7. PLANOWANIE I SPISKOWANIE


Obudziwszy się bardzo wcześnie, nie czuła się wypoczęta. Była sobota, więc kiedy wstawała z łóżka, współlokatorki jeszcze spały. Szczerze mówiąc, była im za to wdzięczna. Machnięciem różdżki zdezaktywowała zaklęcie ochronne, po czym poszła do łazienki. Kiedy się przebierała, zauważyła, że znów musi zmienić opatrunek na ramieniu. Zdjęła stary bandaż, a skaleczenie wciąż nie było zagojone. Chociaż krew zakrzepła, nie widziała żadnych postępów w zabliźnianiu się rany. Najwyraźniej cięcie było na tyle głębokie, że potrzeba nań znacznie więcej czasu, aniżeli z początku przypuszczała. Ciekawe, jakiego zaklęcia użył Riddle. Gdy zajmowała się ramieniem, jej wzrok padł na posiniaczone nadgarstki. To nieprawdopodobne, ile ten facet ma siły.

Cóż, naprawdę świetnie sobie radzę z trzymaniem od niego dystansu, parsknęła w myślach.

Gdy opuściła łazienkę, współlokatorki wciąż były w łóżkach. Przypomniawszy sobie o maści na drobne skaleczenia, podeszła do swojego kufra. W końcu wygrzebała ze środka pojemniczek, który kupiła na Pokątnej. Otworzyła wieczko i prawie przewróciła z rozdrażnienia oczami – było puściutkie. Schowała maść i westchnęła pod nosem. Najwidoczniej i te obrażenia będą musiały same się wyleczyć. Wycieczka do skrzydła szpitalnego z góry odpadała.

Co za drań!, podsumowała, patrząc na zmaltretowane dłonie.

Kiedy zeszła do Wielkiej Sali, okazało się, że nie była pierwsza. Śniadanie spożywało już kilkoro uczniów, aczkolwiek głównie z Ravenclawu. Usiadłszy przy stole Gryffindoru, z daleka od innych, została spiorunowana przez wszystkich wzrokiem. Nałożyła sobie na talerz kiełbaski, tosty i jajecznicę, a potem sięgnęła po dzbanek soku pomarańczowego. Kiedy nalewała sobie szklankę, szkliwo nagle eksplodowało. Napój upaprał jej ręce, mundurek i część stołu, zaś odłamki pokaleczyły jej dłonie. Podniosła wzrok, żeby ustalić tożsamość sprawcy. Uczniowie zauważyli wybuch – niektórzy ograniczyli się wyłącznie do patrzenia, zaś inni śmiali się w głos. Nikt nie podniósł się z miejsca, aby udzielić jej pomocy. Gdy przesuwała spojrzeniem po stole Ravenclawu, wyłapała podejrzanie zachowująca się dziewczynę, ale nie miała niezbitego dowodu. Hermiona była wściekła i zniesmaczona. O niczym innym teraz nie marzyła, jak o możliwości pokazania im, gdzie raki zimują. Z przyjemnością zaczęłaby od Riddle'a. Automatycznie zerknęła na stół Slytherinu i rzeczywiście, ślizgon się doń uśmiechał.

Cholerny kutas!

Zmrużyła oczy i zacisnęła dłonie w pięści, mocząc sobie krwią rękawy. Chłopak uniósł brwi, jakby pytał, czy widzi jakiś problem. DeCerto musiała wziął głęboki oddech, żeby nie cisnąć w niego paskudnym zaklęciem. Uspokoiwszy trochę nerwy, wstała i przywołała do siebie różdżkę. Zacisnęła palce na uchwycie, po czym pozwoliła sobie na ponowne zlustrowanie wroga. Riddle wciąż siedział na swoim miejscu z przyklejonym do twarzy obrzydliwie uprzejmym uśmiechem. Skoncentrowawszy się, machnęła różdżką. Oczyściła i wysuszyła sobie ubrania oraz sprzątnęła bałagan ze stołu i podłogi. Gdy ponownie smagnęła ręką, maleńkie szklane odłamki zaczęły się unosić w powietrze i zbierać razem, tuż nad blatem. Poczuła szczypanie, kiedy odpryski wyrwały się z jej poranionych dłoni, ale nawet nie syknęła. Machnąwszy po raz ostatni różdżką, naprawiła dzbanek. Nim się obejrzała, wyglądał niczym nowy, jakby nigdy nie został zniszczony. Skończywszy pracę, z nonszalancją wzięła z talerza tosta, po czym wyszła z Wielkiej Sali.


Riddle wszedł do Wielkiej Sali. Mimo że była sobota, wstał bardzo wcześnie. Nienawidził budzić się o tak nieludzkich godzinach i był przez to w złym nastroju, ale musiał skończyć pisać wypracowanie dla profesora Nota. Wczorajszy szlaban zajął mu zdecydowanie za dużo czasu i teraz musiał nadrobić zaległości. Gdyby nie ta głupia dziewczyna, mógłby dłużej pospać. Wrócił myślami do DeCerto. Znów zaczynała mu działać na nerwy. Jak się okazało, była całkiem wytrzymała i potrafiła strzec własnych sekretów. Nie spodziewał się dowiedzieć czegoś interesującego, aczkolwiek pragnął po ludzku zaspokoić ciekawość. Im większy stawiała mu opór, tym bardziej chciał dokopać się do prawdy.

Skąd znała te wszystkie klątwy i zaklęcia? Skąd pochodziła i czego tutaj szukała? To oczywiste, że skłamała odnośnie swojej historii. Na Merlina, co sprawiało, że różniła się od reszty? Wydawała się pewna siebie i nieustraszona. Naturalnie, w pewnych sytuacjach rzeczywiście okazywała strach, ale nawet wtedy widział w jej oczach najprawdziwszy ogień i niezłamaną wolę walki. DeCerto okazała się typem człowieka, którego naprawdę jest ciężko złamać. Miał wrażenie, że nie ważne co zrobi i do czego się posunie, ta dziewczyna nigdy nie zegnie przed nim karku. Zagryzł zęby, nie mogąc się z tym pogodzić.

Wszedłszy na śniadanie, usiadł przy stole Slytherinu i nałożył sobie na talerz średniego rozmiaru porcję. Był tak rozjuszony, że irytowali go smacznie śpiący współdomownicy. Z zamyślenia wyrwało go poruszenie przy stole – ktoś się do niego przysiadł. Gdy spojrzał na nowo przybyłego, dostrzegł Melanie Nicolls, piątoroczną ślizgonkę. Chociaż słynął z opanowania, z trudem stłumił jęk rozpaczy. Miała ciemnobrązowe, długie i zadbane włosy oraz bladą, prawie porcelanową cerę. Musiał przyznać, że była całkiem ładna. To był jedyny powód, dla którego pieprzył się z nią na piątym roku. Chociaż jasno ustalili zasady, Melanie postanowiła o nich zapomnieć i od tamtego czasu próbowała ponownie go uwieść. Była równie upierdliwa, co ładna.

– Dzień dobry, Tom – przywitała się z uśmiechem. – Wstałeś tak wcześnie?

– Mam trochę pracy domowej do odrobienia – odpowiedział zgodnie z prawdą.

– Och, daj spokój. I tak jesteś najlepszy w każdej klasie – zaśmiała się i podłożyła dłoń na jego ramieniu.

Automatycznie się odsunął.

– Może właśnie dlatego, że naprawdę przykładam się do nauki.

Spojrzawszy na nią, dostrzegł na jej twarzy podziw pomieszany z pożądaniem. Mimowolnie zadrżał z obrzydzenia. Wtem dokonał innego odkrycia. Melanie miała oczy tego samego koloru co DeCerto, ale ich aura była zupełnie inna – gryfonka nigdy nie zniżyłaby się do tego poziomu. Nicolls była po prostu żałosna. Mimo że została przydzielona do Slytherinu, bardzo szybko wpadła w sidła, które wcześniej przygotował.

– Spójrz, Tom – powiedziała, czym wyrwała go z zadumy. – To ta nowa dziewczyna.

