To, że Severus nie był uradowany perspektywą realizacji zadania, jakie na niego spadło, to jedno. Ale nawet odsuwając na bok jego osobiste obiekcje, w praktyce samo zbliżenie się do Arethy Greengrass urosło do nie lada wyzwania.
Najwyraźniej połowa czarodziejskiego establishmentu - ta brzydsza i niekoniecznie stanu wolnego - uznała zgodnie, że upłynął już stosowny czas na odbycie żałoby po mężu oraz wyciszenie złych emocji Czarnego Pana w związku z całą sprawą, skutkiem czego Aretha-ponownie-Greengrass stała się obiektem powszechnego zainteresowania. Na kolacjach w szerszym gronie nie można się było do niej dopchać na odległość wyciągniętego ramienia, a co dopiero zostać z nią sam na sam. Czyste szaleństwo, by teraz jako niesławna wdowa po zdrajcy mocniej niźli będąc niewinnym dziewczęciem mieszała w głowach po równo - szukającym wrażeń awanturnikom, jak i stetryczałym dziadom. I chyba wszystko się rozbijało właśnie o tę aurę niedookreślonego niebezpieczeństwa, tak pociągającą dla śmierciożerców, nawykłych do brutalności i życia na krawędzi.
Bo to nie była w żadnym razie niegroźna zabawa.
Severus zdał sobie z tego sprawę dwie noce temu, gdy uchwycił chmurne spojrzenie Lucjusza, obserwującego, jak przed Arethą płaszczy się, ośmielony winem i ewidentną przychylnością jej ojca, Leighton Bulstrode. I jemu samemu dreszcz przebiegł w dół kręgosłupa, bowiem nie był to pierwszy raz na przestrzeni ostatnich dni. A nie było tajemnicą, że stary sukinsyn ledwie miesiąc wcześniej nieszczęśliwie owdowiał po raz czwarty, utraciwszy kolejną żonę zbyt wcześnie.
Jeszcze dwie noce temu Severus był przekonany, że przy wszystkich desperackich pomysłach na zagospodarowanie córki, jakie mogą wpaść teraz do głowy Catonowi, zamążpójście jest względnie bezpieczną opcją. Niech rzuci kamieniem, z kogo życie nigdy nie zadrwiło.
To było złe. Ale tak funkcjonował ten posrany świat.
Po prawdzie, to nie był jego kłopot. Dość miał już zidentyfikowanych problemów, w tym jeden najważniejszy, zajmujący niemal całą jego uwagę i angażujący prawie całą aktywność życiową. Choćby dlatego nie miał przestrzeni ani zasobów, by szukać sobie do przygarnięcia problemów innych ludzi i uczynić je swoimi. Właśnie chęć popchnięcia do przodu poszukiwań sposobu na pozbycie się z tej ziemi największego severusowego problemu przywiodła go dziś tutaj.
Nie zamierzał pozwolić sobie na rozproszenie.
Z głośnym trzaskiem deportowali się wraz z Malfoyem na skraju wysokiego klifu i pierwszym, co poczuł, było uderzenie wiatru od morza, tak gwałtowne, że niemal wypchnęło Severusowi całe powietrze z płuc. Poderwał mimowolnie głowę, by zassać tlenu i ujrzał przed sobą górujące nad skalistym urwiskiem ruiny strzelistej twierdzy. Trudno było orzec, jak stara jest budowla. Wydawała się opuszczona, częściowo zniszczona od strony morza, zapewne z powodu osuwiska klifu podciętego falami. Szczyt jednej z bocznych wież został utrącony i jeśli osmalenia na kamiennych blokach poniżej nie były pozostałościami po potężnym zaklęciu, to Severus nie miał pomysłów, co innego mogło dokonać takiej destrukcji. A jednak, pomimo zniszczeń wyglądała majestatycznie, jakby warownia wzniesiona ręką człowieka na planie czworoboku była zespolona z litą skałą w sposób nadnaturalny. Na tle purpurowej zorzy, oświetlana z boku ostatnimi promieniami zachodzącego słońca, zdawała się emanować własną mocą. Jakby górowała nad tym klifem od zawsze, utkana z czystej magii.
Magia, całkowicie realna i nieokiełznana, była jedynym, na czym były w stanie skupić się jego zmysły przez tę krótką chwilę, gdy pozwolił sobie się w nią zanurzyć. Wrażenie było niesamowite i tak niepodobne do niczego, z czym zderzył się kiedykolwiek wcześniej. Przez moment jego myśli uciekły do Doliny Godryka, ale to… To tutaj było inne.
Ta magia nie wydawała się starsza albo silniejsza niż tamta. Zupełnie nie to.
Była… głębsza.
Cholera, to było najlepsze miejsce, w jakie trafił w swoim życiu. Wiedziony endorfiną wspinał się w górę zbocza, po więcej, dopóki nie zatrzymał go głos Malfoya.
- A ty dokąd?
Severus ściągnął brwi, absolutnie zbity z tropu.
- Do zamku?
- To nie ten.
- Co?
- Nie ten zamek - wyjaśnił zwięźle Lucjusz, już lekko podirytowany. Wskazał głową w bok. - To tamten.
