13. RÓŻDŻKA RIDDLE'A


Następnego dnia wstała dosyć późno, ponieważ wieczorem nie mogła zasnąć. Zajrzawszy do kufra, wyciągnęła pierwszą lepszą bluzkę i spódnicę. Mimo miesięcy spędzonych w latach czterdziestych wciąż nie mogła się przyzwyczaić do obecnie panującej mody. Tęskniła za ulubionymi jeansami.

Przynajmniej nadal bojkotuję najmodniejsze fryzury, pomyślała, z satysfakcją szczotkując włosy, przez co bardziej się napuszyły. Ostatecznie potrząsnęła głową i związała włosy w kucyka. Wykonawszy poranną toaletę, postanowiła zajrzeć do Riddle'a. Zastanawiała się, czy doszedł trochę do siebie. Wczoraj był naprawdę w złym stanie.

Zapukała do drzwi i cierpliwie poczekała na zaproszenie. Nikt jej nie odpowiedział, więc zapukała ponownie.

– Hej, Riddle? Wstałeś? Otwórz drzwi!

Nim minęła chwila, usłyszała dochodzące z mieszkania kroki. Gdy rzeczywiście wypełnił polecenie, automatycznie zlustrowała jego twarz. Wciąż był dość blady i posiniaczony, ale wydawał się bardziej wypoczęty i zrelaksowany, aniżeli wczoraj.

– Jak się dziś czujesz? – zapytała z uśmiechem.

– Lepiej – odpowiedział, rzuciwszy jej beznamiętne spojrzenie.

– Wspaniale. Co powiesz na śniadanie? Chcesz zejść na dół i coś zjeść? – spytała wesoło.

– Tak – mruknął.

– W porządku. Chodź za mną. – Uśmiechnęła się i doń mrugnęła. Potem wyznaczyła drogę do baru. W międzyczasie z ulgą zauważyła, że jest w stanie chodzić bez niczyjej pomocy, aczkolwiek robił to wolniej niż zazwyczaj. Gdy zeszli na parter, podeszła do wolnego stolika i usiadła; chłopak uczynił to samo, błądząc wzrokiem po pomieszczeniu. Miał na sobie ubrania, które kupiła mu wczoraj – czarne spodnie i ciemnozielony sweter. Kiedy była w sklepie, prawie uległa pragnieniu kupna czerwonej bluzy, ale po namyśle doszła do wniosku, że nie powinna być równie okrutna. Zielony z pewnością był jego kolorem.

– Dzień dobry. Co mogę przynieść? – Hermiona została wyrwana z rozmyślań przez wesoły głos Luisy. Kelnerka stała obok nich z tradycyjnym notatnikiem w ręku.

– Dzień dobry – odpowiedziała uprzejmie. – Poprosilibyśmy śniadanie. I kawę – dodała z rozmarzeniem.

– Oczywiście. – Luisa przyjęła zamówienie, a następnie spojrzała na Riddle'a. – Musisz być tym przyjacielem, o którym mówiła Hermiona. – Zmarszczyła brwi, zobaczywszy siniaki. – Co ci się stało, złociutki? – zapytała, zaniepokojona.

Chłopak zacisnął usta, zaś DeCerto musiała się powstrzymać przed przewróceniem oczami. Gdy nie odgrywał roli czarującego ucznia, był raczej nieprzyjemny w obyciu. Czy powinna być tym zaskoczona? Skądże!

– Cóż, nie chciał mi dotrzymywać towarzystwa, więc musiałam go inaczej przekonać – powiedziała poważnym tonem, a potem wybuchnęła śmiechem.

Kelnerka potrząsnęła głową.

– W porządku, rozumiem. – Odwzajemniła uśmiech. – Zaraz przyniosę wam śniadanie.

Gdy Luisa odeszła, Riddle wbił w Hermionę przenikliwe spojrzenie. Jego twarz znów niczego nie zdradzała, ale z łatwością mogła stwierdzić, że się nad czymś głęboko zastanawia. Kiedy przez dłuższy czas się nie odezwał, w końcu nie wytrzymała i się zirytowała.

– Co się stało? Czemu się tak na mnie patrzysz?

Riddle zmarszczył brwi.

– Przyjacielem? – zapytał z wahaniem.

– Słucham? – Była zdekoncentrowana. – Straciłeś zdolność mówienia pełnymi zdaniami?

– Wczoraj powiedziałaś tej kobiecie, że jestem twoim przyjacielem.

Och, no tak. W okamgnieniu zrozumiała, nad czym główkował. To całkiem naturalne, że Lord Voldemort był zdezorientowany koncepcją przyjaźni.

– Musiałam coś wymyślić, żeby załatwić ci pokój. Przecież nie mogłam powiedzieć, że to dla kolegi ze szkoły, który mnie nienawidzi, prawda? To byłoby zdecydowanie zbyt długie i pokrętne tłumaczenie.

Riddle zerwał kontakt wzrokowy.

– Kto mówił, że cię nienawidzę?

– To moje skromne przypuszczenia – odparła z nikłym uśmiechem. – Utwierdziła mnie w tym ostatnia klątwa, którą na mnie rzuciłeś.

– Skoro uważasz, że pałam do ciebie nienawiścią, to dlaczego mi wczoraj pomogłaś? – zapytał z charakterystyczną dla siebie twardą nutą.

Hermiona uniosła brwi na tę nagłą zmianę zachowania.

– Cóż, bo potrzebowałeś pomocy – odpowiedziała zgodnie z prawdą i była zaskoczona kłębowiskiem emocji, które dostrzegła w jego oczach. Wydawał się naprawdę zdezorientowany, więc położyła mu dłoń na lewym ramieniu. Automatycznie się spiął, dlatego też uśmiechnęła się doń uprzejmie. – Przestań się tym zbytnio zamartwiać. Najważniejsze, że siedzisz tutaj i nie wrócisz do sierocińca.

– Nie mogę tu zostać – odpowiedział cichym głosem i przez beznamiętną maskę dziewczyna dojrzała w nim najprawdziwszą rozpacz. Chwilę później się opanował.

– Dlaczego? – zapytała łagodnie.

Spuścił wzrok.

– Jeżeli nie zostanę w sierocińcu, on się postara, żebym został wydalony ze szkoły.

– Kto? Dumbledore? – drążyła ostrożnie, a kiedy skinął głową, dodała: – Nie wiem, co jest między tobą a Dumbledore'em, ale jestem przekonana, że nie odesłałby cię do domu dziecka, gdyby wiedział, jak jesteś tam traktowany. – Kiedy nie odpowiedział, kontynuowała: – Jeżeli to sprawi, że poczujesz się lepiej, to wiedz, że nie powiem profesorowi, że uciekłeś. Jeśli kiedykolwiek się dowie, pozwalam ci, żebyś obarczył mnie winą i pełną odpowiedzialnością.

