4. TANIEC Z DIABŁEM


Nadszedł poniedziałek i Hermiona oficjalnie zaczęła swój drugi tydzień w Hogwarcie. Od pamiętnego starcia ze ślizgonami na czwartym piętrze praktycznie nie opuszczała pokoju wspólnego. Riddle napawał ją najprawdziwszym lękiem i nie chciała znów znaleźć się pod ścianą. Od czasu konfrontacji przestała widzieć w nim „Toma" – ponownie stał się „Voldemortem". Nie sposób było zaprzeczyć, że chociaż wyglądał zupełnie inaczej, był okrutnym, pozbawionym skrupułów czarnoksiężnikiem. Nie zamierzała się doń zbliżać, nawet na krok. Gdyby jej rozsądek nie nalegał na zostanie w Hogwarcie przez wzgląd na Czarną Różdżkę, uciekłaby z zamku przy pierwszej lepszej okazji. Szczęśliwie, wygrał walkę z sercem, więc gdy nadszedł ranek, zmobilizowała siły i opuściła bezpieczną przystań. Z ociąganiem poszła na eliksiry, bowiem była to lekcja Gryffindoru ze Slytherinem.

Była spóźniona. Naprawdę nie chciała iść na zajęcia, dlatego też została w tyle. Wzięła głęboki oddech i najprawdopodobniej jako ostatnia weszła do znajomej klasy. Lupin i Longbottom siedzieli w tylnym rzędzie, zaś Weasleya nie było, ponieważ zamiast eliksirów miał wróżbiarstwo. Westchnęła, trochę mu zazdroszcząc. Kto by pomyślał, że kiedyś będzie chciała siedzieć i patrzeć na fusy w filiżance.

Rozejrzała się po klasie w poszukiwaniu wolnego miejsca i na moment wstrzymała oddech, uświadomiwszy sobie, że pozostało wyłącznie jedno – naturalnie, obok Toma Riddle'a. Spojrzała na niego, a chłopak się uśmiechnął. Coś czuła, że ten wolny stołek wcale nie był przypadkowy, ale niestety nie miała innego wyjścia. Nie sposób opóźnić nieuniknionego. Markotnym krokiem doń podeszła.

– Och, cóż za niespodzianka – parsknął na dzień dobry chłopak.

Siedział obok ślizgona, którego Hermiona rozpoznała z wczoraj, ot przyszły śmierciożerca. Miał jasne włosy i bladą cerę, był w gruncie rzeczy całkiem przystojny i stanowił kontrast względem ciemniejszego Riddle'a. Swój wizerunek zepsuł, rzuciwszy jej pełne zdegustowania spojrzenie, gdy zajęła miejsce, jakby nie była godna siedzieć z nimi w ławce.

– Myślę, że jeszcze się nie poznaliście. – Uśmiechnął się Riddle. – Poznaj Abraxasa Malfoya. Malfoy, to Hermiona DeCerto.

Jasnowłosy ślizgon prawie niezauważalnie skinął jej głową, nawet na sekundę nie porzuciwszy nadąsanej miny. Dziewczyna zamrugała. Że też wcześniej nie powiązała faktów – to oczywiste, że w grupie Riddle'a musiał znajdować się Malfoy. Najwidoczniej członkom tej rodziny pisane jest uprzykrzanie jej życia w każdej możliwej dekadzie.

– Gdzie twoje maniery, DeCerto? – kontynuował Riddle. – Byłem pewien, że weźmiesz sobie moją radę do serca – zagaił konwersacyjnym tonem, ale wiedziała lepiej. Chociaż zachował pozory uprzejmości, był po prostu złośliwy.

Oczywiście, że pamiętała!, pomyślała, kiedy spojrzał nań wyczekująco, jakby z triumfalnym błyskiem w oku. Za fasadą kulturalności skrywała się pogarda i rozbawienie. Koniec z udawaniem księcia z bajki, prawda?

Szczerze mówiąc, zdecydowanie bardziej wolała go w tej odsłonie. Zacisnęła usta w cienką linię, czując rozpierającą ochotę wyciągnięcia różdżki i rzucenia na niego wymyślnej klątwy. Uspokój się, warknęła w myślach. Sprowadzisz na siebie tylko więcej kłopotów. Po prostu go zignoruj.

Od odpowiedzi uratowało ją przybycie Slughorna.

Szkoda, pomyślał Tom, widząc wchodzącego do klasy nauczyciela. W gruncie rzeczy cieszył się rozrywką, jaką mu dostarczała DeCerto. Nie mogąc się powstrzymać, co kilka minut zerkał nań, podczas gdy profesor paplał o jakimś eliksirze. Unikała jego spojrzenia i wyglądała na przestraszoną. Spotkanie na korytarzu było czystym przypadkiem, ale okazało się owocne w skutkach – dosadnie przekazał wiadomość, której dotąd nie rozumiała. Mimo to wciąż widział w niej butę i opór, które zamierzał wyeliminować przy pierwszej okazji. Zanim się powstrzymał, uniósł kąciki ust.

Hermiona miała wrażenie, że zaraz zemdleje z wrażenia. Czuła, że się na nią gapił, zupełnie jakby całym sercem pragnął wywiercić jej dziurę w głowie. Czego tak właściwie chciał…? Skąd to nagłe zainteresowanie…?

