
Marisa wydawała się zadowolona, że ktoś zauważył i docenił jej wysiłek. Wyszła ze swojego kąta i zbliżyła się do Yen. Syriusz odruchowo zrobił to samo, nie zamierzał przecież ustąpić wrogowi pola.
– Za sam transparent nie. Za okładanie nim kapitana przeciwnej drużyny już tak. Niestety. Ale przecież nie będę bić swoich, jeszcze nie oszalałam.
Wybiła godzina zero, więc wrócił niezadowolony Filch, aby im oznajmić, że szlaban właśnie się rozpoczął, a kiedy się skończy… Któż to wie?
– Roboty jest sporo, może nawet posiedzicie tu do rana? – dodał nie bez satysfakcji.
Yen dopiero teraz zauważyła, że na stole, oprócz narzędzi, znajduje się gigantyczny stos starego, zaśniedziałego żelastwa, który z powodzeniem zdusił resztki jej nadziei. Nie mieli innego wyjścia, musieli zmierzyć się z zadaniem.
– Masakra – westchnęła, unosząc za ucho wyjątkowo paskudny puchar, którego tabliczki nie dało się odczytać z powodu warstwy brudu.
– Tylko żadnych czarów – zastrzegł Filch. – Oddajcie mi swoje różdżki i żadnych sztuczek. Sprawdzę to! Będę tuż za drzwiami, na wypadek, gdyby komuś przyszło coś głupiego do głowy…
– Ten charłak nie rozpoznałby zaklęcia, gdyby trafiło go w zadek – mruknęła złośliwie Marisa. – Ale bez różdżek i tak nic nie zdziałamy, więc… Madame, panie przodem! – Ukłoniła się wytwornie przed Yen.
Dziewczyny ulokowały się na jednym końcu stołu, Syriusz umknął na drugi, chociaż szybko tego pożałował, bo one bawiły się znacznie lepiej. Bezustannie zerkał ciekawsko w kierunku koleżanek, próbując podsłuchać ich rozmowę. Sam potwornie się nudził, to było pewne.
– Rosier twierdzi, że idziesz z nim na tańce – zauważyła Marisa.
– Och, tak? Jakoś zapomniał mnie o tym poinformować… A już na pewno zapytać.
– To idiota, szkoda na niego czasu.
– Ale dobrze wygląda.
– Hi, hi! To akurat prawda. Jednak żeby cieszyć się widokiem, trzeba znieść całą resztę, a to już gra niewarta świeczki.
– Ciekawa intryga. Czy to nie ty dostarczałaś mi liściki od Evana? – przypomniała sobie Yenlla.
– Miałam w tym swój interes. – Ślizgonka wyszczerzyła się do koleżanki. – Lubię zamieszanie. I uwielbiam grać mu na nerwach.
Marisa była wyraźnie zadowolona z towarzystwa. Dziewczęta radośnie plotkowały, oceniając rozmaite walory (lub ich brak) wydłużającej się listy szkolnych kolegów. Okazały się przy tym dość brutalne i wcale nie przebierały w słowach, więc nic dziwnego, że podsłuchującemu Syriuszowi coraz bardziej więdły uszy.
Wtem drzwi Izby Pamięci otwarły się powoli i z lekkim skrzypieniem. Cała trójka zgodnie zintensyfikowała polerowanie złomu, aby sprawiać dobre wrażenie. Jednak to nie woźny zaglądał ciekawsko przez szparę.
– Yenka? – rozległ się sceniczny szept.
W drzwiach pojawiły się zaciekawione facjaty Kitty i Ros. Rozejrzały się uważnie w poszukiwaniu Yen, która natychmiast zerwała się z miejsca i podbiegła do koleżanek.
– Co wy tu robicie?
– Chcemy cię porwać ze szlabanu – oświadczyła Ros.
– Nudziłyśmy się bez ciebie – uzupełniła Kitty. – Ale kiepsko to wygląda. Filch rozłożył się przed drzwiami z całym majdanem: krzesełko, herbatka, gazetka. Irytek odciągnął go na moment z tego królestwa, ale lada chwila wróci.
– Odbiło wam?! Przecież nie mogę tak po prostu wyjść. Filch na pewno się zorientuje. A Pris mnie zamorduje!
Jak na zawołanie, za drzwiami rozległy się człapiące kroki woźnego, który głośno wyklinał na poltergeista.