Riddle spojrzał nań niepewnie, więc uśmiechnęła się uspokajająco. Opuściła rękę akurat w momencie, gdy Luisa przyszła ze śniadaniem. Zjedli w milczeniu, pogrążeni we własnych myślach.

Kiedy skończyli, Hermiona odchyliła się na krześle i spojrzała na towarzysza. Wciąż był bledszy niż zazwyczaj i nadal sprawiał wrażenie zmęczonego, ale to normalne, że potrzebował czasu, aby dojść do zdrowia. Nagle rozdrażniona, poczuła chęć wparowania do sierocińca i potraktowania Cartera naprawdę paskudną klątwą – podłe kreatury jego pokroju nie zasługiwały na nic innego. Oparła się temu pragnieniu tylko i wyłącznie dlatego, że nie miała śmierciożerczych zapędów i w gruncie rzeczy była dobrze wychowaną czarownicą. Uspokoiwszy nerwy, ponownie skupiła się na Riddle'u.

– Co chciałbyś dziś robić? – zagaiła. – Zbliżają się święta, więc myślę, że powinniśmy wyskoczyć z czymś fajnym – dodała, widząc jego uniesioną brew.

Chłopak zmarszczył brwi.

– To znaczy…?

Hermiona nie mogła się powstrzymać i wybuchnęła śmiechem. Ostatecznie potrzebowała chwili, żeby się uspokoić.

– Oczywiście w granicach rozsądku. Z pewnością nie będziemy dręczyć ludzi tak, jak zwykle to robisz – powiedziała. – Dajże spokój, Riddle. Wiesz, że to prawda – dodała, kiedy zgromił ją wzrokiem. – Możemy po prostu pospacerować po Pokątnej – kontynuowała pojednawczym tonem. – Skoro zostawiłeś wszystko w sierocińcu, zapewne potrzebujesz kilku rzeczy. Chciałabym wejść też do księgarni. Jesteś za?

– W porządku – odparł, patrząc na swoje dłonie.

Hermiona się uśmiechnęła, zadowolona, że zgodził się jej towarzyszyć. Chciała go trochę rozweselić… choć z drugiej strony, wesoły Czarny Pan stanowił raczej niepokojącą perspektywę.

– Zaczekaj tutaj. Zaraz wrócę – dodała i wstała od stołu.

Nie czekając na odpowiedź, popędziła ku schodom na piętro. Weszła do swojego pokoju i wzięła portfel, który schowała do kieszeni oraz jedną z fiolek z podręcznej apteczki. Następnie włożyła czarny płaszcz i przewiązała szyję szalikiem. Jakby nie patrzeć, był grudzień, a na zewnątrz królował chłód. Sięgnęła po szkolną szatę, pożałowawszy, że wczoraj nie pomyślała o kupnie odzienia wierzchniego dla Riddle'a. Gdyby pochodził trochę po dworze w samym swetrze, z pewnością by się przeziębił. Nie widząc innego wyjścia, przetransmutowała więc swoją szatę na czarny płaszcz, odpowiedni dla wysokiego nastolatka. Wciąż jednak potrzebowała go odziać, bowiem rzucony urok nie będzie się wiecznie utrzymywał. Z przewieszonym przez ramię płaszczem zeszła na parter i z zadowoleniem odnotowała, że ślizgon wciąż siedział w wyznaczonym miejscu. Gdy podeszła do stolika, spojrzał nań bez wyrazu, ale i tak się uśmiechnęła. W jakiś dziwaczny sposób przyzwyczaiła się do chłodu, który wokół siebie roztaczał. Czasami mogła nawet dostrzec gamę emocji skrzętnie ukrytych pod beznamiętną maską.

– W porządku, chodźmy – powiedziała, wręczając mu pelerynę.

Chłopak wziął płaszcz i przez chwilę uważnie mu się przyglądał. Najwyraźniej usatysfakcjonowany, rzucił jej stanowcze spojrzenie i zmrużył oczy.

– Dziękuję – odparł powoli, jakby próbując każdej sylaby.

Hermiona prawie dostała zawału, gdy Voldemort wyraził swą wdzięczność mugolaczce. Aby nie wyjść na nieokrzesanego gbura, szybko zamaskowała zdziwienie.

– Żaden problem. – Uśmiechnęła się promiennie.

Riddle wstał od stołu. Kiedy zakładał płaszcz, poczuł ostry ból w plecach i z ledwością stłumił syk. DeCerto dobrze dobrała mu rozmiar, a gdy wyczuł zaklęcia, jakie rzuciła na odzież, ogarnął, że się postarała. Musiał dodać to do listy rzeczy, których nie potrafi zrozumieć. Zagryzł zęby, uświadomiwszy sobie, że to najprawdopodobniej gryfońska szkolna szata, ale wstrzymał się z komentarzem. Gdy wreszcie założył płaszcz, dziewczyna podała mu wyciągniętą z kieszeni fiolkę.

– Masz, wypij – powiedziała łagodnym głosem.

Chłopak był znów zaskoczony, że wydane mu polecenie nijak go zdenerwowało. DeCerto wydawała się mieć niezwykły talent do rozkazywania ludziom tak, żeby to nie brzmiało na rozkaz.

– To eliksir przeciwbólowy. Wiem, że wciąż czujesz te nieszczęsne plecy – wytłumaczyła z uśmiechem na twarzy. – I nie martw się, tylko troszkę się przejdziemy. Ćwiczenia i ruch pomogą się ranom zagoić.

Riddle odebrał fiolkę i tylko przez sekundę wahał się przed wyciem mikstury. Gdyby DeCerto naprawdę chciała go otruć, zrobiłaby to już dawno. Gdy przełknął, natychmiast poczuł ulgę. Piekący ból zamienił się teraz w niemrawe pulsowanie.

– Świetnie, w takim razie chodźmy – powiedziała dziewczyna, odebrawszy od niego fiolkę.

Zanim zdążył zaprotestować, wzięła go pod ramię i wyprowadziła z Dziurawego Kotła. Mimowolnie się spiął, nieprzyzwyczajony do takiego dotyku. Chociaż pragnął, nie potrafił jej rozgryźć. Naprawdę nienawidził żyć w niewiedzy, a idąca obok niego czarownica miała mnóstwo tajemnic. Zawsze był dobry w wyciąganiu od innych informacji, ale DeCerto wydawała się tworzyć nowe sekrety, zanim dogrzebał się do starych. Gdy wyszli na dwór, uderzyło w nich grudniowe rześkie powietrze. Wziął głęboki oddech i od razu poczuł się lepiej.

