Rozdział 2
- Harry! – Hermiona dopadła łóżka na którym leżał ich przyjaciel. Drżącą dłonią chwyciła omdlałe palce. – Harry!
- Panno Granger, proszę o spokój- upomniała ją szkolna pielęgniarka.
- Co mu dolega ? Dlaczego jest nie przytomny? – zaczęła zadawać pytania.
- Pań Potter jest wyczerpany. Potrzebuję czasu na odpoczynek. Obudzi się gdy będzie gotów. A takie zachowanie na pewno w niczym mu nie pomoże. Pozwólmy mu odpocząć...
~oOo~
- James! – Mężczyzna uniósł głowę słysząc głos przyjaciela i szybkim krokiem podszedł do stolika przy którym siedział Syriusz i Remus.
- Na Boga co ona znowu wymyśliła? – zapytał Syriusz z odrazą rozglądając się po szpitalnej kawiarence. Wystarczył jeden telefon, aby obydwaj mężczyźni przyjechali tu od razu. – Na serio James nie możesz jej pozwalać robić z Harrego wariata! Nie może go tu zamykać jak tylko znikasz z horyzontu na parę godzin! Ja rozumiem, że siedzisz pod jej pantoflem, ale na Boga to twój syn!
- Zamknij się! – Warknął James. Schował twarz w dłoniach. Nie do końca dowierzając w to co dowiedział się w przeciągu ostatnich kilku godzin. Za pewne nie uwierzy dopóki Harry się nie wybudzi. O ile się wybudzi! Bo co to tego też nie mają pewności.
- James co się dzieje? – zapytał łagodnie Remus.
- Harry jest chory...- wykrztusił, a Syriusz prychnął pod nosem.
- Już Cię przekabaciła? Stary ja rozumiem, że twoja żona to diabelnie piękna istota, ale...
- Przestań!- powiedział James tym razem o wiele ciszej.
- Miał kolejny epizod schizofreniczny? Dlatego Lily go tu przywiozła?- spróbował zgadnąć Remus.
- Remi nasz Harry nie jest czubkiem! – Warknął Syriusz.
- Na Boga choroba o podłożu psychicznym to nie koniec świata! Kiedy wy obydwaj to zrozumiecie? To można skutecznie leczyć! Może normalnie żyć! Tylko wszyscy musimy mu z tym pomóc! – Upomniał ich stanowczo Remus. – Są o wiele gorszego choroby!
- Masz rację Remusie... – mruknął James patrząc przed siebie niewidzialnym wzrokiem.
- Co się dzieje, James?- spróbował ponownie Remus. Syriusz za to umilkł patrząc na Jamesa z przestrachem.
- Potrzebuję Waszej Pomocy...- wydusił z siebie.
- Co tylko potrzebujesz Stary...
- Potrzebujemy lekarza co usuwa guzy z pnia mózgu...
- James...- Wychrypiał Syriusz z trudem- chyba nie chcesz powiedzieć...
- Guz mózgu... – powtórzył James.. jakby bardziej dla siebie niż dla nich. Z widocznym oszołomieniem położył teczkę na stolik, którą Remus od razu zabrał i zaczął przeglądać dokumenty. Blednąc przy tym.
- To jeszcze nie wszystkie wyniki... dopiero poszerzają diagnostykę- dodał James.
- Na Boga James... To... – Remus spojrzał na przyjaciela z przerażeniem.
- Ten konował stąd twierdzi, że jest nieoperacyjny. Znajdźcie kogoś kto to usunie... Remi musisz kogoś znać!
- Opis jest podpisany przez Profesora Dumbledora James...- szepnął
- Przecież wiem! – Warknął
- To najlepszy lekarz... Wątpię...Jeśli On twierdzi, że nie ma sposobu... Wątpię byśmy znaleźli kogoś kto podważy jego opinie...- wyszeptał
-Musi ktoś być! – krzyknął James.- Ja nie mogę... Nie mogę pozwolić mojemu dziecku po prostu umrzeć! – wyszeptał załzawionymi oczami.