Czarne oczy podążyły we wskazanym kierunku i - rzeczywiście - na wzgórzu nieopodal odnalazły otoczony zielenią drugi zamek. A raczej neoklasycystyczny twór zamkopodobny. Mniejszy, nie noszący śladów zniszczeń i zamieszkany, na co wskazywały światło w oknach oraz gwar, wylewający się wraz z tłumem do ogrodu. Co nie zmieniało faktu, że…
- Mają dwa?
Lucjusz tylko prychnął.
- Półtora.
- To nadal więcej niż jeden. - Severus miał przeczucie, że to będzie udany wieczór, bo już bawił się przednio.
- Mam zamek we Francji - oznajmił Malfoy niby od niechcenia i nie wiedzieć po co.
- Taki? - wskazał Severus ponad ich głowami i aż stanął w pół kroku, znów porażony pięknem tego miejsca.
- Patrz pod nogi, z łaski swojej - poradził wyniośle arystokrata i wyminął towarzysza. Zwolnił nieco, dopiero gdy w oddali pojawiła się sylwetka gospodarza.
Severus nie potrzebował widzieć, jak szare oczy zwężają się w szparki, a wysokie czoło przecina poprzeczna zmarszczka. Wszystko wyczytał ze sztywności ramion i sposobu, w jaki Lucjusz cofnął rękę chwilę po tym, jak w powitalnym uścisku objął ją czarodziej, który wyszedł im naprzeciw.
Lucjusz Malfoy ewidentnie nie znosił tego człowieka.
I Severus skłamałby, że nie poczuł ulgi, kiedy w tym samym czasie, gdy przyszła jego kolej, w bramie pojawił się gość honorowy ze swoją świtą i przywłaszczył całą uwagę pana domu. Jak na zawołanie pojawiła się jego córka, by mu towarzyszyć w powitaniu szacownych gości.
- Mój panie, to zbyt wielki honor. - Pan domu Greengrass zgiął się do ziemi. Po czym niemal zignorował Tertiusa Avery'ego i skinął z zadziwiająco dobrze udawanym entuzjazmem damie stojącej na prawo. - Bellatrix, jak dobrze znów mieć cię w naszych progach.
Czarny Pan zdawał się znajdować w wyśmienitym nastroju. Brązowe oczy przesunęły się po linii horyzontu i zatrzymały na wieży w oddali, wciąż odcinającej się od tła szarzejącego nieba, jakby była z innego świata.
- Nie wiem, Catonie, co pozwoliło Ci myśleć, że Aretha będzie bardziej pasować do Melton House niż do tego miejsca. Dobrze, że czasem życie weryfikuje nasze głupie decyzje, nie sądzisz?
Okazanie łaski. Przypomnienie. Groźba. Taaak, na Czarnego Pana zawsze można liczyć.
Zanim pan domu Greengrass odtworzył połączenie mózgu z resztą ciała, Aretha uczyniła krok i wyciągnęła przed siebie dłoń, pozwalając potężnemu magowi wykazać się obyciem. Wyraźnie docenił ten śmiały gest, ujmując ją pod ramię.
Pozbawioną z nagła męskiej eskorty Bellatrix przejął sprytnie Caton, zanim ogarnęła, co tu się odwaliło.
- Jak dobrze, że wreszcie dojrzałeś do męskiej decyzji, Catonie - rzekł przez ramię Czarny Pan i tym razem także w jego głosie pobrzmiewała aprobata. - Bo nawet ja mam małe marzenia. I skłamałbym, że wizyta w Old Keiss już od jakiegoś czasu nie była jednym z nich.
Syriusz nie byłby sobą, gdyby bezczynnie siedział na tyłku, kiedy druga połowa ich zakonspirowanego duetu z narażeniem godności osobistej badała trop wiodący do Greengrassów. On sam był zdecydowany wyciągnąć ile się da od Walburgi, bo czuł pod skórą, że wiedźma zachowuje wciąż dla siebie coś istotnego. I tu - jakież zaskoczenie - spotkał go zawód, bowiem po ostatnim wylewie szczerości pani Black wycofała się do swojej skorupy. Kiedy do niej przyszedł nazajutrz, znów była chłodna i niezainteresowana. Po dwóch kolejnych próbach w odstępie kilku dni dał sobie spokój i przestał ją niepokoić.
Nie mając innych tropów, zabrał się za przeglądanie materiałów, które Sevowi przekazał Abraxas. Po trzech dniach jego początkowy entuzjazm przygasł.
Stary Malfoy był diabelnie skrupulatny. Starał się nie zignorować żadnej poszlaki, badał każdą ewentualność. Idąc dalej tą drogą, nawet angażując w poszukiwania więcej ludzi, znalezienie w niedalekiej przyszłości kolejnego horkruksa wydawało się zadaniem na miarę stworzenia Kamienia Filozoficznego. Bo jeśli to miał być bliżej nieokreślony artefakt albo pamiątka po założycielach Hogwartu, mogło to być cokolwiek i leżeć ukryte wszędzie.
Ostatnim sensownym tropem był Regulus. Jednak tu jeszcze szybciej Syriusz stracił nadzieję. W pokoju brata znalazł wszystko w pedantycznym porządku, a nawet bez akcentów osobistych. Nijakiego dziennika, nawet czysto technicznych zapisków dotyczących nowych klątw albo pracy z nieznanymi eliksirami. Ani jednej książki sugerującej powiązanie z horkruksami. Żadnej wskazówki. Nic przydatnego, jakby te cztery ściany zostały celowo doprowadzone do stanu nie wzbudzającego żadnych podejrzeń. Miało to sens. Jeśli Reg planował dezercję, zadbał o to, by śmierciożercy nie znaleźli nic obciążającego rodziców. Jakby to, koniec końców, uczyniło jakąś różnicę.