Kiedy ostatnim razem wyszedł na zewnątrz? Szczerze mówiąc, nie mógł sobie przypomnieć. Jak długo był tym razem zamknięty w piwnicy?

Ostatnie dni zlewały mu się w jeden. Pamiętał tylko przeszywający chłód swojego więzienia, nieznośny głód i pragnienie oraz… niekończący się ból. Czasem wciąż słyszał metaliczny dźwięk otwieranego zamka. Za każdym razem, gdy Carter składał mu wizytę, jakby specjalnie przedłużał chwilę grozy, powoli otwierał celę. Ten charakterystyczny dźwięk tartego metalu podpowiadał mu, że zaraz znów będzie cierpiał. Zadrżał, przypomniawszy sobie ten ból i własną bezsilność. Właśnie wtedy poczuł, że dziewczyna mocniej ściska jego rękę. Spojrzał nań beznamiętnie i dostrzegł w jej oczach zmartwienie. Czemu się troszczyła?

– Wszystko w porządku? – zapytała, więc skinął głową, zbyt zakłopotany, aby sformułować sensownie brzmiącą odpowiedź. – Okej. – Uśmiechnęła się delikatnie.

Z początku szli bez celu, ale potem najwyraźniej jakiś obrali, podczas gdy mijający ich przechodnie najprawdopodobniej robili świąteczne zakupy. Po kilku minutach spaceru DeCerto dotarła do miejsca, które sobie umyśliła i nie zapytawszy go o zdanie, pociągnęła do sklepu. W środku zaczęła zbierać rzeczy, które zapewne zamierzała kupić.

– Wiesz, że nie mam pieniędzy, prawda? – zagaił, patrząc, jak bierze w ręce drogi, aczkolwiek wyglądający na ciepły szalik.

– Nie martw się pierdołami – odpowiedziała mu z naręczem najróżniejszych drobiazgów. Następnie podeszła do lady, żeby za wszystko zapłacić. Chwilę później wróciła doń z ogromną torbą, ponownie wzięła go za rękę i wyprowadziła ze sklepu.

Zupełnie nie mógł zrozumieć motywów, którymi się kierowała. Czemu się tak dla niego poświęcała? Co zyskała, oferując pomocną dłoń? Ludzie, którzy w jakiś sposób byli mu przychylni, zawsze chcieli czegoś w zamian. Czego mogła pragnąć DeCerto? Panienki zazwyczaj wyświadczały mu przysługi, ponieważ im się podobał oraz uważały go za przystojnego i szarmanckiego. W przeciwieństwie do innych dziewcząt DeCerto nigdy nie okazywała mu względów czy zainteresowania, a czasem nawet sprawiała wrażeniem zniesmaczonej jego zachowaniem. Z drugiej strony, kilka osób w Slytherinie również miało go za bezdusznego drania, a jednak wciąż mu się podlizywało – oferował im wiedzę i władzę. Z pewnością nie pragnęła niczego takiego. Była całkiem inteligentna i nie wydawała się lubić dyrygowanie słabszymi i podatniejszymi na wpływy. O co jej chodziło? Dlaczego okazywała mu dobroć?

Czy Dumbledore to ukartował…?

Byli w całkiem dobrych stosunkach. Może stary piernik trochę nią pomanipulował, aby go nakłonić do opuszczenia sierocińca. To dałoby mu pretekst do wystosowania prośby o wydalenie ze szkoły. Tak, zdecydowanie sprawiłoby mu to niebotyczną przyjemność.

Na myśl o znienawidzonym nauczycielu zrobiło mu się źle. Od incydentu sprzed kilku lat, zyskał nad nim przewagę i lubił się tym chełpić. Dumbledore nie miał żadnego prawa wykorzystywać swojej pozycji w szkole, zwłaszcza że nie miał dowodów na popełnienie przestępstwa.

Cholerny dziadyga!

Naturalnie, nie mógł ryzykować otwartej konfrontacji, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Staruch był zbyt potężny i wpływowy, zaś groźba Grindelwalda wciąż wisiała nad czarodziejskim światem. Wielu wierzyło, że tylko Dumbledore jest w stanie go powstrzymać. Kto sprzeciwiłby się woli „jedynej nadziei" na rzecz nic nieznaczącej sieroty?

Czy to naprawdę misternie przygotowany plan? Czy DeCerto wzięłaby udział w takiej manipulacji? Riddle spojrzał na idącą obok dziewczynę. Szła spokojnym krokiem, wciąż trzymając go za rękę i patrząc po sklepowych witrynach. Jeżeli to tylko gra, to była naprawdę cholernie dobrą aktorką. Na myśl, że tylko odgrywała swą rolę, coś nieprzyjemnego oplotło mu serce. Jego rozważania zostały przerwane, kiedy pociągnęła go za ramię. Zatrzymała się przed sklepem, a on, nie mając większego wyboru, również przystanął.

– Wcześniej przeoczyłam to miejsce – wymamrotała pod nosem, a potem się doń odwróciła. – Wejdźmy do środka, dobrze?

Riddle zmierzył DeCerto wzrokiem i stwierdził, że była autentycznie zainteresowana wejściem do księgarni. Naprawdę była tak zachwycona możliwością poszperania po zakurzonych regałach? To niespotykane wśród dziewcząt. Bardziej spodziewał się jakiegoś eleganckiego sklepu z ubraniami lub biżuterią. Szczerze mówiąc, nie miał nic przeciwko wstąpieniu do Andersona, ponieważ sam uwielbiał czytać. Zazwyczaj brakowało mu pieniędzy na kupno nowych lektur, więc ograniczał się do wertowania szkolnych zbiorów.

Wzruszył ramionami, co najwyraźniej wzięła za potwierdzenie, bo natychmiast wciągnęła go do środka i zniknęła między regałami. Chcąc zabić czas, również postanowił się rozejrzeć. Oczywiście, w bardziej dostojnym tempie. Minąwszy dział z książkami traktującymi o transmutacji, zadrżał i parsknął pod nosem. Następna sekcja, mówiąca o animagach, również zupełnie go nie interesowała; nieszczególnie widział pożytek w przemianie w coś równie nieprzydatnego jak królik. Spacerował wśród regałów, aż wreszcie jeden dział przykuł jego uwagę. Zatrzymał się i przeczytał kilka tytułów.

„Sposoby kontroli czarnej magii".

„Najsilniejsze przekleństwa".

„Najmroczniejsze z zaklęć".