- Ja to rozumiem przyjacielu. Uwierz mi na słowo, że rozumiem, ale ten facet. To naprawdę ktoś najlepszy... Ludzie przywożą do niego dzieci z całego świata. Wiedziałem, że wraca do kraju, ale nie wiedziałem, że akurat tu... On...
- Remi błagam poszukaj kogoś! Kogokolwiek... Cena nie ma znaczenia...
- James... Jeśli te wyniki się potwierdzą...
- O czym wy do kurwy nędzy mówicie?- zapytał Syriusz. Remus spojrzał na przyjaciela z rozpaczą.
- Syriusz Harry ma guza mózgu. Według najlepszego neurochirurga nieoperacyjnego. A to oznacza, że nie zostało mu zbyt wiele czasu...
~oOo~
- Panie Potter...- usłyszał znajomy głos. Z trudem uniósł Powieki. Rozglądając się po obcym jasnym miejscu. Po czym spojrzał w dobrze znane migoczące oczy. Zmarszczył czoło. Bo widok Dumbledora bez długiej brody był dość zabawny. Zachichotał, a cichy chichot przeszedł w głośny śmiech. Ktoś obok niego najwyraźniej też poczuł rozbawienie Bo parsknął wstrzymywanym śmiechem.
- Jestem brudny czy o co chodzi? – zapytał Albus. Harry pokręcił głową. Przetarł płynące łzy rozbawienia ręką i zamarł. W jego dłoni była wciśnięta plastikowa rurka, nad głową coś piszczało. Wystraszony tym niecodziennym odkryciem spróbował się podnieść, ale jego głowa eksplodowała bólem.
- Spokojnie mój chłopcze! Nabiłeś sobie solidnego guza. – mruknął Dumbledore.
Harry rozejrzał się z przerażeniem po pomieszczeniu.
- Gdzie ja jestem! – zapytał. Mężczyzna łudząco przypominający Albusa Dumbledora dotknął jego ramienia jakby chciał go uspokoić.
- W szpitalu... Pamiętasz co się stało?
Harry rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu. Wyglądało strasznie mugolsko. Na ścianie wisiał nawet telewizor! Wszystko co go otaczało dało mu jasno do zrozumienia, że albo ma Halucynacje, albo Voldemort wepchnął go do jakieś alternatywnej rzeczywistości. Całkowicie nie magicznej! Gdzie Albus Dumbledore nie był potężnym Dyrektorem szkoły. Był najwyraźniej Mugolem bez brody i magicznych szat. Chociaż jego ubranie było równie kontrowersyjne.
Uznał, że opowieść o wydarzeniach z Cmentarza i o odrodzeniu Voldemorta temu pseudo Albusowi to nie najlepszy pomysł. Wezmą go za świra. Zamknął gdzieś skąd nigdy się nie uwolni i nie będzie miał szans na powrót do swojego świata. Dlatego niepewnie pokręcił głową przecząco. Nie będąc pewny co do swojego głosu. Czuł jak panika zaczyna ogarniać jego myśli. Merlinie gdzie ja do diabła trafiłem? Myślał histerycznie. Na pewno nie miał przy sobie różdżki. Ale nawet gdyby ją miał jak ma się bronić, skoro głowa pulsuje tępym bólem, a ciało jest ociężałe jak po przebiegnięciu kilku mil? „Przydałby się przeciwbólowy" pomyślał żałośnie. Mężczyzna wyglądający jak Dumbledore, choć kompletnie nim nie będący zmrużył oczy. Po świecił latarka po jego oczach i Harry zdusił ochotę odsunięcie się.
- Nic a nic Ci nie świta?
Harry mimowolnie pobladł przypominając sobie finał Turnieju Trójmagicznego, śmierć Cedrica, powrót Voldemorta, złączenie ich różdżek i ból... Ostrożnie ponownie zaprzeczył.
- Jak się nazywasz?- zapytał łagodnym tonem. Ale jego oczy nie przerywały śledzenia każdej najmniejszej zmiany w jego twarzy. To może nie był Dyrektor, ale chyba w dalszym ciągu potrafił odgadywać myśli rozmówcy.
