– Kim jest ta dziewczyna?
– Jaka dziewczyna?
– Ta, która wczoraj tańczyła z Syriuszem. Ktoś ją zna?
– Eee…
– Mam wrażenie, że nigdy jej wcześniej nie widziałam…
– Przecież nie sfrunęła z nieba, nie?
– A ona w ogóle z Hogwartu jest?
– A niby jak inaczej miałaby się znaleźć na balu, kretynko?
– Odszczekaj to!
– Które?
– Uch! Ja cię…
– Ale co to za jedna?
– Dajcie spokój. Zachowujecie się idiotycznie. Wszystkie.
– A ty ją znasz?
– Pewnie! Przecież to Apple.
– Apple?
– Jaka Apple?
– Apple Cognovsky. Piąty rok Krukonów.
– Serio?!
– Naprawdę jej nie poznajecie?
– Cóż – Ponifacja Moore podsumowała po chwili pełnej zakłopotania ciszy ustalenia miejscowego kowenu czarownic: – Cognovsky czy nie, w każdym razie ma krzywe kostki u nóg.
Apple Cognovsky oderwała się wreszcie od drzwi, o które opierała się już od dłuższego czasu, bezceremonialnie podsłuchując. Dmuchnięciem skorygowała ułożenie postrzępionej, opadającej jej na oczy grzywki i uśmiechnęła się do siebie pod nosem. Ostatnia zmiana fryzury to był zdecydowanie strzał w dziesiątkę, więc chyba nie musi się już przejmować kostkami…
Merriwether MoFire z wyrazem determinacji na twarzy wpatrywała się intensywnie w jeden z gobelinów w galerii na trzecim piętrze, w upartym marszu przechodząc od jednego jego końca do drugiego i z powrotem, i w zamyśleniu mierzwiąc włosy gestem mimowolnym, acz paradoksalnie wyjątkowo podobnym, jakby żywcem zapożyczonym (o bogowie!), od Jamesa Pottera. Szczęściem dla siebie dziewczyna nie zdawała sobie z tego sprawy, albowiem jej wewnętrzny spokój i tak ostatnimi czasy był nader kruchy. Panna MoFire miała długie gęsie pióro zatknięte za ucho, a w palcach obracała zgryziony do połowy ołówek, którym od czasu do czasu wodziła pospiesznie po kawałku pergaminu. Nie znajdowała się tam bez celu ani też tylko dlatego, że galeria Bardzo Artystycznych Gobelinów, właśnie z powodu swej wysokiej Artystyczności, a jeszcze bardziej z powodu Gobelinów (przez tłuszczę szkolną zwanych złośliwie „goblinami"), była jednym z najrzadziej uczęszczanych miejsc w Hogwarcie.
O nie! Oto Ślizgonka, zainspirowana minioną lekcją historii magii (i chwilowym brakiem ciekawszych zajęć), usiłowała przerysować „Próbę zdobycia fortecy na szczycie Tha-kum", w którą to próbę podobno był zamieszany jakiś MoFire, lecz z tym akurat Ślizgonka mogłaby polemizować. Była dumna z tego, że wie raczej o wszystkich rozróbach organizowanych kiedykolwiek przez jej stukniętych przodków, a to Tha-kun do niczego jej nie pasowało. Nie zmieniało to jednak faktu, że „Próba" sama w sobie była dziełem na tyle chaotycznym, żeby Merriwether chętnie włączyła je do dość sporego zbioru własnoręcznych kopii. Niestety! Masy drobnych, odzianych w zbroje postaci wyrywających kamienie z muru, otaczającego potężną fortecę Kogoś Tam, Kogo Należało Obalić i okładające się nimi wzajemnie, zmieniały położenie w tak szybkim tempie, że nawet sprawna w szkicowaniu ręka dziewczyny nie była w stanie za nimi nadążyć, a na jej rysunek nałożyło się już tyle rozmaitych planów, że przypominał bardziej abstrakcję jakiegoś Picassa niż dobre, stare historyczne malarstwo akademickie, w którym panna MoFire celowała. Co za los!
W miarę upływu czasu odkryła też, że bardziej interesuje ją sama, żywa, rozgrywająca się na jej oczach opowieść, a nawet Historia, a nie walory artystyczne tkaniny. Teraz na przykład pochyliła się, prawie dotykając nosem gobelinu, aby przyjrzeć się uważniej małemu człowieczkowi w rogu, który coś kombinował przy wodnym przepuście w murach. Dziewczynę wyjątkowo zainteresowało, jakie będą efekty tego uwijania się. Wtem mały człowieczek popatrzył prosto na nią, bezgłośnie (oczywiście) zakrzyknął coś, zapewne wyjątkowo niecenzuralnego (sądząc po minie), i z rozmachem dźgnął ją miniaturową mizerykordią we wścibski nos.
– Au! – pisnęła zaskoczona Wether, chwytając się za rzeczony.
Rzeczywiście zabolało. No coś podobnego! I panna MoFire już, już zamierzała się na niego zaostrzonym ołówkiem, gdy nagle jej przerwano. Konkretniej, przerwało jej czyjeś chrząknięcie.
Merriwether MoFire przyłapana w, trzeba to rzec, dość szczególnych okolicznościach, natychmiast się wyprostowała i z obojętną miną zerknęła kątem oka na intruza.
Nieznane dziewczę stojące po jej lewej stronie uśmiechnęło się z zakłopotaniem, nerwowo wiercąc się pod jej spojrzeniem. Zaskoczona Ślizgonka zaraz cała zwróciła się ku niej.
– Tak?
– Przepraszam, że przeszkadzam, ale… ja… chciałam…
Panna MoFire oceniła dziewczynę na czwarty rok, przy dużej pobłażliwości profesorów, sądząc po mało inteligentnym wyrazie twarzy, a naszywka na szacie pozwoliła przyporządkować ją do Hufflepuffu. Merriwether już dawno zdążyła stwierdzić, że ma osobliwe szczęście do Borsuków.
– Ja… ja… – kontynuowało dziewczę nieudolnie, po czym widocznie samo stwierdziło, że to jąkanie zaprowadzi ją donikąd, bowiem szybko przeredagowało swoją wypowiedź. – Ty dobrze żyjesz z Blackiem, nie?
Pannie MoFire szczęka opadła razem z pergaminem, z tym, że ten ostatni wylądował aż na podłodze, a następnie został niezdarnie przez nią przydepnięty. Ślizgonka rzuciła się, aby go podnieść, lecz nieznajoma wpadła na ten sam pomysł i obie jednocześnie osiadły na nieszczęsnym kawałku papieru, zderzając się głowami i kolanami.
– Łoj! – sapnęła Merriwether. – Dlaczego zawsze mnie się to przydarza?
– Słucham? – Młodsza dziewczyna automatycznie zareagowała na jej jęk.
– Nie, nic.
– Bo widzisz… Ja miałam na myśli, że… czy… Wy się kolegujecie, prawda?