Uniósł brew. Nie zabłądzili na Nokturn, prawda? Sięgnął po starożytnie wyglądająca księgę. Niektóre z tych tomów wydawały się naprawdę interesujące. Nigdy nie natknął się na podobne tytuły w hogwardzkiej bibliotece, a to mówiło samo za siebie, bowiem szkoła dysponowała jednym z najbogatszych zbiorów w całej Wielkiej Brytanii. Naturalnie, przeczytał prawie wszystkie pozycje z działu ksiąg zakazanych. Łatwowierny Slughorn zawsze z radością wydawał mu specjalne pozwolenie.

Zagłębił się w napotkanych tomach, chłonąc wiedzę, jakie oferowały, dopóki nie usłyszał za sobą dziewczęcego chichotu. Odwrócił się i zobaczył stojącą za nim DeCerto.

– Wiedziałam, że cię tu znajdę. – Uśmiechnęła się zadziornie z ogromnym stosem książek w rękach. Najwyraźniej nie próżnowała, kiedy stracił poczucie czasu. – Znalazłeś coś interesującego? – zapytała, a następnie zerknęła na tom, który przeglądał. Była to starożytnie wyglądająca pozycja, którą się z początku zainteresował, pełna klątw i uroków, o których nawet nie słyszał. Fascynująca, doprawdy. – „Najmroczniejsze z zaklęć"? – przeczytała, odebrawszy mu lekturę. – Jest dobra?

Skinął głową.

– W porządku. – DeCerto położyła tomiszcze na wierzchu stosiku. – Chcesz coś jeszcze?

Uniósł brwi, patrząc nań uważnie.

– Zamierzasz obkupić mnie w książki? – zapytał z niedowierzaniem.

– Jasne – odpowiedziała, wzruszając ramionami. – Chodźmy, robi się naprawdę późno.

Hermiona spojrzała na Riddle'a. Znów był bledszy. Najlepiej zrobią, jeżeli wrócą do Dziurawego Kotła, żeby mógł trochę odpocząć. Na szczęście udało jej się kupić wszystko, co planowała. Księgarnia Andersona miała naprawdę obfity asortyment i szkoda, że w przyszłości zostanie zamknięta. Gdy przechodziła obok niej, po prostu wiedziała, że wstąpi tu przy najbliższej okazji. Było warto, nawet jeśli sklep sprawiał wrażenie trochę podejrzanego, pomyślała, patrząc z zadowoleniem na zgromadzony stos. Świadczył o tym przede wszystkim dział traktujący o czarnej magii i jej pochodnych. Miała nadzieję, że tom, który postanowiła kupić towarzyszowi, nie okaże się szczególnie mroczny. Co ważniejsze, mogła zabiec nudzie, gdyż znużony Voldemort to bez dwóch zdań nic dobrego.

Gdy zapłaciła, schowała zakupy i razem z Riddle'em wyszła na ulicę. Oczywiście, zaczarowała torbę, żeby była lżejsza, a potem wyznaczyła kierunek. Chłopak szedł za nią, trochę wolniejszym krokiem niż wcześniej i co kilka chwil się krzywił. Najprawdopodobniej znów bolały go plecy, a eliksir przeciwbólowy zaczynał słabnąć. Nie mogła podać mu podwójnej dawki, bo to silna mikstura i mogłaby prowadzić do przedawkowania. Następną będzie mógł łyknąć dopiero wieczorem. Chwilę poczekała, aż do niej dojdzie, po czym objęła go w pasie ramieniem, żeby pomóc mu złapać równowagę. Chłopak uniósł brew, ale nie skomentował wyciągniętej ręki.

– Może wrócimy do Dziurawego Kotła? – zapytała z uśmiechem.

Skierowali się wzdłuż alejki, a kiedy dotarli na miejsce, była bardzo zadowolona, że w ciszy zakończyli spacer. Riddle znów mocno się nań opierał. Gdy przechodzili obok baru, pomachała do Luisy, która zajmowała się siedzącymi przy stolikach klientami. Weszli na piętro i zanim ślizgon zdołał wygrzebać z kieszeni klucz do swojego pokoju, otworzyła własne drzwi.

– Muszę opatrzyć twoje rany i zmienić bandaże na świeże – powiedziała i gestem zaprosiła go do środka. Kiedy się zawahał, przestała się patyczkować i pociągnęła do za ramię.

– Nic mi nie jest – odparł defensywnie.

Zmrużyła oczy.

– Och, naprawdę? – zapytała z niedowierzaniem. – To dlaczego prawie musiałam cię tutaj nieść?

Riddle spojrzał nań ponuro, ale nie zrobił kroku naprzód. Hermiona westchnęła, a potem złapała go za rękę, delikatniej niż poprzednio. Ciężko zmusić niechętnego do współpracy, więc postanowiła wyperswadować mu pomysł samodzielnego opatrywania ran.

– Muszę zerknąć na te skaleczenia. Chyba nie chcesz, żeby wdała się infekcja? – spytała łagodnie. – Spróbuję ogarnąć to szybko, dobrze?

W uspokajającym geście ścisnęła jego dłoń, a potem delikatnie pociągnęła go w stronę łóżka. Gdy usiadł, podeszła do szkolnego kufra i wyciągnęła ze środka podręczną apteczkę. Usiadłszy obok Riddle'a, podwinęła mu rękaw swetra i zabrała się do pracy. Machnięciem różdżki usunęła wczorajszy bandaż, odsłaniając wciąż opuchniętą i potwornie posiniaczoną skórę. Ostrożnie obejrzała złamanie i z ulgą mogła stwierdzić, że na pierwszy rzut oka kość wyglądała na zregenerowaną.

– Nadal boli?

– Trochę – odpowiedział po chwili milczenia.

Skinęła głową i sięgnęła po maść na siniaki. W ciszy nałożyła cienką warstwę na przebarwienia i wyczarowała następny bandaż, który owinął się ciasno wokół ramienia.

– Myślę, że kości się zrosły prawidłowo, ale powinieneś jeszcze jakiś czas zabezpieczać to miejsce – powiedziała i odłożyła pojemniczek z kremem. – W porządku, czas na plecy.

Zbadawszy ramię, Riddle z niechęcią usłuchał niemego polecenia. Zdjął zielony sweter i czarny podkoszulek, a następnie położył się na brzuchu. Bandaż wciąż się dobrze trzymał, ale w kilku miejscach przemókł. Usadowiwszy się tak samo, jak poprzednim razem, Hermiona wzięła się do pracy. Machnęła różdżką i usunęła opatrunek, osłaniając wciąż posiniaczoną skórę – miejscami już zielonkawą. Niektóre rany nadal wyglądały na świeże i z pewnością bolały. Znów wezbrał się w niej gniew. Miała ochotę wparować do sierocińca i skrzywdzić Cartera, odpłacić mu pięknym za nadobne. Jak można pozwolić, aby ten potwór chodził po wolności?