- To chyba oczywiste prawda? – powiedział cicho.
- Oczywiste?- słaby uśmiech.
- No w końcu sam mnie Pan nazwał Potterem nie? – mruknął, starszy mężczyzna uśmiechnął się.
- Fakt mój błąd...- uśmiechnął się ponownie- To teraz znacznie trudniejsze pytanie. Jak masz na imię...
Harry mimowolnie sie skrzywił. Bo to faktycznie było trudne pytanie. Bo w tej rzeczywistości mógł mieć tysiące różnych imion. Jednak przedłużająca się cisza z jego strony to zdecydowanie gorszy błąd.
- Harry?- wyszeptał. Brew lekarza uniosła się do góry.
- To pytanie czy stwierdzenie? – zapytał. Harry mimowolnie przełknął ślinę. To zdecydowanie najtrudniejsze pytanie jakie kiedykolwiek w życiu otrzymał.
- No oficjalnie to chyba jestem Haroldem, ale wszyscy nazywają mnie Harry- zaryzykował, a lekarz uśmiechnął się co w żaden sposób nie dało chłopakowi znać czy jego odpowiedź jest prawidłowa.
- Wszyscy to znaczy kto? – kolejne pytanie na pozór tak proste i oczywiste. Jednak odpowiedź błędna może sprowadzić na niego dość sporo kłopotów.
- Przyjaciele...- mruknął... To było najbardziej ogólnikowa odpowiedź na jaką wpadł.
- A jak nazywają się twoi przyjaciele...- Harry zamknął oczy. Odpowiedź na to pytanie także była oczywista. Ron, Hermiona, Ginny, Nevile, Fred, Georg, Syriusz, Lunatyk. Jednak w tej rzeczywistości mogło ich nie być. Albo byli kimś całkiem innym niż w świecie Harrego. W końcu zdecydował się na odpowiedź, która była całkowicie szczerą prawdą.
- Chyba się porzygam...- przyznał.
~oOo~
- Inteligentna bestia- powiedział Dumbledore przeglądając dokumenty. James śledził go uważnie. Czekał na jakieś konkrety.
- najważniejsze, że się wybudził. – powiedział w końcu patrząc na nich. – Jest zdezorientowany i nie pewny tego co mówi. Jednak nie zaobserwowałem by był pogrążony w psychozie. Co nie znaczy, że to nie nastąpi ponownie. Guz uciska wiele nerwów. Im jest większy tym jego postrzeganie rzeczywistości będzie za pewne słabsze... Możemy spodziewać się zaników pamięci, dezorientacji, stanów psychotycznych . Muszą być Państwo na to gotowi... Uniknął odpowiedzi na pytanie o przyjaciół. Wiedział, że ktoś jest. To było widoczne w jego mimice, ale nie był pewien odpowiedzi. Nie chciał strzelać na oślep. Co sugeruje, że jest świadomy obydwu światów.
- Obydwu?
- Tego prawdziwego i tego do którego ucieka...
- To dobrze, źle czy to nie istotne? – zapytał James.
- O wiele łatwiej jest ocenić stan chorego gdy nie rozbiera swoich myśli, wspomnień na czynniki pierwsze Panie Potter. Nie przemyślane odpowiedzi o wiele więcej by mi powiedziały w jakim stanie jest rzeczywiście. Z Doktorem Riddlem wydawał się bardziej rozmowny. Być może dalszą terapia była by pomocna.
- Niby w czym. Skoro jasno Pan powiedział rano, że nic nie można zrobić! – Warknął James.
- Jestem pewien, że nie wypowiedziałem tych słów. Według mojej pamięci powiedziałem, że operacyjne usunięcie guza jest niemożliwe. Radioterapia i Chemioterapia nie wchodzą w grę. Wyniszczą jego organizm.
- To mamy jakieś inne wyjście? – zapytała cicho Lily.
- Nasz oddział prowadzi badania kliniczne połączone z dość eksperymentalnym leczeniem. Nie wspominałem o tym bo nie mieliśmy kompletu wyników. Przeżuty uniemożliwiły by zaklasyfikowanie Harrego do programu. Jednak dzięki Bogu niczego więcej nie znaleźliśmy. Wyniki są dość dobre. Jednak zawsze istnieje jakieś ale...