– Idzie tu! – krzyknęła w panice Ros. – Co teraz?
– Szybko, do szafki w rogu – ocknęła się Marisa. – Trzymają tam stare szaty do quidditcha.
– Fuj! Mole!
– Lepsze mole niż Filch – oświadczyła rozsądnie Kitty, ciągnąc ją za rękę. – Jazda!
Zakotłowało się. Dwie dziewczyny w panice wcisnęły się do szafki, dwie wróciły do stołu i z werwą zabrały się za polerowanie pucharów – istne wcielenia niewinności. Jedyny chłopak obserwował to wszystko w osłupieniu. Laski zdecydowanie nie powinny być takie dziwne.
Drzwi Izby Pamięci otworzyły się ponownie, tym razem stanął w nich Filch.
– I tak ma być – pochwalił. – Cisza i spokój.
Gdy wyszedł, całe towarzystwo odetchnęło z ulgą. Szafka w kącie zachybotała się niebezpiecznie, gdy nadprogramowe uczennice próbowały się z niej wydostać. Później – jak gdyby nigdy nic – dołączyły do reszty.
– No to z kim idziesz na tańce, Yen? – Marisa najnaturalniej w świecie wróciła do tematu.
– Nie wiem. – Uśmiechnęła się szelma. – To zależy, kto mnie zaprosi.
Kitty prychnęła wymownie. Odruchowo sięgnęła po szmatkę i losowy puchar, po czym również zabrała się do pracy.
– Ty akurat masz w czym wybierać – ciągnęła Ślizgonka. – Gdzie tu problem?
Ale panna Honeydell tylko wzdychała tajemniczo, nie zamierzając przed czasem zdradzać swoich sekretów… Których tak po prawdzie nie miała, bo sama nie wiedziała, co ma zrobić.
Wspomnienie o tańcach podziałało jednak ożywczo na Syriusza. W obecności tylu dziewczyn wcześniej na jakiś czas emigrował wewnętrznie, ale teraz zerknął bystro na Yenllę, a nad jego głową niemal zapaliła się latarnia. Pan Black wpadł na kolejny pomysł.
– A co do tańców… – Przysunął się nieco bliżej, opuszczając bezpieczny przyczółek na końcu stołu. Ros odwróciła się ku niemu z nadzieją niczym stokrotka do słońca, ale on wpatrywał się wyłącznie w Yenllę. – Podobno masz do tego dryg. Nie chciałbyś udzielić kilku lekcji potrzebującym?
– Och, nie! – Marisa dramatycznie przyłożyła dłoń do czoła. – Pierwszy playboy Hogwartu nie potrafi podrygiwać na parkiecie? Co za strata!
– Milcz, wężowe plemię!
– Sesesesesesese – zasyczała na niego w odpowiedzi.
– Nie rozmawiam z tobą, jędzo – rozwiał jej ewentualne nadzieje. – To jak, Yen? Byłabyś zainteresowana?
Miss Hogwarts jak najbardziej była chętna. Strzelała spojrzeniem spod oka raz na Blacka, raz na Ros, wielce zadowolona z rozwoju wypadków. Lekcje tańca stwarzały kolejne okazje, a przecież o to chodziło.
– Oczywiście! – zapaliła się do tego pomysłu. – Zawsze i wszędzie. Nawet tu i teraz. Do dzieła! – zakomenderowała, wieszając się na ramieniu Rosmerty.
– Nie zapomniałaś o czymś? Co z Filchem? – Kitty momentalnie sprowadziła ją z niebios na ziemię.
Wówczas do akcji wkroczyła Marisa, nieoczekiwanie ratując sytuację.
– Chyba ja mogę coś na to poradzić. – Pogrzebała chwilę w kieszeni, po czym wyciągnęła stamtąd niewielką fiolkę. – Dostałam od kumpla coś specjalnego z okazji szlabanu. Wystarczy kilka kropli, żeby człowiek usnął jak suseł. Wspomniałyście, że Filch ma tam zapas herbaty? Potrzebujemy tylko dystrakcji…
Syriuszowi nie trzeba było tego powtarzać. Zadziałał intuicyjnie, zrzucając ze stołu cały szmelc, jakiego tylko zdołał dosięgnąć. Wstrząsający hałas na dłuższy czas sparaliżował wszystkich obecnych.
– Idiota! – warknęła Marisa.