Westchnęła i z największą ostrożnością zaczęła oczyszczać skaleczenia. Usunąwszy zaschniętą krew, zaaplikowała maść leczniczą. Przez cały ten czas Riddle był cholernie spięty i najprawdopodobniej sprawiła mu masę bólu, ale musiała zająć się obrażeniami. Kiedy skończyła, ponownie wyczarowała bandaż i owinęła nim wrażliwe miejsca.

– W porządku, to koniec – powiedziała, zaś chłopak usiadł na łóżku i skrzywił się przy zgarbieniu. Hermiona podała mu koszulkę i sweter. – Wygląda znacznie lepiej, ale na wszystko potrzeba czasu – dodała, kiedy się ubrał. Następnie podeszła do torby pełnej książek i zaczęła w niej grzebać. – Może na trochę się położysz i odpoczniesz? Później przyniosę ci coś do jedzenia. – W końcu znalazła to, czego szukała, ot oprawioną w skórzaną okładkę lekturę, którą wybrał sobie Riddle. – Trzymaj – rzuciła, zanim wyszedł z pokoju. – Jeżeli chcesz, możesz trochę poczytać. Gdy poczujesz się zmęczony, odłóż książkę i się zdrzemnij, dobrze?

Chłopak odebrał od niej tomiszcze, a potem przez moment się nań gapił. Jego twarz znów była nieprzeniknioną maską, choć wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć. Z niewiadomych przyczyn się wstrzymał i ograniczył do skinięcia głową. Potem, jak gdyby nigdy nic, wyszedł z pokoju.

Hermiona potrząsnęła głową. Czasami naprawdę nie wiedziała, jak z nim postępować. Nieraz ciężko było jej się domyślić, co czuje lub nad czym główkuje. Jeszcze trudniej było się przebić przez barierę, którą wokół siebie tworzył. W tej chwili na przykład zupełnie nie wiedziała, czy zamierzał podziękować za książkę, czy też zganić za wtrącanie się w nieswoje sprawy. Czemu tak tuszował emocje?

Może to cecha ślizgonów, pomyślała.

Nie, to coś innego. Wróciła myślami do szóstego roku nauki, kiedy to Dumbledore opowiadał Harry'emu o przeszłości Toma Riddle'a. Gdy poznali kilka tajemnic, dowiedziała się, że od małego był dziwacznie skryty i niedostępny. Z drugiej strony to zapewne wina środowiska, w którym się wychował i podejścia opiekunów. Z pewnością miał trudne dzieciństwo, zwłaszcza że różnił się od innych dzieci – był wszak czarodziejem, więc działy się wokół niego niewytłumaczalne i czasem nawet okropne rzeczy. Oczywiście, wtedy nie wiedział, że to po prostu przypadkowa magia.

Gdy była mała, też miała kłopoty. Chodziła do szkoły podstawowej i kilku kolegów się na nią uwzięło. Raz w drodze powrotnej do domu popchnęli ją na chodnik i zaczęli obrażać. Złość i bezsilność, którą wtedy czuła, spowodowała wyrzut magii. Wszystkie rzeczy wyleciały im z tornistrów, co zaś sprawiło, że zaczęli krzyczeć ze strachu i ostatecznie z płaczem pouciekali do domów. Uśmiechnęła się, bowiem miała naprawdę wielkie szczęście, że zazwyczaj wplątywała się w zabawne sytuacje.

Z Riddle'em było inaczej. Chociaż zapierała się przed tym nogami i rękami, nie sposób zaprzeczyć, że był wyjątkowym czarodziejem. Jego wybuchy przypadkowej magii najprawdopodobniej przybierały znacznie potężniejszą formę, a lata czterdzieste nie słynęły z powszechnej akceptacji dla wszelakiej odmienności. Czy to powód nieufności i skrytości? Dzieciństwo musiało być dla niego naprawdę trudnym okresem, a potem zaoferowano mu szansę na nowy, świeży start w czarodziejskim świecie. Został przydzielony do domu, który również piętnował dewiację, za którą uważał nieczystokrwiste pochodzenie. Ukrywanie emocji musiało być dlań jedynym sposobem na przetrwanie w wężowisku.

Albo po prostu jest świrem, dodała.

Zakończywszy rozważania, wyciągnęła z kufra manuskrypt Ignotusa Peverella z zamiarem poczytania. Ta książka mogła być jedynym rozwiązaniem problemu z czasem. Usiadła na łóżku, plecami oparta o ścianę z podłożoną dla komfortu poduszką, a następnie pogładziła dłonią okładkę. Jak dotąd, przeczytała kilka pierwszych rozdziałów, ale nie natknęła się na żaden ślad Czarnej Różdżki, czy też Insygniów Śmierci. Peverell bez końca opisywał naturę magii lub to, co uważał za magię. Niezwykle trudno było nadążać za jego tokiem myślowym. Cechował się abstrakcjonizmem, imponującymi pomysłami i cholernie rozległą wiedzą, której nie sposób zrozumieć. Nicolas Flamel współpracował z Albusem Dumbledore'em, żeby pojąć informacje, które chciał przekazać Peverell. Czemu liczyła, że samodzielnie da radę?


O wpół do pierwszej Hermiona postanowiła odwiedzić Riddle'a. Lewitowała przed sobą dwa talerze zachęcająco pachnącej pieczeni wołowej, a w dłoniach niosła dwie butelki soku dyniowego. Jak przystało na dobrze wychowanego człowieka, najpierw zapukała do drzwi. Otworzył po kilku chwilach, więc szybko oceniła jego stan. Z zadowoleniem zauważyła, że nabrał troszkę kolorów i wydawał się mniej zmęczony.

– Cześć. – Uśmiechnęła się na wstępie i kontynuowała, bowiem już dawno nauczyła się, że nie powinna oczekiwać odwzajemnionego pozdrowienia. – Jesteś głodny? – Nie poczekawszy na odpowiedź, machnęła różdżką i postawiła talerze na stoliku. Następnie odwróciła się do Riddle'a. – Nie masz nic przeciwko, że do ciebie dołączę?

– Nie – mruknął po dłuższej chwili milczenia. Najwyraźniej nie spodziewał się, że wyskoczy z podobną propozycją.

Uśmiechnęła się wesoło i zajęła miejsce. Chłopak wkrótce usiadł naprzeciwko niej.

– To naprawdę świetnie, że masz u siebie stół – zagaiła. – W przeciwnym razie byłabym zmuszona jeść na łóżku i pokapać sosem na pościel.