Riddle spojrzał na drzwi wejściowe i rzeczywiście, DeCerto właśnie pędziła na śniadanie. Trzymała głowę wysoko i szła pewnym siebie krokiem, najwyraźniej mając głęboko gdzieś posyłane jej nienawistne spojrzenia. Niedopuszczalne. Z jakiegoś powodu wydawała się odporna na plotkę, którą pieczołowicie rozpuścił oraz wynikającą z niej niechęć kolegów i koleżanek. Ignorowała wszystkich, tak jak i jego, zupełnie jakby był nieistotny…

– Wszystko w porządku, Tom? – zapytała Nicolls i pochyliła się do przodu. – Zbladłeś.

– Jest dobrze. – Naprawdę nie powinien pozwalać DeCerto na takie zachowanie. Przez nią musiał się teraz użerać z wiszącą mu na ramieniu ślizgonką.

– Wiesz, Tom – kontynuowała dziewczyna uwodzicielskim głosem, przez który miał ochotę rozsmarować ją na ścianie. – W przyszłym tygodniu mamy możliwość odwiedzenia Hogsmeade.

Gdyby mógł, przewróciłby z irytacji oczami. Naprawdę liczyła na randkę? Nie rozśmieszaj mnie. Szybki numerek? Może, ale nie będę marnował z tobą więcej czasu. Zwłaszcza że masz irytujący głos.

– Och, czyżby? – mruknął z roztargnieniem.

Na szczęście przy stole Gryffindoru wydarzyło się właśnie coś, co położyło kres tej bezsensownej rozmowie. Najpierw usłyszał głośny trzask, a potem dobiegający zewsząd zduszony śmiechy. Od razu namierzył źródło zamieszania. DeCerto siedziała na swoim miejscu, od stóp do głów oblana sokiem pomarańczowym, zaś odłamki szła rozsypały się po stole. Najwyraźniej ktoś rzucił zaklęcie na dzbanek, a ten eksplodował jej w dłoniach. Scena była komiczna, więc nic dziwnego, że uniósł kąciki ust.

– Znowu ta głupia ździra – podsumowała znudzonym głosem koleżanka.

Westchnął, rozprażony postawą współdomowniczki. Nicolls nie miała prawa nazywać kogokolwiek głupim, zwłaszcza że sama nie grzeszyła inteligencją. Wspaniałomyślnie postanowił zignorować to stwierdzenie i skupił się na obserwacji DeCerto. Był zaskoczony, gdy się zdenerwowała. Każda normalna dziewczyna już dawno uciekłaby z płaczem, ale ona była inna. Zamiast rozpaczać, zaczęła się rozglądać po sali, być może chcąc zidentyfikować sprawcę nieszczęścia. Nieszczególnie się zdziwił, gdy spojrzała mu prosto w oczy. Znów dostrzegł w nich ogień. W sumie to bawił się przednio, więc uniósł w rozbawieniu brwi. Wiedział, że poczuje się sprowokowana i zezłości się jeszcze bardziej. Spiorunowała go wzrokiem i gwałtownie wstała od stołu. Gdy chwyciła za różdżkę, drgnął z niepokojem. Chyba nie zamierzała przejść do ataku, prawda? Spojrzał jej głęboko w oczy i zrozumiał, że naprawdę to rozważała. Odwrócił wzrok i ponownie skupił się na jej różdżce. Zauważył, że krwawi, a więc najprawdopodobniej oberwała odłamkami.

Dobrze, chociaż powinienem przekląć odpowiedzialnego…

Najwyraźniej DeCerto doszła do wniosku, że ciśnięcie w niego zaklęciem, nie jest aktualnie dobrym pomysłem. Szczerze mówiąc, w ogóle nie było – niezależnie od obecności świadków. I tak zostałaby pokonana. Machnęła różdżką, dzięki czemu oporządziła się i posprzątała cały bałagan. Uniósł brwi, kiedy zobaczył naprawiony dzbanek. Szkliwo było w idealnym stanie – z tej odległości nie dostrzegł ani jednej rysy, uszczerbku, a nawet, czego się spodziewał, przekrzywionej rączki. To nie było proste zaklęcie naprawcze. Co więcej, rzuciła je w sposób niewerbalny. Z trudem powstrzymał się przez zirytowanym prychnięciem, gdy chwyciła tosta i opuściła śniadanie, jakby nigdy nic.


Idąc korytarzem, powoli skubała sobie kromkę chleba. Mimowolnie spojrzała na prawą dłoń i powstałe na skórze rozcięcia. Spodziewała się, że wczorajszy przekręt Riddle'a zaostrzy sytuację, ale nie myślała, że do tego stopnia. Zazdrosne psychofanki przelały dziś pierwszą krew, pokazały pazury i rzuciły jej rękawiczkę. Nie mogąc się powstrzymać, przeklęła.

– Panno DeCerto! – Usłyszała pełen oburzenia głos Legifer. – Zważaj na słowa!

W momencie się zatrzymała. Odwróciła się bardzo, ale to bardzo powoli, starając się zachować powściągliwy wyraz twarzy i zetrzeć z niej bezbrzeżne obrzydzenie. Pani profesor miała na sobie zwyczajną, nieskazitelną czarną szatę, wykrochmaloną, oślepiająco białą bluzkę oraz szarą, plisowaną spódnicę. Włosy spięła dziś w perfekcyjnego koka, z którego nie odstawał ani jednej kosmyk włosów. Stała na korytarzu i patrzyła nań potępiającym wzrokiem. Hermiona musiała się naprawdę wysilić, żeby nie przewrócić oczami.

– Jest pani niepoprawna! – kontynuowała ze wzburzeniem nauczycielka, a jej głos odbijał się echem od przestronnych ścian.

Czy cały świat zmówił się przeciwko niej…? Najpierw Tom Riddle, potem zawistne uczennice, a teraz Legifer. Wyglądało na to, że dzisiejszy dzień będzie po prostu parszywy. Czym zasłużyła na tę karę…?

– Nigdy nie spotkałam tak niewyrobionej pannicy – powiedziała pani profesor, kiedy podeszła bliżej i uniosła jedną ze swoich cienkich brwi. – Byłam przekonana, że po katastrofie na lekcji obrony przed czarną magią przemyślisz swoje zachowanie i zrozumiesz popełnione błędy. Miałam nadzieję, że porzucisz tę nieprzyzwoitą postawę.

Hermiona zmarszczyła w niezrozumieniu brwi. To nie było nawiązanie do nieszczęsnego w skutkach pojedynku, prawda?

– Owszem, słyszałam o twoim niedopuszczalnym zachowaniu na zajęciach obrony – dodała triumfującym tonem.

– O czym pani mówi? – W DeCerto się zagotowało. Zupełnie nie rozumiała, za co dokładnie jest rugana.

– Muszę powiedzieć, że jest mi za panią wstyd. Jak można zaatakować mężczyznę? – kontynuowała Legifer. – Próbowałam przekonać profesora McGraya, żeby zwolnił biednego pana Riddle'a z odrabiania szlabanu, bo przecież nie był odpowiedzialny za pani aroganckie zachowanie. Niestety profesor był nieugięty. – Potrząsnęła z dezaprobatą głową. – Widzisz, droga panno. Lekcje pojedynku to nie miejsce dla dziewcząt. Ani nie posiadasz wystarczających zdolności intelektualnych, ani magicznej mocy, aby konkurować z chłopcami. Liczę, że potyczka z panem Riddle'em oraz moje pouczenie otworzy pani szerzej oczy. – Westchnęła przeciągle. – I proponuję przeprosić kolegę za niegodne zachowanie – zakończyła wywód, a następnie odwróciła się na pięcie i poszła w swoją stronę.

Hermiona jeszcze nigdy nie była równie wkurzona.


Było późne popołudnie, gdy szedł do gabinetu Slughorna na jedno z prywatnych spotkań, na które zapraszani byli wyłącznie najzdolniejsi i najlepiej zapowiadający się ślizgoni. Oczywiście, nie mogło się odbyć bez Toma Riddle'a. Z roztargnieniem bawił się po drodze pierścieniem. Dziś w końcu zdobędzie jakieś informacje. Wystarczy, że zachowa ostrożność i użyje odrobiny perswazji, a osiągnie swój cel. Nikt mu się nie oprze…

Gdy dotarł do gabinetu, od razu zapukał do drzwi. Chwilę później Slughorn zaprosił go do środka.

