Poznajmy się, a jutro pozwól mi odejść...

Alternatywa

Wstęp (fragment z Czwartego Tomu Harry Potter)

[...] Wtedy Voldemort, chcąc udowodnić wszystkim zgromadzonym swoją wyższość nad nastoletnim czarodziejem, który niegdyś „pokonał go" i przez wielu uważany był za obdarzonego wielką mocą, zaczął torturować Harry'ego.

– A teraz rozwiąż go, Glizdogonie, i oddaj mu różdżkę!

Harry dźwignął swoje obolałe ciało i przez chwilę rozważał możliwość ucieczki, z czego szybko zrezygnował. Glizdogon wcisnął mu różdżkę w rękę.

– Chyba cię nauczono, jak się pojedynkuje, Potter? – Powiedział Glizdogon

– Nie bawimy się w chowanego, Harry. [...] To będzie szybkie, może nawet bezbolesne... Nie wiem... Nigdy nie umierałem...- Zadrwił Voldemort

Harry, chcąc zachować resztki godności, wyszedł z ukrycia. Chciał umrzeć jak ojciec, wyprostowany i dumny.

Gdy Harry krzyknął Expelliarmus!, Voldemort zawołał Avada Kedavra! I ich zaklęcia zderzyły się...

I nasza historia się zaczęła...

Rozdział 1

Błysk światła wywołany połączeniem dwóch zaklęć oślepiła chłopca. Ból jaki ogarnął jego ciało był przerażający, siła wydarła z jego płuc resztki powietrza. Był pewien, że to uczucie wysysania nigdy się nie skończy. Umrze... Lord Voldemort go zabije. Może to i dobrze? Może w końcu zazna odrobiny spokoju?

Nagle upadł. Boleśnie. Jego ciało zaprotestowało. Wrzasnął...

Ból odbierający zmysły

Tak przynajmniej sądził do czasu kiedy nie poczuł na sobie obcego dotyku.

Wrzasnął kolejny raz.

Harry !- obcy krzyk. Silniejszy uścisk. – Obudź się to tylko zły sen!

Merlinie dopadli go. Jakimś cudem udało mu się uwolnić. Kopiąc obolałymi nogami na wszystkie strony. Starał się unieszkodliwić tylu ilu tylko zdoła. W mroku dostrzegł światło. Zerwał się na równe nogi ignorując ból i ruszył pędem w jego stronę. W panującej ciemności to światło wydawało się jego jedynym ratunkiem.

Wpadł z impetem na drzwi otwierając je z całą mocą swojego ciała. Drzwi? Na cmentarzu. Zmarszczył czoło rozglądając się w prawo i Lewo. Voldemort musiał ich teleportować, ale na Merlina Gdzie!? Długi jasny korytarz. Z wieloma drzwiami. Pod jego nogami leżał jakiś mężczyzna najwyraźniej oszołomiło go uderzenie drzwi. Ci których powalił w ciemności coś krzyknęli i to go otrzeźwiło i zmusiło do dalszej szaleńczej ucieczki.

Biegł szybko, w duchu dziękując Dudleyowi za lata kiedy był zmuszony uciekać. Przewracał krzesła stojące na korytarzu nawet jeden metalowy stolik wszystko co spotkał na swojej drodze by ich spowolnić. Zauważył drzwi prowadzące na klatkę schodową. Wpadł na nie otwierając je w momencie gdzie czerwone lampy obwieściły alarm. „Trochę to mugolskie..." przebiegło przez jego głowę. Jednak nie miał czasu analizować tego co go otaczało, przeskakiwał po trzy, a później już nawet co cztery stopnie. Zbiegł w dół cztery piętra, gdzie trafił na kolejny korytarz. Nie miał pojęcia gdzie biegnie i co go czeka, ale nie mógł Tu zostać. Goniony strachem I adrenaliną pokonywał kolejne metry. Gdy nagle jakby znikąd pojawiła się przeszkodą, która go powaliła. Grzmotnął na płytki, uderzając głową o coś niemiłosiernie twardego. Oszołomiło go to kolejny raz. Wzrok miał rozmyty i wpatrywał się w migającą lampę. Próbując zrozumieć co się stało.