- I jest nim ?
- Nie mamy gwarancji sukcesu. Na chwilę obecną mamy pięciu pacjentów objętych tym programem leczenia. Wyniki są obiecujące. Jednak w dalszym ciągu są to badania. Podejście do programu wymaga sporego reżimu i dyscypliny. Jeśli zaczniemy, nie będziemy przerywać nawet jeśli jego stan pogorszy się. A na pewno będzie wiele kryzysów. Jednak jego wiek daje mu spore korzyści. Młode tkanki bardzo szybko się regenerują. Jeśli udało by się zmniejszyć nacisk guza zwiększymy jego szanse na dłuższe życie...
- Ale nie uleczenia?- Warknął James.
- Celem terapii jest obkurczenie całkowite guza. Jednak nie mogę obiecać, że tak właśnie będzie. Nie wiemy czy nie jest złośliwy. Biopsja jest ogromnym ryzykiem.
- Będzie musiał tu być cały czas? – zapytał James.
- Pierwszy dni tak. Musimy sprawdzić jak jego organizm reaguje na substancje czynne. Jednak nie ma przeciwskazań do kontynuowania leczenia w warunkach domowych. Jednak... Z całą pewnością jest to dość trudny czas dla chorego. Obserwujemy gwałtowne nasilenie objawów chorobowych w trzecim Etapie. Który jest dość decydującym momentem w całej terapii. Muszą to Państwo przemyśleć. – powiedział podsuwając im pod nos kolejną teczkę.
- I koszt podjętego leczenia Spada w pełni na Państwa.
James wziął teczkę w dłoń.
- Ile mamy czasu na podjęcie decyzji? – Spytał.
- Im szybciej tym lepiej. Jednak zalecam mimo wszystko racjonalne podejście do tematu. Ewentualne powikłania przyspieszą to czego chcielibyśmy uniknąć. Decyzja należy do Państwa.
- Bez leczenia umrze! – Warknął James
- Szacując tępo wzrostu guza ma szansę na rok spokojnego życia... Leczenie może skrócić ten czas.
- Na Boga to co wydarzyło się tamtej nocy nazywa Pan spokojnym życiem?
- Zaburzenia na tle psychicznym na pewno ulegną nasileniu po wdrożeniu leczenia. Stany lękowe, depresyjne, psychoza. To jedne z najczęstszych powikłań. I mogą przybrać znacznie silniejszy obraz... Proszę zapoznać się z tymi dokumentami. One sporo Państwu wyjaśnią.
~oOo~
- Proszę go nie męczyć. Potrzebuję odpoczynku- James spojrzał na pielęgniarkę z irytacją. On miałby męczyć swojego syna? Miał ochotę prychnąć na tą jawną dyskryminację. Bo wobec Lily kobieta miała zdecydowanie więcej współczucia.
Posłusznie włożył ubranie ochronne i wszedł przez szklane drzwi które odsunięty się automatycznie. Mimowolnie przełknął z trudem ślinę mijając inne zajęte łóżka nim w końcu doszedł do łóżka na którym leżał jego syn.
Miał zamknięte oczy, zabandażowaną głowę. Góra piżamy była zdjęta by Medycy mogli podpiąć bez problemu wszystkie urządzenia monitorujące funkcje życiowe. Wyglądał na o wiele mniejszego i bardziej bezbronnego.
- Synku...- Wyszeptała Lily podchodząc do niego. Drżącą ręką dotknęła nie ruchomej dłoni. James nie miał pojęcia jaki Diabeł doprowadził ich do takiej sytuacji, ale szczerze i z całego serca go nienawidził. A to w dalszym ciągu był dopiero początek ich drogi. Podszedł chwiejnym krokiem do łóżka przysiadając na metalowym krześle. A Zielone oczy jego syna otworzyły się. Nastolatek patrzył na niego jakby co najmniej zobaczył ducha. Albo i gorzej... Bo wierząc w historyjki jakie tworzył duchy go nie przerażały. A jednak widok rodziców zdecydowanie podziałał na niego mocno nie korzystnie.
