N/A „Agenci T.A.R.C.Z.Y." to mój tegoroczny zajob. Oczywiście od razu podchwyciłam shippera na Coulsona i May, plus Coulson/Sky/Daisy-Mentor, bo jakże by inaczej miało być z moim naiwnym, romantycznym sercem.
Phil Coulson wskoczył wysoko na listę Idealnych Mężczyzn, no nic nie poradzę. Te jego ślepia, uśmiech i to, jak wygląda w garniturze…
A jeśli chodzi o tego fika… Kiedyś może bym nie rozumiała tak dobrze uczuć, jakie musiała żywić May, gdy dowiedziała się, że Coulson umiera (znów), ale mam od prawie 6 lat męża i już rozumiem. Choć daleko nam w małżeństwie do takiego angstowego, pełnego wyzwań, nieszczęśliwego quasi-związku ludzi udających, że się tylko przyjaźnią, to jednak łatwiej wyobrazić sobie grozę faktu, że kochana osoba za chwilę umrze, kiedy co rano budzisz się w jej objęciach, a może się to błyskawicznie zmienić na zawsze.
Dlatego mówcie waszym bliskim, że ich kochacie. Wyznawajcie miłość „tylko przyjaciołom". Łączmy się w pary, kochajmy się! – jak śpiewa Kazik ;)
A Mumford wpadł tu dość przypadkowo, ale niczym grom z jasnego nieba. Do pisania pierwszej części, tej skupionej na rozmowie, która musiała gdzieś się w tak zwanym międzyczasie, odbyć między Mellindą, a Philem, gdy Daisy pokonała Talbota, świat się nie skończył i stało się oczywiste, że Coulson umrze, szukałam po prostu czegoś do grania w tle. Trochę przypadkowo włączyłam „Babel" Mumfordów i zamarłam po pierwszych linijkach pierwszego utworu, uświadamiając sobie, jak bardzo pasuje.
Część na Tahiti powstała kilka miesięcy wcześniej, jako swoiste odreagowanie i wypuszczenie z siebie żałoby po utracie Coulsona. Może dlatego jest nieco niespójna nastrojem z pierwszą częścią, ale „Ghosts that we knew" jakoś chyba ją łączy.
Mam nadzieję, że Wam też to „zagra".
I know the time has numbered my days,
And I'll go along with everything you say
But I'll ride home laughing, look at me now,
For the walls of my tower they come crumbling down
And my ears hear the call of my unborn sons,
And I know the choices color all I've done
But I'll explain it all to the watchman's son,
I ain't ever lived a year better spent in love
'Cause I know my weakness, know my voice
And I'll believe in grace and choice
And I know perhaps my heart is fast
But I'll be born without a mask
Like the city that nurtured my greed and my pride,
I stretched my arms into the sky
I cry Babel, Babel, look at me now
For the walls of my tower they come crumbling down
You ask where will we stand in the winds that will howl
Is all we see we'll slipping to the cloud?
So come down from your mountain and stand where we've been
You know our breath is weak and our body thin
Press my nose up to the glass around your heart
I should've known I was weaker from the start
You'll build your walls, and I will play my bloody part
To tear, tear them down
Well I'm gonna tear, tear them down
'Cause I know my weakness, know my voice
And I'll believe in grace and choice
And I know perhaps my heart is fast
But I'll be born without a mask
Mumford and Sons – „Babel"
Coulson miał zamknięte oczy, gdy weszła do ambulatorium. Półleżał na łóżku, z wąsami tlenowymi pod nosem. Uśmiechnął się, nie otwierając powiek, choć nie odezwała się ani słowem.
Podeszła do niego i wzięła go za rękę, próbując nie zanieść się szlochem, ale nie umiała powstrzymać łez płynących bezgłośnie jej po policzkach.
Otworzył oczy i odnalazł jej spojrzenie. Nie wytrzymała jego wzroku, pełnego miłości i smutku, zagryzła wargi, ale po chwili zatrząsł nią spazm płaczu. Zacisnął dłoń na jej dłoni i przyciągnął ją do siebie, zamykając ją w swoich objęciach. Przywarła do niego, sprawiając mu ból w klatce piersiowej, ale nawet nie drgnął. Schowała mokrą twarz w zagłębienie między jego szyją, a ramieniem i po chwili usłyszał, jak łka przez zaciśnięte zęby, wyczerpując ostatnie zapasy samokontroli. Kilka sekund później zawyła jak ranne zwierzę, niskim, przeszywającym go do szpiku kości głosem przepełnionym bólem. Tym samym bólem, który czuł on, wiedząc, że skończył mu się czas, wykradziony losowi i nielegalnie zdobyty wbrew prawom natury, czas, którego nie wykorzystał na to, by być z nią, by wcześniej wyznać jej miłość, by tulić ją do siebie co noc. Tańczyli wokół siebie przez te wszystkie lata, obudowując swoje serca niewidzialnymi ścianami, nie dopuszczając do siebie myśli, że najzwyczajniej w świecie się kochają.
