10. DAWNO, DAWNO TEMU BRACIA PEVERELL NAPISALI KSIĄŻKĘ


Następnego ranka obudziła się bardzo wcześnie. Szybkie spojrzenie na koleżanki podpowiedziało jej, że wciąż smacznie spały. Przewróciła się na bok i jęknęła. Każdy mięsień krzyczał z bólu, jakby wczoraj przebiegła prawdziwy maraton. Wiedziała, że to konsekwencje Cruciatusa i mimowolnie zadrżała, przypomniawszy sobie agonię, którą przeżyła.

Miała naprawdę ogromne szczęście. To, że uciekła Riddle'owi, było czystym przypadkiem. Była przekonana, że gdyby chłopak, który ją przytrzymywał, nie wyciągnął różdżki, zostałaby zabita. Nie sposób zaprzeczyć, że mimo młodego wieku, był mordercą – w międzyczasie pozbył się własnego ojca, mugolskich dziadków i Jęczącej Marty. Czym była więc jedna dodatkowa martwa dziewczyna? Miała naprawdę wiele szczęścia, że zdołała mu zbiec. Gdyby mierzyła się z dorosłym Lordem Voldemortem, nie miałaby najmniejszych szans.

Sytuacja w Hogwarcie się zaostrzyła, zaś Riddle zobaczył w niej wroga. Aż do wczoraj nie zaatakował jej fizycznie. Owszem, posuwał się do gróźb, zastraszania i wykorzystywania swojej przewagi w postaci popularności, ale wczoraj przekroczył granicę i posłużył się niewybaczalnym.

Przewróciła się na drugi boczek, gdyż nie potrafiła znaleźć sobie wygodnej pozycji.

Przybyła do Hogwartu, żeby znaleźć drogę powrotną do swoich czasów, a nie żeby znów mierzyć się z Tomem Riddle'em. Chłopak nabrał podejrzeń i z pewnością zamierzał dokończyć swego dzieła. Znalazła się w cholernie trudnej sytuacji. Musiała pozostać w zamku przez wzgląd na Czarną Różdżkę, ale jednocześnie wolałaby być gdzieś zupełnie indziej.

Jak żyć…?

Westchnęła i wstała pomimo protestów obolałego ciała. Organizm podpowiadał jej, że powinna natychmiastowo wrócić do cieplutkiego łóżka i przespać minimum tydzień, aby zregenerować siły. Zignorowawszy potrzebę, podreptała do łazienki.

Może gorący prysznic dobrze mi zrobi, pomyślała, a następnie rozebrała się i wskoczyła do kabiny. Odkręciła kurek z ciepłą wodą i stanęła pod strumieniem.

Zamknęła oczy i pozwoliła sobie na chwilę odprężenia, po której zabrała się za opatrywanie ran. Nie mogąc nic poradzić na konsekwencje Cruciatusa, postanowiła zadbać o złamanie i pomniejsze skaleczenia.

Wyszła z łazienki mniej więcej dwadzieścia minut później, w pełni ubrana i z ciasno zabandażowanym nadgarstkiem.

– Dzień dobry, Hermiono. – Rose ziewnęła, spuszczając stopy na podłogę. – Wcześnie dziś wstałaś.

– Ano, nie mogłam dłużej spać – odpowiedziała z grzecznością, aczkolwiek wciąż chłodnym tonem. Nie zapomniała, w jaki sposób była traktowana przez ostatnich kilka tygodni. – Zejdę na śniadanie – dodała, widząc, że pozostałe dziewczęta również powoli wstają z łóżek.

– Jasne, leć – wymamrotała Lucia, jeszcze trochę zaspana.

DeCerto wyszła z pokoju wspólnego Gryffindoru i skierowała się do Wielkiej Sali. Idąc, wyciągnęła różdżkę, którą wczoraj ukradła i dokładnie ją obejrzała. Miała większą średnicę, niż ta, którą straciła, ale była podobnej długości. Drewno miało beżowy odcień, więc może została wykonana z brzozy…? Co z rdzeniem…?

Zacisnęła palce na uchwycie i się skoncentrowała. Zadziałało, chociaż poczuła się dziwnie, napotkawszy opór. Na szczęście nie był wystarczający, aby uniemożliwić jej czarowanie, ale sprawiał, że rzucanie zaklęć przestało być przyjemnym doświadczeniem. Mimo że wciąż pożyteczna, różdżka nie rekompensowała utraconej. Zacisnąwszy w dezaprobacie usta, przeklęła pod nosem Riddle'a.

Nie mając innego wyjścia, była skazana na korzystanie ze zdobycznej. W głębi duszy jednak pragnęła odzyskać własną, która nie tylko dobrze się spisywała, ale również była ostatnim ogniwem łączącym ją z przyszłością.

Westchnęła i schowała różdżkę do kabury, akurat dochodząc do drzwi prowadzących do Wielkiej Sali. Zawahała się, zanim weszła na śniadanie. Riddle najprawdopodobniej siedział już przy stole i oczekiwał jej przybycia. Nie chciała go więcej widzieć, ale w głębi duszy wiedziała, że to marzenie jest daremne.

Zmierzwiła dłonią włosy. Gdyby postanowiła zastosować unik albo ignorancję, obnażyłaby swą słabość oraz pokazała, że jest zestresowana atakiem, co tylko sprowokowałoby kolejny. Musiała wyglądać na silną i niepokonaną, nawet jeżeli strasznie się bała. Zebrawszy więc ostatki gryfońskiej odwagi, weszła do Wielkiej Sali. Zaczarowany sufit przedstawiał jasne, czyste niebo i spowijał salę zachęcającym światłem, ale panująca tu atmosfera była równie zdradliwa, co grudniowa pogoda.

