Wiosna uderzyła w londyńskie uliczki z pełną mocą. Nagrzany od słońca park zaczynał śmierdzieć nieznośnie końskim moczem wymieszanym z zapachem rozkwitających drzew. Penelope wzdrygnęła się lekko, gdy nowa fala odoru dotarła do jej nozdrzy wraz z lekkim powiewem wiatru. Już niedługo, jeszcze tylko kilka miesięcy i koniec lata obwieści także zakończenie sezonu. Tym razem panna Feathrington nie zamierzała uciekać na wieś, lecz, z pełnym przekonaniem, zamierzała wprowadzić się do rezydencji Alfreda, jako Lady Debling.
- Penelope, zasłoń się parasolem. Chcesz być do końca sezonu piegowata jak indycze jajo? - Portia spojrzała na najmłodszą córkę z dezaprobatą.
- Tak, mamo – odparła mechanicznie.
W odległości kilku kroków od siedzących w altanie kobiet słychać było podekscytowane głosy i nagłe zamieszanie. Penelope uśmiechnęła się lekko i spuściła pokornie wzrok, wiedziała, co się dzieje.
Najdroższy i oddany Czytelniku,
ten sezon, choć zapowiadał się raczej nudno, okazuje się jednym z gorętszych sezonów ostatnich lat!
Panna Francesca Bridgerton, Diament Sezonu, może przebierać w nobliwych kandydatach na przyszłego męża. Tłumy kawalerów, każdego dnia, stają w kolejce do Rezydencji Bridgertonów, aby chociaż kilka minut móc spędzić z jej obecności. Ona sama, jednakże wydaje się być raczej znużona zalotami. Czy gra na pianinie może zastąpić szczęśliwe chwile u boku małżonka?
Na Burton Street przybywa zalotników, ale ubywa panien gotowych do zamążpójścia. Philippa i Prudence Feathrington ku zaskoczeniu socjety, matki, a pewnie także ich samych, znalazły i usidliły kolejno panów Albiona Fincha i Harry'ego Dankworta. Młodym parom życzymy oczywiście samych słodkich chwil na nowej drodze życia!
Panna Penelope Feathrington postanowiła nie zostawać w tyle i zrównać się z siostrami. W ich domu coraz częstszym gościem bywa nikt inny, jak lord Alfred Debling. W ostatni czwartek był widziany z ogromnym bukietem róż. Czyżby jego arktyczna wyprawa miała nieco odsunąć się w czasie?
Drogi Czytelniku, to jeszcze nie koniec wrażeń, zachowaj więc czujność. W ubiegły piątek lord Fife stawił się u Królowej z prośbą o specjalną licencję ślubną. Lordzie Fife, panno Goring – jako naoczni świadkowie pewnych wydarzeń, które pewnie chcieliście na zawsze ukryć w szafie, czujemy się zaproszeni do świętowania Waszej miłości.
Przed nami jeszcze wiele podwieczorków i balów, a atmosfera staje się wyraźnie coraz gorętsza. Do następnego spotkania,
Wasza oddana
Lady Whistledown
- Napisała o nas wcale dobrze – Portia przyglądała się artykułowi z lekkim niedowierzaniem. - Mogła, co prawda, odpuścić sobie komentarz o tym, że wydanie was za mąż jest niemal niemożliwe.
- Mamo! - zawołały unisono Philippa i Prudence – Ważne, że wspomniała o naszych ślubach – dokończyła starsza z nich. - W innym razie, te maleńkie ceremonie przeszłyby bez żadnego echa.
- Może trzeba było poszukać sobie jakiegoś lorda z majątkiem, a nie…
- Mamo!
- Spójrzcie na Penelope, jak wspaniale sobie radzi. Lord Debling niedługo poprosi o błogosławieństwo, tego jestem pewna.
- O, to akurat może się plasować w kategorii cudu – prychnęła Prudence.
- Zamilcz dziewczyno, bo chyba oczy mnie nie mylą, ale Lord Debling zmierza właśnie w naszym kierunku. Uśmiechnij się, Penelope, nie odstrasz go miną.
Istotnie, zza najbliższego zakrętu wyłoniła się postać wysokiego, doskonale odzianego mężczyzny. W ręce niósł książkę i już z daleka widać było, że w gęstwinie jego brody błąka się czuły uśmiech.
- Szanowne Panie – ukłonił się, dołączając do towarzystwa. - Lady Feathrington, Penelope – najmłodsza z kobiet podniosła na niego wzrok i uśmiechnęła się szczerze.