Zupełnie nie mogła skoncentrować się na lekcji. Na początku Slughorn się z nią przywitał, a ona, stremowana i zawstydzona, tylko mu głupio przytaknęła; potem przeszedł do normalnego prowadzenia zajęć, począwszy od wprowadzającego w temat wykładu. DeCerto była tak rozkojarzona przez Riddle'a, że nawet nie wiedziała, jaką miksturę aktualnie omawiają.

– Jest używany głównie przez aurorów do precyzyjnego określenia wieku nieletnich rozrabiaków. Proces warzenia jest długi, dlatego też przygotowanie eliksiru zajmuje sporo czasu, ale wierzę w wasze umiejętności. Zaczniemy nad nim pracę tuż po przerwie świątecznej. Radziłbym wam poświęcić trochę czasu na merytoryczne przygotowania, ponieważ stopień za fiolkę będzie znacząco wpływać na ocenę końcową – kontynuował monolog nauczyciel. – Chcę, żebyście nauczyli się przy okazji współpracy. Najlepiej będzie, jeżeli będziecie pracować w trzyosobowych grupach, tak jak teraz siedzicie – dodał, a Hermiona nie mogła powstrzymać jęku rozpaczy. Riddle rzucił jej znaczące spojrzenie i uniósł brew, przez co zganiła się za brak samokontroli.

– Jak działa eliksir, proszę pana?

– Cóż, panie Nott, najpierw potrzebna jest odrobina krwi badanego czarodzieja. – Uśmiechnął się Slughorn. – Po pobraniu próbki należy zmieszać ją z miksturą o nazwie Ortus. Ta mieszanina zaś nałożona na kawałek pergaminu natychmiast ujawni rok urodzenia poddawanego eksperymentowi.

Hermiona wstrzymała oddech. Niedobrze, bardzo niedobrze. Ortus…? Nigdy wcześniej o nim nie słyszała. To była ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała do szczęścia. Urodziła się przecież w 1979 roku i nijak będzie w stanie to wytłumaczyć. Gdyby eliksir działał inaczej, na przykład na podstawie wieku szacował wiek, wyszłaby obronną ręką, ponieważ wskazałby 1925 rok. Same komplikacje. Ten głupi projekt zaliczeniowy mógł zrujnować wszystko, nad czym ciężko pracowała. Typowy ślimak – zawsze wiedział, w jaki sposób najlepiej uprzykrzyć jej życie. Musiała zasięgnąć informacji, choć szczerze wątpiła, żeby miał jakiekolwiek powiązania z podróżami w czasie. Ostatnim, najbardziej ryzykownym rozwiązaniem problemu, byłoby sabotowanie pracy nad eliksirem. Jeżeli dojdzie do najgorszego, czeka ją cholernie trudne zadanie, ponieważ miała stuprocentową pewność, że Riddle będzie osobiście wszystko nadzorował. W roztargnieniu zaczęła nerwowo bawić się piórem.

Nie teraz, pomyślała. Nie, gdy siedzi obok ciebie.

Chłopak bez wątpienia zauważy, że jest zdenerwowana i zainteresuje się tą niespodziewaną nerwowością. Musiała się uspokoić. Profesor powiedział, że Ortus wymagał sporo czasu i przygotowań – mogła więc wykombinować lepsze rozwiązanie problemu.

Slughorn, nieświadomy burzy w głowie nowej uczennicy, kontynuował swój wykład, skupiając się przede wszystkim na różnych eliksirowych metodach ujawnienia prawdziwego wieku badanego oraz porównywaniu ich ze sobą przy pomocy wad i zalet, ale Hermiona była bardzo rozkojarzona. Nie dość, że siedziała obok Toma Riddle'a, to jeszcze czuła na karku ostrze miecza Damoklesa. Gdy zajęcia się skończyły, odetchnęła z ulgą i szybko opuściła salę.

Następną lekcją była obrona przed czarną magią. Zazwyczaj lubiła ten przedmiot i z przyjemnością go wyczekiwała, ale tym razem po prostu się obawiała tego, co przyniesie przyszłość. Były to zajęcia łączone ze Slytherinem, a więc Riddle znów będzie się nad nią pastwił, tak jak na eliksirach.

Weszła do sali razem z kolegami z Gryffindoru i prawie jęknęła, gdy zobaczyła, że ślizgon, siedząc w pierwszym rzędzie, się doń uśmiecha – sprawiał wrażenie podejrzanie zadowolonego. Odwróciwszy wzrok, pomaszerowała za Longbottomem, Weasleyem i Lupinem do ławki z daleka od Riddle'a.

– Wiecie może co mamy dziś w planach? – zapytała, chcąc wpaść we właściwy rytm.

– Ciężko stwierdzić. Mam nadzieję, że znów będziemy się pojedynkować – odpowiedział Richard.

– Och, czyli zajęcia też mają charakter praktyczny. – Hermiona była pod wrażeniem. Pomijając drugoroczny klub pojedynków, który ostatecznie okazał się katastrofą, nauczana za jej czasów obrona, tylko czasami odstępowała od teoretycznego zastosowania.

– Spokojnie, nie musisz się obawiać. – Uśmiechnęła się Lucia. Razem z resztą koleżanek siedziała przy stoliku obok. – Nie zostaniesz zmuszona do udziału w demonstracji. Pojedynki są dla dziewcząt nieobowiązkowe – dodała.

Hermiona przewróciła oczami. Co te pustogłowy sobie myślały? Że nigdy nie zostaną zaatakowane, bo są kobietami? Na szczęście, zanim się porządnie zirytowała, do klasy wszedł profesor. Sprawiał wrażenie młokosa, był wysoki, szczupły i jasnowłosy.