Idąc do stołu Gryffindoru, dojrzała pałaszujących śniadanie chłopców. Longbottom doń pomachał, więc podeszła bliżej. W drodze mimowolnie zerknęła na ślizgonów. Nim minęło kilka sekund, odnalazła wzrokiem diabła, którego szukała.

Riddle zachowywał się równie nonszalancko, co zwykle – w jednej dłoni trzymał parującą filiżankę kawy, a w drugiej Proroka Codziennego. Gdy Hermiona go prześwietlała, podniósł głowę i skrzyżował z nią spojrzenie. Mimo że nawet nie mrugnął, wiedziała, że był wściekły. W pewnym momencie wydawało jej się, że sięga ku różdżce, więc zrobiła coś nieoczywistego, co wytrąciło go z równowagi – uśmiechnęła się doń szeroko. Zastygł w zupełnym bezruchu i zmrużył w odpowiedzi oczy, więc posunęła się o krok dalej, a mianowicie pomachała mu ręką. Riddle zacisnął z gniewu szczękę i Hermina nabrała przekonania, że jedyne, co powstrzymuje go przed miotnięciem w nią zaklęciem, byli jedzący śniadanie uczniowie. Zadowolona, zerwała kontakt wzrokowy i podeszła do kolegów z Gryffindoru.

Wiedziała, że najprawdopodobniej wykopała sobie grób, ale nie przypuszczała, że wymodzi coś znacznie gorszego. Skoro i tak znalazła się w cholernie skomplikowanej sytuacji bez wyjścia, mogła wyciągnąć z niej tyle radości, ile to możliwe.

Jakim cudem uciekła…? Wpadła w zasadzkę, została oszołomiona i osaczona, była torturowana i nieuzbrojona, a mimo to nawiała.


Riddle zacisnął dłoń na różdżce DeCerto. Siedział na jednej ze skórzanych kanap w pokoju wspólnym Slytherinu i był, łagodnie rzecz ujmując, w złym nastroju. Jego magia trzeszczała w powietrzu, przez co inni trzymali odpowiedni dystans. Wiedzieli, że jeżeli jest rozgniewany, nie należy z nim rozmawiać.

Obrócił oręż w dłoniach. Co interesujące, nie stawiał mu większego oporu i czuł się z nim dziwnie komfortowo. Miał gładką, wypolerowaną strukturę i najwyraźniej był dobrze pielęgnowany.

Jedyne, w czym wczoraj odniósł sukces, to rozbrojenie dziewczyny i skonfiskowanie jej różdżki. Zaplanował to inaczej, a wyszło naprawdę fatalnie. Chciał wyciągnąć z niej informacje, pragnął, żeby się poddała. Wiedział, że DeCerto jest przeciwnikiem, którego nie należy lekceważyć, więc spodziewał się większego oporu, niż zazwyczaj. Zniosła cholernie długiego Cruciatusa, a ta klątwa nie bez powodu nazywana jest „niewybaczalną". W przeciwieństwie do Imperiusa była niemożliwa do zatrzymania, zaś ból, który zadawała, nie przypominał żadnego innego; stosowana przez dłuższy czas, doprowadzała do szaleństwa. Cruciatus miał na celu sprawienie bólu i zmuszenie ofiarę do wyjawienia najpilniej strzeżonych sekretów.

Znów się rozczarował. DeCerto, zamiast błagać o litość, zniosła i zaakceptowała ten ból. Gdy cisnął w nią drugim zaklęciem, zobaczył w jej oczach strach, ale również determinację, niezłomną wolę oraz…

Zacisnąwszy zęby, ponownie spojrzał na różdżkę.

Obrzydzenie…?

Wziął głęboki, uspokajający wdech.

Wczorajszy wysiłek spełzł na niczym. DeCerto nie złamała się i trzymała buzię na kłódkę. Wciąż go antagonizowała.

Z początku była tylko wrzodem na dupie, ale teraz stała się prawdziwym problemem. Wiedziała o nim rzeczy, których nie powinna. Gdzie usłyszała o Voldemorcie…?

Za każdym razem, gdy krzyżował wzrok z DeCerto, odnosił nieprzyjemne wrażenie, że była świadoma zbyt wielu rzeczy. Jakim cudem? Uciekła do Anglii zaledwie kilka tygodni przed rozpoczęciem roku szkolnego, więc nie zdążyłaby rozeznać się w sytuacji, pomijając fakt, że nigdy wcześniej się nie spotkali. Może zbyt wyolbrzymia sytuację i dopisuje jej wiedzę, której w rzeczywistości nie posiada? Uwierzyłby w to, gdyby nie łzawe przeprosiny podczas lekcji eliksirów. DeCerto opowiedziała wówczas historię o swoim przyjacielu i zawarła w niej kilka naprawdę interesujących faktów. Z początku myślał, że zmyśliła tę bajkę na potrzeby przedstawienia, ale potem zrozumiał, że jest w tym coś znacznie więcej. Zmyślony narzeczony zamordował swojego ojca. Niebywałe, co za zbieg okoliczności.

Jak dużo wiedziała…?

Z roztargnieniem obrócił ciemną różdżkę w dłoni. Wciąż była z nim kompatybilna.

Najbardziej zszokowało go jednak to, że DeCerto przełamała osłony oklumencyjne, które został zmuszony wznieść. Oczywiście, wiedział, że nie jest mistrzem oklumencji, a przynajmniej jeszcze trochę mu do tego brakuje, ale zupełnie się nie spodziewał, że dziewczyna również miała doświadczenie. Gdy się przebiła, miała możliwość spenetrowania mu umysłu, ale się wstrzymała. Chociaż zdołał zachować resztki godności i prywatności, wciąż nie był zadowolony. DeCerto miała przez moment nad nim przewagę, władzę i pełne pole do popisu. To był w zasadzie powód, dla którego postanowił się nań zasadzić.