Nieprzemyślany fortel mimo wszystko przyniósł pożądany skutek, bo Filch natychmiast wpadł do sali jak po ogień. Yenlla widowiskowo darła się na Blacka, on na nią, wzniecając jeszcze większy zamęt, podczas gdy Ros z Kitty zanurkowały pod stół. W tym czasie Ślizgonka na moment wymknęła się na korytarz, aby nieco dosmaczyć woźnemu wieczorną herbatę. Gdy wróciła, ukryła się w cieniu za drzwiami. Szczęśliwie Filch nie był zbyt bystry. Zadowolił się zwyzwaniem niepokornych uczniów oraz straszeniem łańcuchami w lochach, po czym zostawił ich samym sobie.
– Ale się nagadał, teraz na pewno będzie musiał się napić – stwierdziła Marisa. – Wystarczy, że odczekamy z kwadrans. Tylko co dalej?
– Mam w pokoju działające radio – poinformowała dumna Yen. – Connor przerobił je dla mnie w zeszłym roku.
– Ja pójdę – zgłosiła się na ochotniczkę Kitty. – Lepiej, żeby nikt nie widział, że w trakcie szlabanu szlajasz się po korytarzach.
– Też mam prośbę. – Syriusz zwrócił się do Ros, a ona omal nie umarła ze szczęścia. – Skoczysz do wieży po Petera? To głównie on ma problem z podrygiwaniem do rytmu – dodał na potrzeby Marisy, która wcześniej go wyśmiała.
– Jasne! – zgodziła się ochoczo Gryfonka. – Żaden problem!
– Bosko, mam u ciebie dług.
– Widzisz, Kit-Kat? Wszystko układa się perfekcyjnie – szepnęła zachwycona Yen do przyjaciółki, gdy odprowadzała ją do drzwi.
– Nie do końca. Pozostaje jeden, malutki kłopot…
– Niby jaki?
Kitty wskazała na stół, gdzie nadal poniewierały się rozliczne nagrody i zaśniedziałe puchary. Ani trochę ich nie ubyło.
– Ugh! – jęknęła Yenlla.
– Coś trzeba z tym zrobić.
Miss Hogwarts nie byłaby sobą, gdyby w obliczu palącego problemu natychmiast nie znalazła rozwiązania.
– No dobra, ja się tym zajmę.
– Ty?! Od kiedy znasz się na sprzątaniu?
– Przecież nie zrobię tego sama. Nie mam nawet różdżki, Filch ją zabrał.
– Pożyczę ci moją.
– Och, kochanie! Nie potrzebuję różdżki.
Yenlla skupiła się na moment, śledzona zaskoczonym spojrzeniem czterech kompletów oczu. Tyle wystarczyło, aby po chwili w Izbie Pamięci rozległo się charakterystyczne pyknięcie. Na środku stołu zmaterializowała się młoda i wyraźnie oszołomiona rozwojem wypadków skrzatka. Zamiast udrapowanej ścierki miała na sobie schludny, odprasowany mundurek i wielkie kokardy na długich uszach. Kiwający się na krześle Black na ten widok runął na podłogę.
– Panienko! – pisnęła zdezorientowana służka. – Co się dzieje?
– Poznajcie Błyskotkę – oświadczyła rozanielona Yen. – Ona nam pomoże. Kiedyś odbierała mnie ze szkoły i prowadziła na tańce, oczywiście za specjalnym pozwoleniem dyrektora. Uznałam, że nigdy się nie przeterminowało i w związku z tym nadal może się teleportować na terenie zamku. Miałam rację!
– Nie, p-panienko! Tak nie w-wolno – jąkała się przerażona Błyskotka. – Nie powinnam tu być…
– Oj tam, oj tam. Nikt się nie dowie. – Panna Honeydell beztrosko machnęła ręką. Podeszła do skrzatki, uścisnęła ją czule i poprawiła przekrzywioną kokardę. – Czy możesz mi dostarczyć coś z domu? Zjadłabym ciasteczka z masłem orzechowym. O, i jakieś dobre czekoladki!
Błyskotka spoglądała na swoją panią udręczonym wzrokiem, jednak w końcu się poddała. Kiwnęła głową i ponownie zniknęła – wciąż błogo nieświadoma, ile nadprogramowych zadań czeka ją po powrocie.
– A zatem wszystko gotowe! – Klasnęła w dłonie uradowana Yen. – Na miejsca, gotowi… Start!