– Właśnie się zastanawialiśmy, co cię zatrzymało, mój chłopcze! – powiedział na przywitanie nauczyciel.

– Oczywiście, że nie przegapiłbym jednego z naszych małych spotkań, profesorze. – Uśmiechnął się uprzejmie.

Kiedy wszedł do środka, od razu zorientował się w sytuacji. Wokół śmiesznego, ulubionego fotela Slughorna, ustawione zostały krzesła, zajęte przez całą grupę. Wśród zaproszonych znajdowali się Primus Lestrange, Abraxas Malfoy, Ledo Avery, Alfard Black i Anthony Alba – tak się składa, wszyscy jego oddani zwolennicy. To naprawdę zadziwiające, że nauczyciel jeszcze niczego się nie domyślił. Prawdę powiedziawszy, Riddle mógłby sprezentować Ślimakowi Avadę i żaden z chłopców nie zgłosiłby słowa sprzeciwu. Naturalnie, nie mógł spełnić swoich fantazji, ponieważ profesor bywał przydatny.

Podszedł do wolnego krzesła, stojącego idealnie pośrodku półokręgu. Usiadł i przez chwilę czekał na prowadzącego. Slughorn również zajął miejsce, położył stopy na puchatym podnóżku i podniósł leżący na kawowym stoliku kieliszek z czerwonym winem. Ślizgon z zadowoleniem zarejestrował, że obok szkliwa stało pudełko kandyzowanych ananasów, które kazał Malfoyowi wysłać w jego imieniu. Jeżeli chciało się wyciągnąć od ludzi istotne informacje, należało w pierwszej kolejności zadbać o sprzyjające warunki i przyjemną atmosferę.

Niestety, ostatecznie okazało się, że musiał trochę poczekać na nadejście odpowiedniego momentu. Facet w kółko paplał o sławnych byłych uczniach, z którymi wciąż utrzymuje kontakt. Słuchał tego za każdym razem i zaczynał mieć dość. Z trudem powstrzymywał się od przeklęcia nauczyciela. W końcu nie wytrzymał i po prostu musiał interweniować.

– Czy to prawda, że profesor Merrythought odchodzi na emeryturę*? – zapytał z uprzejmym uśmiechem na twarzy. Wyłapał tę nowinkę, gdy przez przypadek podsłuchał rozmowę między Dippetem a Dumbledore'em.

– Oj tam, nawet gdybym wiedział, to bym ci nie powiedział, Tom. – Slughorn pogroził mu palcem, ale jednocześnie puścił oczko. – Muszę przyznać, że chciałbym wiedzieć, skąd czerpiesz informacje, chłopcze. Jesteś lepiej zorientowany niż połowa personelu. – Riddle ograniczył się tylko do tajemniczego uśmiechu, zaś profesor kontynuował: – Masz ciekawą umiejętność dostrzegania rzeczy, których nie powinieneś widzieć oraz potrafisz pochlebstwami wkupić się w łaski ludzi, którzy mają znaczenie. A tak przy okazji, dziękuję za ananasa. To jest mój ulubiony owoc.

Gładko i bez większych problemów, podsumował i przewrócił oczami na rażącą nieświadomość starego Ślimaka.

– Spodziewam się, że w ciągu dwudziestu lat zostaniesz Ministrem Magii – kontynuował Slughorn. – No, może za piętnaście, jeżeli nadal będziesz mi darował ananasy. Mam doskonałe kontakty w Ministerstwie.

Riddle walczył o utrzymanie skromnego uśmiechu. Wychodzi na to, że dziś naprawdę musi się wysilić, jeżeli chciał osiągnąć swój cel.

– Nie wiem, czy sprawdzę się w temacie polityki, profesorze. W gruncie rzeczy nie mam odpowiedniego… rodowodu – powiedział cichszym tonem, a potem z zadowoleniem zarejestrował uśmieszki, które rzucali mu pozostali chłopcy. Albo wiedzieli, albo podejrzewali, z kim tak naprawdę jest spokrewniony.

– Nonsens! Biorąc pod uwagę twoje rozliczne talenty, to bardziej niż oczywiste, że wywodzisz się z przyzwoitego czarodziejskiego rodu. Uwierz mi, Tom, zajdziesz naprawdę daleko. Nigdy nie myliłem się co do przyszłości moich uczniów.

Riddle spróbował uspokoić oddech. Z „przyzwoitego czarodziejskiego rodu"? Dobre sobie! Wrócił wspomnieniami do wuja Morfina, starego nędznego szaleńca. Jeżeli Slughorn uważa te korzenie za szlachetne, to z chęcią podziękowałby za to dziedzictwo. Ognisty temperament zagłuszył wszystko inne. Otrząsnął się, dopiero kiedy ślizgoni wstali od stołu, a to z kolei oznaczało, że nauczyciel ich odprawił.

Czas zacząć przedstawienie.

Specjalnie się ociągał.

– Uciekaj, Tom. Chyba nie chcesz, żeby ktoś cię przyłapał. Jesteś wszak prefektem i powinieneś dawać innym przykład.

– Chciałem o coś zapytać, profesorze.

W końcu się doczekał.

– Oczywiście, chłopcze. Śmiało.

– Zastanawiałem się, czy wie pan coś o horkruksach – odpowiedział, przybrawszy niewinną minę.

Ślimak zastanowił się przez chwilę. To całkowicie naturalne, że automatycznie wzmógł swą ostrożność. Riddle spodziewał się podobnej reakcji.

– Wyniosłeś to zagadnienie z lekcji obrony przed czarną magią?

– Niezupełnie, proszę pana – odparł. Mimo wszystko Slughorn był nauczycielem i miał wątpliwości odnośnie programu nauczania innego profesora. Chcąc nie chcąc, powinien postawić na prawdę. – Byłem kiedyś w bibliotece w dziale ksiąg zakazanych. Natrafiłem na ten termin w pewnej książce i nie do końca go zrozumiałem.

– Cóż, nic dziwnego, chłopcze. Trudno byłoby znaleźć w Hogwarcie księgę, która przybliżyłaby ci temat horkruksów od podszewki. To bardzo mroczna i niebezpieczna dziedzina magii, Tom.

Nawet nie wiesz, co można znaleźć w dziale ksiąg zakazanych, stary głupcze. O ile, oczywiście, masz pojęcie, gdzie szukać, zadrwił w myślach.

– Owszem, ale pomyślałem sobie, że pan, jako naprawdę rozeznany w magii i utalentowany czarodziej… – urwał, niwelując utworzone napięcie. – Och, przepraszam, jeżeli postawiłem pana w niezręcznej sytuacji. Zrozumiem, jeżeli woli pan milczeć. Po prostu doszedłem do wniosku, że… spróbuję szczęścia u kogoś, na kim zawsze mogę polegać – dodał, trochę kalecząc swoją dumę, niemniej jednak było to konieczne. W ostatecznym rozrachunku cel zawsze uświęca środki.

Skończywszy przemowę, wstrzymał oddech. Od dłuższego czasu miał zaplanowane, co konkretnie powie i w który aspekt ich znajomości uderzy. Szczerze mówiąc, nie dało się lepiej podejść do problemu. Teraz wszystko zależało od decyzji Slughorna.

– Myślę, że nie zaszkodzi przedstawić ci ogólnego zarysu. Oczywiście, wyłącznie w celach naukowych, żebyś zrozumiał istotę koncepcji – zaczął raczej niechętnie nauczyciel. – Horkruks to słowo używane w odniesieniu do przedmiotu, w którym czarodziej pragnie ukryć cząstkę swej duszy.

– Zupełnie nie rozumiem, profesorze – odpowiedział, potrzebując jasnego potwierdzenia.

– Cóż, możesz rozdzielić swoją duszę i ukryć jej część w przedmiocie znajdującym się poza ciałem. Wtedy, nawet jeżeli zostaniesz zaatakowany i zginiesz, to nie umrzesz, ponieważ zadbałeś o drugą połowę duszy. Och, oczywiście, istnienie w takiej formie jest… po prostu okropne i naprawdę niewielu czarodziejów zdecydowałoby się na podobny los. Śmierć byłaby lepszym rozwiązaniem.