Zirytowany, rzucił ostatnie spojrzenie zdobycznej różdżce, po czym schował ją do kieszeni szaty i wstał z kanapy.

Mniej więcej dziesięć minut później dotarł do Wielkiej Sali i zajął swoje tradycyjne miejsce.. Szybki rzut oka na stół Gryffindoru podpowiedział mu, że DeCerto jeszcze nie zeszła na śniadanie. Zgodnie ze zwyczajem nalał sobie filiżankę kawy i zaczął przeglądać Proroka Codziennego. Nim minęło kilka minut, wyczuł na sobie czyjeś intensywne spojrzenie. Uniósł wzrok znad gazety i natychmiast zlokalizował źródło swego niepokoju. Automatycznie zmrużył oczy. DeCerto nie sprawiała wrażenia przestraszonej, co tylko go rozwścieczyło. Jakim, kurwa, cudem? W nocy trzymał ją pod Cruciatusem, jedną z najgorszych czarodziejskich klątw, a mimo to odważyła się iść z wysoko uniesioną głową i wyglądać, jakby normalnie poszła spać. Chociaż starał się kontrolować emocje, jego magia chciała znaleźć ujście. W momencie zapragnął udusić tę dziewczynę i, zanim się zorientował, sięgnął po różdżkę.

Kiedy zacisnął dłoń na uchwycie, DeCerto się doń uśmiechnęła – nie triumfalnie czy zwycięsko, a obrzydliwie słodko i po przyjacielsku. Zdecydowanie wolałby zobaczyć szatański uśmieszek. Jego krew zawrzała i z ledwością się powstrzymał przed skoczeniem do ataku. Na domiar złego, dziewczyna doń pomachała. Oczywiście, z pełną świadomością, że wbije mu dodatkową szpilę.

Jawnie z niego kpiła! Miał związane ręce i nijak mógł jej odpłacić. Z niemocy zacisnął dłonie w pięści. Właśnie wtedy DeCerto odwróciła się z powrotem do stołu Gryffindoru, wyraźnie usatysfakcjonowana.

Jasna cholera!


– Wyglądasz okropnie!

Hermiona uniosła brwi.

– Och, dziękuję – odparsknęła Weasleyowi i usiadła obok niego. – Teraz czuję się zdecydowanie lepiej!

Sięgnęła po dzbanek z gorącą herbatą, starannie unikając patrzenia na talerz pełen pieczonych ziemniaków. Wciąż czuła mdłości i nie sądziła, aby jedzenie było dobrym pomysłem.

– Co się stało? – zapytał Lupin, wcinając kanapkę z bekonem. – Źle spałaś?

Westchnęła i przemieszała herbatę.

– Można tak powiedzieć.

– Wyluzuj, Hermiono. Powinnaś dać sobie na wstrzymanie – dodał Mark, który w zastraszającym tempie pochłaniał kiełbaski z ćwiartkami ziemniaków. – Od jutra mamy wolne. Żadnej pracy domowej przez następne trzy tygodnie!

– Mhm…

Longbottom miał rację – jutro zaczynała się przerwa świąteczna. Dziś miała ostatnią okazję, żeby włamać się do gabinetu Albusa Dumbledore'a i dokonać przeszukania, bowiem w zeszłym tygodniu zgłosiła, że nie zostanie w szkole na święta. Z kilku powodów podjęła właściwą decyzję, ale zaważyła głównie kwestia towarzystwa. To oczywiste, że mając do wyboru wyłącznie sierociniec, Riddle zdecyduje się na Hogwart, a przecież nie chciała spędzać z nim więcej czasu, aniżeli to konieczne. Unikanie go przez trzy tygodnie graniczyło z cudem, a więc zostanie w zamku byłoby samobójstwem.

– Nie powiedziałaś nam, co planujesz, Mionka! – Weasley wrócił ją do rzeczywistości.

– No właśnie – dodał Longbottom, ale prawie zakrztusił się przełykanym kęsem.

– Och, pojadę odwiedzić przyjaciół – odpowiedziała powoli.

Szczerze mówiąc, nie wiedziała, co będzie robić podczas przerwy świątecznej. Zdecydowanie potrzebowała zachować od Riddle'a dystans, więc zaplanowała jedynie pierwszy krok. Życie w niewłaściwym czasie i w towarzystwie nieznanych ludzi oraz nieustanne granie roli powoli zaczynało jej doskwierać.

Mimo planu przeszukania gabinetu Dumbledore'a znalazła się w ślepym zaułku. Wciąż nie wiedziała, w jaki sposób powinna przenieść się w przyszłość. Kłopotliwy problem stanowiła też tkwiąca w niej magia Czarnej Różdżki. Naturalnie, wymagała gruntownego przebadania, a trzy spędzone w samotności tygodnie idealnie się do tego nadadzą.

Chciała uporządkować myśli, z daleka od presji nieświadomie wywieranej przez uczniów i nauczycieli, z daleka od martwienia się niecnymi planami Riddle'a i utrzymywania pozorów.

– Masz znajomych w Anglii? – Lupin uniósł brwi.

– Właściwie to znajomi moich rodziców – odpowiedziała, zdusiwszy w sobie nieprzyjemne uczucie, które zawsze towarzyszyło jej przy okłamywaniu kolegów. – Zatrzymam się u nich na święta.

