Za pierwszym razem Ginko zrzucił to na karb rozkojarzenia.

Jednym okiem obserwował małą grupkę Świetlistych Łez, które radośnie tańcowały w mżawce niemrawo siąpiącej z nieba, pomimo szybko zapadającego zmroku (powinny już dawno uciec od ciemności) a drugim pilnował, żeby jego notatki przynajmniej po skupieniu wzroku, były zdatne do odczytania. Więc kiedy na moment odłożył ołówek, ale już nie znalazł go w żadnym miejscu, jakie logika podpowiadała, że mogło go ukrywać, wzruszył jedynie ramionami i wygrzebał z otchłani szufladek kolejny.

Za drugim razem zaginiony ołówek też umknął jego uwadze. Dzieciaki z wioski, w której się zatrzymał, były bezbrzeżnie zafascynowane jego osobą. Krążyły dookoła jak stadko piskląt, a pytań zadawały tyle, że Ginko sam nie wiedział, kiedy i która odpowiedź się zaczynała, a kiedy kończyła. Gadał jak katarynka, szkicując czasem mushi dla zobrazowania, o czym tak peroruje i dzieciaki zbierały te szkice jak małe skarby. Zwinięty w tym tumulcie ołówek nawet go nie zdziwił. Wyciągnął kolejny.

Trzeci i czwarty raz, podobnie jak poprzednie, minęły bez echa.

Jednak za piątym razem brew Ginko powędrowała w górę czoła: rozkojarzenie, rozkojarzeniem, ale ołówek praktycznie znikł mu z ręki. Rozejrzał się dookoła, poklepując trawę, na której siedział bardziej dla zasady niż z nadziei, że znajdzie zgubę. I nic. Tak jak się spodziewał. Zerknął jeszcze do góry, ale nic to nie dało. Pozostało mu więc wykonać eksperyment.

Ginko sięgnął po kolejny ołówek, dokończył pisanie listu, ale zanim odłożył go obok kolana, zaciągnął się papierosem. Dym wypełnił mu płuca, wijąc się w nich leniwie i czekając, aż zostanie wypuszczony na łowy. Mężczyzna zatrzymał oddech i w końcu odłożył ołówek, obserwując go jedynie kątem oka, żeby nie spłoszyć złodzieja.

Spodziewając się, że znów zniknie, Ginko w końcu dostrzegł widmowe, przypominające mysie palce sięgające ostrożnie w stronę pisadła. Kiedy mglista łapka zacisnęła się na drewnie, w mgnieniu oka czmychnęła do tyłu. Ginko ledwie zdążył wypuścić dym z płuc, zanim mushi całkiem się ukryło. Capnięte, natychmiast rozwarło paluszki, wypuszczając ołówek i zaczęło się wić, próbując uciec.

Widmowa rączka wyciągała się spod jego pudełka i Ginko sapnął z rozbawienia, że mushi urządziło sobie spichlerz w tak oczywistym miejscu. Dym powoli zaczynał się rozwiewać, więc mężczyzna szybko uniósł plecak i zerknął, skąd dokładniej wystaje Chytra Łapka. Po krótkich oględzinach, akurat kiedy mushi wywinęło się z pułapki i śmignęło do swojego schronienia, Ginko dostrzegł malutką szparę w desce wzmacniającej dno.

— A to cwany Chytrus — zaśmiał się. Dziurka była malutka i gdyby nie jej nowy lokator, Ginko zapewne nawet by jej nie zauważył jeszcze przez długi czas.

Tego typu mushi były pospolite i całkiem niegroźne, ale jednak uprzykrzały życie w możliwie najbardziej upierdliwy sposób i Ginko wolał nie zaleźć się w sytuacji, kiedy Łapka przywłaszczyła sobie coś potrzebnego do poradzenia sobie z innym mushi. Mężczyzna postawił plecak na ziemi i zaczął szukać ziół, które po spaleniu razem, powinny wykurzyć Chytrą Łapkę.

Nie bał się, że pozostawi stworzenie na pastwę losu: otaczający ich las był pełen małych drobiazgów, które mogło zacząć kolekcjonować; na brak szparek do zamieszkania mushi też nie mogło narzekać.

Po skompletowaniu ziół i ułożeniu ich na ceramicznym spodeczku, Ginko przeszukał jeszcze okolicę za kilkoma gałęziami lub kamieniami, na których mógłby podeprzeć plecak i w końcu wziął się za proces eksmisji nieplanowanego lokatora.

Podpalił zioła, dmuchając na nie, aż zaczęły się tlić i wsunął ostrożnie spodeczek pod plecak. Nie czekał długo, aż najpierw zaginione ołówki wypadły z klekotem ze szpary, w której nie miały fizycznego prawa się znaleźć i następnie kilka innych bibelotów, które mushi musiało zachachmęcić od ludzi, którzy znaleźli się niefortunnie blisko Ginko.

Szklane kuleczki, świstki papieru, szpila do włosów, igły i nawet koraliki do modlitwy wypadały jedno po drugim, aż dno plecaka prawie opustoszało. Ginko nachylił się i delikatnie dmuchną na dymiące zioła, aby zwiększyć żar i czekał, aż mushi ucieknie ze szpary. Po kilku chwilach delikatne paluszki wychynęły na wierzch, w dziurce mignęła para lśniących oczek osadzonych nad ryjkowatym pyszczkiem i w mgnieniu oka mushi wyskoczyło z ukrycia i popędziło daleko od gryzącego dymu.

Ginko śledził ucieczkę wzrokiem i kiedy upewnił się, że Chytra Łapka schowała się w drzewie i zdjął plecak z prowizorycznej wędzarki. Przez chwilę debatował w duchu, co zrobić z nadprogramowymi fantami, ale w końcu dusza oportunisty wygrała. Pochował je, gdzie miał miejsce, zakopał resztki ziół w ziemi, zarzucił plecak na grzbiet i ruszył przed siebie, żeby oddalić się od mushi i nie kusić go do ponownego wprowadzenia się.