Na to stwierdzenie nawet drugiemu w kolejności (przynajmniej do niedawna) ponurakowi w Hogwarcie trudno było utrzymać się w ryzach.
– Można to tak określić – odpowiedziała Ślizgonka z miną, która chyba bardzo chciała należeć do rasowego pokerzysty. – A co? – zapytała szczerze zaciekawiona.
– Chciałam cię prosić, abyś mu to dała – poprosiło dziewczę, wyciągając ku niej rękę ze złożonym w kwadracik kawałkiem pergaminu, o zgrozo!, zafarbowanego na różowawy kolor.
– Blackowi? – Zamrugała panna MoFire, trzymając kartkę tylko w dwóch palcach, jakby się bała czymś od niej zarazić.
– Syriuszowi – przytaknęła energicznie młoda rezydentka Hogwartu, wyraźnie delektując się brzmieniem tego imienia.
– Skoro muszę – skwitowała Wether, krzywiąc się, aby ukryć wzbierający w niej atak chichotu.
– Naprawdę? – Oczy Puchonki rozbłysły tak, że wystarczyłby za całe oświetlenie, gdyby w szkole jakimś cudem nagle zabrakło świec. Zerwała się szybko na równe nogi, niespodziewanie pociągając za rękawy pannę MoFire, która zaskoczona tą nagłą pomocą, o mały włos cała nie rozłożyła się na posadzce.
– Dzięki! – Na koniec zachwycona i podekscytowana mała poklepała ją jeszcze niezdarnie po ramieniu. – Wiesz, tak szczerze, to nie spodziewałabym się tego po tobie… Ślizgonka, a jednak… – ciągnęła, teraz już z emocji podskakując w miejscu i targając się za dwa mysie warkoczyki zwieszające się z jej głowy. – Kurcze, nie wierzyłam… Ale potem pomyślałam sobie… Dobra, muszę iść! Pa! – Okręciła się na pięcie i nadal dziko podrygując, ruszyła przed siebie. Zanim jednak zniknęła z oczu Merriwether, wrzasnęła z nagłym przerażeniem: – Ale nie otwieraj tego, dobra?!
– Jasssne…
– Super!
Puchonka nareszcie zostawiła ją samą. Dokładnie w tej chwili panna MoFire zawirowała zgrabnie wokół własnej osi, zanosząc się od bezgłośnego śmiechu i jednym szarpnięciem rozwinęła obrzydliwe różowe papierzysko.
No… Nie wymagano przecież od niej obietnicy, że nie będzie tego CZYTAĆ. Miała tylko nie OTWIERAĆ, a że pergamin nie był w żaden sposób zamknięty, a jedynie ZŁOŻONY, w jej postępowaniu nie można się, broń Salazarze!, dopatrzeć złamania słowa, prawda? Bo że dziewczyna miała problem z samosformułowaniem myśli, to już nie jej kociołek…
Och, Magnetyczny Syriuszu!
Wieść, że jego fanklub nie maleje, a raczej z każdym dniem się rozrasta, powinna go raczej ucieszyć, a szczególnie dlatego, że będzie przekazana jej śliskimi rączkami – rozważała Merriwether prawie czując, jak na głowie na powrót wyrastają jej różki.
Teraz, gdy tak stała, mnąc w rękach różowy świstek papieru, przypomniała jej się podobna scena sprzed… ilu lat? Życie zatoczyło pełne koło, jak widać. Cokolwiek nie sądziłby Jego Wysokość Severus Snape, świat się nie zmienił i nie zmieni, a ona sama, panna MoFire, już na pewno się nie zmienia. Będzie taka sama.
Zawsze.
Cokolwiek nie sądziłaby Jej Wysokość Merriwether MoFire, musiała szybko zweryfikować swoje poglądy. Z czegoś, co zwykle omijało się szerokim łukiem, ewentualnie traktując kąśliwymi uwagami, gdy nie mogło ich już usłyszeć, Ślizgonka nagle i zupełnie niespodziewanie dla siebie (a na pewno wbrew własnej woli), zanim się obejrzała, stała się powiernicą bolączek miłosnych zatrważająco sporej części dziewczyńskiej populacji Hogwartu. Fakt, że powiernictwo to dotyczyło jedynie szczególnie ukierunkowanych uczuć, nie zmieniał sporej kłopotliwości zaistniałej sytuacji.
Pannę MoFire zasypywały sterty pełnych uwielbienia listów adresowanych do Blacka, których nie odważono się wysłać, prośby o wstawiennictwo, „szepnięcie słówka", zaaranżowanie przypadkowego spotkania, zetknięcia, muśnięcia, aż dziewczyna, zamiast śmiać się z tego i traktować jako powód do droczeń, miała ochotę krzyczeć.
Cóż, nie da się ukryć, że w wyniku fatalnego zbiegu okoliczności stała się teraz jeszcze bardziej publiczną jednostką, niż była do tej pory, i nie bardzo miała jak się z tego wycofać… choć niewątpliwie różdżka stanowiła sporą pomoc.
Co bardziej zadziwiające, dla wzburzonej fali hormonów, która jakby ze zdwojoną siłą rozbijała się teraz o Syriusza, nie stanowił żadnego problemu fakt, że chłopak po raz pierwszy był chyba naprawdę zajęty. Nikt oczywiście nie mógł wiedzieć, ile prawdy, a ile afektowanej pozy było w żywych okrzykach i ekstatycznych powitalnych wymachiwaniach Blacka za każdym razem, gdy w polu widzenia pojawiała się płowowłosa Śliczna. W każdym razie za sprawą zachowania Gryfona o jej przemarszu korytarzem automatycznie wiedzieli wszyscy w promieniu kilku mil.
Jak głosiła plotka, Syriusza Blacka „trafiło" na balu. Jak dodawali złośliwi lub sentymentalni, tak trafiło, że aż go przenicowało. Aczkolwiek jego osobiste szumne deklaracje i tak nie uchroniły Merriwether, gdy dwa dni później Black walcował z nią pod salą transmutacji, nie zważając na dzikie wrzaski dziewczyny, zastępując opis uroczystości żywiołową demonstracją, i mimo perswazji nie chciał przestać, dopóki Ślizgonka nie puściła mu z dymem sporej części szaty…
Jakkolwiek by jednak na to nie patrzeć, w zjawisku Ślicznej niewątpliwie tkwiła geneza jednogłośnego obsadzenia panny MoFire w roli miłosnego posłańca Hogwartu, bowiem gdy okazało się, że Merriwether nie jest „wybranką", dziewczęca populacja szkoły doszła do wniosku, że można spokojnie spróbować wykorzystać jej „dojścia".