Hermiona obserwowała codzienną rutynę Dumbledore'a od dłuższego czasu i wyciągnęła jeden zasadniczy wniosek – był chaotycznym i zupełnie niezorganizowanym, starszym człowiekiem. Czasami siedział w biurze do późnych godzin wieczornych, ale nie wiedziała, co wówczas robił – możliwe, że pracował nad jakimś skomplikowanym zaklęciem. W inne dni wychodził naprawdę wcześnie i to były najgorsze momenty, bowiem gdy postanowiła spróbować szczęścia, została prawie przyłapana na gorącym uczynku. Opuścił gabinet około godziny dziewiątej, ale postanowiła poczekać jeszcze dwie godziny, ot tak na wszelki wypadek. Gdy Hermiona wyskoczyła z kryjówki, Dumbledore wyszedł zza rogu i pomaszerował wprost do swojego gabinetu. Nie zauważył jej tylko dlatego, że był głęboko pogrążony w myślach. Całkiem prawdopodobne, że wpadł na jakiś pomysł i musiał go natychmiast przebadać. Kiedy tamtego dnia próbowała zasnąć, miała głową pełną pomysłów. Chociaż mogła zrozumieć zachowanie profesora, czuła się sfrustrowana do granic możliwości.

To ostatnia okazja. W najgorszym wypadku wszystko to okaże się stratą czasu i nie zdobędzie żadnych informacji dotyczących Insygniów Śmierci. Właśnie dlatego czaiła się teraz na korytarzu tuż obok gabinetu Albusa Dumbledore'a. Była zdecydowana dokonać dziś infiltracji, nawet jeżeli będzie musiała czekać do czwartej nad ranem.

Hermiona oparła się plecami o zimną, kamienną ścianę i stłumiła ziewnięcie. Bolały ją nogi i zaczynała odczuwać zmęczenie. Sprawdziła zegarek. 20:34. Cóż, najwyraźniej ma przed sobą naprawdę długą noc. Po następnych pięciu minutach nicnierobienia zsunęła się na podłogę i podciągnęła kolana pod brodę. Usadowiła się tuż koło ogromnej zbroi, żeby uniknąć przyłapania, gdy profesor będzie wychodził z gabinetu.

O ile wyjdzie, dodała z goryczą.

Z nudy wyrwały ją zbliżające się kroki. Natychmiast uniosła głowę i ostrożnie pochyliła się do przodu, aby wyjrzeć zza zbroi. Ktoś szedł korytarzem, ale było zbyt ciemno, żeby zrobić rozeznanie. Może to inny uczeń, pomyślała, zmarszczywszy brwi. Dopiero gdy nieznajomy podszedł bliżej, Hermiona rozpoznała w nim Toma Riddle'a. Wstrzymała oddech.

W pewnym momencie zwolnił kroku, a Hermionie pot zrosił czoło. Ku jej ogromnej uldze, chłopak nawet nań nie spojrzał, tylko stanął tuż przed starymi, drewnianymi drzwiami, prowadzącymi do gabinetu. Nie widziała wyrazu jego twarzy, ale wyprostowane plecy zdradzały, że jest spięty. Czego chce od Dumbledore'a, skoro daleko im do przyjaźni?

Riddle zrobił krok naprzód, ale nie zapukał w drzwi. Mimowolnie się zastanowiła, na co czekał, ale właśnie wtedy pomyślała o czymś szalonym. Cokolwiek mieli do omówienia w cztery oczy, warto byłoby posłuchać. Sięgnęła więc do kieszeni i wyciągnęła stare pióro. Mutatio arachne!, pomyślała, przywołując swą magię i ze spokojem obserwowała, jak przyrząd przemienia się w małego, czarnego pająka, a potem rzuciła następne zaklęcie, troszkę bardziej skomplikowane. Ukierunkowała swoją magię różdżką, dotykając zamkniętych oczu i uszu, a następnie wycelowała w pajączka. Esto Oculus! Esto Auricula!

Szczęśliwie, nie straciła za dużo czasu. Wypuściła pajęczaka, a ten popędził w kierunku miejsca, gdzie stał Riddle, wciąż twarzą do drzwi. Wtem wziął głęboki, uspokajający oddech i, nagle zdeterminowany, podniósł rękę, aby zapukać.

– Proszę! – zawołał ze środka profesor.

Ślizgon otworzył drzwi i wszedł do gabinetu. Hermiona z zadowoleniem odnotowała, że szpieg również się prześlizgnął. Gdy wrota zostały zamknięte, wycelowała różdżką i rzuciła kolejne zaklęcie.

Infit – mruknęła pod nosem, czym aktywowała innego rodzaju czar. Zamknąwszy oczy, była w stanie widzieć i słyszeć wszystko pajęczymi zmysłami. Już nieraz posługiwała się tym urokiem szpiegowskim, jak go lubił nazywać Ron.

Z rozbawieniem zauważyła, że w gabinecie Dumbledore'a wciąż panował bałagan. Bliżej niezidentyfikowane srebrne przyrządy nadal leżały porozrzucane w zupełnie losowych miejscach, aczkolwiek z perspektywy niepozornego stawonoga wydawały się ogromne. Aby mieć lepszy widok, skierowała pająka w stronę antycznie wyglądającej szafki i kazała mu się nań wspiąć.

Profesor siedział za biurkiem, mając przed sobą kilka otwartych ksiąg i w połowie bądź całościowo zapisanych kartek pergaminu oraz przenikliwym wzrokiem patrzył na stojącego przed nim nastolatka.

– Usiądź, Tom – powiedział, wskazawszy krzesło naprzeciwko. Riddle zajął miejsce bez słowa, po czym się wyprostował i wbił w nauczyciela beznamiętne spojrzenie. – Czy wiesz, dlaczego tutaj jesteś? – W głosie Dumbledore'a słychać było stalową nutę.

– Tak, proszę pana – odpowiedział równie chłodno ślizgon. – Karze mnie pan za przewinienia, do których nigdy się nie posunąłem.

– Obaj wiemy, że ponosisz odpowiedzialność za tamte wydarzenia. – Spojrzenie profesora stwardniało.

– Nie ma pan żadnych dowodów. – Riddle, choć nawet nie drgnął, dał się ponieść złości.