Jego klatka piersiowa uniosła się gwałtownie łapiąc gwałtownie powietrze. Śledząc Jamesa i Lily szeroko otwartymi oczami. James nawet nie zdążył powiedzieć słowa. Bo aparatura zapiszczała złowrogo i już po chwili został odsunięty przez pielęgniarkę.
~oOo~
Harremu dłuższy czas zajęło otrząśniecie się z szoku jaki ogarnął jego ciało po widoku najwyraźniej żywych rodziców.
James i Lily z całą stanowczością w tej nierealnym świecie byli żywi! Merlinie to wydawało się pokręcone do reszty! I w sumie musiał dziękować świętościom, że ten dziwaczny Dumbledore nie zapytał go o rodziców Bo gdyby sypnął tak oczywistą odpowiedzią jaką jest fakt, że nie żyją napytał by sobie problemów. A jak miał być szczery sam, ze sobą miał poważne problemy!
Utknął w dziwacznym świecie. W którym kompletnie nie wiedział o co chodzi, ani kogo i czego ma się spodziewać. Co najważniejsze nie wiedział jak długo w nim przebywał bo co najmniej trzy krotnie został powalony w nicość przez tych „lekarzy". Mało tego był pod ciągła obserwacją. I nawet najmniejszy przejaw wybudzenia ściągał mu kogoś nad głowę. Dlatego leżał nieruchomo próbując zachować pozory snu, a jednocześnie podsłuchać co się da.
- Dobry Wieczór- usłyszał cichy kobiecy głos.
- Ah Pani doktor, już po urlopie? – pielęgniarka, która zdecydowanie zbyt często nad nim wisiała odezwała się.
- Jak sytuacja?
- Malcolm Stabilny, Jon stan ciężki i Harry... – pielęgniarka zawiesiła głos.
- Taa słyszałam. Riddla poniosło z psychotropami... zajmie nam kilka dni nim to z niego wypłuczemy...
- Rodzice się zgodzili?
- Jeszcze nie... Ale szczerze jaki mają wybór? Musi być przygotowany na terapię od razu, gdy tylko rodzice złożą podpis pod zgodą. Zalecenia Dumbledora...
Harry mimowolnie zamarł. RIDDLE! Jego życiowe nemezis miało swoje alter ego także w tym świecie! I najwyraźniej tu także knuł przeciwko niemu. Wniosek był prosty i oczywisty. Musiał się stąd ulotnić. I znaleźć rozwiązanie z tej chorej sytuacji. Gdzie najwyraźniej planem wszystkich jest faszerowanie go lekami. Nawet James i Lily wydawali się nie pewnym gruntem!
Usłyszał jak lekarka najwyraźniej bada dwóch pozostałych pacjentów. Musiał podziękować im, że go zostawiają na koniec. Miał czas wyciszyć umysł i włożyć więcej wysiłku w udawanie snu. Udawanie nieprzytomnego w trakcie badania było trudne, ale on był w tym Mistrzem. Trenował to wiele razy na Madam Pomfrey.
- O której dostał Midazolan?
- Siedemnasta dwadzieścia. Nastraszył nas...
- Was? Nie chcesz wiedzieć co mówił mój mąż. Musimy na niego uważać. Ma silne stany psychotyczne. Ale Dumbledore upiera się przy ograniczaniu leków... Idealnie pasuje do profilu. Uważa, że ma duże szanse na całkowita remisję... Na razie się wstrzymamy z Diozepanem. Zbadam go jeszcze przed północą.
Jeszcze przez chwilę kręciły się po Sali nim zapadła kompletna cisza. Harry delikatnie uniósł powiekę by zorientować się, że do północy zostało mu nie wiele ponad godzinę. Jeśli wstrzyknął mu kolejną dawkę leku jego szanse na ucieczkę będą zerowe. Pielęgniarka siedziała przy biurku uzupełniając jakieś dokumenty. Merlinie nie zwieje! Nie da rady!
Jednak jakaś gwiazda opatrzności czuwała nad nim. Bo dosłownie chwile później do Sali weszła inna osoba.