- Mój Boże jest cholernie szybki! – usłyszał obcy męski zasapany głos. Nie dalej jak trzy metry od niego. Zamknął oczy zbierając w sobie pokłady energii.

- Chyba się nie zabił nie? – drugi głos.

Merlinie było dwóch. Może i więcej... Musiał być na to przygotowany. Czas spowolnił gdy nasłuchiwał pośpiesznych kroków.

Doliczył do trzech jak poczuł ruch powietrza wywołane zatrzymaniem większego ciała. Odór tanich perfum pozwolił mu ocenić odległość, a gdy Śmierciorzerca był dość blisko przywalił mu w twarz z czoła. Krzyk bólu wcale go nie zadowolił. Bo miał kolejnego napastnika na głowie. Poderwał się na równe nogi. Potrząsając głową, aby choć trochę w niej rozjaśnić. Spojrzał na przeciwnika. I zamarł. Nie miał szat Śmierciorzerców. Białe spodnie, biała koszulka, Białe buty

- Co jest?- Wychrypiał sapiąc z wycieńczenia.

I ktoś wykorzystał jego zdezorientowanie zachodząc go od tyłu. Poczuł bolesne ukłucie w ramie. Szarpnął się w szoku. Ale cokolwiek mu wstrzyknęli działało diabelnie szybko...

~oOo~

- Państwo Potter! Zapraszam- idący szybkim krokiem lekarz otworzył drzwi wpuszczając dwoje dorosłych do gabinetu.

James z irytacją spojrzał na gabinet lekarski. Na żonę nawet nie spoglądał. Wrócił wczoraj w nocy do domu po delegacji, a jego żona obwieściły, że zawiozła ich syna ponownie na oddział. Twierdziła, że ma nawrót choroby, że znów zaczął widzieć coś czego nie było. James był wściekły. Najchętniej od razu by pojechał do kliniki i zabrał stamtąd syna, ale był boleśnie świadomy, że o jedenastej w nocy nikt normalny go nie wpuści ani do szpitala, ani tym bardziej do Sali w której przebywał jego syn. Musiał cierpliwie poczekać do rana zanim udało by mu się ustalić cokolwiek. Jednak nawet nie musiał czekać do godzin odwiedzin, bo kilka minut po szóstej rozdzwonił się telefon jego żony. Dzwonił lekarz prowadzący jego syna z informacją, że mają się zjawić najszybciej jak to możliwe. Nic więcej się nie dowiedzieli.

James pędził na złamanie karku, ciesząc się, że o tak wczesnej porze nie ma korków. Dodarli do szpitala w półgodziny. Kolejne półgodziny przestali na korytarzu ignorowani przez personel z nakazem oczekiwania na Profesora Riddla. James już na samą wzmiankę nazwiska ordynatora oddziału dziecięcej psychiatrii czuł wściekłość, ale uspokajał się myślą, że najpóźniej za godzinę wsadzi Harrego do auta i zakończy raz na zawsze te irracjonalne podejrzenia jego żony jakoby z ich dzieckiem było coś nie tak!

Chłopak miał bujną wyobraźnię od zawsze! I kto jak kto, ale Lily powinna to wiedzieć! To tylko psotne historyjki, które miały nastraszyć matkę. Nie początki jakiej okropnej choroby! Jednak jego żona z jakieś dziwacznego powodu uważała, że ich syn wymagał pomocy. Dopóki chodziło tylko o psychologa to James nawet przymykał na to oko. Baa nawet sam bez marudzenia udał się na kilka spotkań. Jednak ta piekielną Lestrange wykonała kilka jakiś absurdalnych testów i uznała, że z ich chłopcem jest w rzeczywistości coś nie tak. Akurat w tym momencie James musiał wyjechać na trzymiesięczny kontrakt do Japonii.