Riddle również patrzył nań z zainteresowaniem. Nauczyciel dopiero co został zatrudniony i jeszcze nie wiedział, co o nim sądzić. Wydawał się znać na rzeczy, ale z drugiej strony… obrona przed czarną magią, naprawdę? Sam przedmiot był po prostu stratą czasu, bo po co się ograniczać? Uśmiechnął się z zadowoleniem.

– Witajcie, klaso – przywitał się profesor, po czym wypatrzył nową uczennicę, zaś Tom pomyślał, że nic dziwnego, bo ciężko było przeoczyć tę rozczochraną lwią grzywę. – Hemiona DeCerto, jak mniemam – dodał.

– Zgadza się, profesorze – odpowiedziała.

– Miło panią poznać. – McGray skinął jej głową.

Zdecydowanie nie. Riddle przewrócił oczami.

– W porządku, kontynuujmy w miejscu, w którym skończyliśmy. Mam nadzieję, że wszyscy uważnie przestudiowaliście zaklęcia, które wam zasugerowałem na ostatniej lekcji, ponieważ dziś znów będziecie się pojedynkować – wytłumaczył profesor, a przez przednią część sali przeszedł grupowy jęk rozczarowania. – Dla tych, którzy odmówili udziału w zajęciach praktycznych, przygotowałem inne zadanie – dodał, patrząc na żeńską część grupy. – Idźcie, proszę, do biblioteki i popracujcie nad nim. – To powiedziawszy, podniósł ku górze przygotowaną zawczasu rysę zapisanego pergaminu. – Wasze prace zbiorę po lekcji.

McGray zaczął rozdawać chętnym uczniom zadania, zaś Riddle potrząsnął w obrzydzeniu głową. Te małe gnojki nigdy nie grzeszyły inteligencją. Nie wiedziały nawet, jak poprawnie trzymać różdżkę. Zachowawszy kamienną twarz, obserwował, jak nauczyciel podchodzi do gryfonek. Gdy zaoferował arkusz DeCerto, ta uniosła do góry dłoń.

– O ile to możliwe, wolałabym uczestniczyć w lekcji pojedynków, profesorze.

Miała o sobie większe mniemanie, aniżeli myślał. Czy naprawdę była przekonana, że ma z kimś szanse w bezpośrednim starciu? Rozbawiony, parsknął pod nosem.

– Oczywiście, panno DeCerto. – Uśmiechnął się McGray, a Riddle doznał olśnienia. – Weźcie, proszę, różdżki i chodźcie za mną. Nie będziecie potrzebowali swoich toreb i plecaków. – Otworzył mieszczące się obok tablicy drzwi i wprowadził grupę do sali treningowej, dwa razy większego pomieszczenia od standardowej sali.

Gdy uczniowie zgromadzili się wokół profesora, Riddle dołożył wszelkich starań, żeby stać blisko DeCerto. Jeżeli będzie miał szczęście, złapie ją zanim zdąży ktokolwiek inny.

– Znajdźcie sobie przeciwnika – kontynuował McGray. – Znacie swoje mocne i słabe strony, tak więc oczekuję, że dobierzecie odpowiedniego dla was partnera.

Nie oglądając się na kolegów, Riddle podszedł wprost do DeCerto.


W końcu coś interesującego. Po spektakularnym fiasku poprzedniej lekcji Hermiona nie mogła doczekać się odrobiny aktywności fizycznej. Wydawało jej się, że minęły wieki, odkąd ostatni raz się pojedynkowała. Może mogłaby współpracować z Lupinem – sprawiał wrażenie czarodzieja, który potrafi posługiwać się różdżką.

– Jesteś pewna, że nie chcesz iść do biblioteki? – zapytała Lucia, gdy Hermiona wstała, żeby podążyć za nauczycielem.

– Zdecydowanie nie. Chętnie zostanę na lekcji – odpowiedziała. Naprawdę nie mogła zrozumieć, dlaczego dziewczęta stronią od bitwy, ale w sumie po tym, jak Legifer prawie zemdlała, gdy zobaczyła kaburę na różdżkę, nie powinna się dziwić. Lata czterdzieste to trudne czasy dla kobiet.

Profesor zaprowadził ich do innego, znacznie większego pomieszczenia. Z wyglądu przypominał trochę Pokój Życzeń, gdy był używany w charakterze kwatery Gwardii Dumbledore'a. Przestrzenna sala oznacza dużo miejsca do manewrowania.

– Znajdźcie sobie przeciwnika. Znacie swoje mocne i słabe strony, tak więc oczekuję, że dobierzecie odpowiedniego dla was partnera.

Hermiona parsknęła. To ciekawe, że nauczyciel oczekiwał zachowania środków bezpieczeństwa. Była bardziej przyzwyczajona do gradu klątw i uskakiwania, czegoś prawdziwie złowieszczego. Wtem poczuła klepnięcie w ramię. Kiedy się odwróciła, ponownie znalazła się w pułapce Toma Riddle'a.

– Chciałabyś ze mną współpracować? – zapytał z przyjaznym uśmiechem, chociaż emanował chłodną aurą.

Z początku Hermiona go nie zrozumiała, ale po chwili, gdy oprzytomniała, zbladła i zapragnęła uciec do biblioteki.

– Eee… – wydukała, naprędce szukając rozwiązania swojego problemu. Rozejrzała się po sali, ale wyglądało na to, że kiedy ona bujała w obłokach, wszyscy dobrali się w pary.