Wreszcie, choć bardzo nieśmiało i opornie, nadchodziła wiosna i, jak zwykle w tym okresie, inne obowiązki często wywoływały profesora Celerlaxusa poza Hogwart. Tak było i tego dnia. Znudzeni siedzeniem w ponurych czterech ścianach może i atrakcyjnej wizualnie z powodu dekoratorskich zapędów nauczyciela, ale niewątpliwie zamkniętej przestrzeni klasy, a znęceni pierwszymi promieniami słońca, młodzi adepci mugoloznawstwa śmiało wylegli na błonia. Nikt nie zraził się bynajmniej rozlewającymi się tu i tam olbrzymimi kałużami błota i cokolwiek mroźnym jeszcze powietrzem.
Christian Tennyson, a za nim reszta chłopców, rzucił się zaraz ku Hagridowi, który w pobliżu swej chatki wyprowadzał właśnie na spacer stworzenia bliżej niesprecyzowanego gatunku, a że Merriwether, nauczona doświadczeniem, wiedziała, że w tym wypadku bezpieczniej jest nie wykazywać zbytniej ciekawości, opadła na murek, wystawiając odruchowo twarz do słońca. Cieszyła się na możliwość przyjemnego myślenia o niczym aż do następnych zajęć. Ozzes stała przez chwilę obok niej lekko niezdecydowana, jako że nie od dzisiaj ciągnęło ją do przystojnego blondyna z kucykiem, lecz ostatecznie usiadła obok Wether. Ślizgonka spojrzała na nią nieco zdziwiona, ale dziewczyna tylko z uśmiechem wzruszyła ramionami.
– Dawno nie rozmawiałyśmy, prawda? – zagadnęła.
– Jasne, tylko przez całe ostatnie mugoloznawstwo.
Ozzes zachichotała.
– Lubię twoje odpowiedzi. Mało znam ludzi, którzy równie mocno chcieliby uchodzić za burkliwych… i tak dobrze by im to wychodziło.
– Uważasz więc, że naprawdę nie jestem burkliwa?
– Jesteś zabawna.
Krzyk, jaki nadleciał ze zbiegowiska wokół gajowego, upewnił pannę MoFire, że trzymanie się z daleka było świetnym pomysłem. Wyszczerzyła w satysfakcji zęby.
Dziewczyny siedziały przez dłuższą chwilę w milczeniu, które nigdy nie było dla nich kłopotliwe. Merriwether odczuła jednak nagły przesyt ciszą i poszukała pierwszego lepszego tematu, aby uruchomić słynną gadatliwość panny Gainsborough. Mimo ich pogodzenia się mugolka nadal wykazywała, prawdopodobnie nieświadomie, pewną rezerwę, którą jak najszybciej należało przełamać. Panna MoFire także bardzo lubiła jej towarzystwo, choć oczywiście w życiu by się do tego nie przyznała.
– Jednego zupełnie nie mogę zrozumieć – zaczęła. – Większość ludzi zapisujących się na mugoloznawstwo pochodzi z mugolskich rodzin. Jeżeli ktoś wychowywał się w tym świecie, to po co chce się tego uczyć w teorii?
– Każdy ma jakiś powód – odpowiedziała natychmiast żywo Ozzes. – Przyzwyczajenie na przykład. Dla ciebie, Merriwether MoFire – przedrzeźniała ją – to może wydawać się śmieszne, ale nagle znaleźliśmy się w zupełnie innym miejscu… Owszem, może i wspaniałym: magia i te sprawy, ale jednak czegoś brak. To tak, jakby ktoś nagle przerzucił cię do liceum. Raczej nie zapomniałabyś wcisnąć różdżki do kieszeni przed wyjściem z domu, prawda?
– Nie sądzę.
– Właśnie. A na przykład u Chrisa tylko ojciec jest niemagiczny. Kiedy dostał list z Beauxbatons, w domu rozpętało się piekło. Ojciec oczywiście wiedział, kim jest jego żona, kiedy ją sprowadzał do Anglii, i pewnie nawet się tego spodziewał, ale i tak miał coś przeciwko. Chris mówił, że ojciec ostatecznie zgodził się puścić go do szkoły, ale pod jednym warunkiem. Jego syn może sobie być i czarownikiem, jeżeli chce, ale nie może zrywać z korzeniami. Christian obiecał wtedy, że będzie uczęszczał na mugoloznawstwo, i to robi. Dlatego też rodzice w końcu przerzucili go tutaj, gdzie jest więcej godzin mugoloznawstwa niż we Francji. Tam to tylko roczny kurs.
– O! Myślałam, że programy są wszędzie raczej podobne.
– Nie. Chris mówił, że we Francji stosują… eee… praktykę odrywania, czyli że czarodzieje mają trzymać się z czarodziejami i możliwie izolować od niemagicznych. Straszna głupota.
– A ty? Przecież u ciebie oboje rodzice są mug… niemagiczni – poprawiła się, przyjmując określenie stosowane przez Ozzes.
– Nie tylko rodzice, ale cała rodzina – zaśmiała się. – Kompletnie, absolutnie amagiczni. Wszyscy. To chyba najbardziej niemagiczna rodzina w Wielkiej Brytanii, przez wszystkie pokolenia nawet jednego iluzjonisty.
– Więc po co chodzisz na mugolo? Przecież musi cię to strasznie nudzić!
– Nie! Nie, wcale! – broniła się dziewczyna, wstając i gestykulując gwałtownie rękami, a w następnej sekundzie cała się zarumieniła.
– Ale… Dlaczego? – nastawała Wether, już przeczuwając odpowiedź.
– Wiesz… On się zapisał i ja… eee… pomyślałam… No wiesz…
– To to już tyle trwa?! – wykrzyknęła szczerze zdumiona Ślizgonka, a Ozzes spąsowiała jeszcze bardziej.
– Od samego początku – wyjaśniła nieśmiało, patrząc w bok i uśmiechając się jakby przepraszająco. – Od piątej klasy… Nie, od czwartej. Chyba… Sama już nie wiem. Ale… Te parę dodatkowych godzin… eee… godzin zajęć…
– I kto tu jest zabawny, Oz? Jesteś niepowtarzalna! – śmiała się szczerze Merriwether z zaambarasowanej Puchonki.
– Nie widzę w tym nic śmiesznego. – Wydęła usta Ozzedrin. – Po prostu nie miałam tyle szczęścia, co ty…
– Słucham?
– No bo… Ty i tak musiałabyś chodzić na eliksiry, prawda? – odpowiedziała dziewczyna z chytrym uśmieszkiem.
Chwilę trwało, zanim sens tych słów doszedł do rozbawionej panny MoFire, ale gdy to się wreszcie stało, efekt był piorunujący.
– CO?! – wykrzyknęła dziko, oburzona do żywego. – Co chciałaś przez to powiedzieć?!
Ale panna Gainsborough pokazała jej tylko język, okręciła się na pięcie i pędem dołączyła do reszty grupy, zostawiając Ślizgonkę sam na sam z wypowiedzianą przed momentem uwagą i jej własnym obruszeniem.