Teraz miał jej do zaoferowania tylko cierpienie, zmarnowanie czasu przy jego umierającym ciele, rozbudzenie uczuć tylko po to, by ponownie opłakiwała jego śmierć, tym razem, jako kogoś znacznie bliższego, niż partnera i przyjaciela.
Powinien ją odesłać, dać jej wolność, rozkazać jej uciekać od niego, chociaż wiedział, że nigdy by tego nie zrobiła… Zresztą nie potrafił, bo nie chciał umierać samotnie.
Zmęczony był już tym uciekaniem przed swoimi uczuciami. I uciekaniem przed nią, i jej uczuciami. Postanowił się poddać, nie tylko śmierci, ale i miłości. Może nawet głównie miłości. Zburzy mur wokół jej serca, bo w nim runęło już wszystko.
May płakała i płakała, a on przyciskał ją do siebie, głaszcząc ją po plecach i głowie, myśląc o tych wszystkich wspólnych chwilach, gdy wiedział, że ją kocha i gdy odpychał od siebie tę świadomość. A kochał ją od tylu lat, że nie pamiętał jak było bez tej miłości.
I to go zgubiło, że skoro kochał ją od zawsze, to wydawało mu się, że jeszcze ma czas, by powiedzieć, że chce z nią spędzić całe życie.
Z przekąsem pomyślał, że ostatecznie spędzi z nią resztę życia, bo pewnie zostało mu kilka godzin. Zachichotał bezwiednie, nagle rozbawiony w całej tej otchłani smutku i żalu.
Jego śmiech wytrącił ją z równowagi. Podniosła głowę, zaskoczona, nawet lekko zła. Spojrzała na niego pytająco.
- Myślałem sobie… - zaczął cicho, wiedząc, że czas zacząć mówić prosto z mostu – że zmarnowałem tyle życia nie powiedziawszy ci, że chcę być z tobą do końca moich dni… I uświadomiłem sobie, że właśnie nadeszły, i jesteś ze mną… - urwał, czując, że głos odmawia mu posłuszeństwa – Trochę mnie to rozbawiło… - dodał bezradnie.
Patrzyła na niego z niedowierzaniem. Wzruszył ramionami, próbując się uśmiechnąć, ale z zaskoczeniem stwierdził, że ma oczy pełne łez. Po chwili płakał, patrząc w jej ciemne tęczówki.
- Phil… - wyszeptała zachrypniętym od płaczu głosem – przecież wiesz, że… - przełknęła ślinę – byłabym z tobą do końca życia nawet gdybyś nie poprosił…
Zaśmiał się, równocześnie płacząc, i zaczął się dusić kaszlem. Wyprostowała się, ujęła jego twarz w obie dłonie i przytknęła czoło do jego czoła.
- Spokojnie. Oddychaj. Oddychaj. Jeszcze nie umierasz, nie umrzesz póki… oddychaj…
- Póki co? – wyszeptał, gdy w końcu udało mu się opanować. Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy.
- Póki nie spróbujesz parasailingu… - uśmiechnęła się, z błyskiem szaleństwa w oczach – ze mną…
Uśmiechnął się szeroko.
- Mellinda… przepraszam… - powiedział po chwili spokojnym, opanowanym głosem – zmarnowałem tyle lat…
- Nie zmarnowałeś ani chwili swojego życia, Phil – pokręciła głową, przyciskając jego dłonie do swoich ust – Przeżyłeś je jak bohater…
Prychnął, uśmiechając się łagodnie.
- Zmarnowałem ci tyle czasu, trzymając cię w niepewności, odsuwając się od ciebie. Zmarnowałem swój czas, bo powinienem lata temu powiedzieć, że cię kocham. Powinienem błagać cię, byś była ze mną, powinienem ci się oświadczyć, powinienem budzić się co rano przy tobie… Póki miałem czas…
- Poproś o to teraz – szepnęła – Mamy całe życie przed sobą, jak każdego innego dnia w tym fachu… - uśmiechnęła się smutno.