- Masz spokój?
- Taaa.
- Zrobiłam kawę. Choć do pokoju.
- Tonks się wkurzy...
- A przestań sama poszła na czwarte piętro!
- Potter...
- Po wczorajszym to się przez tydzień nie ruszy!
- Dobra, ale tylko na chwilę...
Przez uchylone Powieki obserwował kobietę. A gdy miał pewność , że wyszła otworzył oczy. Przyglądając się aparaturze. Zlokalizował wyłącznik i pozbył się kabli bez włączania alarmu. Już samo przyjęcie pozycji pionowej spowodowały zawroty głowy Jednak to go nie powstrzyma. Po cichu wstał zgarniając z wieszaka fartuch lekarski. Jego oczom rzuciły się porzucone dokumenty. Podpisane na Harry James Potter. Zgarnął je w nadziei, że czegoś się o sobie dowie. Po cichu wyszedł z Sali zastanawiając się po co tu trafił. Co chcieli z nim zrobić. I jak znaleźć sposób na ucieczkę. Chwilę zajęło mu dotarcie do klatki schodowej. Jednak dzisiaj nie popełnił błędu. Zamiast w dół udał się na wyższe piętro. A tam ukrył się w wielkim wózku na pościel. Musi tu przesiedzieć do rana uznał. Ułożył się wygodnie wyciągając z kieszeni kartę medyczna.
Harry James Potter
Lat 14
Waga 47 kg
Wzrost 160cm
Rozpoznanie : Guz pnia mózgu st.3 – lek. Prow. Prof A. Dumbledore; Prof T.M.Riddle
Objawy: Halucynacje, incydenty psychotyczne, napady padaczkowe, ból o nieokreślonym ognisku.
Stan: Ciężki
- U bracie masz gorzej przechlapane niż ja! A w zasadzie to ja mam teraz przesrane podwójnie! – pomyślał. Przeglądając resztę dokumentacji, ale medyczny bełkot nic mu nie mówił. Po za tym, że ciało w jakim utknął musi być bardzo chore. To by wyjaśniało poniekąd całą sytuację i jego osłabienie. Mógł mieć jedynie nadzieję, że gdy On wróci do swojego świata i swojego prawdziwego ciała ten Harry Potter sobie z tym poradzi!
Usłyszał nagły ruch. I mimowolnie się uśmiechnął. Oj chyba go szukają...
Ułożył się wygodnie w brudnych pościelach, nakrył głowę pościelami i cierpliwie czekał. Do rana ruch w szpitalu powinien być na tyle duży by nikt nie zwrócił na niego uwagi. Przynajmniej taka miał nadzieję.
~oOo~
- Ostrzegałem...- mruknął Riddle. Patrząc na Dumbledora z kpiną. -On rozpływa się w powietrzy jak kamfora...
- To nie jest zabawne Tom!
- Czy ja mówię, że jest zabawne? Po prostu Cię ostrzegałem znam go od pięciu miesięcy Albusie. Przynajmniej raz w tygodniu próbował czegoś takiego jak miałem go u siebie. Jedyna różnica polegała na tym, że ja go zawsze znajdowałem. Zawiadom policję i rodziców. Minęło dwie godziny. W jego stanie to o dwie za długo. Jeśli coś mu się stanie Potter nas rozniesie.
- Jak go zawiadomię to na pewno nas rozniesie! Nie mógł opuścić szpitala...
- Nie powinien opuścić OIOMu...
- Nie wierzę, że wszystkie kamery wysiadły! – mruknął Albus.
- Miał szczęście... Wzywaj policję Albusie... To już nie są żarty...
~oOo~
Rozbudził go ruch wózka. Merlinie zasnął w tych brudnych szmatach! Jednak najwyraźniej salowy nie zauważył skulonego ciała.
- Przeczesali cały szpital. Smarkacz rozmył się w powietrzu! Wierzysz to? – usłyszał obcy głos. Poczuł nagły ruch charakterystyczny dla windy.