Gdy jego uśmiechnięty syn żegnał go na lotnisku nie sądził, że gdy wróci jego chłopiec będzie otumanionym lekami zombi! Bo inaczej nie mógł nazwać stanu w jakim zobaczył syna. To nie był Harry.

James był wściekły! Na Lily która go tak perfidnie okłamywała i głównie na siebie, że gdy żona podsuwała mu do podpisania zgody na dalszą diagnostykę psychiatryczną nie wnikał na czym to ma tak w ogóle polegać! James po powrocie z Japonii nie poznał żony, która wyglądała jakby schudła z pięć kilo i co najważniejsze nie zobaczył syna na lotnisku!

To od razu wzbudziło jego podejrzenia. Jednak prawdy dowiedział się dopiero w domu. Lily płakała i próbowała mu tłumaczyć, że nie miała wyjścia, że musiała coś zrobić aby mu pomóc.

- On twierdzi, że widzi duchy James! Duchy! Na Boga on z nimi rozmawiał! Nauczyciele w szkole zgłaszali mi to od dawna! Mówiłam Ci przecież! To już nie chodzi tylko o bujną wyobraźnię James! On w to wierzy! Wiesz co on chciał zrobić? Ubzdurał sobie, że miotły mogą latać! James gdyby Fred go nie zobaczył to by skoczył z miotłą z dachu! Na co twoim zdaniem powinnam czekać? Aż w rzeczywistości skoczy licząc na to, że poleci?

Szczerze James kompletnie nie dowierzał w słowa żony. Jego skromnym zdaniem Lily przesadzała. Na pewno nie było konieczności umieszczania go na oddziale psychiatryczym

James uważał nawet za dość zabawny pomysł lotu na miotle! Harry był rozsądnym, ponad przeciętnie inteligentnym dzieckiem. Przecież wiedział, że skok z dachu może się źle skończyć! Postałby na dachu i by zszedł. Jego syn miał bezbłędne poczucie równowagi. Na pewno by nie spadł!

Jednak Jego żona spanikowała i zawiozła chłopca do kliniki, a tam po dwóch miesiącach dostali pierwsze podejrzenia diagnozy. Lekarz prowadzący jednak zaznaczył, że jest zbyt wcześnie na postawienie ostatecznej diagnozy jednak wdrążenie leczenia jest konieczne. I w ten sposób nad ich rodziną zawisła złowroga perspektywa diagnostyki Harrego pod kątem Schizofrenii Dziecięcej. James kompletnie nie brał słów lekarzy na poważnie. Jego chłopak był zdrowym, uśmiechniętym dzieckiem! Nie był psycholem do cholery!

Nawet chciał zabrać syna z oddziału od razu gdy się o tym dowiedział. Jednak Lily stanowczo mu się sprzeciwiła. Grożąc nawet sądem, rozwodem i ograniczeniem praw rodzicielskich jakoby James podsycał w synu niebezpieczne, autodestrukcyjne zachowania! Co było kompletną bzdurą, ale rudowłosa kobieta była wyjątkowo przekonana o słuszności swoich decyzji i James czuł w kościach, że to nie są czcze groźby. Odpuścił, bo lekarze zaproponowali terapię domową, która miała objąć ich wszystkich. W tamtym momencie James był w stanie zgodzić się na wszystko byle by wyrwać Harrego z tego miejsca! I przy okazji nie podpadać żonie.

I tak przez ostatnie tygodnie trwali w tej nowej rzeczywistości. James nie mógł patrzeć na swoje dziecko, które przez leki było dziwnie milczące i powolne. Skończyło się wesołe trajkotanie, tworzenie wspólnych niesamowitych historyjek! Nagle wszędobylski chłopiec wolał spać lub wgapiać się w sufit niż grać z ojcem w piłkę, jeździć motorem, konno czy jakiekolwiek inne rzeczy które kiedyś razem robili. Fakt jego stopnie uległy poprawie i wyglądało na to, że idzie mu łatwiej skupić się na tym co mówi do niego prywatny nauczyciel. Ale to co zadowalało Lily wcale nie zadowalało Jamesa. Merlinie on też kiedyś taki był! I nikt mu nie wmawiał choroby, ani nie faszerował chemią!