– Rozumiem powody twojej buty, ale byłoby lepiej, gdybyś przestał zaprzeczać i opóźniać nieuniknione. – Dumbledore odchylił się na krześle. – Skończ utrudniać mi zadanie, Tom. Wyjdziesz stąd, dopiero kiedy oddasz swoją różdżkę.

– Nie ma pan prawa mnie odsyłać. To przerwa świąteczna, a nie wakacyjna.

Nauczyciel uniósł brwi.

– Już to przerabialiśmy, chłopcze. Zawsze masz wybór – albo oddasz różdżkę i wyjedziesz ze szkoły na czas świąt, albo dopilnuję, żebyś został wydalony w trybie natychmiastowym – powiedział tonem, którego Hermiona nigdy wcześniej nie słyszała. – To twoja decyzja, Tom.

Riddle zacisnął usta, zmarszczył gniewnie brwi, a w jego szarych oczach tliła się nieskrywana nienawiść. Dumbledore z kolei ograniczył się do wyczekującego spojrzenia, pozornie niewzruszony wściekłością ucznia.

Chłopak wstał i przez dłuższą chwilę żaden z czarodziejów się nie odzywał. Ślizgon miał zacięty wyraz twarzy, był wyraźnie wzburzony i z trudem się powstrzymywał od wybuchu, a w przeciwieństwie do niego Dumbledore sprawiał wrażenie spokojnego, ale i zaciekawionego rozwojem sytuacji.

Riddle sięgnął do kieszeni swojej szaty i wyciągnął różdżkę. Tak mocno zaciskał dłoń na uchwycie, że aż pobielały mu kłykcie. Następnie bardzo powoli położył ją na biurku, cały czas bacznie obserwowany przez nauczyciela. Wykonawszy zadanie, cofnął się o kilka kroków, zapatrzony w białą różdżkę.

– Zgłoś się do mnie, gdy wrócisz do szkoły po przerwie świątecznej, Tom – podsumował sucho profesor.

Riddle ponownie skupił się na Dumbledorze. Chociaż aż promieniał tłumioną wściekłością, nie odezwał się ani słowem. Zamaszystym ruchem obrócił się na pięcie i, darując sobie zbędny komentarz, w kilku krokach podszedł do drzwi. Chwilę później wyszedł z gabinetu.

Hermiona musiała się mocno skoncentrować, aby wrócić na moment do swojej własnej wizji. Gdy upewniła się, że Riddle odszedł, z powrotem powróciła do pajęczych zmysłów. Dumbledore wciąż siedział za biurkiem, ale tym razem z białą różdżką w ręce. Wyglądał na bardzo zasmuconego. Nim minęła minuta, wstał od stołu i podszedł do jednej z szafek. Otworzył szufladę, schował doń skonfiskowany oręż i zabezpieczył skrytkę zaklęciem, którego dziewczyna nie rozpoznała. Potem, jak gdyby nigdy nic, wrócił do studiowania ksiąg.

Hermiona postanowiła opuścić gabinet. Nakazała pajączkowi wejść pod biblioteczkę, a następnie wróciła myślami do własnego ciała. Gdy otworzyła oczy, wciąż siedziała skulona na szkolnym korytarzu. Wyciągnęła różdżkę, wycelowała w drzwi biura i zakończyła zaklęcie szpiegowskie. Zamiast zwyczajnego stawonoga, profesor może znajdzie kiedyś stare, podniszczone pióro. Po wszystkim oparła się plecami o ścianę i pogrążyła w zamyśleniu.

O co chodziło…?

Dumbledore właśnie skonfiskował Riddle'owi różdżkę. Co powiedział chłopak? „Nie ma pan prawa mnie odsyłać" – tam, czyli najprawdopodobniej do sierocińca, w którym się wychował. DeCerto była zdumiona, ponieważ wcześniej żywiła przekonanie, że ślizgon musiał wracać do domu dziecka wyłącznie podczas wakacji, a przynajmniej wedle informacji, którymi podzielił się z nią Harry.

To oczywiste, że ślizgon nienawidził sierocińca. Nie dość, że nie przywodził na myśl przyjemnych wspomnień, to jeszcze był mugolskim ośrodkiem. Voldemort nie trawił niemagicznych, więc Tom Riddle również za nimi nie przepadał.

Bydlak!

Z drugiej strony przymusowy wyjazd na święta do sierocińca wyglądał na karę, z którą wiązało się również oddanie różdżki do depozytu. Oznaczało to, że Dumbledore jest naprawdę głęboko przekonany o winie Riddle'a i wiedział, że gdyby chłopak naprawdę był niesłusznie oskarżony, nigdy nie zgodziłby się na zawarcie układu.

O jakich grzechach mowa…?

W groźbie zawarta była także kwestia wydalenia ze szkoły. Skoro Dumbledore był pewien, dlaczego wstrzymywał się z wydaleniem? Tom Riddle był najprawdziwszym draniem i nie zasługiwał na ukończenie Hogwartu. Czemu profesor się wahał? Może nie miał wystarczająco kompromitujących dowodów? Może łudził się, że jeszcze nie wszystko stracone i w ostatecznym rozrachunku uratuje duszę zbłądzonego ucznia? Jeżeli rzeczywiście liczy na światełko w tunelu, gorzko się rozczaruje, pomyślała ze smutkiem. Tom Riddle jest już stracony.

W ten sposób minęły trzy godziny, a Hermiona wciąż siedziała w tym samym miejscu, co wcześniej, pogrążona w myślach. Zastanawiała się nad możliwymi wyjaśnieniami zachowania nauczyciela i najróżniejszymi scenariuszami, dlaczego i jakim cudem Dumbledore zmusił Riddle'a do dobrowolnego poddania się karze. W miarę upływu czasu i podjętego wysiłku do głowy przychodziły jej coraz to mniej prawdopodobne pomysły. Została uwolniona od bezproduktywnych rozmyślań dopiero przez samego profesora, który wreszcie postanowił opuścić swój gabinet.