Najprawdziwsi idioci, podsumował w myślach, przesuwając dłonią po niewidocznej pod ubraniem bliźnie na lewym przedramieniu.

– W jaki sposób podzielić duszę? To wydaje się niemożliwe – zapytał, dobrze znając odpowiedź. Czytał o możliwościach, ale wciąż potrzebował werbalnego potwierdzenia.

– Ważne jest, abyś zrozumiał, że dusza powinna pozostać cała i nienaruszona. Rozdzielenie tak istotnego bytu jest pogwałceniem ludzkiej natury i straszliwą zbrodnią – kontynuował profesor, wyraźnie zniesmaczony samą ideą podziału.

– Jak się rozszczepia duszę? – drążył, potrzebując dokładniejszych instrukcji.

– Poprzez akt największego zła. Trzeba popełnić morderstwo. Zabijanie rozdziera duszę na części. Czarodziej, chcący stworzyć horkruksa, z pewnością wykorzystałby na swoją korzyść zbrodnię, której przed momentem dokonał. Zamknąłby wyrwaną część…

– Jak? – przerwał nauczycielowi.

Inkantacja! Potrzebuję inkantacji, głupcze!

– Jeżeli pytasz o zaklęcie, to nie wiem – odpowiedział podniesionym głosem Slughorn. – Czy naprawdę wyglądam, jakbym próbował…? Czy wyglądam ci na mordercę…?

Co za różnica?, zirytował się z oburzeniem.

– Nie, profesorze. Oczywiście, że nie. Najmocniej przepraszam, jeśli pana uraziłem… – wymamrotał ze skruszoną miną.

– W porządku – odparł po dłuższej chwili milczenia nauczyciel. – To całkowicie naturalne, że odczuwasz potrzebę zaspokojenia ciekawości wobec rzeczy, których nie rozumiesz. To świadczy o twoim szerokim postrzeganiu świata. Czarodzieje pewnego kalibru zawsze ciągnęli ku temu rodzajowi magii.

– Ma pan rację, profesorze.

Zdecydowanie nie potrzebował, aby Slughorn szukał wymówki, aby usprawiedliwić jego zainteresowanie czarną magią. Zależało mu na odpowiedziach. Potwierdziwszy to, co przeczytał w bibliotece, postanowił przejść do kluczowego zagadnienia, o którym niczego nie mógł znaleźć.

– Jest jeszcze jedna kwestia, której zupełnie nie rozumiem. Oczywiście, pytam z ciekawości – wyznał po chwili udawanego wahania. – Dlaczego czarodziej miałby zdecydować się na wyłącznie jednego horkruksa? Czy można podzielić duszę na więcej części? Jakby nie patrzeć, więcej horkruksów to lepsze zabezpieczenie, prawda? Czy siódemka nie jest przypadkiem najpotężniejszą magiczną liczbą?

– Siedem…? Na brodę Merlina, Tom! – wykrzyknął niespodziewanie profesor. – Czy myślenie o popełnieniu jednego morderstwa nie jest wystarczająco przerażające? W każdym przypadku trzeba posunąć się do najgorszego. To niemoralne, chcieć tyle razy podzielić swą duszę. – Slughorn sprawiał wrażenie głęboko zmartwionego samą przedstawioną mu ideą.

Riddle z głębokim rozczarowaniem zrozumiał, że stracił okazję, ponieważ nauczyciel będzie odtąd milczeć niczym zaklęty. Niemniej jednak ze wzburzenia, które okazał i wyrazu twarzy, który prezentował, mógł wywnioskować, iż nigdy wcześniej nie słyszał o czarodzieju słynącym ze stworzenia większej ilości horkruksów.

Interesujące.

– To tylko hipotetyczne rozważania, dobrze? – Slughorn wyglądał na szczerze zmartwionego. – Zakończmy to spotkanie.

Jasne, oszukuj się dalej, pomyślał z pewną dozą niedowierzania.

– Oczywiście, proszę pana – odpowiedział z miną niewiniątka.

– Mimo wszystko, zachowaj w tajemnicy to, co ci wytłumaczyłem, chłopcze. Ludzie woleliby nie wiedzieć, że rozmawialiśmy o horkruksach. To zakazany w Hogwarcie temat – poprosił profesor. – Dumbledore jest szczególnie nań wyczulony…

W Riddle'u się zagotowało. Oczywiście, jeżeli Dumbledore'owi coś się nie podoba, automatycznie staje się niedozwolone.

– Spokojnie, będę milczał.

Zakończywszy spotkanie, opuścił gabinet mistrza eliksirów. Ledwo wyszedł na korytarz, a przestał powstrzymywać emocje i pozwolił, żeby na jego twarzy zagościł nikczemny uśmieszek. Chociaż profesor nie odpowiedział na wszystkie jego pytania, rozmowa była bardzo pouczająca. Nie dość, że potwierdził wszystkie dotąd zgromadzone informacje, to jeszcze dowiedział się, w jaki sposób stworzyć horkruksa.

„Akt największego zła"?

Zaśmiał się pod nosem. Stworzenie horkruksa pod samym nosem Albusa Dumbledore'a byłoby co najmniej satysfakcjonujące. Oczywiście, nie zadowoliłby się tylko jednym. Prędzej czy później, dokona tego, czego nikomu innemu się nie udało…


Minęło kilka tygodni, a sytuacja Hermiony nijak się poprawiła. Wszyscy, poza Longbottomem, Weasleyem i Lupinem, albo jej unikali, albo otwarcie pokazywali wrogość. Akcja, którą odwalił po szlabanie Riddle, tylko pogorszyła sprawę. Wszystko byłoby łatwiejsze do zniesienia, gdyby ślizgon nie szydził z niej przy każdej możliwej okazji. Oczywiście, starała się ignorować zaczepki i kąśliwe komentarze. To naprawdę przechodziło ludzkie pojęcie. Uczniowie po cichu życzyli jej śmierci, bo nadepnęła na odcisk Lordowi Voldemortowi? W normalnych okolicznościach uznałaby ten paradoks za nawet zabawny, ale teraz musiała się mierzyć z ciskanymi w plecy klątwami. Gdy odbijała zaklęcia, powtarzała sobie aż do znudzenia, że wkrótce wróci do domu i będzie mogła z przyjemnością zapomnieć o sprawie.

Kiedy pewnego dnia maszerowała do biblioteki (gdyż wciąż nie poddała się z próbami uzyskania stamtąd informacji) poczuła dziwne mrowienie w powietrzu. Zdobywszy doświadczenie w przeżywaniu wielu podstępnych ataków, od razu wzmogła czujność. Starając się pozostać niezauważoną, rzuciła wokół siebie drobne zaklęcie alarmujące, aby mogła odpowiednio szybko zareagować. Po chwili wyczuła, że coś jest nie w porządku. Odwróciła się w okamgnieniu, wyczarowała tarczę, a czerwonawe zaklęcie, najprawdopodobniej ogłuszające, zostało zneutralizowane. Odszukawszy wzrokiem winowajczyń, zobaczyła dwie dziewczyny ze Slytherinu, z czego jedna wciąż trzymała różdżkę.

– Zostaw Toma w spokoju, brzydulo! – warknęła ta druga, a potem obie poszły w swoim kierunku.

Hermiona potrząsnęła głową. Jak można być tak głupim? Kto to widział, żeby najpierw przejść do ataku, a następnie odwrócić się plecami do wciąż uzbrojonego przeciwnika i odejść, jak gdyby nigdy nic? Zero instynktu samozachowawczego, doprawdy. Niemniej jednak ulżyło jej, że napastniczki były ze Slytherinu, który wszak od zawsze gardził Gryffindorem. Najbardziej bolała ją nienawiść ze strony współdomowników.

To wszystko wina Riddle'a!

Może po prostu powinna się postawić? Zmarszczyła w zamyśleniu brwi i weszła do biblioteki.

– Dzień dobry, panno DeCerto. – Uśmiechnęła się pani Peters. – Znowu nauka?