– Mogłabyś też po prostu wyczarować sobie stół – zasugerował na zaczepkę, ale dostrzegła, że jest troszkę rozbawiony.

– I tęsknić za towarzystwem? – Uniosła brwi w udawanym zaskoczeniu. – Nie lubię wcinać w samotności. Chyba jestem tak przyzwyczajona do gwarnych posiłków w Wielkiej Sali, że po prostu czuję się nieswojo, gdy jem sama.

Kiedy skończyli obiad, machnęła ręką i odesłała talerze do baru. Następnie odchyliła się na krześle i przyjrzała Riddle'owi. Dlaczego musiał wracać do sierocińca podczas każdej przerwy w nauce? Była pewna, że Dumbledore maczał w tym palce, ale nie rozumiała pobudek, jakimi się kierował. Skonfiskował mu również różdżkę. Czemu…?

– Gdzie posiałeś różdżkę? – zapytała, zebrawszy się na odwagę.

Chłopak zmrużył podejrzliwie oczy.

– Słucham?

– Gdzie zostawiłeś różdżkę? – doprecyzowała.

– Skąd wniosek, że ją zostawiłem?

– Cóż, radzisz sobie bez niej, a to znaczy, że nie masz jej przy sobie – wytłumaczyła.

– Czemu chcesz to wiedzieć? – Uniósł brew.

– Jestem po prostu ciekawa.

Riddle przez chwilę się nie odzywał, najwyraźniej rozważając opcje.

– W Hogwarcie – odpowiedział, akurat gdy pomyślała, że niczego z niego nie wyciągnie.

Hermiona uniosła brwi, niemo prosząc o dalsze wyjaśnienia. Westchnął cicho i uciekł wzrokiem w bok.

– Została skonfiskowana przez Dumbledore'a.

Zdradź coś więcej, pomyślała.

– Czemu?

Riddle spojrzał nań z zaciętą miną. Oczami ciskał pioruny, a twarz miał całkowicie pustą. Będzie milczał niczym grób, podsumowała ze zrezygnowaniem.

– Nie powinnaś się interesować – odparł chłodno.

– W porządku. Nie zamierzam cię zmuszać do wyznań – odparła pojednawczo. – Ostatnio stwierdziłeś, że to on odesłał cię do sierocińca.

Ślizgon nie odpowiedział, nadal patrząc nań pustym wzrokiem. Hermiona nie mogła tego zrozumieć. Dumbledore naprawdę odesłał jednego ze swoich uczniów do strefy działań wojennych bez różdżki i możliwości obrony? Czemu postąpił tak okrutnie i bezdusznie? To prawda, że owym podopiecznym był Tom Riddle, ale… Wróciła wspomnieniami do nalotu, którego była świadkiem. Stojąc w oknie i patrząc na spadające na miasto bomby, była przerażona, a przecież chroniły ją otaczające ulicę bariery ochronne.

Wbiła wzrok w swoje dłonie.

– To niebezpieczne. Mogłeś zginąć… – Spojrzała na niego i ze zdziwieniem odnotowała, że chłód zniknął z jego oczu. – Widziałam wczorajsze bombardowanie Londynu. Gdybyś był… – wyszeptała. – Właśnie dlatego postanowiłam odwiedzić sierociniec. Musiałam sprawdzić, czy wszystko z tobą w porządku… – Zadrżała na myśl, co mogłoby się stać, gdyby się powstrzymała. Z pewnością wciąż leżałby w swojej celi, może nawet bardziej pobity, niż teraz. – Jestem szczęśliwa, że to zrobiłam – dodała, patrząc na bandaż, częściowo wystający mu spod swetra.


Jakiś czas później leżała na łóżku z manuskryptem w rękach. Im bardziej zagłębiała się w lekturze, tym mocniej rozumiała, z jak wyjątkowym dziełem ma do czynienia. Tekst liczył sobie wieki, a mimo to nie równał się z niczym, co do tej pory studiowała. Oczywiście, wiedziała, że niektóre opisywane tu teorie podchodzą pod czarną magię, ale wciąż były niewiarygodne i niesamowite. Autor stąpał po samej naturze mocy, bawiąc się nią i rozkładając wszystko na czynniki pierwsze, aż w końcu stworzył coś zupełnie nowego. Jego sposoby rozumienia magii cechowały się nowatorskim podejściem, przez co książka sprawiała wrażenie cholernie skomplikowanej. Ciężko było zrozumieć Ignotusa Peverella. Zagłębiał się w najróżniejsze dziedziny magii, dzięki czemu musiała się naprawdę mocno skupić, żeby pojąć podstawowe fakty i stwierdzenia. Na ogarnięcie całej lektury będzie potrzebowała czasu – manuskrypt zwyczajnie ją przerastał, chociaż bała się do tego przyznać, nie dlatego, że godziło to w dumę mola książkowego, którym wszakże była, a dlatego, że musiała zrozumieć przynajmniej podstawy. Za wszelką cenę potrzebowała zdobyć informacje na temat Czarnej Różdżki, ponieważ bez tej wiedzy nigdy nie wróci do swoich czasów. Nie mogła zaryzykować utknięcia w latach czterdziestych. Już to, że się pojawiła, może mieć katastrofalne w skutkach konsekwencje. Każdego dnia mogła nieświadomie zmieniać drobne szczegóły przeszłości, które, efektem domina, w odpowiednim momencie przeobrażą się w drastyczną zmianę. Oczywiście, nie zamierzała ryzykować zakończenia wojny, zwycięstwa i poświęcenia swoich przyjaciół. Zginęli, żeby czarodziejskiemu światu żyło się lepiej, więc jej obowiązkiem, jako ostatniej ocalałej, było podtrzymanie owego stanu rzeczy. Co więcej, kiedy czytała akapit za akapitem, czasem wyłapywała coś na kształt osobistych zapisków, wplecionych w teoretyczne wyjaśnienia. Właśnie dzięki dodatkowym przemyśleniom manuskrypt trochę przypominał pamiętnik.

Zrozumienie natury Magii jest moim największym pragnieniem, a ponieważ zaangażowałem się we wszystkie jej aspekty, szczególnie upodobałem sobie jedną dziedzinę. W pewnym momencie podjąłem się sztuki tworzenia magicznych przedmiotów. Uważam, że to najtrudniejsza z dziedzin Magii, ale też jednocześnie najbardziej satysfakcjonująca. Nie znalazłem nic bardziej fascynującego, aniżeli tchnięcie mocy w dotąd pozbawione wartości przedmioty codziennego użytku.

