Kiedy Snape wracał w sobotę z kolacji, na korytarzu dostrzegł akurat Filcha z Victorią, Draconem i Pansy; pół godziny wcześniej dał woźnemu wskazówki dotyczące szlabanów, które miał nadzorować tego wieczoru, czyli te Malfoyów. Parkinson kazał mu natomiast oddelegować do Hagrida, który zajmował się pozostałymi Ślizgonami ukaranymi za picie alkoholu i imprezowanie w czasie Nocy Duchów. Draco i Victoria nie dołączyli do tej grupy tylko dlatego, że: po pierwsze – Snape potrzebował nowego, zaktualizowanego spisu składników szkolnego zaplecza, a sporządzenie go w połączeniu z szorowaniem kociołków było całkiem dobrą karą, którą akurat dostał Draco; po drugie – Victorii pragnął zadać wyjątkowy szlaban.
Był na nią zły. Sam nie do końca rozumiał dlaczego. Z pewnością miał na to wpływ fakt, że prawdopodobnie ukrywała coś przed nim i Dumbledore'em – mógł to z niej wyczytać, gdy rzekomo zdawała relacje ze spotkania z Czarnym Panem, a jednak uciekała wzrokiem, kiedy próbował wówczas popatrzeć jej prosto w oczy. Denerwowało go również to – a może szczególnie to? – że ewidentnie był w jej życiu ktoś, kogo darzyła uczuciem – czyli ów „szczęśliwiec", o którym wspomniała Parkinson – a mimo to miała czelność jednocześnie próbować naruszyć granice relacji z nim. Już same próby naruszenia tej granicy były niedopuszczalne – a przynajmniej próbował wierzyć, że tak właśnie sam uważa, starając się nie pamiętać, iż ich relacja raczej siłą rzeczy wykraczała, i musiała wręcz wykraczać, poza czysto szkolną, z uwagi na ich przynależenie do śmierciożerców oraz potajemne wspieranie Dumbledore'a – ale to, że przychodziła do jego gabinetu i sugerowała, że powinni spotykać się w zdecydowanie wykraczających poza szkolne okolicznościach, a w tym samym czasie wzdychała do jakiegoś chłopaka, okazało się dla niego szczególnie oburzające.
Z drugiej strony może jej zaczepki względem jego osoby nie były niczym więcej niż jedynie ironicznymi żartami, a on brał to wszystko zbyt na poważnie. Bo – owszem – dużo o tym rozmyślał i to go frustrowało. Miał tyle innych, ważniejszych o wiele spraw na głowie, chociażby warzenie Eliksiru Transcendentii, a potrafił przyłapywać się na tym, że zamiast wykonywać obowiązki – zawiesza się, wpatruje w ścianę i rozmyśla nad intencjami tej dziewczyny. To było żałosne.
Dlatego właśnie postanowił zadać jej taki, a nie inny szlaban – chciał, by poczuła się obrażona, zdenerwowana i zgaszona, by zrozumiała, że na niego tak łatwo nie wpłynie. Może chłopców w swoim wieku umiała okręcać wokół palca, może to samo spotkało tego nieszczęsnego „szczęśliwca" – ale on na pewno nie pozwoli, by dłużej próbowała czynić to samo z nim.
I kiedy na poniedziałkowych zajęciach zobaczył, że zaprzestała chociażby patrzenia w jego kierunku – a w ostatnim czasie raczej uwielbiała testować go wpatrywaniem się w niego spojrzeniami, które wydawały mu się dość szczególne, inne niż kiedyś, niemal zaczepne i prowokujące, ozdobione małym uśmiechem na ustach – ucieszył się w duchu. A więc się udało. Wyeliminował Victorię Malfoy z gry.
Lecz kiedy wychodziła z pracowni i nawet wtedy oczy jego nie spotkały jej oczu, chociażby i wzburzonych czy gniewnych, a za to zastały twarz bardzo poważną i obojętną, zaczął zastanawiać się, czy oby na pewno tego właśnie chciał.