– Ano, owszem. Dzień dobry – odpowiedziała, zadowolona z zobaczenia przyjaznej twarzy.

– Niech panienka nie siedzi do późna. Na dworze jest dziś bardzo ładna pogoda – dodała uprzejmie czarownica.

Skinęła grzecznie głową, podeszła do swojego stałego miejsca i wznowiła poszukiwania, ponownie wchodząc w temat Insygniów Śmierci. Chociaż poświęciła temu długie godziny, nie znalazła niczego interesującego. Czarna Różdżka była równie nieuchwytna, co zawsze. Zmęczona nadaremnym wertowaniem kartek, z trzaskiem zamknęła księgę, którą właśnie czytała. Jak dotąd, wyniki jej badań, były po prostu rozczarowujące. To głupie, ale poczuła się zdradzona przez bibliotekę.

Natrafiwszy na ślepą uliczkę, gabinet Albusa Dumbledore'a wydawał się najodpowiedniejszą opcją. Musiała się niepostrzeżona włamać, aby zdobyć informacje oraz wyjść, nie wzbudzając niczyich podejrzeń. Z pozoru nic trudnego, a przynajmniej nic, czego nie robiła wcześniej. Co pocieszające, jeżeli zostałaby nakryta na gorącym uczynku, dostałaby najwyżej szlaban lub, jeśli szczęście dopisze, pouczenie, a nie śmierć w męczarniach. Westchnęła. Kto wie, może kiedyś zbije fortunę na czarodziejskich włamaniach i kradzieżach. Hogwart z pewnością poprawi jej umiejętności. Wstała z krzesła, spakowała swoją torbę i wyszła z biblioteki, zamierzając schować się w pokoju wspólnym. Potrzebowała czasu na zaplanowanie następnych kroków. Jeżeli naprawdę miałaby się włamać do gabinetu profesora, musiała zagłębić się w jego rutynę. Kiedy zazwyczaj przebywał w biurze? Musiała przeanalizować wszystkie zmienne i na ich podstawie wyodrębnić odpowiedni przedział czasowy. Najlepszą porą będzie wieczór, kiedy to uczniowie mają zakaz spacerowania po korytarzach, co paradoksalnie zmniejszy ryzyko przyłapania. Oczywiście, wciąż wpadłaby w kłopoty, gdyby została przyuważona przez patrolującego szkołę prefekta, bądź nauczyciela. Cóż, pozostało jej unikać ciekawskich oczu. Teraz gdy zdecydowała, co robić dalej, odczuła ogromną ulgę. Zawsze dobrze jest mieć plan, prawda? To zaś sprawiło, że poczuła się troszkę lżejsza na duszy.

Z zadumy wyrwało ją zbliżające się zaklęcie. Nie znowu!, pomyślała, sfrustrowana do granic możliwości.

Odwróciła się, dobywając różdżki i zobaczyła nadlatujące w jej stronę niebieskie zaklęcie, ot Reducto, w dodatku źle wymierzone. Sprawczyni stała nieopodal razem z koleżankami i patrzyła nań z satysfakcją. Nie podniosła tarczy i nawet nie ruszyła się z miejsca, a urok trafił w ścianę obok. Niestety, było na tyle silne, że oberwała odłamkiem kamienia. Poczuła ból w okolicach skroni, a potem spływającą ciepłą krew. Uniosła rękę do głowy i potwierdziła swoje przypuszczenia. Przez cały ten czas nie spuszczała wzroku z atakujących, chcąc być przygotowaną na następne zaklęcie. Z zawiązanym w supeł żołądkiem uświadomiła sobie, że to dziewczęta z Gryffindoru, te same, które nakryły ją z Riddle'em na korytarzu i dodały plotce więcej pikanterii. Blondynka, która cisnęła weń urokiem, była zszokowana tym, że chybiła i może zaskoczona mocną, jakiej użyła. Niestety, w jej oczach widać było również rozczarowanie i to przechyliło szalę. Współdomowniczka chciała ją poważnie skrzywdzić, a może nawet okaleczyć. Pozostałe dziewczęta wydawały się trochę przestraszone wyrządzonymi szkodami, ale to nie powstrzymało ich przed rzucaniem Hermionie niepochlebnych spojrzeń.

– Zboczona suka! – krzyknęła jedna z nich. – Naprawdę niczego nie rozumiesz?

– Jesteś niedorozwinięta, że trzeba ci wszystko tłumaczyć? – kontynuowała druga gryfonka. – Nie jesteś tutaj mile widziana!

– Wracaj do burdelu, gdzie twoje miejsce i zostaw Toma w spokoju! – Blondynka, która rzuciła Reducto najprawdopodobniej uznała, że również powinna wnieść coś do rozmowy.

Hermiona naprawdę była z natury łagodną i cierpliwą osobą, ale wtedy coś w niej właśnie pękło. Odkąd Riddle rozpuścił tę paskudną plotkę, nie miała ani chwili wytchnienia. Stała się ofiarą dowcipów, mniej lub bardziej niebezpiecznych, workiem treningowym dla psychofanek z różnych domów oraz prostaczką, którą można w niewybredny sposób obrażać. Najwyższy czas położyć kres temu dręczeniu. Była nie tylko zła na napastniczki, ale też na Riddle'a. Był, co prawda, głównym winowajcą zamieszania oraz przyszłym Czarnym Panem, ale nie spodziewała się po nim niczego innego. Te dziewczęta zaś powinny wykazywać się większym rozsądkiem, a tak dały się pięknie złapać w plotkową pułapkę, niczym niedoświadczone pierwszoroczne. Zakręcone na punkcie chłopaka, przebiegłego i cwanego ślizgona, posunęły się do zaatakowania koleżanki. Hermiona zacisnęła w dezaprobacie usta, po czym przywołała swoją magię, która przywodziła teraz na myśl wodospad, zamiast zwyczajowego spokojnego strumyka. Szczerze mówiąc, całkiem dobrze odzwierciedlała jej obecne uczucia.

– Jeżeli jeszcze raz zbliżysz się do Toma… – zaczęła gryfonka o krótkich brązowych oczach, ale DeCerto nie pozwoliła jej dokończyć. Szybko uniosła różdżkę i machnęła nią. Abicere!, pomyślała, a współdomowniczka została odrzucona do tyłu, przez co uderzyła plecami o ścianę.

Pozostałe dziewczęta rzuciły jej zdumione spojrzenie, ale nie wykonały żadnego ruchu. Hermiona jednak, będąc w wirze walki, jeszcze nie skończyła. Ponownie machnęła różdżką.

Substringo!

Gryfonkę oplotły niewidzialne więzy, dzięki czemu natychmiast straciła równowagę i również upadła na podłogę. Z całej trójki pozostała tylko blondynka. Zadowolona, Hermiona powoli uniosła rękę i obrała cel, cały czas patrząc ofierze w oczy.

– Petrificus Totalus! – powiedziała jasno i wyraźnie, chcąc dać współdomowniczce srogą nauczkę. Oczywiście, osiągnęła zamierzony rezultat – dziewczyna upadła i nie mogła poruszyć nawet palcem. DeCerto powolnym krokiem doń podeszła, próbując opanować gniew. Nieczęsto traciła nad sobą panowanie, ale kiedy to się zdarzyło, potrzebowała trochę czasu, żeby się uspokoić. Stanąwszy nad spetryfikowaną, spojrzała ofierze prosto w oczy. – Następnym razem, gdy postanowisz cisnąć w kogoś zaklęciem, upewnij się zawczasu, że jest dobrze wymierzone. W przeciwnym razie, jeżeli zawiedziesz, twój cel nie pozostanie dłużny – powiedziała chłodnym i wypranym z emocji głosem.

Zakończywszy przedstawienie, zostawiła powalone koleżanki i odeszła. Zdecydowała się udzielić małolacie praktycznej rady, ponieważ sama była niegdyś w podobnej sytuacji. Nie oberwała wówczas niegroźnym oszałamiaczem, a czymś znacznie gorszym. Nie czuła się winna, że pozwoliła dziewczynom leżeć na zimnym kamieniu, bo w pełni zasłużyły na karę. Zresztą, prędzej czy później, zostaną przez kogoś znalezione i odczarowane. Uspokoiwszy trochę oddech, schowała różdżkę do kabury. W gruncie rzeczy była usatysfakcjonowana możliwością odreagowania.