Piękno tej sztuki jest niezaprzeczalne. Zaczyna się od przyziemnego obiektu, którym może być dosłownie wszystko, począwszy od starego, wyszczerbionego drewnianego wiadra, a skończywszy na wykonanym z najlepszego stopu żelaza miecza, a następnie przeobraża się ten obiekt w coś wyjątkowego. Wybrany do badań przedmiot zostaje wypełniony Magią i w ten sposób staje się magicznym artefaktem.

Przestudiowałem każdą pracę dotyczącą tworzenia zaczarowanych przedmiotów. Rozmawiałem z wieloma mistrzami tej sztuki i uczyłem się od najlepszych. Im bardziej zgłębiałem temat, tym więcej napotykałem problemów i ograniczeń, stanowiących niedopuszczalne granice. Byłem zaskoczony i prawdziwie zszokowany tym, jak prymitywne jest praktykowanie Magii. Mimo całej swojej wartości, mimo wszystkich przełomów, które dotąd osiągnięto w różnych dziedzinach, Magia wciąż jest powijakach, bardzo, bardzo nieukształtowana. Oczywiście, zamierzam to zmienić.

Pierwszą przeszkodą, na którą się natknąłem, była nieuzasadniona trudność i zawiłość, z jaką czarodzieje przekazują swoją moc obiektowi. To najważniejszy krok w tworzeniu magicznych przedmiotów. Magia, tchnięta przez badacza do obiektu, jest podstawą każdej manipulacji. Jeżeli Magia jest słaba, wątpliwa bądź nieczysta, stworzony przedmiot będzie wadliwy.

Musiałem więc najpierw ulepszyć tę podstawową składową. Wymyśliłem nowe zaklęcie, które znacznie ułatwia przeniesienie mocy. Inkantacja to „Confero" i jest naprawdę potężna. Pozwala ukierunkować Magię do wybranego przedmiotu, a następnie zakotwiczyć w nim moc. Dzięki temu urokowi wszyscy będą w stanie tworzyć naprawdę wspaniałe magiczne artefakty.

Hermiona przez chwilę patrzyła na napisane wieki temu słowa, po czym powoli zamknęła manuskrypt. Na dziś wystarczy, podsumowała, przebodźcowana ogromem wiedzy. Jakiś czas temu rozbolała ją głowa, a teraz ból przemienił się w zawroty. Sprawdziwszy zegarek, ze zdumieniem odkryła, że czytała bez przerwy przez ostatnie pięć godzin. Nic dziwnego, że była tak wykończona. Dalsze studiowanie mijało się z celem, zaś przerwa była szaleńczo wskazana.

Wstała z łóżka i schowała manuskrypt z powrotem do skrytki w szkolnym kufrze. Następnie poszła do łazienki, odkręciła kurki w zlewie i dla otrzeźwienia ochlapała twarz. Gdy podniosła wzrok, zobaczyła w lustrze swoje odbicie. Była blada i miała okropnie podkrążone oczy.

Wyglądasz po prostu cudownie, parsknęła w myślach.

Sytuacja powoli zaczęła ją przerastać i, szczerze mówiąc, powinna być zaskoczona, że jeszcze się nie załamała. Oprócz nierozwiązanego problemu z podróżą w czasie miała jeszcze Toma Riddle'a na karku. To dziwaczne. Jakby nie patrzeć, był Lordem Voldemortem, więc jak miała sobie z nim poradzić? Emanował władzą i potęgą, zachowywał się bezdusznie i był zły do szpiku kości… a czasem wręcz przeciwnie. To nijak składało się na logiczną całość. Najgorsze, że utknęła w samym środku zamieszania i sama sprowadziła na siebie nieszczęście. Gdy podjęła decyzję, musiała doprowadzić sprawę do końca. Niezależnie od tego, jak wydawało się to poplątane, była teraz potrzebna Riddle'owi. Parsknęła pod nosem, uświadomiwszy sobie, że każdy normalny człowiek odebrałby to jako naprawdę wyborny żart i roześmiałby się w głos. Potrząsnęła z niedowierzaniem głową, wyszła z łazienki i wyciągnęła z szafy ciepły płaszcz. Zdecydowanie potrzebowała zaczerpnąć świeżego powietrza.

Gdy wyszła z Dziurawego Kotła, szczelniej opatuliła się peleryną. Niebo było szarawe, a grudniowe powietrze szczypało w nieodsłoniętą skórę. Mimo to chłód był w pewien sposób kojący i pomagał oczyścić myśli. Nie mając wyznaczonego celu, ruszyła wzdłuż ulicy, po drodze spotkawszy kilku spóźnionych kupujących, którzy spieszyli się do domów z wypchanymi po brzegi torbami. Tym razem poddała się spacerowi, nawet nie patrząc na bogato zdobione witryny sklepowe. Dłonie schowała głęboko w kieszeniach, chłonąc przyjemne ciepło, gdyż żałowała, że nie wzięła ze sobą rękawiczek. Wtem przeszła obok niej niska czarownica o rudych, nieosłonionych czapką włosach. Miała na sobie śmiesznie długi, ręcznie dziergany zielono-żółty szalik, który służył jej także za ponczo oraz była obładowana zakupami. Hermiona próbowała zignorować znajome ukłucie w żołądku, bowiem kobieta przypominała jej Molly Weasley. Chcąc wyrzucić z głowy obraz nędzy i rozpaczy, przyspieszyła kroku i oparła się chęci odwrócenia głowy za rudowłosą czarownicą. Wyglądało na to, że duchy przeszłości nigdy nie dadzą jej odpocząć.

Skręciła za róg, prawie dochodząc do księgarni, w której była wcześniej razem z Riddle'em. Kontynuowała niespieszny spacer, ale właśnie wtedy zauważyła siedzącą na ławce osobę. To dziwne, żeby przy tej pogodzie i porze samotnie wylegiwać się na ośnieżonym siedzisku. Kiedy podeszła bliżej, zamrugała ze zdziwieniem, zobaczywszy znajome czarne włosy. Czemu tu przyszedł? Była przekonana, że odpoczywa w swoim pokoju. Był przecież ranny i zdecydowanie nie powinien sam chodzić po śliskim śniegu, gdzie łatwo o upadek.

– Co tutaj robisz? – zapytała, szczerze zaciekawiona, usiadłszy obok.

Riddle przez chwilę rozważał opcje, a potem zdecydował się odpowiedzieć.

– Musiałem się przewietrzyć.

– Hmm. Ja też. To pomaga oczyścić myśli.

Milczał, więc spojrzała na niego uważniej. Znów wpatrywał się beznamiętnym wzrokiem w obecnie pustą uliczkę i wyraźnie zbladł od czasu obiadu. Nie powinien siedzieć na mrozie.