Remus podążał krok w krok za Rosmertą, która nie mogła przestać się śmiać – na tyle, że nie zdołała mu nawet wyjaśnić, o co dokładnie chodzi. Zrozumiał coś o szlabanie i Syriuszu, więc czym prędzej ruszył na pomoc. Po Łapie można się było spodziewać wszystkiego… Chociaż musiał szczerze przyznać, że widok drzemiącego na podłodze w pozycji embrionalnej Filcha stanowił jednak pewną nowość. Ktoś przykrył go kocem, ktoś inny domalował smoliste wąsy. Pani Norris zwinęła się w kłębek na jego głowie.
– Co tu się wydarzyło? – zapytał.
Jednak Ros wciąż tylko zwijała się ze śmiechu, aż nie mogła iść prosto. Wciągnęła go do Izby Pamięci, gdzie poczuł, jak przekracza jakąś niewidzialną barierę. Najwyraźniej była to strefa Silencio, bo dziki jazgot uderzył go tuż za progiem.
– Pięć, sześć, siedem, osiem!
I heard somebody say
Disco inferno
(Burn baby burn) burn that mother down
(Burn baby burn) disco inferno
(Burn baby burn) burn that mother down*
Krajobraz zdecydowanie się zmienił. Na stole stało teraz niewielkie radio, które jednak pod względem głośności nie ustępowało bardziej imponującym sprzętom – dawało z siebie tyle, ile mogło. Obok niego (z dość tragiczną miną) siedziała skrzatka. Mała istotka była już nieźle upaćkana pastą do polerowania, ale z oddaniem pucowała jakiś stary puchar ze szkolnych mistrzostw quidditcha, być może nieświadomie przytupując stopą do taktu. Na środku pomieszczenia szalały zaś radośnie Yen, Kitty i jakaś Ślizgonka.
– To nie takie trudne, wystarczy tylko w miarę rytmicznie się kiwać i wymachiwać rękami – instruowała Yenlla. – Ręce są ważne, na nogi i tak nikt nie zwraca uwagi. No i najważniejsza jest pewność siebie. No i nastawienie. No i…
– Spocznij, Yenka, już wystarczy tego „no i" – strofowała ją Kitty.
– No i trzeba po prostu dać się ponieść muzyce!
Przyczajony na marginesie zdarzeń Syriusz wydawał się przerażony szaleństwem, jakie pomógł zorganizować. Gdy tylko dostrzegł równie oszołomionego kumpla, rzucił się w jego kierunku niczym po koło ratunkowe.
– Oj, stary! To najdziwniejszy szlaban, na jakim byłem.
– Właśnie widzę.
– Gdzie Glizdek? Załatwiłem mu randkę… A przynajmniej tak mi się wydawało. Bo potem wydarzyło się… TO! – Wskazał dramatycznym gestem roztańczone, rozchichotane dziewczyny.
Yen wirowała w kolejnych pokazowych piruetach, Marisa klaskała zawzięcie, a Kitty próbowała śpiewać wraz z radiem. Zaraz też dołączyła do nich rozochocona Rosmerta. Od falujących włosów, bioder i innych krągłości można było dostać choroby morskiej.
– Peter nie chciał przyjść. Myśli, że stroisz sobie z niego żarty.
– Co?! – oburzył się Łapa. – Przecież ja nigdy!
– Ty zawsze – odgryzł się Lupin. – I może to lepiej dla niego. Uciekłby stąd z krzykiem. Co to ma być, Syri?
– Szczerze? Nie wiem. Te dziewczyny są szurnięte.
– Rem! – Yen również go wypatrzyła i wyraźnie się ucieszyła. – Jak dobrze, że jesteś! Potrzebujemy partnerów.
– Kogo? – szepnął w popłochu Remus do przyjaciela.
– Nie chcesz wiedzieć. Ja nie chcę wiedzieć. Nikt nie chce wiedzieć!
Było za późno na ratunek. Yen podeszła do Lupina i chwyciła go za rękę.
– Syri, ty pomożesz Ros, okej?