Wreszcie przyciśnięty poczuciem zniechęcenia, Syriusz opadł na fotel za wielkim biurkiem z krukami i wygrzebał z szuflady stos listów. To było bardziej jak wymówka, by robić cokolwiek, niż racjonalnie umotywowana poszlaka. A jednak jakiś szósty zmysł kazał mu wierzyć, że w listach Alpharda jest coś więcej. Jeśli nie w kontekście poszukiwania sposobu na uśmiercenie Toma Marvolo Riddle'a - co byłoby już czystą naiwnością - było to ważne jakoś inaczej. Ważne dla niego. Bo nic nie zmieniło syriuszowego postrzegania rodziny i poniekąd także jego cholernego czystokrwistego dziedzictwa, co tamte listy. Nawet jeśli same w sobie nie dawały odpowiedzi, a częściej popychały do zadawania coraz to nowych pytań, tych właściwych. I chociaż uświadomienia, które przyszły w konsekwencji rozgrzebywania tamtych spraw, w pierwszym kontakcie smakowały gorzką trucizną, to pod spodem było więcej. Coś o niedookreślonym smaku. To nie tak, że nagle czarni bohaterowie przywdziewali peleryny, ale… Cholera, musiał wiedzieć, gdzie sięgało to więcej.
Godzinę później ponownie wrócił do listu, który chwilę wcześniej miał w dłoniach. Kolejny raz wygładził pożółkłą kartę, jakby z tych kilku linijek, oszczędnych w słowa, próbował wycisnąć wielkie tajemnice.
Znaleźli u niego list ode mnie. Nie wiem który. Jest źle. Siostra odsyła moje sowy.
Jutro, tam gdzie ostatnio.
Abelard
Niby nic, co powinno przykuć jakoś szczególnie uwagę, a jednak ten list był inny od całej reszty. Syriusz znalazł go w pakiecie korespondencji, której zapewne większość ludzi nie przetrzymywałaby latami z wielkim sentymentem.
Ale Blackowie nigdy nie byli jak reszta.
Rzeczone listy w większości pochodziły od mężów żądających satysfakcji za urażoną dumę, ewentualnie wspólników szemranych interesów. Było kilka anonimów zawierających poważne groźby karalne i te, choć bez podpisów, zostały opatrzone odręcznymi notatkami na odwrocie, identyfikującymi nadawcę, a czasem i kilkoma dodatkowymi intrygującymi informacjami. Syriusz od razu uznał, że ta korespondencja stanowiła zabezpieczenie Alpharda, gdyby faktycznie nadawcy zamierzali przejść od słów do czynów. A niektóre z listów mogły posłużyć w razie potrzeby jako środek nacisku, a nawet perfidnego szantażu. Po tylu latach, w rękach Syriusza wciąż stanowiły broń, której mógł użyć na szkodę ich autorów.
Tylko ten jeden nie pasował. Nie dlatego, że magicznie zmieniono charakter pisma, choć Syriusz miał przeczucie graniczące z pewnością, iż autorem był jego wuj. Nie z tego powodu, że jako jedyny był listem niedoręczonym. Zupełnie poza wzorem było to, iż nie było w nim nic. Żadnych brudów, gróźb, choćby kompromitujących plotek. Żadnych nazwisk, lokalizacji. Nawet imienia adresata oraz daty. Tylko kilka liter i cyfr nabazgranych na odwrocie pergaminu, które przyspieszyły syriuszowe tętno.
Miał nosa.
Od razu w dziwacznym ciągu znaków rozszyfrował numer skrytki u Gringotta, którą Alphard Black wraz z resztą doczesnych dóbr zapisał na wypadek śmierci swemu starszemu siostrzeńcowi.
Severus nie wierzył we wróżby, przepowiednie i złe omeny. A już zwłaszcza w fatum. Jeśli jednak w tę koncepcję nie wpisywało się to, jak kończyły się wszelkie jego próby zamienienia z Greengrass choćby jednego zdania na osobności, to nie wiedział, jakie inne słowo byłoby stosowniejsze.
Biorąc poprawkę na to, że dziś poza zgrają potencjalnych kolejnych mężów sfrustrowany szpieg musiał mierzyć się ze zdwojoną uwagą Czarnego Pana, po godzinie bezowocnych zabiegów po prostu spasował. A przynajmniej z Arethą.
Po kolejnym kwadransie dyskretnej obserwacji drzwi i sposobu przemieszczania się skrzatów domowych, nie zwracając niczyjej uwagi opuścił gwarną salę balową. Ocenił, że - jak u Malfoyów - prywatne pokoje znajdują się na piętrze, zagadkę stanowiło pomieszczenie na końcu korytarza, gdzie mogła mieścić się biblioteka. Nawet jeśli nic tam nie znajdzie, jakie miejsce byłby lepsze, by podrzucić pluskwę? Zapewne obstawił właściwie, bo dzieliło go jeszcze kilka metrów od tajemniczych drzwi, gdy natknął się na pierwsze zaklęcia ochronne. I nie ostatnie. Dał sobie spokój, zanim zdołał rozpracować kolejne, nałożone na zamek. Jeśli zabezpieczenia były dziełem Arethy, to mógł tu spędzić większość nocy, a bardzo prawdopodobne, że wcześniej zostałby nakryty.
