Pierwszoroczna Krukonka wybuchła raz płaczem,
Bo myślała, że będzie w Hogwarcie inaczej.
Że zyska tam przyjaciół, dobrze się zabawi
I że sama nauka radość jej tam sprawi.
Tymczasem, choć już miesiąc po inauguracji,
Przyznać Luna musiała, że nie miała racji.
Towarzystwo złośliwie chowało jej rzeczy,
Na lekcjach nie raz ciężko – któż temu zaprzeczy!
Więc we wspólnym pokoju pod osłoną nocy
Dała upust emocjom, wypłakując oczy.
I skulona w fotelu wylewała żale,
Że tata jest daleko, mamy nie ma wcale,
A przed sobą ma całe siedem lat nauki.
Ech, rozdzióbią ją tutaj i wrony, i kruki!
Tymczasem ku nieszczęsnej płaczącej dziewczynie
Delikatnie i z gracją zjawa jakaś płynie.
We własnej się osobie zjawia Szara Dama!
Która rzadko wśród uczniów pojawia się sama,
Lecz postanawia wkroczyć, choć jest tylko duchem,
I zapłakanej Lunie dodać chce otuchy.
Co wówczas powiedziała – było tajemnicą,
Lecz rozmowa Krukonek przy świetle księżyca
(Który światłem spokojnym błyszczał wciąż na niebie),
Dodała jednak Lunie tej pewności siebie,
Co żyć dalej pomaga (i lepiej, jak tuszę!),
I chociażby z zaświatów znaleźć bratnią duszę.
Wkrótce Luny samotność wreszcie się zakończy,
Bowiem z pewną Gryfonką przyjaźń ją połączy.
I nie będzie doznawać przypływów rozpaczy,
Gdy życzliwą w niej duszę Ginny wnet zobaczy.