Była już bardzo późna pora i w pokoju wspólnym Slytherinu zostali tylko starzy nocni wyjadacze. Severus Snape, jak zwykle obłożony ze wszystkich stron książkami, z których wszystkie miały smoliście czarne okładki, a przynajmniej połowa, gdyby nie należała do niego, powinna znajdować się w Dziale Ksiąg Zakazanych, siedział przy stoliku i mruczał coś do siebie w skupieniu, od czasu do czasu wywołując drganie płomienia świecy. Wtem jego uwagę odwróciło dziwne westchnienie.
Przy innym stoliku Merriwether MoFire kiwała się nad podręcznikiem do eliksirów z głową opartą na obu dłoniach. Dziewczyna miała zamknięte oczy. Najwyraźniej znudzona przerabianym przez siebie tematem („Nic nowego", pomyślał zgryźliwie młody Snape) zapadła w lekką drzemkę. Nie wiadomo dlaczego Severusa nagle strasznie to zirytowało.
– MoFire – syknął.
Żadnej reakcji.
– MoFire!
Nic.
– WET! – wrzasnął wreszcie na całe gardło.
– Bzdura! To nie ja! – Przestraszona Ślizgonka podskoczyła na krześle i przez chwilę rozglądała się bezmyślnie po komnacie, nie mogąc się nigdzie zlokalizować, po czym uspokojona zaczęła przecierać zaspane oczy.
– No i co tak krzyczysz? – marudziła. – Jest cisza nocna.
– Więc co tu jeszcze robisz?
– Głupie pytanie – stwierdziła, odrzucając dumnie głowę do tyłu i chwytając za książkę. – Uczę się. Jak zwykle.
– Mo… Wet, jeżeli to ma być jakaś kolejna demonstracja lojalności…
– Jakiej lojalności? – Wybałuszyła na niego zdziwione i już bez tego nieco wyłupiaste oczy.
– Nie musisz tu wiecznie siedzieć tak długo, jak ja.
– Przecież tego nie robię! Kto by w ogóle zwracał na ciebie uwagę?
– A co robisz?
– UCZĘ SIĘ.
– Przez sen?
– Co?
– Wether…
– Ja… No… Nawet jeżeli przysnęłam, to jakie to ma znaczenie? O co ci znowu chodzi? Ciągle się mnie czepiasz.
Severus prychnął pogardliwie.
– Dobrze. Żałuję, że zacząłem. W porządku?
Merriwether wzruszyła ramionami.
– Mnie tam wszystko jedno, to ty szukasz dziury w całym. Mam teraz wychodzić tylko z tego powodu, że ty tu jesteś? Mamy ustalić jakiś grafik, czy jak?
– Powiedziałem, że skończyłem temat.
– Zawsze tu siedziałam – kontynuowała niezmordowanie dziewczyna. – A tak w ogóle to miejsce publiczne.
– Merlinie, jesteś takim dzieckiem…
– Hm?
– Wether, czy mogłabyś wrócić do swojej nauki? – Chłopak dobrnął już do etapu warczenia.
– Nie! – Panna MoFire z kolei osiągnęła poziom wczesnej irytacji. – Bo… Bo…
– Przynieść ci poduszkę?
– Nie! Bo…
Severusowi już niemal para szła uszami, ale kiedy MoFire się uparła i bardzo chciała coś powiedzieć…
– Bo co? – zapytał, błyskając groźnie zębami.
– Bo ja czegoś nie rozumiem – jęknęła, rysując paznokciami okładkę nieszczęsnego „Kompendium wiedzy eliksirycznej".
– Ta informacja miała mnie zadziwić?
– Snape!
– Po co ci to? – poddał się zrezygnowany. – Przecież cię to w ogóle nie interesuje.
– Owszem, ale chcę wiedzieć.
– Chcę? – zapytał, mrużąc złośliwie oczy.
– Dobra, właściwie to muszę.
– W celu? Jakikolwiek to ma być eliksir, to i tak ci go zrobię – stwierdził lekko, uciekając wzrokiem ku rozłożonej przed nim małej bibliotece. – Nie mogę ryzykować istnienia Hogwartu. Tyle lat…
– Tu nie chodzi o uwarzenie eliksiru! Tu chodzi o ROZUMIENIE.
Teraz to Ślizgon wybałuszył oczy na swoją koleżankę.
– Wet, może ty rzeczywiście lepiej się już połóż…
– Przestań! Mówię poważnie! – Trzasnęła wymownie tomiszczem o blat stolika.
– Ja, w ogólnych zarysach, też – zauważył chłopak z niespodziewanym rozbawieniem w głosie.
– Muszę to umieć – zaznaczyła bardzo już zdesperowana.
– Jeżeli chodzi o OWTM-y…
– Nie.
– Więc?
– Ja… Właściwie… Och, o nie!
– Dobra – prychnął Severus. – Nie chcesz, to nie mów. Nikt cię nie zmusza.
– Nie, tylko… – Panna MoFire chwyciła książkę w dłoń i przyskoczyła do niego, z impetem rozsiadając się na wolnym krześle. – Ja na razie nie chcę o tym mówić, ale… W każdym razie, będą mi do tego… do czegoś… potrzebne eliksiry. To znaczy wiedza, nie jakieś płyny i ja… UCH! – zawyła, a cały stolik zadygotał, gdy dodatkowo zatupała pod nim z frustracji nogami. – Ja będę cię musiał poprosić o pomoc!
– Mnie?
– A kogo?
– Cóż…
– Chcę, żebyś mi znowu udzielał korepetycji.
– Przecież to było zupełne fiasko – perswadował Ślizgon, pocierając w zamyśleniu czoło i patrząc na nią nic nierozumiejącym wzrokiem.
– Fiasko wtedy.
– Fiasko zawsze, mogę ci to powiedzieć już teraz.
– Nie, dopóki jestem MoFire – zadeklarowała górnolotnie.
– Właśnie dlatego, jak sama zauważyłaś.
– Tylko kilka lekcji – wycedziła na pół prosząco, na pół z groźbą zniecierpliwiona dziewczyna, patrząc na niego z wyrazem takiej determinacji w oczach, że mogłaby namówić stado hipogryfów do podwodnego baletu… Ale nie Snape'a do czegokolwiek, na co nie miał ochoty.
Severus odpowiedziała jej spojrzeniem bardziej niż sceptycznym, po czym, po chwili zastanowienia, dorzucił obojętnie:
– Nie mam teraz czasu na takie zabawy.
Przez twarz dziewczyny przemknęło niedowierzanie, a zaraz potem oklapła, jakby uszło z niej całe powietrze.
– Rozumiem – odpowiedziała. – Branoc.
Wstała, pełnym rezygnacji ruchem biorąc do ręki swój nieszczęsny podręcznik.
Wyraz dezorientacji, który w tej samej chwili pojawił się na twarzy Severusa, nie zagrzał tam długo miejsca. Chłopak wahał się bardzo krótko, po czym zdecydowanie chwycił za drugi koniec książki. Zasłużył sobie na kolejne zdziwione spojrzenie Merriwether.