Jakimś cudem zdołała wyciągnąć ich obu na środek zaimprowizowanego parkietu. Zarzuciła ramiona na szyję Remusa, jego dłonie bezceremonialnie ułożyła sobie na biodrach. Syriusz starał się w miarę możliwości naśladować te przygotowania, ale o ile ręce Remusa wylądowały nieco zbyt wysoko, to jego – całkiem nisko. Mimo wszystko Yenlla wydawała się zadowolona z efektu. Rozgrzana i zarumieniona wyglądała bardzo ładnie, do tego słodko pachniała czymś cukierkowym. Roześmiana, rozświergotana i miękka pod palcami. Remus, który nigdy do tej pory nie znalazł się w tak bliskim kontakcie z płcią przeciwną, poczuł lekkie zawroty głowy.
– Właśnie tak, doskonale – chwaliła ich obu Yenlla nie wiadomo za co. – Masz naturalny talent, Rem.
Muzyka się zmieniła. Oczywiście nie sama, dokonała tego skrzatka na znak dany przez Yen. Była teraz wolna i nastrojowa. Lupin pokornie pozwalał sobą sterować, podczas gdy Black deptał po stopach Ros. Znosiła to mężnie, bo czego się nie robi dla miłości?
– Nie rób takiej miny – zaśmiała się Yen po chwili.
– Hm? – rzucił Remus nieprzytomnie.
– Wyglądasz, jakbyś marzył tylko o tym, żeby te męki się skończyły.
– Przepraszam. – Zakłopotał się jeszcze bardziej.
– Nic nie szkodzi. Faktycznie wpadłeś jak śliwka w kompot. Mógłbyś tylko trochę lepiej udawać. Tak na przyszłość, żeby nie urazić partnerki.
Ostatnie stwierdzenie w jakiś sposób do niego przemówiło. Absolutnie nie chciał urazić Yen, szczególnie gdy patrzyła na niego tak, jak teraz – nieco psotnie, z uśmiechem błąkającym się po ustach. Prezentowała się zdecydowanie lepiej niż ostatnim razem, gdy tak nieoczekiwanie zaatakowała go histerycznym płaczem.
– Udało ci się rozwiązać te… problemy? – zagadnął, skoro już sobie o tym przypomniał.
– Jeszcze nie. Ale nie martw się, coś wymyślę. Trochę mi głupio, że tak się wtedy rozkleiłam.
– Niepotrzebnie. Każdy tego czasem potrzebuje.
– To prawda. Dziękuję za pomoc i odwdzięczę się tym samym. – Uśmiechnęła się szerzej. – Zrobię z ciebie króla parkietu!
– Nie, nie! Ja nie… To nie… – bronił się słabo.
Za późno. Yen zgrabnie przejęła prowadzenie, zmuszając go do szybkiej sekwencji bardzo niezgrabnych kroków, a na koniec z wdziękiem przechyliła aż do ziemi. Nie doszacowała tylko jego ciężaru oraz własnych możliwości, dlatego omal nie wylądowali na posadzce. Yen śmiała się jak wariatka, Remus się czerwienił, ale ze zdumieniem odkrył, że cała ta zabawa nie była aż tak nieprzyjemna. Na pewno bawił się lepiej niż sztywny jakby kij połknął Black, który utknął z niepewną i zakłopotaną Rosmertą. Odsuwał się od niej coraz bardziej, ewidentnie próbując wyzwolić z idiotycznej sytuacji. Przeszkadzała mu w tym złośliwa jak demony Marisa.
– Bliżej, kochani, bliżej – kpiła w najlepsze. – Pokażcie, na co was stać!
– Kocham taniec! – rzuciła zachwycona Yen, gdy już udało jej się ustawić Remusa z powrotem do pionu. – Nie ma nic wspanialszego na świecie!
Błyszczące jak gwiazdy oczy stanowiły najlepszą gwarancję, że nie kłamała. Lupin nadal wpatrywał się w nią w oszołomieniu, nie mogąc oderwać oczu od tego niezwykłego zjawiska. Nie miał pojęcia, jak się tam znalazł, ale zdecydowanie trafił do bardzo atrakcyjnego alternatywnego wymiaru.
Niestety, druga para radziła sobie na tyle źle, że w końcu zwróciła uwagę samozwańczej instruktorki. Syriusz ani nie słyszał muzyki, ani nie starał się udawać. Stąpał ciężko jak górski troll i miotał się na wszystkie strony jak Wierzba Bijąca. Ros długo robiła dobrą minę do złej gry, ale w końcu musiała przyznać, że spełnianie marzeń ma swoją cenę – czasami zbyt wysoką. Wysyłała rozpaczliwe sygnały w kierunku zagadanej Yen, dopóki ta się nie zlitowała.