Więc kiedy dzisiaj wrócił z jednodniowego wyjazdu wpadł w szał, kiedy odkrył, że Harrego nie ma w domu.

- Uciekł na King Cross i szukał Peronu 9 i ! Błąkał się tam kilka godzin! Znaleźliśmy go tylko dlatego, że narysował ten cholerny peron w notesie! A wcześniej opowiadał o nim Ginny! James nawet policja rozpoczęła poszukiwania! Obcy ludzie wzięli cała sprawę na poważnie tylko nie ty! Dzwoniłam milion razy! Nie odebrałeś! Co miałam robić? Co? – wrzeszczała na niego zapłakana Lily.

James nie wiedział co o tym myśleć. Jednak nie zamierzał też pozwalać Riddlowi na mieszanie w umyśle jego dziecka. I z tym postanowieniem przyjechał do prywatnej kliniki.

- Proszę usiąść...- powiedział lekarz.

- Postoję, gdzie jest mój syn?- zapytał James. Gromiąc lekarza wzrokiem.

- Radzę usiąść. Mamy sporo do omówienia. – powiedział Riddle.

- Oczywiście! Macie przygotować wypis. Mój syn tu nie zostaje...

- JAMES!- odezwała się Lily

- Panie Potter nikt nie przetrzymuje tu Pana syna bez Państwa zgody! Jeśli taka będzie Pana decyzja po naszej rozmowie możemy wypuścić chłopca na Państwa odpowiedzialność. Jednak radziłbym to przemyśleć. Zanim Pan podpisze dokumenty proszę usiąść i posłuchać co mam do powiedzenia i do pokazania, głównie Panu! Bo najwyraźniej w dalszym ciągu szerzy Pan teorie spiskowe jakobym truł Pana dziecko!

- Bo to robisz ! – wrzasnął. Riddle wydawał się nie wzruszony jego słowami. Odwrócił w ich stronę laptop i nacisnął play.

Na ekranie James zobaczył swojego syna. Pogrążonego w głębokim śnie. Przykryty kołdrą po same uszy. Spojrzał na godzinę 01.37. Spokojna sylwetka syna poruszyła się najpierw delikatnie. Później zdecydowanie mocniej. Odrzucił kołdrę gwałtownie jakby było mu za gorąco. Od czasu do czasu przewracał głową w prawo i lewo.

- Miał koszmar...- zauważył James.

- Na razie niech Pan ogląda omówimy to później- przerwał Riddle.

I James oglądał. Minęło kilka minut nim ciało jego syna znieruchomiało. Podkulił nogi i ułożył się w pozycji embrionalnej. Najwyraźniej koszmar minął. Wszystko wskazywało na to, że chłopiec zasnął ponownie już spokojnie.

„Też bym miał tu koszmary!"- pomyślał James.

I wtedy z ciałem jego syna wydarzyło się coś przerażającego. Wygiął się niczym struna, głowę zarzucając do tyłu. Po chwili ten dziwaczny Skórcz czy cokolwiek to było minął i chłopiec spadł z łóżka z przerażającym wrzaskiem pełnym bólu. James wytrzeszczył oczy patrząc na Riddla. Jednak kolejny wrzask przykuł jego uwagę do monitora. W tym samym czasie do Sali jego syna wpadło dwóch pielęgniarzy. Jeden zamarł słysząc krzyk chłopca, ale drugi od razu przypadł do niego próbując ocenić co się dzieje z dzieckiem. Chłopiec jak w amoku próbował się pozbyć jego dłoni że swojego ciała.

- HARRY! Obudź się to tylko sen! – Zawołał pielęgniarz przytrzymując spoconą twarz chłopca. Kolejny krzyk pełen bólu.