– Och, pokaż mi to! Sprawa chyba nie będzie wymagała nie wiadomo jak intensywnych korepetycji… Czego nie rozumiesz? Tym razem…
Śliczna niespodziewanie jeszcze mocniej przycisnęła się do ramienia Syriusza, a ten po pierwsze na to nieprzygotowany, po drugie pogrążony w aktywnym przekomarzaniu się z Lunatykiem, pchnięty nagle, poleciał w bok i dziwacznie zadreptał w miejscu, usiłując złapać równowagę.
– Apple!
– No co? – Uśmiechnęła się słodko przytulona do niego dziewczyna.
Remus całym wysiłkiem woli próbował się nie zaśmiać, a że nie bardzo mu to wyszło, zasłużył sobie na jeszcze bardziej złe spojrzenie, niż chwilę wcześniej otrzymała Śliczna. Rozpaczliwe wysiłki Syriusza, aby jakoś znaleźć się w nowej, sparowanej rzeczywistości, stanowiły doskonałą rozrywkę dla pozostałych Huncwotów. Black zachowywał się wyjątkowo niezgrabnie, a na jego twarzy co rusz pojawiał się wyraz paniki, gdy wciąż i wciąż musiał stawiać czoło nowym dla siebie sytuacjom.
Dla jego przyjaciół było jasne, że biedny Łapa zupełnie się do tego wszystkiego nie nadawał. Miał zbyt żywe i „wolnościowe" usposobienie, żeby teraz spokojnie spacerować z Apple Cognovsky pod gwiazdami, dyskutować poważnie o żałośnie śmiesznych bolączkach jej i jej koleżanek i udawać, że interesuje go to, czy lepiej jej z grzywką zaczesaną na lewo czy na prawo. Znając go, zapewne ledwie zdawał sobie sprawę, że Apple w ogóle ma grzywkę, a na pewno się nad tym nie zastanawiał. Syriusz Black najwyraźniej starał się im coś udowodnić i nie było sposobu, aby go od tego odwieźć, mimo coraz widoczniejszego w jego relacjach ze Śliczną zwyczajnego zmęczenia. Przy następnym ataku czułości ze strony dziewczyny Gryfon już tylko westchnął z rezygnacją.
– Syri – zaczęła Apple, kiedy Lupin (wreszcie, jej zdaniem) się od nich odłączył.
– Hm?
– Ta MoFire…
– Merriwether – skorygował odruchowo.
– Merriwether. Ona jest z tym Ślizgonem, prawda?
– Co? – Zamrugał zdezorientowany Black, który nie zrozumiał pytania. A nie zrozumiał go w większej części dlatego, że nie słuchał.
– Pytałam, czy ona chodzi ze Snape'em.
Wymienieniem magicznego nazwiska Śliczna zasłużyła sobie wreszcie na odrobinę atencji ze strony swojego chłopaka.
– A skąd ja mam wiedzieć?! – rzucił nie tylko zdziwiony, ale i jakby lekko zdenerwowany.
– Bo myślałam…
Kolejne magiczne zdanie, które w innym towarzystwie mogłoby stać się powodem do serdecznego pokpiwania i podrażnienia każdego innego niż Apple, która twierdziła wciąż, że jest delikatniejsza i wrażliwsza, niż była naprawdę, a z pewnością i tak mniej, niżby sobie życzyła. Panicz Black zmienił więc szybko projektowaną zaczepkę na pełne irytacji pytanie retoryczne:
– A co mnie to w ogóle obchodzi? Jak jesteś ciekawa, to sama ją zapytaj.
– Dlaczego się złościsz. Ja tylko…
Syriusz prychnął niecierpliwie i dobrze obeznana w takich sprawach Apple Cognovsky natychmiast sprytnie spróbowała z innej strony.
– Nie mogę jej zapytać, bo nas sobi – powiedziała takim tonem, jakby konieczność dokonania tej prezentacji była tak oczywista, że to doprawdy wstyd, iż chłopak na to nie wpadł.
Black z wrażenia aż stanął w miejscu.
– Słucham? Jak chcesz z nią pogadać, to… idź i pogadaj. Po kiego jakieś ceregiele? Mam ci zaklepać prywatną audiencję? Skąd ty się urwałaś, Ap?
Na te słowa źrenice panny Cognovsky zwęziły się niebezpiecznie, lecz przed wzrokiem Gryfona ukryła ten fakt jej przydługa grzywka.
– Pewnie masz rację – wycofała się taktycznie, ale już wiedziała, że tylko tymczasowo.
– Oczywiście – rzucił, po czym nagle stracił zainteresowanie całą tą babską sprawą i krzyknął do mijającego ich właśnie Gryfona z siódmego roku: – Hej, Josh! Nie masz ochoty polatać przed kolacją.
Mimo wszelkich istniejących pomiędzy nimi różnic panny MoFire i Cognovsky miały jedną cechę wspólną. Obie serdecznie nie znosiły quidditcha, a już szczególnie Apple w tej chwili.
Merriwether MoFire przepychała się właśnie przez wyjątkowo tego dnia zatłoczony korytarz, gdy usłyszała, jak wola ją znajomy głos. W niszy okiennej stał Black z uczepioną jego ramienia blondynką z postrzępioną grzywką. Obcykana dzięki Ozzes w najnowszych plotkach, natychmiast rozpoznała w niej Tę, Która Zdobyła Gwiazdkę z Hogwartu, czyli słynną Dziewczynę Syriusza. Z ciekawości zdecydowała się do nich podejść.
– Cześć, Black. Co chcesz?
– Ja… Nic. Tak tylko… Znasz już Apple?
Blondynka rozciągnęła usta w konwencjonalnym uśmiechu i wstrząsnęła elegancko włosami. Dzięki temu Wether od razu wiedziała, z kim ma do czynienia. Całą trójkę otoczył nagle mdlący powiew Arystokracji. Dziewczyna ta musiała odebrać dokładnie takie wychowanie, w jakie zostałaby wyposażona ona sama, gdyby nie ciągły tragiczny zamęt, w jakim się obracała. Patrząc teraz na Apple, panna MoFire cynicznie podziękowała w duchu matce za ten pieprzony skok z wieży…
Tymczasem Krukonka już zdążyła wystrzelić prawą dłoń w jej stronę.
– Apple Melizanda Cognovsky-Pritchardson.
Merriwether zmarszczyła nos i obrzuciła blondynkę uważniejszym, sceptycznym spojrzeniem. Stwierdziła, że chyba wystarczy jej do szczęścia znajomość z jedną blondynką, pomijając już przesyt ściskania czyichkolwiek rąk, jaki od pewnego czasu odczuwała. Była jednak gotowa dla świętego spokoju uścisnąć podaną rękę, ale w tej chwili usłyszała za plecami charakterystyczny pogardliwy syk. Błyskawiczne spojrzenie na minę Gryfona i jego wyszczerzone z wściekłości zęby tylko upewniło ją w podejrzeniu. Odwróciła się.