– No dalej. Zapewniam, że nie gryzę – dodał Riddle, śmiejąc się zalotnie.

No pewnie, tylko połykasz w całości, pomyślała, ale nie miała innego wyjścia. Gdyby odmówiła partnerowania, nabrałby dodatkowych podejrzeń, a tego nie pragnęła.

– Hm, dobrze… – wymamrotała pod nosem.

Ślizgon uśmiechnął się z zadowoleniem i podszedł do miejsca, gdzie nikt nie ćwiczył. Hermiona, chcąc nie chcąc, musiała podążyć za nim. Chłopak przystanął, podczas gdy pozostałe pary zaczęły się pojedynkować. Stał tam, roztaczając wokół siebie aurę wyższości i autorytetu, swobodnie bawiąc się różdżką. Mimowolnie zauważyła, że prawą dłoń ozdobił sygnetem, złotym z czarnym kamieniem. Sapnęła, rozpoznawszy pierścień Marvolo Gaunta. Jeżeli Riddle go nosił, to znaczyło, że zabił już swego ojca i mugolskich dziadków. Zacisnęła usta. Mogłaby się teraz obyć bez tych informacji. Panika powoli zaczyna brać nad nią górę – po prostu nie mogła stawić mu czoła. Jej oddech stawał się coraz szybszy. Czas jakby zwolnił, kiedy stanęli w idealnej do pojedynku odległości.

– Gotowa? – zapytał uprzejmie chłopak i się uśmiechnął.

Nie, nie, nie, nie!

– Tak…

Riddle się ukłonił. Hermionę ogarnął strach, ale spróbowała go przezwyciężyć. Pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę. Odwzajemniła ukłon, nie przerywając kontaktu wzrokowego.

Czyli wie, jak należy się pojedynkować, odnotował. Wreszcie coś ciekawego. W końcu trochę się zabawi. DeCerto sprawiała wrażenie przestraszonej – i prawidłowo.

Hermiona zadrżała. Spokój!, zrugała się w myślach. Nerwówka tylko ci zaszkodzi!

Zacisnęła dłoń na różdżce i stanęła twarzą w twarz z Lordem Voldemortem. Był kilka metrów od niej i wyglądał na pewnego siebie, co w połączeniu z jego morderczym wzrokiem, naprawdę robiło duże wrażenie. Zerknęła na ćwiczące pary. Uczniowie używali prostych, nieskomplikowanych zaklęć. Widziała Expelliarmusa, gdzieniegdzie Drętwotę i inne, równie niewinne czary bojowe. Nasz pojedynek z pewnością będzie ostrzejszy, pomyślała.

Właśnie ten moment wybrał sobie Riddle na atak. Posłał w jej stronę klątwę, którą Hermiona rozpoznała jako Zaklęcie Galaretowatych Nóg.

W co pogrywał…?

Jednym machnięciem, bez żadnych problemów odbiła czar. Riddle uniósł brew i przeciął powietrze różdżką, a z jej czubka wystrzelił niebieski strumień. To następne nieszkodliwe zaklęcie, ot Confundus. Hermiona nawet nie musiała wznosić tarczy, żeby zneutralizować urok.

Co planował…?

Nie zdążyła dokończyć myśli, bo cisnął w nią kolejną klątwą. Reducto mogło wyrządzić pewne szkody, dlatego też wyczarowała ochronę.

Protego!

Zaklęcie nie było potężne, ale silniejsze od poprzedniego. W mig połączyła fakty, rozpoznawszy strategię Riddle'a. Zmrużyła oczy, gdyż wciąż stał na swoim miejscu z przylepionym do twarzy złośliwym uśmieszkiem.

Była testowana.

Cóż, skoro nalegasz. Niech będzie po twojemu, pomyślała i przystąpiła do ataku.

Drętwota!

Czerwone światło natychmiast poszybowało w stronę Riddle'a, który odpędził zaklęcie machnięciem ręki. Nie stracił opanowania, ale niczego podobnego się nie spodziewała. To oczywiste, że zwyczajny ogłuszacz nie powaliłby na ziemię Lorda Voldemorta. Gdyby jednak bardziej się przyłożyła, odsłoniłaby swe umiejętności.

Tom musiał przyznać, że nie radziła sobie najgorzej. Szczerze mówiąc, spodziewał się jej przegranej po pierwszym zaklęciu, ale wydawała się wiedzieć, co ku niej zmierza. Parsknął pod nosem. Może naprawdę szykuje się przednia zabawa, pomyślał. Wyprowadziła atak, ale oszałamiacz był zbyt prosty – niemniej jednak docenił podjęty trud. Najprawdopodobniej nadszedł czas, żeby rzucić jej rękawicę. Ta dziewczyna w końcu dostanie za swoje. Jakiego zaklęcia użyć? Ach, no dobrze. Nic szczególnie podejrzanego. DeCerto skończy wyniesiona na noszach, a on wyłga się, że był to wypadek przy pracy.

Riddle znów się ociągał. Hermiona była zdumiona rozwojem wydarzeń – to niezdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego. Wydawał się rozbawiony pojedynkiem. Coś kombinował. Wtem niespodziewanie parsknął śmiechem i machnął różdżką w bardziej skomplikowany sposób. Zanim skończył sekwencję ruchów, rozpoznała zaklęcie, a potem przeszył ją dreszcz podekscytowania. Klątwa Acidula tworzyła mgiełkę kwasu, która paliła wszystko, czego dotknęła. Niby niezagrażająca życiu, ale zdecydowanie bolesna.