– Ojej, twój przyjaciel ma dwie lewe nogi – westchnęła Yen do Remusa.
Uśmiechnął się z zakłopotaniem.
– Przykro mi.
– Przecież to nie twoja wina! – zachichotała. – Chyba. Jeśli masz coś na sumieniu, natychmiast się przyznaj!
– W sumie… Przypomina to efekty Zaklęcia Tarantallegra – dał się wciągnąć w zabawę ku uciesze Yen.
– W takim razie idę rzucić małe Finite. Zatańczysz w tym czasie z Kitty? Błagam, zbyt długo podpiera ścianę.
Jak przystało na młodego dżentelmena, Lupin natychmiast się zgodził, a Yen ruszyła na ratunek przyjaciółce.
– Odbijany – rzuciła radośnie.
Rosmerta z ulgą odsunęła się na bok, żeby ratować to, co zostało z jej zmaltretowanych stóp. W tym czasie panna Honeydell naturalnie przejęła prowadzenie. Syriusz wydawał się zdziwiony tym, jak gładko jej to poszło.
– Panie Black, zaraz zarobi pan kolejny szlaban – pogroziła mu nowa partnerka. – Nie masz litości, Ros jutro nie będzie mogła chodzić. Próbujemy jeszcze raz, od początku – zarządziła.
– Czy to nie mężczyzna powinien prowadzić?
– Tylko jeśli potrafi. – Puściła do niego oko.
Black był uparty i wyraźnie stawiał jej opór, nawet jeśli do pewnego stopnia robił to wbrew sobie i swoim najlepiej pojętym interesom. Yenlla wcale się tym nie przejmowała. Niezależnie od tego, czy stawiała kroki damskie czy męskie, zdawała się płynąć równie lekko i z absolutnym przekonaniem.
– Jeśli chcesz rządzić, musisz najpierw wiedzieć, czego chcesz – wytknęła mu po raz kolejny. – Pewność siebie to klucz, ale nie zawsze wystarczy.
Naburmuszony Łapa wiedział tylko jedno: chciałby być teraz gdzieś indziej. Z dala od bezczelnie wesołej Yen, która wprost się z niego śmiała, chociaż sama postawiła go w tej nieciekawej sytuacji. Nie umiał tańczyć, to fakt, ale też nie uważał, że powinien się tego wstydzić. Nie było mu to do niczego potrzebne. Chociaż… Remus radził sobie jakoś lepiej, niech go!
– Kogo zabierzesz na tańce? – zagadnęła go ponownie nieznośna dziewczyna.
– Eee… – zawiesił się, bo wcale a wcale o tym nie myślał. A szkoda, bo stwarzało to całkiem nowe możliwości… Dla Glizdogona, naturalnie.
– Musisz myśleć szybko – zaśmiała się Yen. – I działać jeszcze szybciej, zanim wszystkie najładniejsze dziewczęta znikną jak kamfora.
Oczy Krukonki świeciły kusząco w przyjaznym mroku Izby Pamięci. Miały niezwykły kolor i ten tajemniczy wyraz, który czaił się w zaskakująco ruchliwych, bardzo mimicznych brwiach. Znowu z niego żartowała!
– Nie wybieram się – rzuciło nonszalancko. – Nie interesuje mnie to.
– Dlaczego? Wszyscy tam będą.
Wzruszył ramionami. Po raz kolejny zgubił rytm, więc Yen musiała salwować się ucieczką w bok, aby nie podzielić losu Rosmerty. Nie zamierzała stać się kolejną ofiarą betonowych buciorów Blacka. Syriusz przyglądał się jej uważnie i z jakiegoś powodu irytował coraz mocniej. Miał po dziurki w nosie tego dziwacznego szlabanu. Już wolałby szorować kociołki albo podlewać różne badziewia w szklarni, wszystko jedno. Yenlla chyba wyczuła ten podły nastrój, bo gdy piosenka dobiegła końca, wreszcie dała mu spokój.
– Zastanów się jeszcze, Syri. Pomyśl, kogo rozczarujesz, jeśli się nie zjawisz.