W tłumie uczniów, w niewielkiej odległości od niej, przepłynęła sylwetka Severusa Snape'a. Merriwether uśmiechnęła się pod nosem, przyciskając mocniej do siebie trzymane w rękach książki. Zanim jednak ruszyła za Nietoperzem, w ostatniej chwili przypomniała sobie o tych szczątkach dobrych manier, jakie zdołano jej wpoić i ponownie zwróciła się do swych rozmówców. W jej wzroku, który powrócił do Apple, rozjarzyła się ironiczna iskra.
– Cognovsky-Pritchardson, hm? Jak tuszę, mniej znaczące rodziny muszą sobie dodawać kolejne nazwiska, aby zwiększyć prestiż? – rzuciła i ruszyła przed siebie.
Upokorzona Apple schowała dłoń do kieszeni szaty.
Coraz bardziej zirytowany Severus Snape maszerował przed siebie, a za nim podążała spokojnie, beztrosko pogwizdując, panna MoFire. Ślizgon trzymał się dzielnie. Starał się bowiem nie zwracać na nią uwagi w nadziei, że w końcu się znudzi i pójdzie swoją drogą. Chyba dość znaczącym dla charakteru chłopaka było to, że po tylu latach znajomości z nią, potrafił nadal się oszukiwać… Kształtowane przez siedemnaście lat opanowanie i iście nadludzka cierpliwość brały jednak w łeb za jednym, drobnym skinieniem panny MoFire. Wreszcie Severus odwrócił się gwałtownie i warknął do niej:
– Czego?
W odpowiedzi został zaatakowany porażająco przesłodzonym i sztucznym uśmiechem oraz najgrubszym podręcznikiem do eliksirów, jaki można było znaleźć w miejscowej bibliotece.
– Obiecałeś mi coś.
– Ale… Teraz?!
– Każda pora jest dobra na eliksiry, nieprawdaż? A ty masz teraz okienko. Zresztą tak, jak ja.
Młody Snape patrzył na nią przez chwilę niezdecydowany, po czym skinął głową.
Uległ. Jakżeby mogło być inaczej. Istniało bardzo niewielu, którzy byliby w stanie stawić czoła uporowi Merriwether MoFire. Severus zdawał sobie doskonale sprawę, że on… właśnie do nich się zalicza, ale i tak ulegał za każdym razem. Tym razem również większość wolnego czasu (wliczając w tę liczbę także zajęcia z historii magii) topił w korepetycjach z panną MoFire. Skutek był dokładnie taki, jak przewidywał – czyli żaden, czego nigdy nie zapominał jej wypomnieć, ale też ani razu nie próbował już się wymigiwać. Wyraz determinacji, jaki pojawiał się na twarzy dziewczyny za każdym razem, gdy desperacko starała się zrozumieć coś, czego absolutnie, z powodu samej swej przekornej istoty, zrozumieć nigdy nie będzie w stanie, naprawdę mu imponował. Nie zrezygnował, mimo że dodatkowe eliksiry pochłaniały mu dwa lub trzy wieczory w tygodniu – nie licząc rozkładania całego tego majdanu na prawie każdej przerwie, pod każdą kolejną salą – i gniewu McGonagall, jaki chłopak ściągał sobie na głowę, sprawdzając na transmutacji zadane Wether ćwiczenia. Jakkolwiek prowadziło to donikąd, Ślizgon nie rezygnował. Chyba nawet po czasie zaczęło mu to sprawiać pewną, szczątkową przyjemność…
Syriusz Black, z nieodstępującą go na krok Apple, patrzył właśnie, jak dwójka Ślizgonów klęczy pod salą do numerologii w otoczeniu fruwających wszędzie papierów i kłóci się zawzięcie o jakieś zadanie. Merriwether dowodziła hałaśliwie, że przy przyjęciu pewnych dodatkowych założeń, metoda, jaką je wykonała, musi być poprawna. Jednak te jej wysiłki prowokowały jedynie jadowity uśmiech na twarzy Severusa.
Spoglądanie na Merriwether i Snape'a, którzy, mimo tego całego jazgotu, zdawali się całkiem dobrze bawić (przynajmniej Smarek), niesamowicie zirytowało Łapę. Zrobiło mu się nagle tak ciasno samemu ze sobą, gorąco i niewygodnie. Wszystko zaczęło go swędzieć, a uwieszona jego ramienia Apple jeszcze nigdy aż tak mu nie ciążyła. Uwolnił się od niej jednym szarpnięciem.
– Mogłabyś nareszcie trochę sama postać, co? Tak o własnych siłach? – mruknął i pozostawił zdziwioną dziewczynę samej sobie.
Apple Cognovsky odbiła sobie poniekąd tę zniewagę na swój własny sposób, mierząc nienawistnym spojrzeniem pannę MoFire, która w obecnej chwili, głowa przy głowie ze Snape'em, bardzo zadowolona z siebie pokazywała mu tabelę wzorów w jakiejś książce, zbierając w odpowiedzi kilkanaście sarkastycznych uwag na sekundę. Panna Cognovsky tylko upewniła się w tym, że musi sobie tę Ślizgonkę wypożyczyć na dłużej i załatwić pewne sprawy raz na zawsze.
Cień, który padł na karty przeglądanych właśnie przez Remusa Lupina zwojów pergaminu, kazał mu podnieść oczy w poszukiwaniu jego źródła. James Potter wyszczerzył się do niego wariacko.
– Na chwilę spuścić cię z oczu – powiedział miękko, równocześnie puszczając do niego oko i kiwając głową w kierunku siedzącej obok panny MoFire. James Potter szczycił się imponującą koordynacją ruchów i, wbrew pozorom, naprawdę rzadko się przy tym wywracał.
Na te słowa, ku wyraźnemu zadowoleniu pana Pottera, Lunatykowi lekko spurpurowiały uszy. Przyczyna jego zakłopotania leżała jednak głębiej, niż wydawało się jego przyjacielowi.
Panna MoFire dopadła go dosłownie chwilę wcześniej i ku jego przerażeniu wręczyła plik swoich notatek z historii magii. Odkąd Remus podciągnął ją odrobinę w transmutacji, Merriwether, która nie wierzyła w bezinteresowność, nieustannie prześladowała go, poszukując możliwości rewanżu. Wreszcie wymyśliła. Już parę lat temu pocztą pantoflową rozeszła się wieść, że panna MoFire ma najlepsze notatki z historii, i większość uczniów dałaby się bez namysłu za nie pokroić. Ich doskonałość może nie tyle płynęła ze specjalnej uwagi dziewczyny na zajęciach, ale z tego, że ona po prostu WIEDZIAŁA, a dodatkowo pisała w wyjątkowo przystępny sposób. Wadą ich było jednak to, że statystyczny uczeń miał takie same szanse na wyproszenie notatek od MoFire, co statystyczna żaba na przemienienie się w księcia, stąd też w obu przypadkach od lat nikt nie próbował.