Nagle zrozumiał. Przez te wszystkie lata ocierali się o śmierć tak często, że właściwie była równie prawdopodobna dziś, jak i tydzień temu. Może faktycznie nie miało to wszystko aż takiego znaczenia, skoro codziennie ryzykowali swoim życiem, od wielu lat?
- Mellindo… proszę, spędź ze mną resztę mojego życia… - powiedział po prostu, patrząc jej w oczy – Myślałem, żeby przejść na emeryturę… może naprawdę zobaczyć Tahiti… Pojedź tam ze mną, proszę…
- Dobrze, Phil. Będę z tobą do końca życia, gdziekolwiek zechcesz – kiwnęła głową.
- Kocham cię. Jesteś dla mnie wszystkim – nie odrywał od niej wzroku.
- No… - mruknęła, uśmiechając się półgębkiem – w końcu to z siebie wydusiłeś. Pocałuj mnie teraz.
- Zaczyna mi się podobać, gdy wydajesz mi rozkazy… - wyszczerzył się. Złapał ją za dłonie i przyciągnął do siebie, zatrzymując twarz kilka centymetrów od jej twarzy. Zamarła w oczekiwaniu, postanawiając, że nie pocałuje go pierwsza. Po czym pocałowała go w tej samej chwili, w której to postanowiła.
Czuła, jak Phil się uśmiecha, wsuwając dłoń w jej włosy.
You saw my pain, washed out in the rain
Broken glass, saw the blood run from my veins
But you saw no fault no cracks in my heart
And you knelt beside my hope torn apart
But the ghosts that we knew will flicker from you
And we'll live a long life
So give me hope in the darkness that I will see the light
'Cause oh that gave me such a fright
But I will hold as long as you like
Just promise me we'll be alright
So lead me back
Turn south from that place
And close my eyes from my recent disgrace
'Cause you know my call
We'll share my all
Now children come and they will hear me roar
So give me hope in the darkness that I will see the light
'Cause oh that gave me such a fright
But I will hold as long as you like
Just promise me we'll be alright
But hold me still bury my heart on the cold
And hold me still bury my heart on the cold
So give me hope in the darkness that I will see the light
'Cause oh that gave me such a fright
But I will hold on as long as you like
Just promise me that we'll be alright
But the ghosts that we knew made us blackened or blue
But we'll live a long life
And the ghosts that we knew will flicker from view
And we'll live a long life
Mumford and Sons – „Ghosts that we knew"
To faktycznie było magiczne miejsce.
Mellinda May nie była wielką fanką wczasów w tropikach. W sumie nie była fanką wczasów w ogóle. Nie była też koneserką plaż, domków na plaży i zachodów słońca nad oceanem.
Ale Tahiti dawało radę.
Choć może to w ogóle nie chodziło o miejsce, ale o to, z kim tu była. Pewnie tak samo czułaby się w lesie na Syberii, na Saharze albo w slumsach pod Los Angeles.
Patrzyła na niemożliwie błękitny ocean, myśląc tylko o tym, że oczy Phila są bardziej niebieskie i piękniejsze. I że trzyma go za rękę, tuląc się do jego ramienia.
Jeśli można było być bezbrzeżnie szczęśliwym i równocześnie w najczarniejszej rozpaczy, to ona właśnie tak się czuła.
Po tylu latach w końcu była z kimś, kogo kochała bezgranicznie, z kimś najważniejszym w jej życiu. I ten ktoś mógł umrzeć w każdej chwili, tu i teraz. Na myśl o tym robiło jej się ciemno przed oczami.
Bo pamiętała, co czuła, gdy Phil umarł po raz pierwszy. Nie mówiła o tym nikomu, również jemu, ale ból był nie do opisania. Wtedy przyszedł z zaskoczenia, niespodziewanie, bez przygotowania. Teraz wiedziała, że nadejdzie, czuła jego lodowaty powiew i wiedziała, że będzie jeszcze gorzej. Bo wtedy nie byli z Philem parą. Teraz już byli. Teraz trzymał ją za rękę, teraz wiedziała, jak smakują jego usta i jaki kolor mają jego oczy, gdy kończą pocałunek.
Jak miała przygotować się do utraty tego wszystkiego?