Gra niewarta świeczki.
Zaalarmowany jakimś dźwiękiem, którego źródła nie potrafił umiejscowić, w kilku krokach oddalił się w stronę gwarnej sali. I pół minuty później odetchnąłby z ulgą, że jego nieobecność nie została zauważona, gdyby w połowie drogi nie oberwał z impetem w sam czubek głowy kryształowym kielichem.
- No żesz kurwa! - syknął w tym samym momencie, gdy odłamki szkła rozprysły się na posadzce u jego stóp.
Automatycznie poderwał wzrok i przenikliwe spojrzenie szpiega, doświadczonego w tropieniu wszelakiego zagrożenia, natychmiast zidentyfikowało napastnika.
Prowadzące na piętro schody, które zawijały na prawo, tworzyły zabezpieczoną balustradą antresolę i tam, pomiędzy rzeźbionymi tralkami zwisały bose nogi ubrane we wzorzyste spodnie od piżamy. Sekundę później nogi zniknęły w ciemności i zaraz nieco powyżej, tuż nad poręczą wychyliła się mała głowa z wielkimi jak spodki, intensywnie niebieskimi oczami, na które opadały przydługie ciemne włosy.
- Ups - pisnął cienko przestraszony chłopięcy głosik.
Severus stanął jak wryty, zmełł kolejne przekleństwo, które miał już na końcu języka i odruchowo, czując jak ciepła strużka ścieka mu po łuku brwiowym, sięgnął ku ranie na szczycie czaszki. Wymacał niewielkie rozcięcie skóry, nic wartego uwagi. Zastanowił go za to zapach, który wyczuł na palcach, gdy zbliżył je do twarzy. Krew zmieszana z zawartością pucharu, którą zdecydowanie nie było kakao.
- Boli?
Tym razem mała istota ukazała się Severusowi w całej swojej mocno wystrachanej okazałości u szczytu schodów.
Mężczyzna zaprzeczył bezgłośnie, licząc, że mały szybko się ulotni, bowiem on sam musiał sprawnie doprowadzić siebie oraz podłogę do porządku, by nie wzbudzać niepotrzebnych pytań. Podszedł do wielkiego lustra, które Malfoy zapewne skrytykowałby z powodu przesadnych zdobień jako dość pretensjonalne, za to Severus docenił jego aspekt praktyczny. Krew nie przestawała płynąć i coś trzeba było z tym zrobić, zanim uświni cały korytarz, a zapach posoki zwabi sępy. Jak na złość, by skutecznie rzucić zaklęcie zamykające ranę, potrzebował wiedzieć, gdzie precyzyjnie wycelować różdżką. Gęsta czerwień, ściekająca po oczach, nie pomagała. Zirytowany coraz bardziej groteskowym rozwojem sytuacji, Severus z głową uniesioną wysoko osunął się na pierwszy schodek, licząc, że w tej pozycji będzie mu łatwiej manewrować.
Chłopiec zawahał się.
A potem zeskoczył kilka stopni, aż zatrzymał się nieco powyżej za severusowymi plecami. Uchwyciwszy się poręczy, wychylił ciało do przodu. I jakby to była najzwyczajniejsza rzecz w świecie, drugą ręką przesunął cisową różdżkę razem z dłonią trzymającego ją czarodzieja tak, by czubek znalazł się we właściwym punkcie, centralnie na przecięciu skóry.
- Tutaj.
Severus spiął się i całą siłą woli zapanował nad mięśniami, by w naturalnym odruchu nie zaatakować. Świadomość, że ma przed sobą dziecko, tylko połowicznie tłumaczyła tak idiotyczne zachowanie. To była jedna z pierwszych zasad wpajanych od urodzenia małym czarodziejom - nie wyciąga się rąk po cudzą różdżkę. A już zwłaszcza po różdżkę śmierciożercy, któremu dopiero co utoczyło się trochę krwi.
Co z tym dzieciakiem było nie tak?! Bo gdyby trafił kielichem w kogokolwiek innego spośród goszczących się za ścianą skurwieli, w większości już pijanych, a zatem pozbawionych jakichkolwiek hamulców…
- Nie powinieneś, nie wiem, być w swoim łóżku?
Chłopiec wzruszył ramionami. Milczał, obserwując działanie zaklęcia leczącego, a potem kolejnego - znikającego krwawe plamy. Kiedy Severus skończył, mały nadal nie wykazał najmniejszej chęci, by skierować się do sypialni, zamiast tego przysiadł obok i zapytał, trochę z niepokojem, a bardziej z ciekawością:
- Lubisz węże?
Severus ściągnął brwi. A potem podążył za niebieskimi oczami nieco poniżej podwiniętego mankietu koszuli i chwilę razem przypatrywali się jego lewemu przedramieniu.
- Powinieneś trzymać się z daleka od ludzi takich jak ja.
- Jak ty?
- Obcych - wyjaśnił mężczyzna treściwie. Nie spostrzegłszy wyraźnej reakcji, dodał ostrzej - Niebezpiecznych.