Lupin westchnął, wpatrując się w rozłożone na jego kolanach papiery z lekką desperacją. Nie był bynajmniej tak uszczęśliwiony, jak tego od niego oczekiwano, i zbyt dobrze wychowany, aby to przyznać. Nie narzekał na własne zapiski, a z drugiej strony nie mógł zbyt długo utrzymać powagi, gdy czytał odautorskie, marginesowe dopiski Merriwether, które głosiły – ni mniej, ni więcej – tylko że wszelkie dobro świat czarodziejów od zarania dziejów zawdzięcza rodowi MoFire'ów.
– Wszystko w porządku? – zapytała go po pewnym czasie dziewczyna.
– Tak, tak! – Rozpłynął się cały w uprzejmych uśmiechach, kiwając gorliwie głową.
– A więc jesteśmy kwita.
– Hm… Tak, oczywiście.
Widząc, w jakim stanie jest Lunatyk, zgodnie z zasadą zabraniającą kopania leżącego, James dał mu spokój i z kolei przykleił się do Ślizgonki.
– Cześć, Em.
Dziewczyna skinęła mu głową z lekkim oporem. Potter jednak od jakiegoś czasu traktował ją zupełnie normalnie. Teraz też zawisł nad nią, z zaciekawieniem przyglądając się, co robi… i oniemiał wpatrzony w szkic, nad którym pracowała. Obrazek był tak żywy, że aż trudno było uwierzyć, że naprawdę został wykonany bez użycia różdżki. Przedstawiona sytuacja miała miejsce raptem chwilę temu na błoniach, gdy Ozzes Gainsborough uparła się pomóc Chrisowi w karmieniu nieśmiałków, a przy tym tak się wdzięczyła i przeginała, w ogóle nie zwracając uwagi na to, co właściwie robi, że szerokim ruchem rozsypała wokół nich całe wiadro pokarmu. Nieśmiałki oblazły ich oboje w jednej chwili. Na rysunku Merriwether Ozzes stała właśnie przed Christianem z bardzo niewinną, przepraszającą minką, z wiaderkiem zapobiegawczo schowanym za plecami i unosiła się na palcach dla dodania sobie powagi, podczas gdy chłopak krzyczał na nią zapamiętale, jednocześnie okręcając się w gwałtownym ruchu i sięgając ręką do uwieszonego na końcu jego kucyka natrętnego nieśmiałka. James uniósł wzrok znad kartki i popatrzył przed siebie, podążając za rozbawionym spojrzeniem Wether. Dwójka Puchonów, zupełnie już pogodzona, aczkolwiek lekko spanikowana, usiłowała zapędzić rozłażące się po całej łące stworzenia z powrotem w kierunku lasu w asyście Hagrida, który szarpiąc sobie brodę nerwowo zerkał, czy aby powstałego zamieszania nie zauważył któryś z nauczycieli. Potter prawie słyszał, jak gajowy mamrocze do siebie cholibkę za cholibką. Gryfon zachichotał. Merriwether zerknęła na niego spod oka.
– Nie lubię, jak mi się robi miny za plecami.
– Nie! Tylko… Ha! Ty naprawdę jesteś dobra. Łapa nam wspominał.
– W czym? – zdziwiła się. – A to! – domyśliła się zaraz, zerkając na szkic. – To nic takiego – stwierdziła zupełnie nieszczerze, po minie dziewczyny widać było bowiem, że jej próżność została mile połechtana.
Zdobywszy ten jeden punkt na plus, James szybko się usunął, aby nie narazić się czymś inszym.
– A swoją drogą – zwrócił się znowu do Lunatyka. – Gdzie jest stary Black?
– Wiesz, Syriusz w ostatnim czasie bywa cokolwiek zajęty – odpowiedział ten ze znaczącym uśmiechem.
– Taa… Apple – rzucił wyraźnie nachmurzony Potter, siadając pomiędzy nim a Wether.
– Coś nie tak?
– Nie lubię jej – wymamrotał chłopak. – Dwa lata temu rozlała atrament na semestralną pracę Lily…
Na te słowa nawet imponujące możliwości Lupina odnośnie do cierpliwego pochłaniania absurdów wygłaszanych każdego dnia przez jego kolegów, musiały się wyczerpać. Remus schował twarz w dłoniach i jęknął ciężko.
– Potty!
– No co?
– Ile razy sam coś wylałeś na rozmaite rzeczy Lily Evans?
– Mój szanowny druhu, raczysz pomijać fakt, że zazwyczaj to ja jestem oblewany rozmaitymi rzeczami przez Lily Evans.
– Niech ci będzie. W każdym razie nie każdy, kto narazi się czymś Lily, jest automatycznie potworem. Musiałbyś za jednym zamachem skreślić sam siebie.
– Może nie każdy, ale chyba przyznasz, że z dziewczyną, która łazi po bibliotece z kałamarzem i rozlewa atrament na cudze prace, MUSI być coś nie tak.
– Nie ma dla ciebie nadziei, Jim.
– No i dobrze. I tak jej nie lubię.
– Jednym słowem, jabłko niezgody, co? – wtrąciła Merriwether, a Lupin do niej mrugnął.
– Dobrze powiedziane.
W tej samej chwili coś w kieszeni Ślizgonki zaczęło wyć i błyskać natrętnie.
– Łoj! – krzyknęła po swojemu, chwyciła torbę i pognała przed siebie.
– A tej co znowu? Mogłaby się chociaż pożegnać albo co – marudził Potter, który najwyraźniej całkowicie stracił humor. – Teraz poszuka budki telefonicznej i przemieni się w Jeszczebardziejsupermofire…
– Znowu czytałeś te głupoty? Pouczyłbyś się czasem, Potty.
– Po co, skoro ty robisz to za nas wszystkich? Poza tym nie zapominajmy, że te głupoty przyniósł sam Łapa, który, zdaje się, na ostatnim teście z transmutacji wypadł lepiej niż ty. Czy to nie zazdrość przez ciebie przemawia, przyjacielu?
Remus mruknął coś niezrozumiale w odpowiedzi.
– Tak, tak, Luni – kończył James mentorskim tonem. – Poznaj prawdę prawd. To nie nauka sprawia, że świat się kręci. Co ty na to?
– Zatrzymaj go. Wysiadam.
Panna Henderson tak mocno potrząsnęła ramieniem Merriwether, że tej ostatniej aż zęby zaszczękały. Mimo to i tak stał się cud, że zdołała ją dobudzić.
– MoFire! Wstawaj!
– Um… uff… em? – wymamrotała ta niewyraźnie w poduszkę.
– Wstawaj! ON tu jest!
W obliczu takiej rewelacji, jak ON w damskiej sypialni, nawet panna MoFire z ciekawości uniosła głowę.
W otwartych drzwiach, beztrosko opierając się o framugę, stał spokojnie Snape, mierząc pogardliwym spojrzeniem dwie jej spanikowane i rozpaczliwie owijające się szlafrokami współlokatorki.