•*•.•*•
Kiedy utwór dobiegł końca, Tom podziękował jej za taniec. Wrócili na fotele.
– Herbaty? – zapytał.
Victoria popatrzyła na niego prawie ze zdziwieniem. Herbata. Jakie to było proste – zwyczajnie zapytać i ją razem wypić.
– Tak, proszę – odrzekła.
Machnął różdżką i dwie filiżanki przylewitowały do nich z kredensu.
– Wybacz, to było dość nieeleganckie – stwierdził. – Powinienem był zapewne wstać i je przynieść. Na swoją obronę powiem, że osobiście tę herbatę zaparzyłem przed twoim przybyciem. I to bez magii.
Uśmiechnęła się.
– Doceniam.
– Jak tam twój profesor? – Spojrzał na nią z uwagą, upiwszy kilka łyków gorącego napoju. – Snape. Co z nim?
– O co konkretnie pytasz? – zapytała cicho.
– Pytam, czy… zachowuje odpowiedni dystans między sobą a tobą.
– Och. Tak. Oczywiście. Wciąż do końca nie rozumiem, dlaczego sądzisz, że miałby próbować ten dystans ukrócić.
Oczywiście, że rozumiała, dlaczego miałby próbować. Przepowiednia mówiła o wspólnym zwycięstwie prawdopodobnie albo jej i jego, albo jej i Snape'a. Czarny Pan za wszelką cenę potrzebował się więc upewniać, że ona i jej profesor nie zbliżali się do siebie, bo jeśliby tak było: mogliby, świadomie bądź nie, pomóc przepowiedni spełnić się w sposób zupełnie dla niego, Voldemorta, niekorzystny.
Więc – owszem. Snape się do niej nie zbliżał. Za to ona próbowała zbliżyć się do niego, ale została odtrącona w niezwykle upokarzający sposób.
– Przeczucie – odrzekł tylko Tom.
– Nie ufaj temu przeczuciu – odważyła się powiedzieć, zanurzając wargę w gorącej herbacie. Znów poczuła złość, która buzowała w niej żywo przez ostatnie dni. – Nie pozwoliłabym Snape'owi się do siebie zbliżyć. On… nie ma w nim nic zachęcającego.
Tom uśmiechnął się na jej słowa i pokiwał głową.
•*•.•*•
Wróciła do zamku po północy. Dotarła do lochów bez żadnych przeszkód. I kiedy już szła ostatnim korytarzem prowadzącym do jej celu, czyli salonu Ślizgonów, z cienia wyłonił się nagle Snape.
– Merlinie! – zawołała zaskoczona. – Czy pan próbuje udawać zjawę?
– Skądże. Po co bym miał? Prawdziwi ludzie zazwyczaj bywają straszniejsi niż zjawy.
Nie odpowiedziała od razu, zastanawiając się nad możliwym ukrytym znaczeniem jego wypowiedzi. Ostatecznie rzucił wokół nich zaklęcie wyciszające i zapytał o to, co podejrzewała, że zaraz usłyszy:
– Byłaś u niego, nie mylę sie?
– A pan specjalnie się tutaj czaił, by zadać mi to pytanie? – Uniosła brwi; znów czuła wściekłość.
– Posłuchaj. Nie myśl sobie, że czekałem na ciebie, ponieważ jestem, jak to ostatnio pozwoliłaś sobie stwierdzić, „zazdrosny" – wysyczał, patrząc na nią z zatrważającym chłodem. – Czekałem, a teraz pytam o to, ponieważ może zapomniałaś, ale istnieje pewna przepowiednia, według której…
– Tak, pamiętam – przerwała mu. – I, tak. Byłam u niego. Na herbacie.
Ledwo powstrzymała złośliwy uśmiech, kiedy to wypowiadała.