– To było całkiem bezlitosne. – Usłyszała, a kiedy skręciła za róg, zobaczyła opartego o ścianę Riddle'a. Szczerze mówiąc, wyglądał nie tylko na rozbawionego, ale również podejrzanie zadowolonego. – Nie przypuszczałem, że masz w sobie to coś. – Uśmiechnął się przyjaźnie.

Hermiona postanowiła go zignorować i bez słowa kontynuowała podróż do pokoju wspólnego. Liczyła, że obejrzawszy przedstawienie, straci nią zainteresowanie, ale była w błędzie. Najwyraźniej postanowił trochę jej towarzyszyć.

– Wiesz, że jestem prefektem, prawda? – zapytał. – Mógłbym odebrać ci punkty za atak na współdomowniczki.

– Owszem – odpowiedziała zwięźle.

– Widzę, że nie jesteś dziś rozmowna – powiedział i parsknął śmiechem.

Hermiona westchnęła.

– Czego chcesz? – zapytała.

– Skąd ta wrogość? Może po prostu miałem ochotę porozmawiać z koleżanką? – Uśmiechnął się czarująco.

– Biorąc pod uwagę to, że przed momentem przeklęłam trzy dziewczęta, które cię uwielbiają, powinnam wykazywać się większym rozsądkiem – odpowiedziała. – Rozmowy z tobą nigdy nie przynoszą mi nic dobrego.

Riddle się zaśmiał.

– To nie moja wina, że jestem popularny, a dziewczęta zazdrosne.

– Mam pewne zastrzeżenia, a poza tym, sam rozpuściłeś tę plotkę – prychnęła, zirytowana.

– Jak możesz, Hermiono. Oboje wiemy, że w każdej plotce jest ziarno prawdy – podsumował uwodzicielskim tonem.

– Słucham? – krzyknęła i aż przystanęła z wrażenia. Jak śmiał sugerować podobną głupotę…?

Riddle również się zatrzymał. Wciąż był rozbawiony, podczas gdy DeCerto patrzyła nań ze złością. Nagle zrobił krok naprzód i zanim zdążyła zareagować, owinął ramię wokół jej talii i przyciągnął ją bliżej. Gdy uderzyła w jego klatkę piersiową, wykorzystał moment zaskoczenia, by wzmocnić uścisk drugą ręką. Hermiona była zszokowana obrotem sytuacji. Spróbowała się uwolnić, ale po prostu był silniejszy.

Spanikowała.

Lord Voldemort właśnie cię przytula!, krzyknęła w myślach, tak przerażona, że nawet nie odważyła się oddychać. Co planował…?

Zesztywniała, kiedy poczuła, że przesuwa ręką po jej plecach. Oczywiście, drugą wciąż przytrzymywał ją w miejscu. Z uśmiechem na twarzy uniósł jej brodę i zmusił do spojrzenia sobie w oczy. Był tak blisko, że ich twarze dzieliła minimalna odległość. Hermiona po raz kolejny była pod wrażeniem tego, jak jest przystojny i pociągający. Mogła bez przeszkód podziwiać jego nieskazitelną bladą skórę oraz ciemne włosy w delikatny sposób opadające mu na czoło. Najprawdopodobniej zadowolony z jej reakcji, uniósł brwi i się uśmiechnął.

– No, przyznaj się w końcu – wymruczał uwodzicielsko. – Udajesz niedostępną, ale w rzeczywistości nie potrafisz mi się oprzeć.

Ponownie spróbowała swoich sił, ale bez większego rezultatu. Mimowolnie serce zabiło jej szybciej. Wszystko, czego teraz pragnęła, to znaleźć się w bezpiecznym pokoju wspólnym, jak najdalej od Toma Riddle'a. Chociaż nie był tego jeszcze świadomy, życie straciło przez niego zbyt dużo osób. Ta wymuszona bliskość sprawiała, że widziała twarze poległych. To zaś sprawiało jej prawie fizyczny ból.

– Puszczaj! – warknęła.

Riddle zaśmiał się filuternie, a następnie pochylił głowę, aby jeszcze bardziej zmniejszyć dzielącą ich odległość.

– Powiedz mi, kim naprawdę jesteś, a powstrzymam innych przed rzucaniem w ciebie uroków – wyszeptał jej prosto do ucha.

Automatycznie spróbowała się odsunąć, ale nie miała zbyt dużo swobody.

– Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz – powiedziała drżącym głosem.

– Jestem pewien, że prędzej czy później zmienisz zdanie, moja droga – dodał, a potem zaczął całować ją po szyi, przesuwając się w górę, do linii szczęki.

Hermiona zadrżała, czując na skórze niechciane usta i w desperackim akcie położyła mu dłonie na piersi.

– Co ty wyprawiasz? Natychmiast mnie puść! – warknęła.

To interesujące, ale odpuścił, wcześniej ostatni raz całując ją w policzek. Zaprzestał pieszczoty, jednakże wciąż się doń przytulał. Uśmiechnął się szyderczo, sięgnął ku kieszeni szaty i wyciągnął różdżkę. DeCerto gwałtownie wciągnęła powietrze, rozpoznając oręż Lorda Voldemorta. Zobaczywszy jej strach, Riddle się zaśmiał. Zmusił dziewczynę, aby odsłoniła gardło, a potem przesunął czubkiem po jej rozpalonej skórze. W oczach miał złośliwy błysk. Przez chwilę kontynuował zabawę w kotka i myszkę, napawając się drobnym zwycięstwem, aż w końcu zatrzymał się przy rozciętej skroni.

Episkey.

Skaleczenie od ukruszonego kamienia natychmiast się zabliźniło. Spojrzała na ślizgona, unosząc brwi w osłupieniu. Ten w odpowiedzi znów ją do siebie przyciągnął.

– Wkrótce zdradzisz mi wszystkie sekrety, DeCerto – wyszeptał, po czym tak po prostu odszedł.

Hermiona stała zaś dalej w tym samym miejscu, patrząc na jego oddalające się plecy i z trudem łapiąc oddech. Była roztrzęsiona i czuła się chora. Gdy w końcu otrząsnęła się z odrętwienia, postanowiła schować się w pokoju wspólnym.

Nie mogła uwierzyć w to, co się przed momentem wydarzyło. Naprawdę chciała trzymać się od niego z daleka, ale odkąd przybyła do Hogwartu, wszystko się skomplikowało. Nie dość, że zwrócił nań uwagę i, niczym drapieżnik, przechodził do ataku przy każdej okazji, to jeszcze nabrał podejrzeń. Zaprzeczanie nie miało najmniejszego sensu. Nie przypuszczała, żeby zdobył dobry trop, ale z pewnością zdawał sobie sprawę, że coś ukrywa. Gdyby tylko pozwoliła mu się pokonać podczas lekcji obrony, mogłaby uniknąć wielu niezręcznych sytuacji. Niestety, czasu nie da się cofnąć. Przekonał się, do czego jest zdolna. To naturalne, że chciał zaspokoić ciekawość. Mimowolnie zaczęła masować skroń, którą uleczył.

Jak się wykaraskać…?

W najgorszym przypadku, kiedy nie będzie miała innego wyjścia, po prostu opuści Hogwart. Inne opcje? Cóż, zawsze mogła udawać, że wierzy w czystość krwi i ostatecznie przyłączyć się do Riddle'a. Omal nie zwymiotowała. Nie, jest przeciętną aktorką, więc odpadłaby w przedbiegach. Nigdy nie stanęłaby po stronie Voldemorta, nawet dla dobra sprawy.

Czy nie sposób się z tego wyplątać…?

Skoro i tak utkwiła w niezłym bajzlu, dlaczego by nie uczynić go bardziej znośnym? Jak do tej pory, tylko Riddle grał nieczysto. Wykorzystywał swoje wpływy, aby podburzać ludzi, przez co skutecznie odseparował ją od reszty i pozbawił wszystkich sojuszy, które miała szansę w międzyczasie zawiązać. Gdy to nie wystarczyło, posunął się do gróźb i zastraszania, żeby zmniejszyć jej morale i podkopać samoocenę.