Zielona mgiełka wystrzeliła w jej stronę, więc podniosła tarczę. Wiedziała, że zwykła ochrona nie zadziała, bo czar żrący rozpryśnie się na boki, aby potem uderzyć także od tyłu. W odpowiedzi skoncentrowała się i wyczarowała jedną ze swoich silniejszych tarcz.

Scutulatus!

Z jej różdżki wystrzeliło białe światło, które szybko się powiększało, aż w końcu przybrało formę olbrzymiego diamentu, otulającego ją niczym mydlana bańka. Acidula uderzyła w ochronkę, ale nie mogła się przebić. Chwilę szukała dogodnej luki, ale nadaremnie. Hermiona postanowiła działać. Uniosła różdżkę w powietrze i wycelowała nią w sufit; następnie opuściła pod kątem rękę, a zielona mgiełka zniknęła. Obroniwszy się, zneutralizowała swoją tarczę, bowiem zużywała zbyt dużo magii. Gdy spojrzała na Riddle'a, zauważyła, że starła mu z twarzy zadowolony uśmieszek. Chłopak był teraz po prostu wściekły. Warknął coś niezrozumiale i ponownie machnął różdżką. W jej stronę pomknęła fioletowa klątwa, której nie znała. Skrzyżowała więc ręce nad głową, a potem rozrzuciła je na boki.

Subsisto!

Czar ślizgona z głośnym trzaskiem uderzył w grubą, żółtą tarczę. Ta wchłonęła część jej mocy, a potem zmieniła barwę na ciemnopomarańczową, zamigotała i zgasła. Pozostałości po uroku skaleczyły ją w lewe ramię. Z rozcięcia natychmiast popłynęła ciepła krew.

Rozjuszona, wbiła wzrok w Riddle'a. Emanował tak potężną mocą, że aż trzeszczało w powietrzu. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, zobaczyła migotliwą czerwień. Momentalnie wróciła do Ministerstwa Magii. Chociaż pojedynkowała się z czarnowłosym chłopakiem, miała przed sobą Lorda Voldemorta. Z trudem się nie przewróciła. Zobaczyła opętanego Harry'ego i aż pociemniało jej przed oczami. To znowu to spojrzenie, pełne pogardy, wyższości i nienawiści. Za wszelką cenę musiała go powstrzymać. Zapomniała, że jest w sali treningowej, że walczy z nastoletnim Tomem Riddle'em, że jest bezpieczna. Teraz liczył się tylko i wyłącznie Voldemort i wygrana.

Cinis!

Z czubka jej różdżki wystrzelił jasny promień i ze świstem popędził w stronę przeciwnika. Riddle wytrzeszczył oczy, rozpoznając zaklęcie, ale nie miał czasu na podniesienie tarczy. Uskoczył w bok, a czar uderzył z całej siły w podłogę, krusząc zamkowy kamień i pozostawiając po sobie dziurę, której brzegi się stopiły.

Gdy Hermiona zobaczyła, że Riddle stracił równowagę, automatycznie posłała weń następną klątwę.

Verbero!

Biały dym poszybował w kierunku chłopaka, ale im bardziej się zbliżał, tym stawał się gęściejszy. Swoją objętością zasłonił linę wydobywającą się z różdżki Hermiony. Z jej perspektywy wyglądało to na srebrzystoszarą nić, której jeden koniec się dymił. Gdy Riddle zarejestrował następny atak, wciąż leżał na ziemi, podparty na lewej ręce i kolanie. Skoczył na równe nogi i po raz pierwszy w dzisiejszym starciu wyczarował własną tarczę. DeCerto machnęła różdżką niczym lassem i zaklęcie nabrało prędkości. Wbiło się w ochronkę, a następnie ją przeniknęło. Riddle sapnął, zaskoczony, podczas gdy nitki owijały się wokół jego tułowia. Uśmiechnąwszy się, Hermiona pociągnęła gwałtownie za różdżkę, a tym samym wić. Lina zacisnęła się mocniej, przez co chłopak skrzywił się z bólu.

Chwiejnie machnął różdżką, a lina zaczęła się rozpętywać – po kilku sekundach rozsypała się w proch. Wyprostował się, trzymając za brzuch i obrzucił dziewczynę szczerze zdumionym spojrzeniem. Był wściekły, ale i zdeterminowany. Odrzucił na bok maskę idealnego ucznia i pozwolił sobie na wyrażenie emocji.

Hermiona odwzajemniła to spojrzenie, równie zmotywowana. Za żadne skarby świata nie zamierzała się poddać. Voldemort nie mógł jej bardziej skrzywdzić, już nie.

Jednocześnie przyjęli postawę bojową, gdyż do rozwiązania było jeszcze daleko. Hermiona uspokoiła oddech i przywołała swoją magię. Wtedy zobaczyła, że Riddle rusza do ataku – zakręcił dłonią w dość nietypowy sposób. W odpowiedzi machnęła różdżką, nie zamierzając po prostu przyjąć na siebie tego ataku. Jej szata przemieniła się w niezliczoną ilość małych błyszczących ostrzy. Jednym ruchem posłała je w kierunku przeciwnika, podczas gdy ten skończył swą skomplikowaną inkantację.

Conseco!