- Cholera wezwij lekarzy! – zażądał pielęgniarz przytrzymując ciało, które zaczęło mocno drżeć. James oglądał tą scenę nawet nie próbując mrugnąć. Co to do cholery miało być?

Jego syn drżał na całym ciele kilka minut. W tym czasie do jego Sali wbiegł lekarz i dwóch pielęgniarzy. Chyba chcieli podnieść chłopca, aby ułożyć go na łóżku, ale ten jakby obudził się zaczął kopać otaczających go ludzi. Jakim cudem poderwał się na nogi James nie miał pojęcia. Jednak zrobił to diabelnie szybko nokautując zbliżającego się pielęgniarza.

Filmik się urwał, ale lekarz był najwyraźniej na to przygotowany bo za chwilę włączył kolejny z innej kamery. Harry praktycznie wyskoczył z pokoju przywalając kolejnemu pielęgniarzowi drzwiami. Ruszył szaleńczym sprintem przez korytarz wywalając pod nogi goniących za nim pracowników medycznych co tylko się dało.

I gdyby Riddle pokazał mu tylko ten drugi filmik byłby z syna diabelnie dumny! Lata nauki nie poszły w las. Nie jeden Agent mógłby pozazdrościć Harremu zwinności i szybkości. Gdyby nie to pierwsze nagranie. Jego syn z całą pewnością nie miał pojęcia co się wokół niego dzieje. Bo może i James nie pochwalał pobytu syna w tej placówce, ale na Boga co by było jakby Harry w takim stanie uciekł na ulicę?

- Zatrzymaliśmy go na parterze. Niestety upadł i rozciął dość głęboko głowę. Dziewięć szwów. – powiedział psychiatra. James przełknął ślinę. Nie do końca wiedząc co powiedzieć. Wściekać się? To by była najprostsze rozwiązanie! Ale jednak gdyby coś takiego wydarzyło się w domu... Gdyby wydarzyło się w czasie kiedy Jamesa tam nie było... James Potter był przerażony. – Dotkliwość urazu i ten niespotykany atak skłoniła nas do wykonania natychmiast po zdarzeniu rezonansu. – kontynuował lekarz. Jego słowa przerwało szybkie pukanie i wejście kolejnego lekarza.

- Państwo Potter za pewne? – odezwał się lekarz. James Potter zmierzył starszego mężczyznę wzrokiem. Miał na sobie typowo szpitalny uniform, ale w przeciwieństwie do pielęgniarzy jego ubranie było niebieskie w pstrokate skrzaty, fajerwerki, ptaki i lizaki. James jeszcze mocniej zmarszczył czoło.

- To Profesor Albus Dumbledore jeden z najlepszych neurologów i neurochirurgów dziecięcych. Przy okazji ordynator oddziału onkologicznego w naszej klinice. Poprosiłem go o konsultacje. – odezwał się Riddle.

- Nie rozumiem! – Wychrypiał James.

- Tak jak wiele razy rozmawiałem z Pana żoną. Objawy jakie zaobserwowaliśmy u Państwa syna wskazywały na bardzo wczesne początki schizofrenii. Halucynacje, czy tworzenie własnego świata to dość powszechne objawy. Jednak zważając na młody wiek Harrego nie mogliśmy postawić ostatecznej decyzji po kilku miesiącach obserwacji. Dlatego nalegałem na regularne badania, a także o wykonywanie rezonansu magnetycznego. Do dnia dzisiejszego wszystkie wyniki wychodziły prawidłowo.

- Niektóre guzy dają objawy na długo przed ich uwidocznieniem- kontynuował Dumbledore. – Tak właśnie jest w przypadku Państwa syna. Na rezonansie z grudnia nie ma śladu zwiastującego, że coś może się dziać. Jednak dzisiejszy rezonanse nie pozostawia złudzeń. Przykro mi to mówić, ale Państwa syn ma guza pnia mózgu.

W tym momencie świat Jamesa Pottera legł w gruzach.