- Ja jestem niebezpieczny - wypalił chłopiec bez krztyny pokory.
Severus był pod wrażeniem pewności siebie tego dzieciaka, ale nie taki przecież miało to obrać kierunek.
- A ja nie?
- Niezbyt. - Jakkolwiek jego słowa wskazywały, że chłopiec stroił sobie żarty, co innego mówiło poważne spojrzenie. - Ja ciebie zraniłem, a ty mnie nie.
Punkt dla niego. Ile mógł mieć ten gówniarz? Ach, tak. Gdzieś między pięć a sześć lat i Severus wiedział to nie dlatego, że jakoś szczególnie orientował się w etapach rozwojowych dzieci.
A to konkretne było nadzwyczaj uparte.
- To… lubisz węże?
Właściciel przedramienia z wężowym piętnem uśmiechnął się krzywo.
- Nieszczególnie.
Chłopiec aż się rozpromienił.
- Ja też nie. Lubię skunksy.
A teraz to Severus był naprawdę ciekawy rozwinięcia.
- Dlaczego akurat skunksy?
- Są miękkie, mają puszyste ogony w paski i taką śmieszną opaskę wokół oczu.
- To szopy, nie skunksy.
Wbrew przewidywaniom mężczyzny drobne usta nie ułożyły się w podkówkę, za to brwi poszybowały w górę tak, że kasztanowa grzywa prawie zakryła małemu oczy.
- No to… lubię szopy - oznajmił malec uroczyście i dodał po namyśle. - I smoki. Są wspaniałe, prawda? Jak ten. - Wycelował palcem wskazującym na obraz na galerii u szczytu schodów.
Sztuka nie była nigdy czymś, w czym Severus się specjalizował. Miał ogólne pojęcie o stylach w malarstwie, wyniesione z mugolskiej edukacji, potem coś tam niechcący przyswoił o czarodziejskich mistrzach pędzla na zajęciach u Binnsa. Z obserwacji arystokratycznych pałaców i zamczysk wywiódł, że czarodzieje są dość zachowawczy i konserwatywni w podejściu do formy. Siedziby starych rodów zdobiły średniowieczne freski, nad kominkami wisiały klasyczne olejne portrety pradziadków, barokowe sceny rodzajowe, a przedstawienia naturalistyczne uchodziły już za szczyt ekstrawagancji. Nic powyżej drugiej połowy XIX wieku, jeśli nie chciało się dostać łatki wywrotowca.
Płótno, na które wskazywał chłopiec, nijak nie wpisywało się w ten kanon, podobnie zresztą jak trzy sąsiednie, tworzące razem nietypową, choć dość spójną kolekcję. Jeśli już Severus musiałyby jakoś nazwać technikę, z uwagi na szybkie i płynne, lekko rozmyte pociągnięcia pędzla, najbliżej jej było do impresjonizmu. Tylko kolorystyka była nietypowa - zamiast rozbielonych pasteli artysta użył barw w nasyconych wariantach, wiele operując szkarłatem i ciemnymi odcieniami niebieskiego aż do smolistej czerni.
Obraz był konkretnych wymiarów i robił wrażenie, choć głównie była to zasługa nie wielkości, a tego, co przedstawiał. Bo nawet widząc ją wcześniej ledwie przez kilka chwil, Severus nie miał wątpliwości, że oto patrzył na namalowaną na tle nocnego nieba i wzburzonego sztormem morza wysoką kamienną twierdzę Old Keiss. Ale centralnym punktem nie była sama budowla, lecz nurkujący ku wierzchołkowi jednej z wież, otoczony językami ognia zielonosrebrzysty smok o długim ogonie, rozmywającym się na granatowym niebie jak dym. Mistrz uchwycił moment na sekundy, zanim najeżona zębiskami paszcza wbije się w wysunięty szczyt bocznej wieży. I im dłużej Severus przypatrywał się smokowi, tym szerzej otwierał zdumione oczy.
Niemożliwe.
- Mówiłem, że jest wspaniały - odezwał się zadowolony z siebie dzieciak. Wprost pękał z dumy. - A wiesz, namalowała go ciotka mojego pradziadka, Kordelia.
- Podobnie, jak trzy pozostałe. Również uczta dla oka. - Głos za ich plecami, wbrew wypowiedzianym słowom, nie wyrażał nawet cienia zachwytu. Uderzał raczej w niebezpieczne tony. - Lotar…?
- Ups - wyrwało się małemu i natychmiast obrócił się na pięcie, by stanąć twarzą w twarz z surowym obliczem siostry.
- Mistrzu eliksirów. - Aretha przywitała się zdawkowo, nie odrywając karcącego spojrzenia od młodszego brata. Po odpowiednio długiej chwili na refleksję obróciła się do gościa. - Czy chcę w ogóle wiedzieć, co tak ważnego odciągnęło cię od odpowiedniejszego wiekiem towarzystwa, że stoisz w środku nocy na schodach z niespełna sześciolatkiem?
Jak na komendę obydwaj przyłapani zerknęli wymownie w górę z takim zaangażowaniem, jakby sklepienie krzyżowe ponad ich głowami było największą niezwykłością, jaką ujrzeli w życiu.
Aretha westchnęła z irytacją.
- Drażko!