- May… - zaczął cicho, spoglądając na nią – Może zobaczymy ten nasz domek? Chyba muszę trochę odpocząć…
Ścisnęło ją w gardle z przerażenia. Postanowiła nie dać tego po sobie poznać, ale chyba mało skutecznie, bo Coulson zaśmiał się lekko.
- Nie martw się. Jeszcze nie umieram. Po prostu jestem zmęczony… - uśmiechnął się. Pacnęła go ręką w ramię, próbując zrobić złośliwą minę, ale z marnym skutkiem, bo odwrócił się w jej stronę, wziął jej twarz w dłonie i spojrzał jej głęboko w oczy – Obiecuję ci, że spróbujemy parasailingu… - zrobił znaczącą minę i nie mogła się nie roześmiać. Pocałował ją.
Postanowiła wykorzystać każdą chwilę z nim, każdą sekundę, jaką da im los, do ostatniej. A gdy przyjdzie koniec, będzie go trzymać w ramionach.
Tego wieczoru kochali się nieśpiesznie, nie tylko z powodu stanu zdrowia Coulsona, ale głównie dlatego, by smakować każdy dotyk, każdą pieszczotę i każdy dreszcz przyjemności. Patrzyła w jego oczy, pełne miłości, zamglone przyjemnością, senne, w różnych odcieniach niebieskiego, napawała się jego zapachem i ciepłem jego ciała. Bała się zasnąć, by nie stracić ani chwili z czasu, jaki mieli dla siebie, przyglądała się więc jego spokojnej twarzy, gdy spał z błogim uśmiechem. W końcu poddała się zmęczeniu i wtulona w jego bok, z nosem wciśniętym w zagłębienie między szyją, a ramieniem, zasnęła głębokim snem piekielnie zmęczonego człowieka.
Budzili się już w przeszłości obok siebie. Podczas niezliczonych misji czasem tulili się do siebie przez całą noc, próbując utrzymać ciepło, czasem odpływali razem na kanapie przed telewizorem, bywało, że spali w jednym łóżku, nawet kiedyś ocknęli się w swoich ramionach po którejś z tych przepłakanych nocy, gdy szukali w sobie oparcia. Ale pierwszy raz obudzili się nadzy, lepcy od potu, w wymiętej pościeli i bezbrzeżnie szczęśliwi.
Coulsona obudził ból w klatce piersiowej. Wziął ostrożnie oddech i poczuł, że jego czas się skończył, że dziś umrze. Poczuł smutek, bo wtulone w niego ciało May mówiło mu, co straci.
To były piękne miesiące. Los dał mu więcej czasu, niż podejrzewał, jakby miłość Mellindy wydłużyła mu życie. A teraz będzie musiał ją opuścić, kobietę, która była dla niego wszystkim i dla której on był całym światem.
Zmarnowali tyle lat, udając, że nie są dla siebie najważniejsi, tańcząc wokół siebie w niekończącym się tańcu „jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi". A mogli być szczęśliwi już lata temu.
Pogłaskał po głowie śpiącą obok niego kobietę. Zamruczała, przeciągnęła się i otworzyła oczy, szukając kontaktu wzrokowego. Gdy pochwyciła jego spojrzenie, zamarła.
- Phil? – szepnęła, unosząc się na łokciu. Kiwnął głową, próbując się uśmiechnąć, ale czuł, że ma w oczach łzy. May przełknęła ślinę i westchnęła nieznacznie.
- Chciałbyś zjeść śniadanie? – zapytała, ciszej niż zwykle, ale spokojnie. Usiadła na łóżku, nie spuszczając z niego wzroku – A może przynieść ci coś do picia?
- May… - wychrypiał. Pokręciła głową, powoli i jakby z namysłem.
- Nie, Phil. Nie wiesz kiedy to nastąpi. Miałeś mieć kilka dni, minęły ponad 3 miesiące. Nie wiesz… - głos się jej załamał.
Przyciągnął ją do siebie, opadła na materac obok niego, wtulając mokrą od łez twarz w jego szyję, całując miejsce, w którym czuć było puls. Objęła go mocno.
- To były najlepsze miesiące mojego życia… - powiedział zachrypniętym głosem, głaszcząc ją po plecach – Kocham cię nad życie, Mellindo. Dzięki tobie umrę jako najszczęśliwszy facet na świecie, wiesz?