- Niech więcej czasu poświęcają ploteczkom! Nas gonią a sami nie umieją upilnować pacjentów... Dobrze im tak...
- Jeśli coś mu się stanie wszyscy będziemy mieli problem...
- A my z jakiej racji? Tylko tu sprzątamy.
Wózek zatrzymał się. Głosy się oddaliły. Harry z nie małym trudem wyczołgał się z pościeli. Rozejrzał się i uśmiechnął się widząc pokój dla personelu. Przeszedł tam po cichu. Z zadowoleniem zauważając czyjeś cichy. Dusząc wyrzuty sumienia ubrał damskie leginsy adidasa i za dużą bluzę. Z butami miał mały problem, ale przywykł do chodzenia w za dużych butach . Spojrzał na okno. Nie miało krat! Coś za dobrze mu szło. Podszedł do okna i zamarł. Wcale nie zjechali na dół. Merlinie pojechali piętro wyżej. Może nawet dwa! Usłyszał, że Ci którzy pomogli mu wydostać się z Czwartego piętra wracają. Spojrzał na okno niepewnie. Później na parapet, na boczny gzyms. Jeśli ktoś go zobaczy? Jednak jeśli Ci dwaj go zobaczą na pewno skończy z igłą w ramieniu! Szlak!
Wszedł na parapet i przeszedł przez okno usiłując nie patrzeć w dół. Tylko chwilę tam postoi. Tamci posprzątają i sobie pójdą, a wtedy wymyśli coś znacznie lepszego. Przesunął się na 20 centymetrowy gzyms. Przytulając się całym ciałem do ściany, a ręką łapiąc się rynny. Wiatr owiał jego ciało. Merlinie jak dobrze!
Nagle usłyszał huk zamykanego okna. Tylko nie to! Był na pieprzonym piątym piętrze! Może szóstym wołał nie liczyć okien sąsiadującego budynku.
Jednak Ci co byli w sąsiednim budynku najwyraźniej zobaczyli jego. Merlinie Snape ma rację! Jest kretynem! Nagle uświadomił sobie, że to ciało wcale nie jest takie sprytne jak jego. Ten Harry był chory! Tkwił w chorym ciele! Nie to, że zdrowe ciało ustało by długo w takiej pozycji. Miał przechlapane!
~oOo~
- Znaleźli go, Profesorze! – usłyszał Albus głos jednej z pielęgniarek. Uniósł głowę.
- No i chwała Panu! W jakim jest stanie? – podniósł się z krzesła.
- Ciężko stwierdzić...
- Jak to Ciężko stwierdzić? – zapytał zszokowany Ordynator.
- Nikt go jeszcze nie badał. Wezwali straż, aby go zdjęli...
- Słucham?
- Stoi za oknem oddziału Ortopedii, Panie Profesorze. Ale ochrona robi co może. Profesor Riddle także już tam pobiegł. Straż rozkłada trampolinę.
- On nie może skoczyć do cholery! Ma pieprzonego guza mózgu! – wrzasnął Dumbledore. Wybiegając z gabinetu. Albus Dumbledore wiedział jedno Będą mieć sprawę sądową. Na pewno... O ile nie zażuty prokurstora jeśli smarkacz skoczy.
~oOo~
- Mogę się zapytać co Ty robisz? – Tom otworzył okno po cichu, ale jak już staną na parapecie nie dało się ukryć jego przybycia. Harry drgnął na jego widok.
- BYLBYM WDZIECZNY JAKBYS JEDNAK NIE SKOCZYŁ. Strasznie dużo roboty bym miał. – zażartował.
- No tak bo wolisz zabić mnie osobiście, prawda? – Tom zmarszczył czoło słysząc odpowiedź. Szlak smarkacz ponownie wpadł w ten swój chory świat.
- Nie mamy różdżek Harry. Jeśli spadniesz zostanie z ciebie mokrą plama. Podaj mi rękę.
- Ani myślę...
- Nie ma innego sposobu. Musisz zejść tak jak wszedłeś. Nie jesteś typem samobójcy... Podaj mi rękę... – Harry prychnął pod nosem.