Czas na rewanż, pomyślała ze złością.

Gdy dotarła do portretu Grubej Damy, wciąż była wstrząśnięta, ale przynajmniej wymyśliła plan obronny. Wiedziała, że sprzeciwianie się Riddle'owi będzie ryzykowne, ale w razie wypadku zawsze może skorzystać z wyjścia awaryjnego. Kiedy podwinie ogon i ucieknie, nigdy jej nie znajdzie, bowiem po prawdzie Hermiona DeCerto nie istniała.

Weszła do pokoju wspólnego i przeskanowała teren w poszukiwaniu chłopaków. Z zadowoleniem doń podeszła.

– Cześć! – Longbottom uniósł wzrok znad eseju z eliksirów.

Siedzący obok niego Lupin również odrabiał pracę domową. W przeciwieństwie do kolegów Weasley zrezygnował z nauki na rzecz czytania „Brytyjskiej Ligi Quidditcha". Tylko cudem powstrzymała się od przewrócenia oczami.

– Przeszkadzam? – zapytała.

– W żadnym wypadku. – Uśmiechnął się Mark. – Właściwie to cieszę się, że wpadłaś. Może tobie uda się przekonać Lupina, że możemy się wstrzymać z pisaniem wypracowania.

– Musimy go oddać do poniedziałku – powiedział z oburzeniem Amarys, marszcząc brzmi na beztroskie podejście przyjaciela.

– Mam sprawę, chłopaki – przyznała z wahaniem. – Jest coś, w czym potrzebuję waszej pomocy.

– Słucham? – Weasley aż odłożył książkę. – Jesteś lepsza od nas wszystkich razem wziętych, Hermiono. No, może z wyjątkiem Lupina. Jak możemy ci pomóc?

– To nic związanego z zajęciami, a bardziej coś w rodzaju… psoty. – Z zadowoleniem zauważyła, że koledzy natychmiast bardziej się zainteresowali i wyszczerzyli niczym głupcy.

– Chcesz zrobić komuś psikusa? – Longbottom uniósł brwi. – Wiedz, że trafiłaś do właściwych ludzi. Uwielbiam dowcipy!

– Owszem, jesteśmy mistrzami żartów – dodał z dumą Richard. – W zeszłym roku znaleźliśmy zaklęcie, które pozwalało na stałe zablokować drzwi. Nie pomagała żadna Alohomora, ani jej podobne. Ponad miesiąc zajęło nauczycielom uporanie się z problemem. Zamknęliśmy wszystkie sale lekcyjne na czwartym piętrze. – Wypiął pierś, po czym przybił piątkę z Markiem, a Amarys przewrócił oczami.

Hermiona uśmiechnęła się i usiadła na kanapie.

– Wracając do tematu, jak możemy ci pomóc? – zapytał Longbottom.

Wyciągnęła różdżkę. Lepiej dmuchać na zimne.

Muffliato! – powiedziała i zabezpieczyła teren.

– Co zrobiłaś? – zapytał zdumiony Lupin.

– Nie chciałam, żeby nas podsłuchiwali.

– Niezłe! – podsumował Weasley.

– Musisz mnie potem tego nauczyć – dodał z nikczemnym uśmiechem Mark.

– W porządku, ale skupmy się na konkretach – odpowiedziała. – Oczywiście, wszyscy jesteście świadomi mojego problemu z tą przeklętą plotką i niejakim panem Riddle'em, prawda?

Richard i Amarys przytaknęli, zaś Longbottom zrobił skruszoną minę.

– Wiesz, że jest mi przykro z tego powodu, Hermiono. Naprawdę nie powinienem był wierzyć podłym pomówieniom…

– Cii, przeszła mi złość, Mark. Otóż panowie, dowiedziałam się, kim jest winowajca.

Longbottom uniósł brwi.

– Poproszę o szczegóły. Zamierzam skopać mu tyłek.

– Taki jest właśnie plan. – Uśmiechnęła się drapieżnie.

– Skończ z wystawianiem nas na próbę, Hermiono. Kto to był? – Weasley nie mógł wytrzymać na kanapie. Prawie podskakiwał z podekscytowania.

– Tom Riddle.

Chłopcom opadły szczęki.

– Wiedziałem! Od zawsze wiedziałem, że facet jest złem wcielonym! – krzyknął triumfalnie Longbottom. – Ten szatański pomiot!

– Naprawdę? Jak się dowiedziałaś? – zapytał Richard.

– Cóż, winowajca się przyznał – odpowiedziała, zachowując spokój.

– Tak po prostu powiedział ci, że rozpuścił po szkole plotkę? – Lupin nie mógł uwierzyć.

– Owszem, a raczej… wyśmiał mnie.

– Co za drań! – Mark zagotował się ze złości.

– Jaki miał motyw? – Amarys zmarszczył brwi, najprawdopodobniej próbując bardziej rozgryźć temat.

– Ciężko stwierdzić, ale zabawę miał przednią. – Spojrzała nań bezradnie. – Myślę, że po prostu mnie nie lubi.

– Czyli chcesz mu się odpłacić – podsumował z radością Longbottom. – Proszę, powiedz, że zamierzasz mu dopiec – błagał z nikczemną miną.


Riddle wracał do lochów Slytherinu. Był bardzo zadowolony z obrotu spraw. Wciąż pamiętał przerażone spojrzenie DeCerto. Cholernie się go bała. Roztrzęsiona była o wiele przyjemniejsza w obyciu, aniżeli chłodna i obojętna. Wreszcie pokazał jej, że uporem niczego nie wskóra. Zaśmiał się cicho, wróciwszy wspomnieniami do sposobu, w jaki drżała w jego ramionach. Nie potrwa długo, zanim całkowicie się ugnie i wyjawi mu wszystkie swoje tajemnice. Oczywiście, o ile będzie na tyle hojny, aby ich wysłuchać. Po wszystkim ukarze ją marnowanie cennego czasu. Najprawdopodobniej marzyła teraz, aby móc cofnąć czas.

Wciąż czuł bijące od niej ciepło. Pod tym względem niczym nie różniła się od innych dziewczyn – była przyjemnie miękka i drobna. Gdy zarejestrował ten fakt, sytuacja trochę wymknęła się spod kontroli. Nie planował niczego podobnego, a jeżeli już o tym myślał, to wyłącznie w kontekście niewinnego całusa w policzek. Kiedy się pochylił, aby ją zastraszyć, poczuł uwodzicielski zapach bzu i po prostu nie był w stanie się powstrzymać. Z drugiej strony – czemu w ogóle miałby? Miał pełne prawo brać to, czego pragnął, a dziewczyny powinny być mu wdzięczne, że chciał spędzać z nimi czas.

Z nieprzyjemnym ukłuciem w klatce piersiowej uświadomił sobie, że gdy została pocałowana, DeCerto zesztywniała, a nawet więcej, próbowała się od niego odsunąć…

Co za różnica?, pomyślał ze złością. Wkrótce się złamie. Czemu w pierwszej kolejności przejmował się tym, co o nim myśli?

– Lepor lepos! – burknął hasło, gdy dotarł do wejścia do pokoju wspólnego.

Wszedł do środka i trochę uspokoił nerwy wszechobecną zielenią. W kominku płonął ogień, więc rozejrzał się po wygodnych, czarnych kanapach. Podszedł do tej, gdzie wcześniej rzucił swoją szkolną torbę i z zadowoleniem odnotował, że nikt się na nią w międzyczasie nie połasił. Rozsiadł się wygodniej z zamiarem wyciągnięcia podręczników, ale wtem ktoś mu przeszkodził.

– Riddle.

Spojrzawszy w górę, zobaczył Ledo Avery'ego i Abraxasa Malfoya, patrzących nań oczekująco – obaj mieli nadzieję, że pozwoli im obok siebie usiąść. Skinął im kurtuazyjnie głową, więc zajęli miejsca, zachowując jednak pełen szacunku dystans.

– Czego chcecie? – zapytał niecierpliwie.