Pen lubiła spokojne i stateczne towarzystwo Alfred Deblinga. Może nie był tak czarujący i ujmujący, jak Colin, czy też rozgadany jak Benedict lub przystojny jak Anthony, ale jego obecność miała w sobie coś, co sprawiało, że czuła się dobrze. Może sprawiał to jego poważny ton, gdy opowiadał o swoich wyprawach i pasjach, a może skupiony wzrok, gdy jej słuchał, ale od pewnego czasu czuła, że mogłaby polubić jego towarzystwo na zawsze. Nie czuła porywów serca, nie brakowało jej tchu, gdy podawał jej dłoń przy wysiadaniu z karety, ale było miło. Miło i bezpiecznie.
- Jak się dzisiaj miewasz, Penelope? - zagadnął, gdy odłączyli się nieco od jej rodziny i spacerowali oddaleni o kilka metrów, ale wciąż w zasięgu wzroku matki i pokojówki. - Lady Whistledown była dla nas dzisiaj łaskawa.
- Czuję się dobrze, dziękuję za troskę – odparła i spojrzała na niego uważnie. - Lady Whistledown była wczoraj zbyt zszokowana obrotem wydarzeń, by móc napisać coś bardziej uszczypliwego.
- I ja tak sądzę – głos miał spokojny, a jego szare oczy nie zdradzały żadnych oznak gniewu. - Może uda mi się jeszcze bardziej wkupić w jej łaski, jak sądzisz?
- To zależy, jaką książkę trzymasz w rękach.
- Och, to prezent. Dla trzęsącej całą socjetą genialnej pisarki. Shiller – wręczył jej wolumen i pełen napięcia obserwował reakcję.
Na wewnętrznej stronie wprawna dłoń wykaligrafowała cytat autora: Kto niewiasty obronić nie zdoła, niewart jej serca.
- Dziękuję, nie tylko za książkę – końcami palców dotknęła jego przedramienia.
Alfred wpatrywał się w pełne, słodkie usta Penelope i bardzo chciałby być teraz porywczy i namiętny. Gdyby mógł, wziąłby ją w ramiona na środku Hyde Parku, na oczach całego towarzystwa, wdowy Feathrington i jej głupiutkich siostrzyczek. I natychmiast pognałby po specjalną licencję, by móc ją poślubić kolejnego dnia i nie czekać, aż odtańczą wszystkie te rytualne, godowe tańce związane z zalotami.
- Wiesz, że zrobiłbym to samo kolejny raz, bez zastanowienia – Alfred nakrył swoją dużą dłonią jej, wciąż spoczywającą na jego ramieniu. - Jesteś niezwykła – powiedział z pełnym przekonaniem, a na twarzy kobiety zakwitł najpiękniejszy uśmiech, jaki dotychczas widział.
OoOoO
Wieczór poprzedniego dnia
Penelope Feathrington nie uważała Mayfair za niebezpieczne miejsce. Żyła w nim przecież od dziewiętnastu lat i nie mogła przypomnieć sobie żadnej sytuacji, którą mogłaby uznać za groźną dla siebie. Dlatego nigdy, podczas całej swojej przygody z Lady Whistledown, nie uznała za konieczne, by zachowywać jakieś dodatkowe środki ostrożności.
Po północy całe miasto spało. Prawie całe. Na dźwięk nadjeżdżającej karety, Penelope ukryła się w bramie i obserwowała, jak powóz z hukiem i donośnym trzaskiem zatrzymał się przed domem Bridgertonów, a już po chwili dobiegły ją zduszone męskie głosy i śmiechy. Colin – pomyślała i podeszła nieco bliżej, nadal ukrywając się w cieniu. Szary płaszcz z głębokim kapturem, który pożyczała na te okazje od Rae, był niezwykle pomocny.
Drzwi otworzyły się z impetem i na ulicę wysypali się pijani i rozśmiani bracia Bridgertonowie.
- Śpijcie dobrze, panowie!
- Słodkich snów – zawołał drugi damski głos, dochodzący z wnętrza powozu. Penelope zmartwiała w swojej kryjówce.
Jak mogła kiedykolwiek pomyśleć, że to ona była przyczyną zmartwień i rzekomej choroby Colina? Teraz dopiero widziała wyraźnie, że powody były inne i wielce frywolne, jeśli miałaby ocenić sytuację. Skarciła się w myślach za to, że było jej go nawet żal, że być może niesprawiedliwie go potraktowała… Przez chwilę straciła z oczu to, co miało być w tym sezonie jej najważniejszym zadaniem: wyjść za mąż. A to nie mogło się udać, dopóki całkowicie nie odetnie się od Colina i wszystkiego, co było z nim związane. Wszystkiego, co było dla Penelope tak drogie.
Odczekała jeszcze chwilę, aż drzwi za Benedictem i Colinem zamknęły się i usłyszała szczęk zamka. Wiedziała, że teraz może bezpiecznie udać się do Bloomsbury, gdzie jej zaufany drukarz pewnie zaczynał się już nieco niecierpliwić. Poza przekazaniem mu kroniki do druku miała jeszcze jedną, bardzo ważną kwestię do omówienia.