Ostatecznie nie wszystko poszło zgodnie z planem, bo nagle Black i Rosmerta znaleźli się w dwóch różnych kątach pokoju. Żadne z nich nie przejawiało też chęci, aby zmienić ten stan rzeczy. Przynajmniej Remus i Kitty radzili sobie całkiem nieźle, co Yen mogła uznać za sukces. Pozostała jeszcze tylko Marisa, która wpatrywała się czujnie w nową koleżankę. Yen to wyczuła i chętnie skręciła w stronę oczekującej Ślizgonki. Gdy znalazła się obok, stuknęła obcasami, po czym zgięła się przed nią w sztywnym, dystyngowanym ukłonie. Bardzo po męsku.
– Milady – rzuciła z flirciarskim półuśmieszkiem.
– Królowo – odpowiedziała Marisa, dygając wdzięcznie.
– Czy ofiaruje mi pani ostatni taniec tego wieczoru?
– Dlaczego ostatni?
– Oceniam, że porcja eliksiru była przeznaczona na sprytną ucieczkę, a nie zakładała spędzenia tutaj całej nocy.
– Niezwykle przyjemnej, co warto zaznaczyć.
– Cała przyjemność po mojej stronie.
– Gdybym wiedziała, częściej trafiałabym na szlabany z Krukonkami.
– Nie dostajemy ich zbyt wiele. Żelazna Dziewica woli odbierać nam punkty.
– Ku chwale Gryffindoru!
– Niestety – westchnęła ciężko Yen. – Uważamy, że nauczycielka transmutacji została wyróżniona niesłusznie, kosztem naszego drogiego i o wiele bardziej utalentowanego profesora Flitwicka.
– Hm, może byłoby go łatwiej zauważyć, gdyby nieco bardziej wystawał ponad biurko? – błysnęła humorem Ślizgonka, wytrącając Yen z roli.
– Marisa! – wykrzyknęła z oburzeniem, mimo że wciąż śmiała się jak szalona. – Jesteś niegrzeczną dziewczynką!
– A to tylko jedna z moich licznych zalet – zareklamowała się ochoczo. – Potrafię też świetnie tańczyć, w przeciwieństwie do niektórych.
Panna Honeydell nie zdążyła się o tym przekonać.
– Co tu się dzieje, na brodę Merlina?!
Drzwi Izby Pamięci ponownie stanęły otworem, a na progu – dla odmiany – znalazł się nieco blady profesor Slughorn. Ten konkretny nauczyciel zaliczał się szczęśliwie do jednej z najlepszych możliwych opcji, ale nawet on wydawał się nieco zdumiony tym, co zobaczył. Zdumiony, jednak wciąż raczej rozbawiony niż oburzony.
– Skończyliśmy wcześniej, panie profesorze – głos zabrała naturalnie Marisa, jedyna Ślizgonka w towarzystwie. – Proszę zobaczyć, wszystko lśni. – Wskazała na stos błyszczących pucharów, zza którego wystawał czubek skrzaciego nosa i jedna kokarda. – Dlatego postanowiliśmy to uczcić i…
– Cudownie, gratuluję – przerwał jej nauczyciel. – Ale czy wy macie jakiekolwiek pojęcie, która jest godzina?! Szlaban uważam za zakończony. Znikajcie do łóżek, zanim ktoś was przyłapie i wlepi koleją karę. Co ten pan Filch sobie wyobraża, doprawdy! Dobranoc, Mariso. Dobranoc, panno Honeydell. Jak zawsze, jestem oczarowany. Dobranoc, dobranoc. No już, sio!
Dziewczęta zgodnie obdarzyły go kompletem uroczych uśmiechów – może poza Ros, która przeżywała w tej chwili wewnętrzny konflikt lojalnościowy. Black spuścił nos na kwintę i przemknął jak najdalej od poczciwego Opiekuna Ślizgonów.
– Udało się! – Yen na koniec czule cmoknęła Ros i przyciągnęła do siebie Marisę. – Miłej drogi do domu, kochane!
Uczniowie podzielili się na trzy grupki i pomaszerowali w swoje strony. Ślizgonka jeszcze długo oglądała się za Yen, z którą nie zdążyła zatańczyć, zanim podążyła za profesorem w stronę lochów. Podobnie zresztą jak Syriusz, bo on również nie mógł oderwać wzroku od dziwacznej Krukonki. Sytuacji nie poprawiał fakt, że Ros i Remus nawijali o niej przez całą drogę do wieży.
*The Trammps: Disco Inferno