Hermiona postanowiła odczekać jeszcze godzinę, zanim wcieliła swój plan w życie. Wstała z podłogi i podeszła do drzwi. Zanim dobrała się do zamka, odwróciła się w stronę korytarza, wycelował weń różdżką i wymamrotała zaklęcie.

Incipio!

Aktywowała osłony, które wcześniej przygotowała. Dzięki temu zostanie wcześniej ostrzeżona, gdy ktoś niepowołany pojawi się na horyzoncie. Oczywiście, całe to przedsięwzięcie nadal było bardzo ryzykowne. Dumbledore był wyjątkowo uzdolnionym czarodziejem i całkiem prawdopodobne, że w pewnym momencie wykryje naruszenie własnych zabezpieczeń. Szczerze mówiąc, dziewczyna była naprawdę zaskoczona, że nie zauważył przetransmutowanego pająka szpiegowskiego.

Musiała się sprężyć i dokończyć pracę. Wycelowawszy w drzwi, przywołała swą magię i wybadała grunt. Gabinet był chroniony prostymi zaklęciami, z którymi miała wcześniej do czynienia. Dumbledore zapewne nie spodziewał się, że ktoś postanowi pobawić się we włamywacza, co tylko potwierdzało, że jest cholernie ufnym człowiekiem. Niestety, ale dziś się przejedzie na swojej wierze w ludzi. Hermiona zacisnęła usta i spróbowała złamać zabezpieczenia. Chwilkę się pomęczyła, a potem poczuła oczekiwaną zmianę w przepływie magii. Osiągnęła sukces.

Sięgnęła do klamki i otworzyła drzwi. Szybciutko weszła do środka i natychmiast zatarła wszelkie ślady włamania. W gabinecie po raz kolejny uderzyła w nią wszechobecna, domowa atmosfera, ale tym razem nie znalazła w niej ukojenia. Zamiast odetchnąć pełną piersią, była zaniepokojona możliwością przyłapania.

Zapaliła końcówkę różdżki i podeszła do sekretarzyka, które blat wciąż w dużej mierze zakrywały księgi. Podniosłą jedną z nich i przeczytała tytuł. „Magiczne artefakty i sposoby ich tworzenia". Zaciekawiona, sięgnęła po inne lektury. „Magia przedmiotów nieożywionych. Magiczny transfer". Jej serce mola książkowego podskoczyło radośnie, ale stłumiła chęci zagłębienia się w tekstach. Z żalem odłożyła tomiszcze z powrotem na stół i wróciła do przeszukiwania gabinetu.

Zdeterminowana, podeszła do zajmującej dwie ściany biblioteczki. Nigdy nie pochwalała czarodziejskiego sposobu na przekopywanie zbiorów, ale najzwyczajniej w świecie nie miała czasu na stosowanie mugolskiego sposobu. Skupiła się na poszukiwanym temacie. Insygnia Śmierci. Czarna Różdżka, pomyślała i wycelowała w regały.

Invenio! – wyszeptała.

Zanim minęła chwila, trzy książki wysunęły się z półki. Szczerze mówiąc, spodziewała się znacznie więcej. Wyciągnęła wszystkie, zerknęła na tytuły i westchnęła. Gruntownie przebadała każdą podczas sesji badawczej, bowiem dysponowała nimi szkolna biblioteka.

Co za rozczarowanie.

Machnięciem różdżki odesłała księgi na ich miejsce. Odwróciła się od regałów i ponownie zlustrowała wzrokiem gabinet. Gdzie Dumbledore mógł schować coś cennego? Przeszukała wszystkie szuflady i szafki, które znajdowały się na widoku, ale nie znalazła niczego wartościowego, zaś paskudny zaparzacz do herbaty spróbował odgryźć jej palce.

Myślałam, że to strzał w dziesiątkę, podsumowała w myślach i opadła na profesorski fotel. Obejrzała każdą możliwą skrytkę – naturalnie, poza szufladą, w której wylądowała różdżka Toma Riddle'a. Chociaż próbowała, nie złamała nałożonych nań zabezpieczeń. Gdyby podwoiła wysiłki, mógłby się zorientować, dlatego też zaniechała włamania. Ze zmęczenia potarła nasadę nosa i właśnie wtedy jej wzrok padł na pożółkły kawałek pergaminu leżący w koszu na śmieci, a dokładniej na nazwisko nadawcy. Bez wahania sięgnęła po rulon, po czym wygładziła go na stole.

Albusie,

To rewelacyjne, prawdziwie fenomenalne! Nie mogę uwierzyć, że trzymam ten manuskrypt w rękach. Jakim cudem go znalazłeś? To wręcz niewiarygodne. Jestem bardzo wdzięczny, że postanowiłeś podzielić się ze mną odkryciem. Wiem, że długo ci zeszło na poszukiwaniach. Jest mi wstyd, że kpiłem z twoich starań.

Manuskrypt z pewnością posunie naprzód nasze badania. Bracia Peverell byli prawdziwymi mistrzami w swojej sztuce.

Musimy wkrótce porozmawiać. Mamy sporo do omówienia, a przeczytałem dopiero dwa pierwsze rozdziały.

Możemy się spotkać w mojej nowej rezydencji w Londynie. Stworzyłem tutaj niebywałe laboratorium. Mieści się przy ulicy Foxham pod numerem osiem. Wpadnij czym prędzej.

Z serdecznymi pozdrowieniami,

Nicolas Flamel.