Nagle między nimi wyrosła ogromna, mieniąca się barwami tęczy, lekko bladoniebieska bariera, o którą roztrzaskały się obie klątwy. Kilku sztyletom się poszczęściło – przebiły się przez ochronę i w ostatecznym rozrachunku sięgnęły celu, zaś Riddle syknął z bólu. Mniejsza część przekleństwa ślizgona również wykonała swą pracę – ugodzona zaklęciem, Hermiona upadła na kolana i zamknęła oczy, czując przeszywający ból. Ustąpił dopiero po kilku sekundach, więc zdecydowała się rozejrzeć wokół.

– Co wy, do jasnej cholery, wyprawiacie?! – Usłyszała czyjś krzyk.

Gdy spojrzała w prawo, zauważyła stojącego nieopodal profesora McGraya z wyciągniętą różdżką. Bariera, która stłumiła ich ataki, była najprawdopodobniej jego sprawką. Wyglądał na wściekłego.

DeCerto z trudem stanęła na nogi. Była obolała i czuła, że rana na ramieniu gwałtownie pulsuje. Zamrugała, aby odpędzić demony przeszłości i ponownie się rozejrzała. W trakcie pojedynku zupełnie zapomniała, gdzie się znajduje, ale teraz świat nabrał ostrości. Stała w ogromnej komnacie w towarzystwie wielu mat ochronnych, obecnie leżących na podłodze, mających oddzielać walczące pary oraz, co gorsze, innych uczniów, którzy sprawiali wrażenie spetryfikowanych; najprawdopodobniej przestali się pojedynkować dawno temu. Wszyscy patrzyli się to na nią, to na Riddle'a, który również podniósł się z podłogi. W sali panowała kompletna cisza. W oczach rówieśników dostrzegła najprawdziwszą mieszaninę emocji: zdumienie, podziw, niedowierzanie, a gdzieniegdzie nawet strach.

– DeCerto, Riddle, za mną! – krzyknął profesor, zanim odwrócił się w stronę pozostałych nastolatków. – Zostańcie tutaj i czekajcie na mój powrót. Nie ważcie się nawet dotknąć różdżki. – To powiedziawszy, ruszył do drzwi wyjściowych.

Nie widząc innego rozwiązania, Hermiona i Riddle pomaszerowali za nim. McGray czekał na nich w klasie. Kiedy weszli do środka, z hukiem zatrzasnął za nimi drzwi.

– Czy rozumiecie, jak nieodpowiedzialnie postąpiliście? – warknął. – Nie mogę uwierzyć, że używaliście równie niebezpiecznych zaklęć! Mogliście się nawzajem pozabijać!

Hermiona uniosła brew, ale nie powiedziała, że w sumie taki był ogólny zamysł.

– Spodziewałem się po panu czegoś więcej, panie Riddle – rzucił w stronę ślizgona, który przyjął skruszoną postawę.

– Strasznie mi przykro, profesorze. Wiem, że mnie poniosło, ale nie miałem zamiaru skrzywdzić koleżanki – odpowiedział Tom, brzmiąc, jakby diablo zawinił.

DeCerto nie mogła wyjść z podziwu dla jego umiejętności aktorskich. Prawie przewróciła oczami, słysząc kłamliwą historyjkę. McGay najwyraźniej nie przejrzał jego gry, ponieważ złagodniał.

– Wiem, że nic nie usprawiedliwia mojego zachowania, profesorze, ale naprawdę nie chciałem nikogo zranić – kontynuował w międzyczasie Riddle.

Gdyby Hermiona nie uczestniczyłaby w tym pojedynku, z pewnością by mu uwierzyła na słowo. Był niesamowicie przekonujący. W porządku, czas działać.

– Nie wiem, co we mnie wstąpiło, proszę pana – wyszeptała ze zwieszoną głowę. – Jest mi strasznie wstyd.

No proszę. Sama nie jestem złą aktorką.

– W porządku, rozumiem. To, co dzisiaj zrobiliście, było pod wieloma względami bardzo niewłaściwe – podsumował nauczyciel. Chociaż wciąż brzmiał na wzburzonego, jego oczy przybrały łagodniejszy wyraz. – Niemniej jednak widzę i doceniam, że oboje szczerze żałujecie swojego zachowania.

– Oczywiście, profesorze – dodał Riddle.

Zbyt nalegasz, pomyślała Hermiona, również próbując zachować pozory skruszenia. W rzeczywistości nie sądziła, aby postąpiła źle, bowiem to ślizgon pierwszy rzucił weń ofensywne zaklęcie. Aby wyjść z niego bez szwanku, musiała przejść do samoobrony.

– Wciąż muszę was ukarać. Zabieram po 50 punktów od Gryffindoru i Slytherinu. Odpracujecie też u mnie szlaban – kontynuował surowym tonem nauczyciel. – Teraz chcę, żebyście poszli razem do skrzydła szpitalnego. Panie Riddle, mam nadzieję, że pokaże pan koleżance drogę. Liczę, że w trakcie spaceru zapomnicie o tym, co było i nigdy więcej się nie skrzywdzicie.

– Oczywiście, profesorze.

McGray skinął im głową i wrócił do sali treningowej. Kiedy zostali sami, Hermiona znowu wyostrzyła swe zmysły. Ostatnie, czego teraz pragnęła, to sterczenie w sali razem z Tomem Riddle'em. Spojrzała na zamknięte drzwi, a potem na ślizgona. Chociaż jego twarz niczego nie wyrażała, oczy ciskały gromy. Gotowa na następny atak, drgnęła, gdy niespodziewanie odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku drzwi na korytarz. Stała w miejscu, jakby przyklejona do ziemi, patrząc na jego oddalającą się sylwetkę. Zanim wyszedł z klasy, przystanął na moment.