Istota, która pojawiła się z głośnym trzaskiem w połowie schodów, zasłużyła jednakowoż bardziej niż sufit na uwagę Severusa, i to akurat nie dlatego, że była najdrobniejszą i najmniej pomarszczoną skrzatką domową, jaką kiedykolwiek widział. Zupełnie nie to. Prawdziwie frapujące było rozbrajające zagubienie w jej wielkich bladobłękitnych oczach błądzących dokoła, jakby skrzatka nie była pewna, co tu u licha robi. Ewentualnie - z czyich ust oczekiwać rozkazu. Przygryzając wargę, kolejno przenosiła wzrok z twarzy Arethy na Severusa, by zatrzymać się na chabrowo niebieskich oczach Lotara, w których udawana skrucha przegrywała walkę ze słabo skrywaną wesołością. I wcześniejsza niepewność skrzatki gdzieś uleciała, zastąpiona iskrą nagłego zrozumienia, a usta ułożyły się w cienką linię.
- Ach, paniczu, znowu? Tak nie można. Drażka od tego osiwieje, tak. Osiwieje doszczętnie - jęknęła cienkim głosikiem. Nie poprzestając na tym, pozwoliła sobie na coś, czego w tych murach mistrz eliksirów mniej by się spodziewał niż śmierci. Odchrząknąwszy znacząco, zrugała małego czarodzieja wzrokiem.
- Drażko…
- Panicz mi tu nie drażkuje! - Wyciągnęła rękę i ponagliła małego dziedzica gestem w sposób nie znoszący sprzeciwu. - Bo Drażka pomyśli, że z uszami panicza niedobrze. A eliksir na uszy gorzki. Okropnie.
Chłopiec, mając chyba dość instynktu samozachowawczego, by wyczuć nadciągającą reprymendę, z cichym dobranoc na ustach i cwaniackim uśmiechem podał skrzatce swoją rękę. I już ich nie było.
Severus z kolei, niespodziewanie znalazłszy się w dogodnej sytuacji do zainicjowania swojego małego śledztwa, oczywiście nie miał pomysłu, jak to ugryźć, wciąż myślami będąc gdzieś pomiędzy kryształowym kielichem, smokiem wpadającym na wieżę, nadzwyczaj niezależną skrzatką i Arethą-ponownie-Greengrass.
Kupując czas, wskazał na korytarz w dole, usłany kawałkami szkła.
- Dzieciak chyba podprowadził niewłaściwy kielich. Nie posmakowało - rzucił z przekąsem, przypominając sobie zapach napitku.
- Nie rozumiem.
- To były jakieś opiaty rozpuszczone w wodzie. Obstawiałbym, że zguba Carrowów.
Aretha z lekko zniecierpliwionej w jednej sekundzie stała się nieźle przestraszona.
- Spokojnie, większość się wylała.
Przyjęła do wiadomości nową informację z kamienną twarzą i zamiast spodziewanej ulgi zobaczył, jak narasta w niej gniew. Raczej nie skierowany przeciw niemu, a na pewno nie przeciw chłopcu. Patrzyła na lekko mieniące się w słabym świetle ułomki szkła z taką intensywnością, jakby chciała je spopielić wzrokiem. Czyżby pomyślała dokładnie o tym samym, co on kwadrans wcześniej? Że ten dzieciak z zupełnie innej bajki powinien być wszędzie indziej, byle nie tu. Nie tak blisko tych ludzi.
Nie w tym, ale jakimś innym, lepszym świecie.
Tego nie dane mu było się dowiedzieć, bo z ciemności wezwał dziewczynę głos ojca, a jego ton nawet bez wyjaśnień nie pozostawiał wątpliwości, że sprawa jest pilna. Nadzwyczaj niechętnie poprawiła suknię i ruszyła przed siebie. Obróciła się jeszcze, jakby chciała Severusowi coś przekazać bez słów, ale tylko rozciągnęła usta w parodii uśmiechu.
Odwzajemnił jej się tym samym i stał tam jeszcze moment, w ciemnym kącie korytarza, obserwując jak rysy jej twarzy się przeobrażają. Patrzył, sam szerzej rozwierając oczy, jak Aretha - dopiero co skrycie życząca tym ludziom wszystkiego najgorszego - staje się wzorem uprzejmości, gdy sunie w kierunku tłumu, rozdając uśmiechy i dygając w odpowiedzi na komplementy.
Cóż, miał jednak dobre przeczucie, że to nie będzie stracony wieczór. Jak by nie patrzeć, miał całą uwagę Arethy Greengrass tylko dla siebie na całe dwie i pół minuty.
- O nie. Powiedz mi, że to nie są znowu te listy - padło od progu.
Nie odrywając wzroku od dywanu zasłanego tuzinami kartek, gospodarz zamienił dwie sąsiednie miejscami i posłusznie wymamrotał:
- To nie są znowu te listy.
- Syriusz…
- Serio. To inne listy - uściślił. - Były ukryte w skrytce u Gringotta, więc muszą być ważne.
- W jakim sensie? - Sev nie wydawał się przekonany. Obszedł pokój i pochylił się nad pergaminami znajdującymi się najbliżej.
- Jeszcze nie wiem. Większość nie ma dat, więc muszę je uporządkować i…
- Abelard i Heloiza? - Od ścian odbił się szyderczy śmiech. - Chyba, kurwa, żartujesz.