Czytając list, Hermiona zwróciła uwagę na zawarte w nim nazwisko. Bracia Peverell byli przecież rzekomymi twórcami Insygniów Śmierci. Gdy dotarło do niej to, co sugerował Flamel, serce prawie wyskoczyło jej z piersi. Naprawdę wyszedł manuskrypt spod ich ręki…? Za wszelką cenę musiała przeczytać tę księgę. Z pewnością znajdzie w niej przełomowe informacje, które pomogą w opanowaniu zawirowań czasu. Kto wie, może to przepustka w przyszłość...? Z drżącymi rękoma stworzyła dokładną kopię listu, schowała ją do kieszeni, a prawdziwą korespondencję zwinęła z powrotem w rulonik i wrzuciła do kosza na śmieci. Chciała opuścić gabinet w takim samym stanie, w jakim go zastała.

Gdy wyszła na korytarz, rzuciła czar ochronny Dumbledore'a, a potem się uśmiechnęła. Profesor nawet nie zauważy, że ktoś u niego myszkował.

Następnego dnia po raz pierwszy obudziła się zorientowana, a nie zagubiona. List napisany przez Nicolasa Flamela dawał jej nadzieję. Wreszcie mogła zobaczyć światełko na końcu przysłowiowego tunelu. W końcu powrót do przyszłości przestał być jedynie mrzonką, a stał się realnym rozwiązaniem problemu. Musiała zdobyć manuskrypt Prevelellów, ot przepustkę do domu.

Energicznie zeskoczyła z łóżka i wygrzebała kilka ubrań z kufra. Zaczynała się przerwa świąteczna, dlatego też nie musiała nosić mundurka. Pociąg odjeżdżał o jedenastej, toteż bez problemu powinna nań zdążyć. W liście został podany adres rezydencji Flamela. Jedyne, co musiała teraz zrobić, to włamać się do owego laboratorium i wykraść manuskrypt.

Wyszła z dormitorium i zeszła po schodach prowadzących do pokoju wspólnego. Zamierzała zjeść szybkie śniadanie, a następnie wrócić do dormitorium i się spakować. Zanim wyszła na korytarz, została zaczepiona przez nerwowo wyglądającą pierwszo- albo drugoroczną.

– Przepraszam? – zagaiła dziewczynka.

– Słucham, kochana. – Uśmiechnęła się Hermiona, nie chcąc bardziej peszyć dziecka.

– Pan dyrektor zaprasza na rozmowę – powiedziała z prędkością karabinu maszynowego mała, zaś serce DeCerto zamarło. Czyżby jednak Dumbledore zauważył włamanie i zgłosił sprawę do Dippeta? – Hasło do gabinetu dyrektora to „Infigo!" – dodała dziewczynka. – I jeszcze profesor Legifer chciałaby cię zobaczyć.

Starając się nie wpaść w panikę, Hermiona wysiliła się na uśmiech.

– Dziękuję.

Mała odetchnęła z widoczną ulgą, zadowolona, że bez większego problemu przekazała wiadomość. W przeciwieństwie do niej dziewczyna wcale nie czuła się uspokojona najnowszymi wieściami, a wręcz przeciwnie.

Z mocno bijącym sercem wyszła z pokoju wspólnego i skierowała się do gabinetu dyrektora. Nie mogli o niczym wiedzieć, pocieszała się po drodze. Nie zostawiłam przecież żadnych śladów…

– Infigo! – powiedziała, kiedy dotarła do strzegących schodów kamiennych gargulców. Te się przesunęły, odsłaniając tajemne przejście, więc zaczęła wspinaczkę. Dotarłszy na szczyt, z niechęcią zapukała do ciemnych drewnianych drzwi.

– Proszę!

Weszła do gabinetu, który nijak się zmienił od ostatniej wizyty. W pokoju wciąż panował porządek, a szklana gablota wypełniona pucharami, trofeami i nagrodami nadal przyciągała wzrok. Duże, onieśmielające biurko stało pośrodku pokoju, determinując zachowanie odwiedzających. Dippet siedział za sekretarzykiem. Siwe, krótko przycięte włosy przeczesał z rana grzebieniem, a tradycyjna czarna szata odsłaniała haftowaną kamizelkę. Był zaczytany w rozłożonych na blacie papierzyskach.

– Chciał mnie pan widzieć? – zapytała grzecznie Hermiona.

Dyrektor uniósł wzrok znad dokumentów. Prawdę powiedziawszy, odetchnęła z ulgą, kiedy zmarszczył brwi, próbując sobie przypomnieć powód wezwania. Z pewnością nie chodziło o spenetrowanie gabinetu.

– Oczywiście, panno DeCerto – odparł po chwili. – W normalnych okolicznościach prowadziłby tę rozmowę opiekun Gryffindoru, ale niestety profesor Dumbledore musiał niespodziewanie opuścić Hogwart i nie wróci aż do końca przerwy świątecznej.

Dziewczyna od razu poczuła się jak uciążliwie odhaczone zadanie, ale nijak to skomentowała.

– Rozumiem, panie dyrektorze.

Dippet sięgnął po jeden ze starannie ułożonych na stosiku pergaminów i przeskanował go wzrokiem. Potem ponownie spojrzał na Hermionę.

– Tu jest napisane, że postanowiła pani opuścić szkołę na czas świąt. Gdzie się pani zatrzyma, skoro rodzina… została we Francji? – zapytał, aczkolwiek nie wydawał się szczerze zainteresowany tematem. Najwyraźniej wypełniał jedynie uciążliwy obowiązek, który spadł na niego przez nieobecność profesora Dumbledore'a.

– Mam paru krewnych w Anglii. Zatrzymam się u nich – odpowiedziała.

Dippet skinął głową.

– W takim razie wszystko w porządku, panno DeCerto – odparł, w pełni usatysfakcjonowany otrzymanymi wyjaśnieniami. To znacznie ułatwiało sprawę. – Życzę udanych świąt – dodał rozkojarzonym tonem, ponownie skupiony na stosie dokumentów.

Hermiona uznała to odprawę.