– Na co czekasz? – warknął niecierpliwie.

Hermiona prawie podskoczyła. Och, tak, skrzydło szpitalne, przypomniała sobie i również podeszła do drzwi.

Szli w milczeniu. Całkiem niezręczna sytuacja, pomyślała, idąc obok niego. Może powinna po prostu wrócić do dormitorium? Co prawda, bolało ją ramię, ale znosiła już gorsze rzeczy. To było zaledwie drobne skaleczenie, zdecydowanie niegodne martwienia szkolnej pielęgniarki. Wieża gryfonów znajdowała się w przeciwnym kierunku, więc pozbyłaby się Riddle'a. Zaryzykowała i spojrzała nań. Szedł równie elegancko, co zawsze, aczkolwiek trochę kulał, co zaś sprawiło, że poczuła się mile połechtana. Szaty miał rozdarte w kilku miejscach i gdzieniegdzie krwawił, więc transmutowane sztylety spełniły swoje zadanie. Niestety, ostatnie ich zaklęcie miało charakter obosieczny – ona również będzie musiała kupić sobie nową szatę, ponieważ nie zamierzała chodzić w czymś, co było zbrukane krwią wroga.

Riddle zaś… był absolutnie zszokowany. Skąd DeCerto znała te wszystkie zaklęcia? To było po prostu niemożliwe. Nigdy wcześniej nie spotkał ucznia, który dorównywałby mu w pojedynku siłą, zwłaszcza dziewczyny; nawet część nauczycieli miałaby z tym problem. Jej udało się zablokować wszystkie rzucone weń klątwy. Tarcze, które wznosiła, klasyfikowały się jako mocno zaawansowana magia, bardzo trudna do nauczenia i to zdecydowanie nie na zajęciach szkolnych. Większość dorosłych czarodziejów miałoby problem z opanowaniem takowych uroków ochronnych. Co do ataków – również plasowały się na zaawansowanym poziomie. Z ledwością odparł jej dymną linę. Musiał nieco zmienić taktykę i sięgnąć do czarnej magii, aby się oswobodzić. Zawsze się powstrzymywał przed korzystaniem z zakazanych zaklęć, ale tym razem naprawdę nie miał wyboru, o ile nie chciał zostać uduszony. Całe szczęście, że profesor niczego nie zauważył, bo mogłoby się skończyć znacznie gorzej, aniżeli utratą punktów i szlabanem. Gdzie DeCeto nauczyła się tak walczyć? Idąc korytarzem, zerknął na nią kątem oka. Szła obok, najwyraźniej pogrążona w myślach. Miała rozcięte ramię, a czarny sweter i białą bluzkę przesiąknięte krwią, ale wyglądała, jakby się tym zupełnie nie przejmowała. Każda dziewczyna, którą znał, wybuchnęłaby płaczem przy pierwszej lepszej okazji, część chłopców również, ale nie DeCerto.

Gdy doszli we właściwe miejsce, zapukał grzecznie do drzwi.

Nareszcie!, pomyślała z ulgą Hermiona. Spacer z Tomem Riddle'em był co najmniej nieprzyjemny, zwłaszcza że ciągle oczekiwała ataku. Była zaskoczona, że bez słowa zająknięcia rzeczywiście zaprowadził ją do pielęgniarki, a nie jakiegoś ustronnego schowka na miotły, w którym mógłby dokończyć dzieła.

Otworzyła im na oko dwudziestoletnia kobieta.

– Ojej, co wam się stało? – zapytała szczerze zmartwionym głosem. – Wejdźcie i usiądźcie tutaj. – Wskazała na najbliższe łóżko. – Zaraz sprowadzę uzdrowiciela – dodała i zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu.

Po chwili wróciła w towarzystwie starszego mężczyzny. Był on bardzo niski, pomarszczony i siwiuteńki. Aż dziw, że wciąż poruszał się o własnych siłach. Miał na sobie charakterystyczny dla uzdrowiciela limonkowy strój ze złotymi guzikami z przodu – dokładnie takie same w przyszłości nosili specjaliści w Świętym Mungu.

Czarodziej uważnie obejrzał zarówno Hermionę, jak i Riddle'a. Gdy odchylił materiał jej bluzki, żeby zobaczyć ranę na ramieniu, ze świstem wciągnął powietrze. Czemu? Ciężko stwierdzić. Albo pomyślał, że szkoda było go fatygować do drobnego skaleczenia, albo pożałował zniszczenia nie najgorszej bluzki.

– Co się stało? – zapytał, aczkolwiek nie brzmiał na zainteresowanego źródłem problemu.

– Obrona przed czarną magią – wytłumaczył ślizgon.

– Zawsze mówiłam, że te zajęcia są zbyt niebezpieczne – skomentowała brunetka, kręcąc w dezaprobacie głową.

– Wszystko w porządku, pani Dulan. – Uzdrowiciel poklepał kobietę po plecach. – Czy może się pani zająć skaleczeniem na ramieniu panienki? – zapytał, ale nie czekał na odpowiedź. – Proszę za mną – dodał w kierunku Riddle'a, który wstał i zniknął za parawanem, uprzednio rzuciwszy Hermionie jadowite spojrzenie.