Zdecydowanie nie był typem samobójcy i z całą pewnością nie zamierzał ginąc w tej dziwacznej rzeczywistości do jakiej przeniósł ich ten potwór. Musiał znaleźć jakieś rozwiązanie. Tylko jakie? Stojąc tak cholernie wysoko? Bez różdżki? Nie za bardzo wiedział co ma zrobić. Ale przyjęcie pomocy od największego wroga absolutnie nie wchodziło w grę! I w tym momencie otworzyło się okno z drugiej strony...
~oOo~
Syriusz Black nigdy nie sądził, że kiedykolwiek stanie w tak cholernie trudnym położeniu.
Pierwsza telefon Jamesa spowodował, że Syriusz miał szczere chęci strzelić przyjaciela w pusty łep i przemówić mu do rozsądku by skończył z delikatnością i najzwyczajniej w świecie kazał się Lily pieprzyć. Bo kto to widział, aby wmawiać Jego szczeniakowi jakąkolwiek chorobę!
Harry był zdrowym chłopcem!
Co do tego Syriusz nie miał wątpliwości. Przynajmniej jeszcze wczoraj dałby sobie uciąć rękę święcie o tym przekonany. Jednak od wczoraj sporo się zmieniło. I po kilku godzinach wertowania informacji zawartych w karcie medycznej nie był już tego taki stuprocentowo pewien.
A teraz...
Kiedy zobaczył chłopca na szóstym piętrze mógł mieć tylko nadzieję, że ten cholerny guz jaki jego chłopiec ma w mózgu nie zaburzy jego poczucia równowagi i jakimś cudem zdołają go bezpiecznie ściągnąć na stabilny grunt.
W swojej pracy Syriusz był zmuszony ściągać ludzi z różnych dziwnych miejsc. Dlatego nawet nie zastanawiał się co robi jak otworzył okno i wszedł na parapet po lewej stronie chłopca. Miał dobry metr by go chwycić. I wiedział, że albo to zrobi, albo spadnie razem z nim. Innej opcji nie przewidywał.
- Na wierzy Astronomicznej było wyżej...- powiedział spokojnie przypominając sobie ich zeszłoroczny wypad do centrum Astronomii. Głowa chłopca od razu odwróciła się w jego stronę.
- Mogłeś powiedzieć, że chcesz się pospinać...- kontynuował rozmowę swobodnym tonem.- Wiesz, że wystarczy powiedzieć, nie? Od tego mnie masz Szczeniaku... – Harry zmarszczył czoło. – Dla ciebie to nawet Askaban nie jest mi straszny... – kontynuował.
- Łapa...? – ciche pytanie tak mocno zszokowane, że mężczyzna aż się skrzywił.
- No, a kto by inny? – Zielone oczy zmrużyły się. – Daj rękę Szczeniaku. Zabierzmy Cię z tego upiornego miejsca... – powiedział cicho.
- Niby gdzie? – zapytał cicho.
- No wiadomo, że jak najdalej stąd, prawda? Wracamy do Hogwardu. Nie zostawię Cię na pastwę tej gadziny... Nie jestem jeszcze pewien jak Cię z tego wyplączemy, ale Lunatyk na pewno coś wymyśli.
- Remus też tu jest? – nadzieją w głosie.
- No pewnie... Cóż ja bym zrobił bez jego tęgiego umysłu? Może I jego powolność jest irytująca, ale jednak muszę przyznać, że potrafi znajdować rozwiązanie nawet w tak beznadziejnych sytuacjach.
- Przyszliście po mnie...- nadzieją w głosie.
- Zawsze, młody. Zawsze Cię znajdziemy... – zapewnił.
- Nie wiedziałem co robić... – przyznał- Szprycowali mnie jakimś gównem. I chyba... Nie jestem do końca w formie.
- Wiem mały. Ale nie pozwolę by zrobili Ci coś jeszcze. Uroczyście przysięgam, że ktokolwiek stanie mi na drodze skończy marnie...
I tyle wystarczyło, aby drobną dłoń chłopca uścisnęła większą. A Syriusz odetchnął z ulgą dopiero jak trzymał dzieciaka w silnym uścisku.