– Wzajemnie, panie dyrektorze.

Gdy Dippet w żaden sposób nie zareagował, wyszła z gabinetu. Była naprawdę wdzięczna, że nie chodziło o wczorajsze włamanie. Z drugiej strony wolałaby wcześniej wiedzieć, że Dumbledore tak szybko wybędzie ze szkoły. Mając tę wiedzę, nie musiałaby czatować pod jego biurem i oszczędziłaby sobie masę czasu.

Westchnęła, idąc na następne spotkanie. Poprzednie przebiegło całkiem sprawnie, ale nie spodziewała się, że to będzie równie szybkie i przyjemne. Stanąwszy pod drzwiami, zapukała z widoczną niechęcią.

– Wejść!

Otworzyła drzwi i wślizgnęła się do środka. Legifer siedziała za swoim biurku, sztywna niczym struna, jakby przygotowana na jej odwiedziny.

– Nie powinnam być zaskoczona, prawda? – zapytała z naganą pani profesor, zanim Hermiona w ogóle otworzyła usta, żeby się przywitać. – Zawsze spektakularnie się pani spóźnia – dodała chłodnym tonem, patrząc wymownie na zawieszony na ścianie zegar.

Dziewczyna uniosła brwi, ale nijak skomentowała to, że nauczycielka nie podała konkretnej godziny. W międzyczasie Legifer odchyliła się na krześle i zlustrowała ją wzrokiem.

– Niezdolność do uważania na moich lekcjach opanowała pani niemalże do perfekcji, panno DeCerto – podsumowała pani profesor surowym tonem, zaś Hermiona z trudem powstrzymała się od powiedzenia cisnącej się na usta obelgi względem hogwardzkiego systemu nauczania. – Nie pozwolę, aby któraś z moich uczennic postanowiła oblać uroki domowe – kontynuowała. – Chcę, żeby przeczytała pani przez przerwę świąteczną tę oto lekturę. – Położyła dłoń na niebotycznie grubym tomiszczu, które przez cały ten czas leżało na biurku.

Hermiona wzięła księgę do ręki i zapoznała się z tytułem. „Konwenanse młodych gospodyń". Ze wściekłości zacisnęła palce na okładce.

– Oczekuję od pani pisemnego streszczenia po przerwie świątecznej – zakończyła nieznoszącym sprzeciwu tonem Legifer.

– Dobrze, pani profesor – odpowiedziała posłusznie.

– Możesz odejść, skoro przyjęłaś to do wiadomości.

Hermiona wypadła z gabinetu, wściekła niczym osa. Stojąc przed nauczycielką, siłą powstrzymywała swoją magię przed wybuchem. To cud, że nic się nie roztrzaskało.

Ze śmieszną książką pod pachą wróciła do pokoju wspólnego.

Głupia baba!

Śpiesząc się na spotkanie z panem dyrektorem i znienawidzoną nauczycielką, pominęła śniadanie. Wciąż musiała spakować swoje rzeczy, a przecież pociąg specjalnie na nią nie zaczeka.

Pewnego dnia nie wytrzymam i przeklnę tę parszywą jędzę!

W godzinę odjazdu Hermiona stała na stacji Hogsmeade z kufrem w ręce i z nostalgią patrzyła na czerwony pociąg. Wszystko wyglądało dokładnie tak samo, jak zawsze. Czerwona, buchająca parą lokomotywa z wieloma, naprawdę wieloma przedziałami nijak się zmieniła, a na peronie panował tradycyjny chaos. Uczniowie przepychali się ze swoimi kuframi oraz klatkami ze zwierzętami, szczęśliwi, że w po tak długim czasie rozłąki, w końcu zobaczą się z rodziną i innymi bliskimi.

Miło było ponownie przeżyć tę przyjemną część dzieciństwa, aczkolwiek w głębi duszy wiedziała, że to daremne, ponieważ nigdy nie będzie przynależała do tego czasu. Stała wśród reszty i udawała, że jest zwyczajną uczennicą.

– Hej, Hermiono. – Usłyszała. – Coś nie w porządku?

Odwróciła się i zobaczyła chłopców. Lupin sprawiał wrażenie zmartwionego.

– Tak, wszystko dobrze. – Spróbowała się uśmiechnąć, ale najwyraźniej nie zostali przekonani.

Longbottom zmarszczył brwi, ale szybko się zreflektował.

– Aaa, no właśnie. Nigdy nie wsiadałaś do naszego pociągu.

Z początku chciała zaprzeczyć, ale potem przypomniała sobie, że przecież miał rację. Hermiona Granger po raz pierwszy zobaczyła hogwardzki ekspres, gdy miała jedenaście lat i nerwowo wyczekiwała magicznej podróży, ale Hermiona DeCerto pobierała nauki w domowym zaciszu Francji i nigdy nie jechała czerwoną lokomotywą.

– Sama się przekonasz, będzie super – kontynuował z entuzjazmem Longbottom. – Znajdziemy jakiś wolny przedział i trochę poleniuchujemy. No wiesz, żeby przygotować się do trzytygodniowego wolnego! – dodał ze złośliwym uśmieszkiem.

– W porządku. – Odwzajemniła uśmiech.

Zacisnęła mocniej dłoń na uchwycie kufra i podążyła za kolegami. Odpoczynek był właśnie tym, czego potrzebowała, przynajmniej na czas podróży do Londynu.

Miała zadanie do wykonania. Planowała wynająć sobie pokój w Dziurawym Kotle i zlokalizować rezydencję Nicolasa Flamela. Zamierzała się tam włamać i odnaleźć wspominany w liście manuskrypt.

Zanim jednak przejdzie do konkretów, poudaje chwilę dłużej. Chciała się cieszyć czasem spędzonym z przyjaciółmi, tak samo, jak za dawnych lat.