- Panie Smith – zaczęła, gdy załatwili już wszystkie formalności. - Ten nowy doręczyciel, rudowłosy chłopiec, jak ma na imię?
- Rudy? To Jack. Sprytny malec, muszę przyznać.
- Jack… Panie Smith, będę miała do pana jeszcze jedną prośbę, od mojej pani. Chciałaby, żeby chłopak dostawał, poza wynagrodzeniem, obiad.
- Obiad?
- Tak, obiad. Czy pańska żona dobrze radzi sobie w kuchni?
- Helen? - zapytał zaskoczony drukarz. - Doskonale, świetnie gotuje, ale jaki to ma związek?
- Moja pani chciałaby, żeby Jack… a właściwie nie tylko on. Panie Smith, opłaci się to panu i żonie. Pani życzy sobie, żeby chłopcy jedli chociaż raz dziennie coś ciepłego. Gęstą zupę z mięsem, gulasz, potrawkę i chleb albo miskę ziemniaków. Chcę, żeby jedli.
- Przecież im płacę!
- A jaką ma pan pewność, że pieniądze trafiają do ich matek, a nie do ojców, którzy je przepijają?
- Panienko… - zamilkł, gdy zobaczył, jak wyciąga monety i przesuwa je po stole.
- Czy tyle wystarczy tygodniowo? Dla wszystkich chłopców?
- Codziennie? - Smith spojrzał na Penelope i pokręcił głową z niedowierzaniem. Wziął pieniądze i pokiwał głową. - Wystarczy, może nawet za dużo.
- To dokup torbę cukierków. Do widzenia, Panie Smith. Proszę pamiętać, że moja pani liczy na pańską lojalność.
Drzwi za Pen zamknęły się, a Mark Smith nadal nie mógł uwierzyć w to, co przed chwilą się stało.
Lady Whistledown szybkim krokiem ruszyła w stronę oczkującego na nią powozu. Woźnica był już wyraźnie zirytowany jej przedłużającą się nieobecnością. Jednak uważała, że i tak poszło całkiem nieźle, obawiała się, że drukarz odmówi i będzie musiała wymyślić coś innego. Dzieciaki z ulic Bloomsbury budziły w niej litość. Brudne i głodne, spędzające całe dnie na poszukiwaniu możliwości zarobku lub kradzieży. Zaniedbane przez rodziców i od najmłodszych lat skazane na najgorszy los. Wiele z nich starało się zarobić cokolwiek, by móc wesprzeć matki i młodsze rodzeństwo, którego niejednokrotnie było kilka, a czasem kilkanaście, zapłakanych, głodnych sztuk.
Pen otworzyła drzwiczki, dała woźnicy znak i usiadła w powozie. Była wyraźnie zadowolona.
- Co tak właściwie robisz? - zapytał siedzący naprzeciwko niej mężczyzna, a z jej gardła wydobył się przeraźliwy krzyk. - Cicho! To ja, Alfred – przyłożył palec do ust w uciszającym geście, a następnie złapał ją mocno za rękę.
- Lordzie Debling! Skąd? Jak?! - serce biło jej tak mocno, że gdyby mogło, to wyskoczyłoby jej z piersi. Prędzej spodziewałaby się napadnięcia przez jakiegoś zbira, ale Alfreda Deblinga, czekającego na nią w powozie nie oczekiwała nawet w najgorszych snach.
- Przejeżdżając przez tę uroczą okolicę, nie dalej jak dwadzieścia minut temu, spostrzegłem przed drzwiami drukarni znajomą postać. Drobną kobietę, która nie potrafiła ukryć jakże charakterystycznej burzy rudych loków. Najpierw pomyślałem, że to niemożliwe. To na pewno nie panna Feathrington, ryzykująca swoje zdrowie, lub nawet życie, pojawiła się w tej niebezpiecznej dzielnicy sama, bez przyzwoitki w środku nocy. Postanowiłem poczekać i sprawdzić. I poszczęściło mi się.
Penelope jęknęła głucho i ukryła twarz w dłoniach. Rozpłakać się? Czy płacz na niego podziała? Jak to rozegrać, by nie stanąć z samego rana przed obliczem Królowej?
- Jestem tu w interesach – rzekła hardo i zadarła głowę, choć głos drżał jej lekko.
- Jakie interesy może mieć szlachetnie urodzona kobieta w takim miejscu? - Debling był bardzo spokojny, ale palce zaciśnięte na przedramieniu Pen, wbijały się mocno w ciało.
- Alfredzie, opowiem ci wszystko. Wszystko, ale proszę żebyś mi nie przerywał.
- Lepiej zacznij mówić, za kwadrans dojedziemy pod twój dom