No dobra. Na pierwszy rzut oka to nie wyglądało obiecująco, ale…
- To pseudonimy. Alpharda i jakiejś dziewczyny. Kobiety. Ale to żadne listy miłosne. Bardziej niż na sekretny romans wygląda to na korespondencję spiskowców.
- Naprawdę weź to odstaw, bo zaczyna rzucać ci się na mózg.
Sev mierzył go z drugiego końca mieszkania krytycznym spojrzeniem, ale nie to zwróciło uwagę Syriusza. Jego przyjaciel nietypowo miał na sobie mugolskie ciuchy.
- U Greengrassów nowy dress code? - Odpowiedziało mu tylko wywrócenie oczami. Syriusz spoważniał. - Jak sytuacja z Catonem?
- Na razie przejmuje od Malfoya połowę. Jeśli nie nawali, za kilka tygodni Greengrassowie oficjalnie wchodzą w miejsce Blacków. Drugi wielki sukces Bellatrix w tym miesiącu.
No tak, plan wykreowania Belli na utalentowanego stratega, co czyniło ją z każdym dniem coraz bardziej naturalną sukcesorką po Caiusie Yaxleyu, przebiegał bez zakłóceń.
Co do samego Catona, to było spodziewane. Cato musiał się w końcu, po latach lawirowania, jasno zdeklarować. Moment trafił idealny. Zamiast resztek ze stołu miał szansę nieźle się obłowić i dostać od razu pozycję, na którą Orion pracował latami. Człowieka, którego zadaniem było czuwać nad pozyskiwaniem dofinansowań zewnętrznych, zabezpieczaniem środków na bieżącą działalność i łapówki, praniem kasy z nielegalnych źródeł… Ogólnie - nad przepływem finansów w organizacji dysponującej budżetem średniej wielkości państwa kolonialnego. Robota życia, chociaż nie dla każdego.
Pierwotnie rolę tę pełnił Orion Black, nie ze względu na szczególnie sprzyjające temu intelektualne przymioty, a raczej pozycję i osobowość. Ojciec Syriusza, choć był człowiekiem jak najbardziej omylnym, to z morderczą determinacją podtrzymywał wokół przeświadczenie, że winni są zawsze ci inni. Przez długi czas to zdawało egzamin - czarodzieje o niższej pozycji woleli pokrywać stratę przez siebie niezawinioną niż wchodzić z kimś pokoju Oriona na wojenną ścieżkę. Teraz, znając tło sprawy Reviusa Greengrassa, Syriusz rozumiał już, dlaczego.
A potem ci mali urośli i trzeci syn jednego z takich dawniej nic nie znaczących podwładnych zamordował pana domu Black klątwą torturującą w jego własnym salonie.
Po śmierci Oriona rolę śmierciożerczego ministra skarbu przejął Lucjusz Malfoy, choć bez przesadnego entuzjazmu. Był o tyle mądrzejszy od poprzednika, że od razu zaczął się dyskretnie rozglądać za zastępstwem. Fakt, że ta pozycja stwarzała okazję, by się wzbogacić, ale w przypadku sprzeniewierzenia środków wspólnych, czyli voldemortowych, trzeba było pokryć różnicę z własnej kieszeni. Syriusz na podstawie dokumentów księgowych wiedział, że jego ojciec był zmuszony w przeszłości dopłacić przynajmniej dwa razy, a na tamtym etapie nie były to jeszcze bajońskie sumy, jak obecnie. Malfoyowi jeszcze się nie zdarzyło i cokolwiek mocno nie obnosiłby się na zewnątrz z pretensjami, w skrytości serca odetchnął z ulgą, że pozbywa się gorącego kartofla.
Cato Greengrass - nieważne, czy to popychany koniecznością, strachem czy chciwością - wybrał zatem stronę. I oby otumaniony szczęściem nie zapomniał, że Tom Marvolo Riddle, wbrew swoim własnym górnolotnym hasłom, w praktyce zdecydowanie wyżej ceniąc zasoby trwałe niż osobowe, dużo łagodniej znosił stratę kilku litrów czystej krwi niż złota.
Ale jak to mówią - nie ma ryzyka, nie ma zabawy.
- No dobra, puszczę to Robardsowi - oznajmił Syriusz i wobec braku sprzeciwu przeszedł dalej. - A poza tym? Jak znajdujesz Old Keiss?
Naprawdę był ciekawy, bo tamten zamek to było coś, co mogłoby zrobić na Sevie wrażenie. Na nim samym zrobiło oszałamiające, gdy był tam z rodzicami jako nastolatek. Pomyślał wtedy, że tak powinna wyglądać siedziba czarodziejów z prawdziwego zdarzenia. I zdania nie zmienił.
Sev usiadł okrakiem na krześle i oparł brodę na splecionych dłoniach.
- Jest w cholerę dziwne.
Tak, uwzględniając z kim była rzecz, dokładnie takiego podsumowania Syriusz mógł się spodziewać, a i tak nie powstrzymał wybuchu śmiechu.
- W sensie?
- Mając obok nasycony pradawną magią zamek Greengrasowie wolą mieszkać w kurniku, pozwalają skrzatom rugać czystokrwiste latorośle i ze ściany nad schodami wita ich gości dwustuletni obraz przedstawiający myśliwiec RAF-u.