– Wiesz, że nie możesz tu wchodzić – odezwała się, patrząc na niego tylko jednym otwartym okiem.
– Jeszcze nie wszedłem, ale dzięki za zaproszenie.
I Severus równie spokojnie wmaszerował do pokoju, po czym rozsiadł się na łóżku panny Parkinson, która zaczynała już zdradzać objawy histerii. Za przechowywanie męskiego towarzystwa w sypialni groziły surowe kary, lecz nic nie równałoby się ze wstydem, jaki poniósłby się po szkole wraz z informacją, że tym towarzystwem był Snape…
– Co tu robisz?
– Gdzie twój błyskopisk, MoFire?
Ręka uniesiona nad zakrytą kołdrą głową wskazała leżącą nieopodal torbę.
Chłopak mruknął „Finis", zdejmując zaklęcie uciszające, i dziki jazgot potoczył się po pokoju.
– No jasssne…
– Łoj! – Merriwether wreszcie oprzytomniała. – Zapomniałam o tym! Ale… Przecież… Która jest godzina?
– Siódma.
– Więc po jaką cholerę zrywasz mnie z łóżka o takiej porze! – zawyła z pretensją w głosie dziewczyna, rzeczywiście zrywając się na równe nogi.
– Pierwsze zajęcia z teleportacji – odpowiedział cierpliwie Severus.
– CO?! – Tym razem trzy dziewczęce głosy wykrzyknęły to z szokującą zgodnością.
– To dzisiaj?
– Aha. Rusz tyłek, MoFire.
Panna MoFire przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby nie wiedziała, co z sobą zrobić, lecz to ostatecznie nie było nic nowego. Wreszcie podbiegła i otworzyła na oścież drzwi szafy, ku zgrozie pozostałych panien rozpinając jednocześnie guziki od piżamy i w ogóle nie zwracając uwagi na obecność Snape'a. Z drugiej strony, on sam też nie zwracał na nią uwagi, gapiąc się od niechcenia w sufit.
– I tak nie zdążysz. Masz trzy minuty.
– CO? Nie mogłeś dowlec się tu wcześniej?!
Szkoda, ze Severusa Snape'a podobne sprawy nigdy nie interesowały, inaczej mógłby teraz przytoczyć sobie jakiś błyskotliwy cytat odnośnie niemożności zadowolenia kobiet.
Panna MoFire stała na błoniach wraz z resztą szóstoklasistów. Polana na całej długości została podzielona na dwie połowy za pomocą długiego sznura, w który teraz wszyscy wpatrywali się z dość niemądrymi minami.
Teleportacja była jednym z największych rozczarowań w życiu Merriwether MoFire. Tutaj nie było różdżek i odpowiedniego zaklęcia, które załatwiłoby od ręki całą sprawę. Nie. I gdzie tu magia? To ma być magia? Nie. To była taka sama bzdura, jak prześladujące ją od lat eliksiry albo numerologia. Gdzie więc był klucz? O co w tej teleportacji chodziło? Co sprawiało, że człowiek mógł przenieść się z miejsca na miejsce? Otóż Potęga Umysłu…
Potęga umysłu, przekonanie, wola… To dla Merriwether były tylko puste słowa, za którymi nie kryło się nic konkretnego. Nie mieściło jej się w głowie, że w kwestii przenoszenia swego cennego ciała ma zaufać… figurom retorycznym, jak je kpiąco określała. Dziewczyna westchnęła ciężko. Naprawdę nie wiedziała, co ma zrobić, jak wybrnąć z tych dziwacznych zajęć, a przemowy przybyłego z ministerstwa instruktora nie wyjaśniały niczego. Człowiek ten – o rozwianych włosach i lekko rozbieganych oczach – sprawiał wrażenie, jakby wiecznie gdzieś się spieszył. Cały czas wiercił się niespokojnie, poprawiał nerwowo krawat i bez przerwy zerkał na zegarek, którego wcale nie miał. Mówił szybko, pełnym irytacji głosem, a cały sens tych wypowiedzi nieodmiennie sprowadzał się do jednego: teleportacja polega tylko na pomyśleniu o miejscu przeznaczenia, skupieniu się i – FIUU! – już się tam jest. Najprostsza rzecz pod słońcem, chwila zastanowienia i hejże! Zaraz tam lądujesz. W ogóle sprawa była tak oczywista, że instruktor zdawał się dziwić, że wszyscy jego słuchacze do tej pory sami na to nie wpadli i od lat już tej metody nie stosują. Zwyczajne podróże to taka strata czasu… Uczniowie dawno sami powinni coś z tym zrobić. Od wszelkich dodatkowych pytań opędzał się więc cmokaniem i gwałtownym wymachiwaniem rękami, i kazał im ćwiczyć.
Co ćwiczyć, do ciężkiej cholery?!
Och, ależ to jasne! I takie proste! Mają spróbować znaleźć się po drugiej stronie sznura za pomocą, li i jedynie, potęgi umysłu. Jakież to oczywiste! Bułka z masłem, eliksir ze słomką i dobrze wypolerowana różdżka!
– Trzy, cztery… Jazda! – krzyknął nagle instruktor.
– Co za bzdura! I jak ja niby mam… – zwróciła się do Severusa Snape'a, lecz miejsce obok niej było puste.
Gwałtowne „Och!", jakie potoczyło się w tej samej chwili po błoniach, kazało jej się odwrócić. Snape stał spokojnie po drugiej stronie liny. Wyprostował się dumnie, rzucając wokół pełne pogardy spojrzenie i od niechcenia otrzepując szatę z niewidocznych pyłków.
Jak…?
Na polanie zapanowała tak martwa cisza, jak chyba nigdy dotąd w tym miejscu. Wszyscy gapili się na Ślizgona z rozszerzonymi ze zdumienia oczami i otwartymi ustami.
Zrobił to! Pełna teleportacja za pierwszym razem. Bez rozszczepienia i bez pomyłki. Idealnie prosty tor przeniesienia.
James Potter miał taką minę, jakby ktoś właśnie wyrządził mu wielką krzywdę. Patrzył błędnym, cielęcym wzrokiem prosto na przygłupa Smarka i chyba nie wierzył w to, co widzi. Dopiero gdy napotkał jego drwiący wzrok, zorientował się, że jego mina równie dobrze może uchodzić za czysty podziw, i zaczerwienił się ze złości. Nieprzytomnie wściekły Black zaciskał dłonie w pięści z bezsilną groźbą.
Dlaczego? Dlaczego akurat on? To był dla większości prawdziwy policzek…
– Brawo! Znakomicie! – wykrzyknął wreszcie sam instruktor, podchodząc do Ślizgona. Mimo wszystkich swoich wcześniejszych słów i on wydawał się zaskoczony jego wyczynem.– Panie… eee…?
– Snape. Severus Snape.
– Severus…? – zaczęła oszołomiona Merriwether.