DeCerto westchnęła, zaś pielęgniarka źle to zinterpretowała.

– Nic się nie martw, kochana. Sprawię, żeby nie bolało.

Hermiona się uśmiechnęła. Ta kobieta wydawała się z natury miła i, w przeciwieństwie do oschłego uzdrowiciela, okazywała zainteresowanie swoim pacjentom. To dobrze wróżyło na przyszłość.

– Jak masz na imię, kochana? – zapytała brunetka, wyciągnąwszy różdżkę. – Mam całkiem dobrą pamięć, ale ciebie nie znam.

– Jestem nową uczennicą, proszę pani. Nazywam się Hermiona DeCerto.

– Ach, tak. To pech, ledwo się do nas przeniosłaś, a już zostałaś ranna. – Znów potrząsnęła głową. – Niektóre zajęcia są zbyt niebezpieczne – dodała i machnęła ręką, a materiał wokół ramienia dziewczyny zniknął. – Nazywam się Dulan, tak przy okazji.

Hermiona skinęła, a pielęgniarka zabrała się za opatrywanie rany. Gdy została oczyszczona, można było nań lepiej spojrzeć. Sprawiała wrażenie dość głębokiej i przy uciśnięciu ponownie zaczynała krwawić. Pani Dulan sięgnęła po fiolę z niebieskawym płynem.

– To może troszkę zaboleć – powiedziała i upuściła kilka kropel na rozcięcie. Trochę szczypało, ale nic poza tym. Pani odeszła na moment i wróciła z podejrzanie zielono wyglądającym eliksirem. – Wypij, kochana. Od razu poczujesz się lepiej.

Hermiona posłusznie wypiła zawartość kubka. Mikstura była ciepława i, pomimo nieciekawego koloru, nie smakowała nawet źle. Przyjemne ciepło rozprzestrzeniło się po jej ciele i naprawdę spowodowało poprawę.

– To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić – powiedziała pielęgniarka, kiedy skończyła bandażować ramię. – Skaleczenie jest dość głębokie, ale myślę, że dobrze się zagoi. Możesz podejść do mnie jutro, to zmienię opatrunek na świeży. – Uśmiechnęła się uprzejmie. – Teraz chwilę odpocznij, poleż trochę. Wrócisz sobie na kolację.

– Tak zrobię, dziękuję – odpowiedziała, a kiedy brunetka wróciła do pomieszczenia socjalnego, odchyliła się na łóżku.

Co za piekielny dzień, pomyślała i potarła grzbiet nosa. Odkąd przybyła do Hogwartu, wszystko zaczęło się sypać i komplikować. Zatraciwszy się w pojedynku, odkryła swoje umiejętności, co z pewnością wzbudziło podejrzliwość Riddle'a. Na swoje usprawiedliwienie mogła tylko dodać, że nie widziała innego wyjścia z tej sytuacji. Zaatakowana, musiała się bronić. Klątwy, które rzucał, były zbyt niebezpieczne.

Cholerny drań!

Nawet jako nastolatek Voldemort był potężny. Starcie, które zaliczyli w sali treningowej, było intensywne i wyczerpujące, a nie skorzystał ze swoich mrocznych mocy. Szczerze mówiąc, dzięki interwencji nauczyciela wszystko zakończyło się remisem, ale nie wiedziała, czy byłaby w stanie go pokonać, gdyby od początku walczyli na poważnie i bez żadnego nadzoru. Miała szereg wątpliwości.

Z zadumy wyrwały ją zbliżające się kroki. Spojrzała w górę i zobaczyła, że Riddle przystanął tuż przed nią. Miał zawiązany bandaż wokół lewej ręki i dostrzegła go również pod porwanym miejscami ubraniem. Cóż, przynajmniej nie tylko ona oberwała. Postanowiła zaryzykować i skrzyżowała z nim spojrzenie. W jasnoszarych oczach dostrzegła coś, co sprawiło, że wstrzymała oddech, a mianowicie chłodną kalkulację.

– Wygląda na to, że cię nie doceniłem, DeCerto. To błąd, którego więcej nie powtórzę – wyszeptał, ale to nie umniejszało siły przekazu.

Z trudem przełknęła ślinę.

– W takim razie powinieneś trzymać się ode mnie z daleka – odpowiedziała spokojnym tonem, zaskoczywszy samą siebie.

Śmiała riposta roztrzaskała maskę, którą przywdział. Znów się rozzłościł. W momencie pochylił się do przodu i przyszpilił Hermionę do łóżka. Przysunął się tak blisko, że ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. Dziewczyna chciała się odsunąć, ale wezgłowie posłania i poduszka uniemożliwiły jej odwrót. Znieruchomiała, uzmysłowiwszy sobie, że to drugi raz, gdy dała się złapać mu w podobną pułapkę.

– Uważaj, DeCerto – powiedział chłodno. – Lepiej nie zaczynaj ze mną wojny. Prędzej czy później, gorzko byś tego pożałowała.

Hermiona zaniemówiła i znów przestała na moment oddychać. Spojrzenie jasnoszarych oczu dosłownie wbijało ją w poduszkę i onieśmielało do tego stopnia, że nie była w stanie zaprzeczyć. Kiedy zrozumiał, że dostała nauczkę, gwałtownie się odsunął. Zmierzył pogardliwym wzrokiem jej drżącą postać i uśmiechnął się, zadowolony z osiągniętego rezultatu. Całkiem usatysfakcjonowany, wyszedł ze skrzydła szpitalnego.