– Mam to, o co prosiłeś – odpowiedział Malfoy i wyciągnął ze swojej eleganckiej i z pewnością drogiej torby średniej wielkości paczuszkę. Wyciągnął rękę, a Tom odebrał przesyłkę. Nie kłopotał się podziękowaniami.

– To wszystko?

Avery potrząsnął głową.

– Znasz Patrica Lynnsa? Siódmorocznego z Ravenclawu?

Riddle przytaknął.

– Co z nim?

– Cóż, zarywa do tej samej dziewczyny, co ja… – wydukał z zakłopotaniem Ledo.

– Czego ode mnie oczekujesz? – zapytał, zirytowany.

Avery nieco się odsunął.

– Niczego. Zastanawiałem się tylko, czy mogę go przekląć.

Riddle uniósł brew.

– Czyli chciałbyś go nastraszyć – podsumował z beznamiętną miną. Avery zbladł pod jego badawczym spojrzeniem, co połechtało mu ego. Przez chwilę się nie odzywał, a potem, zaspokoiwszy potrzebę władzy, dodał: – Nie widzę przeciwwskazań, ale żadną wymyślną klątwą. Nie zostawiaj po sobie dowodów. Dumbledore i bez tego jest podejrzliwy.

Ślizgon natychmiast pokiwał głową.

– Tak, oczywiście. Dziękuję.

Riddle skupił się na paczce, którą otrzymał i machnął lekceważąco ręką, aby chłopcy odeszli. Nikt nie wydawał się interesować tym, co robi, więc otworzył przesyłkę. Jego oczom ukazała się starożytna księga w brązowej skórzanej oprawie. Z czułością przesunął po niej dłonią. Nie miała tytułu, ale go nie potrzebowała. Był to stary manuskrypt o magii w najczystszej postaci. Został napisany na długo przed tym, zanim został wprowadzony podział na białą i czarną magię. Mógł niemal poczuć, jak potęga pulsuje mu w dłoniach. Miał nadzieję, że ta księga dostarczy mu potrzebnych informacji na temat rytuału, którym się interesował. Zasadniczo wiedział wszystko, co powinien, ale nie zaszkodzi zweryfikować wiedzy i upewnić się co do szczegółów. W końcu tworzenie horkruksów było niebezpieczne i obarczone ryzykiem niepowodzenia. Jeżeli popełni nawet najmniejszy błąd, może stracić życie. Oczywiście, ofiara jest konieczna, ale zamierzał dołożyć wszelkich starań, by samemu się nią nie stać.

Sięgnął po szkolną torbę. Nie zamierzał teraz zagłębiać się w lekturze. Nie podjąłby podobnego ryzyka, będąc w pokoju wspólnym, bowiem księga mogła zostać odpowiednio zabezpieczona. Zanim zdecyduje się na czytanie, powinien zbadać tomiszcze. Najlepszym miejscem do studiowania jest Pokój Życzeń. Tam nikt nie będzie mu przeszkadzał.

Gdy zajrzał do torby, w oczy rzuciła mu się wypożyczona z biblioteki książka pod tytułem „Najczarniejsze zakamarki magii". W momencie ogarnęło go nostalgiczne uczucie. To właśnie z tej lektury dowiedział się o istnieniu horkruksów. Wtedy nie miała dla niego większego znaczenia, bowiem jedynie wspominała o terminie i potraktowała go po macoszemu. Niemniej jednak rozbudziła jego ciekawość i wskazała właściwy kierunek. Nim się obejrzał, stworzenie hokruksa okazało się dlań prawdziwym wybawieniem. Nie zamierzał wiecznie być bezradnym, słabym chłopcem, którego reprezentowała blizna na lewym przedramieniu.

A teraz, po prawie dwóch latach, zebrał wystarczająco dużo informacji, żeby w końcu przejść do konkretów. Zajdzie naprawdę daleko, o wiele dalej, aniżeli wszyscy inni.


– Nie zapomnieliście naszego planu, prawda? – zapytała ponownie Hermiona.

– Mamy wszystko pod kontrolą – odpowiedział za przyjaciół Weasley.

Nadal siedzieli na kanapie w pokoju wspólnym, odgrodzeni od reszty uczniów sprytnym zaklęciem wyciszającym.

– Jesteś pewna, że wystarczy trochę opóźnić Slughorna? – zapytał z powątpiewaniem Longbottom. Był wyraźnie rozczarowany. – Na pewno nie chcesz, żebyśmy przeklęli Riddle'a?

Hermiona się uśmiechnęła. Wiedziała, że Mark od razu wziąłby się do pracy, ale atakowanie winowajcy mogłoby doprowadzić tylko i wyłącznie do większych problemów.

– Spokojnie. Sama się nim zajmę.

– Co zamierzasz zrobić? – Weasley pochylił się doń konspiracyjnie.

– Zobaczysz – odpowiedziała wymijająco. – Obrócę tę plotkę na swoją korzyść.

Gdy zdjęła zaklęcie, spędziła z kolegami trochę czasu. We czwórkę śmiali się, rozmawiali i grali w czarodziejskie szachy. Naprawdę miło spędzili czas, chociaż ignorowała kłujący ból w klatce piersiowej, który przypominał jej o utraconych przyjaciołach.

Była prawie pierwsza w nocy, kiedy Longbottom się przeciągnął i oświadczył, że idzie spać. Weasley, który na wpół leżał na kanapie, z chęcią do niego dołączył. Hermiona również wstała z zamiarem położenia się do łóżka, ale właśnie wtedy Lupin złapał ją za ramię. Rzuciła mu zdziwione spojrzenie, ale postanowiła zostać, gdy zobaczyła, że miał zdeterminowaną minę. Z powrotem usiadła.

– Co się stało, Amarysie? – zapytała ze zmartwieniem.

– W pełni rozumiem, że chcesz się zemścić na Riddle'u, ale…

– Tak?

– Jesteś tutaj nowa, Hermiono. Zapewne tego nie wiesz, ale wokół Riddle'a i jego małej grupy ze Slytherinu dzieją się paskudne rzeczy – wytłumaczył.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– To nic pewnego, zawsze brak dowodów. W zeszłym roku doszło do wypadku, a kilku uczniów zostało spetryfikowanych. Nauczyciele potrzebowali aż dwóch miesięcy, żeby przywrócić im przytomność. Cała sprawa doprowadziła do śmierci jednego ucznia. To było naprawdę straszne.

– Myślisz, że Riddle jest odpowiedzialny? – zapytała, chociaż dobrze znała odpowiedź.

– Ciężko stwierdzić, ale Dumbledore był bardzo podejrzliwy. – Lupin westchnął. – Podobnych historii jest znacznie więcej, aczkolwiek ta była najgorsza. Na przykład dwa lata temu w Hufflepuffie uczyła się dziewczyna, Elisabeth Bingle. Była bardzo zauroczona Riddle'em. Zawsze czekała na niego po lekcjach i nie odstępowała go na krok. On nigdy nie odwzajemnił jej uczucia i wyglądał na poirytowanego tym nachalnym zachowaniem. Wszystko skończyło się, kiedy Elisabeth nagle zniknęła.

– Zniknęła? – Hermiona była szczerze zaskoczona. Nigdy wcześniej nie słyszała tej historii, nawet w swoich czasach.

– Nauczyciele powiedzieli, że przeniosła się do Beauxbaton, ale to po prostu nijak pasowało do schematu – wytłumaczył. – Nie wiem, czy to sprawka Riddle'a, czy nie, ale chciałem cię ostrzec. Uważaj na niego. To niebezpieczny człowiek.

DeCerto spojrzała na Lupina. Miał poważną minę i szczerze się o nią martwił, za co była mu naprawdę wdzięczna. Dobrze wiedzieć, że w Hogwarcie są ludzie, którym zależy na jej dobru. Miał całkowitą rację, pomyślała.

– Dziękuję za troskę. Będę bardzo ostrożna – powiedziała, próbując uspokoić przyjaciela.


* W przekładzie zawarto zmodyfikowane na potrzeby opowiadania fragmenty książki „Harry Potter i Książę Półkrwi" autorstwa J.K. Rowling, w tłumaczeniu Andrzeja Polkowskiego.