– Wspaniale – odrzekł Snape; jego głos ociekał jadem. – A więc rozumiem, że z zadowoleniem robisz wszystko, by ta przepowiednia rzeczywiście spełniła się w taki sposób, w jaki on sobie tego życzy?
– Słucham? Proszę sobie nie pozwalać na takie insynuacje. Sądzi pan, że mam prawo odmówić, gdy on mi coś proponuje? To on sam poi mnie tymi herbatkami. To on sam zaprasza mnie do siebie, interesuje się, jak minął mi tydzień, on sam…
Przerwała nagle. Zdziwienie i gniew, które pojawiły się z nową mocą na twarzy Snape'a, orzeźwiły ją, uświadamiając, że nie powinna wypowiadać się o Voldemorcie w taki sposób. Nie przy nim.
– On już cię ma – szepnął po długim czasie milczenia Snape. – To przerażające, jak szybko dałaś się zmanipulować.
– Dałam się zmanipulować? – powtórzyła z kpiną, ale w głębi ducha nie była już taka pewna, czy Snape nie miał odrobiny racji.
Musiała przyznać, że dzisiejsze spotkanie z Tomem… – Merlinie, z Voldemortem! – było… miłe. Po prostu miłe.
– Mam wszystko pod kontrolą – dodała zaraz. – Wiem, kim on jest, co robi, co planuje. Herbatki nie zamydlą mi oczu, mimo że przez jakiś czas myślałam, iż rzeczywiście mogą sprawić, że możliwe będzie popatrzenie na kogoś od innej, wyidealizowanej chyba perspektywy.
Zrozumiał natychmiast aluzję. Poczuł, jak gniew pulsuje mu w żyłach.
– Cóż. Ty z każdej perspektywy prezentujesz się tak samo: podatna na manipulacje, zadufana w sobie, nierozsądna i pochopna. Wypicie z tobą herbaty nie mogłoby tego obrazu zmienić. Ba, nawet wypicie alkoholu na nic by się zdało.
Nim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, jej pięść uniosła się, by uderzyć go w tors. On jednak w ostatniej chwili złapał jej rękę w nadgarstku.
– Uważaj, Malfoy – wyszeptał złowieszczo, ściskając ją mocno. – Chyba nie chcesz iść do Azkabanu za pobicie nauczyciela?
– Poświęcę się, jeśli to ma sprawić, że stanie się pan profesjonalny podczas wydawania sądów na temat swoich uczniów – odrzekła; jej oczy płonęły gniewem.
Puścił ją, po czym zmierzył pogardliwym spojrzeniem od góry do dołu i odszedł pospiesznym krokiem. Jego czarna peleryna powiewała za nim mrocznie.
Kiedy jego kroki ucichły, wypuściła powietrze, które nieświadomie zaczęła wstrzymywać w ostatnich sekundach. Merlinie. Merlinie! Co to było?!
Wróciła do swojego dormitorium. Pansy i Millicenta na szczęście już spały. Postanowiła zostawić kąpiel na poranek – rzuciła się w ubraniach na łóżko i ukryła twarz w poduszce. Powstrzymywała z całych sił łzy, jednak kiedy Pansy przebudziła się jakiś czas później, dostrzegła, że ciało Victorii drży silnie pod pościelą, jakby ta cicho łkała.
Rano Parkinson o nic nie dopytywała, bo założyła, że jej się to tylko przyśniło.
Po południu Victoria została wezwana przez dyrektora. Okazało się, że Snape doniósł Dumbledore'owi, że znów została wezwana w pojedynkę przez Czarnego Pana i że – jak podobno przekazał Snape – wróciła z tego spotkania „uśmiechnięta, niemal rozanielona". Victoria była wściekła, gdy to usłyszała. Musiała wytłumaczyć dyrektorowi, że wcale nie tak się prezentowała po powrocie, a także opisać, co robiła z Czarnym Panem i o czym z nim rozmawiała.
Tym razem powiedziała mu mniej niż połowę całej prawdy.