- Że jak?!
- To drugie, to nawet nie jest zamek. Koło zamku to nie stało.
Syriusz zamrugał.
- Taaa… Bardziej chodziło mi o to na końcu. Jaki obraz? Cholera, jaki myśliwiec?!
- Konkretnie Curtiss P-40 Tomahawk. Taki samolot, brytyjskie lotnictwo używało ich w czasie wojny. Miały bardzo charakterystyczny motyw wymalowany na kadłubie. Odwzorowanie paszczy rekina, chociaż ktoś mógł wziąć to za pysk smoka.
- Aha - Syriusz podrapał się po karku, a jego twarz nie wyrażała żadnej uświadomionej myśli. - To teraz jesteś też znawcą latawnictwa?
- Lotnictwa - poprawił go Sev odruchowo.
- Skąd to wytrzasnąłeś?
Sev zapatrzył się w podłogę.
- Evans był pilotem RAF-u. Połowa książek w ich domu jest o lotnictwie. W korytarzu wisi jego zdjęcie z czasów wojny, za plecami ma właśnie taki samolot.
- Aha - powtórzył Syriusz bardzo elokwentnie.
- Myśliwiec przypominający smoka wbija się w wieżę Old Keiss na obrazie namalowanym przez Kordelię Greengrass, która zmarła sto sześćdziesiąt lat temu. I rzeczywiście, w czterdziestym pierwszym w zamek uderzył zestrzelony samolot, sprawdziłem. Jest o tym w mugolskim przewodniku turystycznym. - Sev przerwał, ukazując wyjętą z kieszeni ulotkę, jakby jeszcze bardziej chciał zbudować napięcie. - Jest więcej obrazów Kordelii, wszystkie przedstawiają jakieś katastrofy. Na jednym płonie morze.
- I?
- Dwadzieścia lat temu na zachód od klifu zatonął tankowiec.
Syriusz wiedział już do czego to rozwinięcie zmierza.
- Kordelia Greengrass była jasnowidzką - powiedział na głos. - No i?
Sev zerwał się na równe nogi.
- To mało znacząca informacja?
Cóż…
- Była czarownicą. Niektóre bywają jasnowidzkami. Sam jedną spotkałeś.
- Co do Trelawney zdania są podzielone - syknął Sev przez zęby. - Ale Kordelia Greengrass to co innego. Przewidziała zdarzenia, które nastąpiły ponad stulecie po jej śmierci. A magia Old Keiss... Coś tam jest.
Syriusz machnął ręką.
-Taaa. Blackowie zrobią wszystko, by zwyciężyć. Malfoyowie zrobią wszystko, by przeżyć. A Greengrassowie żyją, by wiedzieć wszystko - wyrecytował uroczyście i krzywo się uśmiechnął. - Nawet miejskie legendy nie biorą się znikąd, ale aż tak bym się nie emocjonował.
- Skądś wiedzą o przepowiedni.
- Tak. Od Sidiusa Yaxleya.
- A Revius? Może to dlatego tak dobrze wszystkich rozgrywał. Bo wiedział o rzeczach przyszłych.
Syriusz zatrzymał się na chwilę. Przemyślał, zanim się odezwał.
- To, że dał się tak załatwić, dowodzi raczej czegoś przeciwnego. - Nie szydził, stwierdzał po prostu fakty. I próbował doszukać się w tym sensu. - Kim jesteś, entuzjasto fusami pisanych teorii spiskowych? I co zrobiłeś z moim do zesrania racjonalnym przyjacielem?
- Nie mówię o fusach, ale prawdziwym darze spoglądania w przyszłość. Nie rozumiesz, jak potężna i niebezpieczna to może być broń?
- Nie będziesz mnie chyba przekonywał, że dar ma Cato? Bo wybacz, ale łatwiej wybronię moją teorię o wielkim objawieniu ukrytym w listach.
Sev uparcie milczał, może nagle otrzeźwiony kubłem zimnej wody. Ale nie wydawał się ani trochę spokojniejszy.
Syriuszowi zaś coś zaświtało. Ale nie, przecież tamtemu nie mogło iść o…
- Daj spokój, serio? - Aż sam się zaśmiał do swoich przypuszczeń. - Nie może być po prostu tak dobra w te klocki sama z siebie? Koniecznie musi istnieć jakiś magiczny powód? Małe oszustwo?
- O czym ty…?
- Aretha.
Sev spojrzał na niego nierozumiejąco i jakiś czas najwyraźniej przetwarzał, zanim nastąpiła zmiana. Kiedy przechylił głowę, w czarnych oczach nie było wcześniejszego cienia wątpliwości. Żadnego gniewu czy śladu zażenowania. Ale nie było w nich też niczego znajomego.
- Syriuszu Blacku, jesteś skończonym idiotą.
Po czym, nie czekając na reakcję zwrotną, trzasnął drzwiami i deportował się z trawnika, zostawiając Syriusza z kompletnym śmietnikiem w głowie.
Panie i Panowie - za Wami rozdział 50., kto by pomyślał?
Seshien, Martisz - niezmiennie dziękuję za komentarze.
Jeśli śledzisz tę historię i chcesz więcej, wiedz, że Wena to kapryśny zwierz, ale nic jej tak nie obłaskawia, jak stałe dokarmianie ;)