- Proszę… - zaszlochała – Proszę, nie umieraj… Nie zostawiaj mnie… znowu…
- Nie mam na to wpływu – pokręcił lekko głową – Nie chcę cię opuszczać, nawet nie wiesz, jak bardzo nie chcę… Ale tak musi być. Dostałem już ekstra szansę, przeżyłem dłużej, niż powinienem i kończę ten dodatkowy czas z tobą w moich ramionach. To lepsze, niż wygrać na loterii – uśmiechnął się.
May nie zaśmiała się, tylko zaniosła się szlochem, który wstrząsnął całym jej ciałem. Próbował jakoś ją uspokoić, ale czuł, że sam się rozpada na kawałki, i nie miało to związku z zaciskającym się wokół jego serca pierścieniem martwej tkanki.
- Mellinda… najdroższa… - szepnął – Proszę… zjedzmy to śniadanie, wyjdźmy na taras… - mamrotał zupełnie bez sensu, bo wiedział, że już nie da rady się podnieść – Nie spędzajmy tego czasu we łzach.
May wzięła głęboki oddech i podniosła się, nagle zupełnie spokojna, mimo twarzy zalanej łzami i spuchniętych od płaczu oczu. Przywołała na twarz maskę opanowania, a nawet udało jej się uśmiechnąć, choć w oczach miała smutek, jakiego nigdy nie chciał oglądać. Kiwnęła głową.
- Co ci przynieść? Potrzebujesz czegoś? – zapytała, bez drżenia w głosie. Pokręcił głową. Uniósł się na poduszce, próbując się nie krzywić. Brakowało mu oddechu. Poprawiła mu oparcie pod głową. Wzięła jego twarz w dłonie i pocałowała go, po czym oparła czoło o jego czoło.
- Kocham cię, Phillu Coulsonie. Najbardziej na świecie. Jesteś dla mnie wszystkim. Bycie u twojego boku, to największy zaszczyt i szczęście, jakie mogłam otrzymać, choć nigdy na nie nie zasłużyłam. Zawsze będę cię kochać. Gdziekolwiek będziesz, proszę, poczekaj na mnie, znajdę cię, przyjdę do ciebie, zawsze pójdę za tobą… - przełknęła łzy, choć z trudem.
- Wiem, Mellindo May… Też cię kocham. Będę czekał.
Pokiwała głową i ponownie go pocałowała. Tracił oddech i zaczynało mu się kręcić w głowie. May to wyczuła, odsunęła się od niego na tyle, by spojrzeć mu w oczy. Tracił ostrość wzroku. Przytuliła się do niego całym ciałem, oparła czoło o jego skroń i złapała go za rękę. Przyciągnął ich splecione dłonie do ust i przycisnął je do jej skóry.
- Nie rozpaczaj po mnie… za długo… - wyszeptał, żartując w swoim stylu. Prychnęła w odpowiedzi – Zespół cię potrzebuje, Daisy cię potrzebuje…
- Dobrze, Phill – odszepnęła, wciąż w tej samej pozycji.
- Mieliśmy świetne życie, prawda? – wydukał, łapiąc z trudem powietrze. Ciało May spięło się, jakby czekając na cios.
- Faktycznie, było aż trochę za bogato w atrakcje – mruknęła, krzywiąc się lekko. Wyczuła jego uśmiech, najsłabszy z możliwych.
- Byłaś największą atrakcją mojego życia… dziękuję ci – ledwo go słyszała.
- Zawsze do usług – szepnęła – Kocham cię.
- Kocham cię… - wyszeptał z ostatnim oddechem, zamykając oczy.
May tkwiła bez ruchu, trzymając dłoń na jego nieruchomej klatce piersiowej, czując, jak jej serce rozpada się bezpowrotnie na miliony odłamków. Poszukała ustami miejsca na szyi, gdzie co rano szukała pulsu, by upewnić się, że wciąż jest z nią. Gdy go nie wyczuła, podniosła głowę i spojrzała w jego uśmiechniętą łagodnie, szczęśliwą twarz. Złożyła ostatni pocałunek na jego ustach, pogładziła dłońmi twarz, którą znała na pamięć, po czym zaniosła się płaczem, wydając z siebie ryk zranionego zwierzęcia.
Płakała tak długo, aż zabrakło jej łez. Po czym wstała z łóżka, nachyliła się nad ciałem i przytknęła czoło do chłodnego już czoła Coulsona.
- Do zobaczenia, najdroższy.