– Nigdy tak naprawdę nie odpowiedziałaś na moje pytanie – zagaił niespodziewanie.

Uniosła brwi.

– Jakie?

– Dlaczego mi pomogłaś – doprecyzował i zmierzył ją nieodgadnionym wzrokiem. Chociaż zachował kamienną twarz, dziewczyna co nieco zeń wyczytała. Zdziwiła się, widząc nieufność i ostrożność. Z niewiadomego powodu poczuła się zasmucona tą nieprzystępnością. – W Hogwarcie byliśmy wrogami – kontynuował po chwili ciszy. – Nie rozumiem, co miałabyś zyskać, wyciągając do mnie pomocną dłoń. Czemu to zrobiłaś? – zapytał ściszonym głosem.

Hermiona przysnęła się bliżej.

– Szczerze mówiąc, sama nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Czułam, że powinnam. I nie żałuję. – Uśmiechnęła się łagodnie. Była zaskoczona, gdy zrozumiała, że powiedziała prawdę. Nie miała żadnych wyrzutów sumienia, że poszła do sierocińca, by sprawdzić, czy przypadkiem nie ucierpiał. Zdecydowanie nie ubolewała też, że wyciągnęła go z piwnicy, a wręcz przeciwnie – nie potrafiła wyobrazić sobie innego scenariusza. Gdy spojrzała ponownie na chłopaka, zobaczyła, ze jego spojrzenie zmiękło, choć wciąż przyświecała mu pewna doza nieufności. – To była moja decyzja, więc nie jesteś mi nic winien – dodała. – W porządku?

Riddle patrzył na nią przez dłuższą chwilę, najprawdopodobniej sondując, czy powiedziała prawdę i wreszcie skinął głową. Hermiona ucieszyła się, że doszli do porozumienia i zadrżała, kiedy zawiał wiatr. Ślizgon również się trząsł, więc wzięła go za lodowato zimną rękę. Automatycznie się spiął i rzucił jej zaskoczone spojrzenie.

– Strasznie przemarzłeś – podsumowała. – Jak długo tu czatujesz? – zapytała, ale nie otrzymała odpowiedzi. – Wróćmy do Dziurawego Kotła – dodała stanowczym tonem. – Jeżeli zamierzasz po prostu siedzieć i rozmyślać, równie dobrze możesz to robić w środku, gdzie jest ciepło.

Wiedząc, że niekoniecznie doczeka się słownej reakcji, po prostu wstała i go pociągnęła. O dziwo, chłopak był posłuszny.


Riddle podszedł do okna, z którego miał doskonały widok na Pokątną i śpieszących się ludzi, ciasno opatulonych grubymi płaszczami.

Wciąż nie wrócił do zdrowia, a plecy bolały go niemiłosiernie. Nienawidził być w kiepskim stanie, a co gorsza, nie mógł używać magii, bowiem skonfiskowano mu różdżkę. Na myśl o Dumbledorze zacisnął dłonie na parapecie tak mocno, że aż zbielały mu kostki. Czemu został odesłany ze szkoły? W normalnych okolicznościach musiał się martwić tylko i wyłącznie przerwą wakacyjną. Prawdę powiedziawszy, był cholernie zszokowany, gdy dowiedział się, że nie może zostać w zamku na święta. To naturalne, że profesor nie chciał widywać go częściej, aniżeli musiał, ale to uczucie było w pełni odwzajemnione. Zazwyczaj wzywał go do swojego gabinetu krótko przed wakacjami i zabierał mu różdżkę, więc był niemile zaskoczony, otrzymawszy podobne wezwanie w grudniu, niedługo przed Bożym Narodzeniem.

Nienawidził tego przeklętego sierocińca! Za każdym razem, gdy musiał tam wracać, miał wrażenie, że znów jest wciągany do czasów, w których nie wiedział o istnieniu magii i uświadomił sobie, że wcale nie jest taki odrażający, jak wszyscy wokół twierdzili. Obawiał się wówczas, że popełni jakiś głupi błąd i zostanie przeniesiony do innej placówki. Pani Cole była wobec niego podejrzliwa i niejednokrotnie groziła mu odesłaniem do ośrodka dla psychicznie chorych, ale w głębi duszy wiedział, że daleko mu do szaleństwa i wierzył w swoją wyjątkowość – po prostu inni byli zbyt ograniczeni umysłowo i nie potrafili docenić talentu, który nieświadomie posiadł. Nienawidził wszelkiej maści ignorantów i ludzi, którzy go nie rozumieli, albo nawet unikali. To była dlań ostatnia deska ratunku. Co innego mu pozostało?

Gdy pewnego dnia wrócił na wakacje, zauważył, że pani Cole zniknęła, zastąpiona przez Cartera. Miesiące spędzane w sierocińcu zawsze były dla niego przygnębiające, ale nowy kierownik sprawił, że lato w domu dziecka stało się jeszcze gorszym doświadczeniem. Cole nie darzyła go sympatią, ale nigdy nie próbowała narzucić mu innego stylu bycia, może ze strachu, a może z czystego lenistwa. Carter był inny…

Zamknął oczy, przypominając sobie bezradność, którą czuł wobec tego człowieka. Jeżeli by mu się przeciwstawił i wniósł nawet najprostszą tarczę, zaryzykowałby wydalenie ze szkoły, a co za tym idzie, nigdy więcej nie dotknąłby różdżki – to los gorszy od śmierci. Musiał więc znosić ból za każdym razem, kiedy wracał do sierocińca. Teraz też miał przypomnienie o ciężkich czasach w postaci obolałych pleców.

Odetchnął głęboko, ale nie poczuł się uspokojony, a wręcz przeciwnie. Miał ochotę udusić Cartera gołymi rękami. Otworzył oczy i odwrócił się od okna. Niespodziewanie pokój, który zajmował, wydał mu się równie malutki, co cela w piwnicy.

Znów zrobiło mu się niedobrze. Chociaż wiedział, że jest tutaj bezpieczny, czuł się zaszczuty niczym zwierzę w klatce. Niewiele się zastanawiając, chwycił płaszcz i wybiegł z pokoju. Nie zatrzymał się, dopóki nie znalazł się na dworze. Było wietrznie, a chłód szczypał w policzki, ale rozległe niebo przyniosło mu ukojenie. Wziął kilka głębokich wdechów. Duszności nareszcie zaczęły odchodzić w zapomnienie. Ruszył w dół alei Pokątnej. Musiał trochę pospacerować.

Gdy przeszedł pewien dystans, rozbolały go plecy. Naturalnie, ich regeneracji nie pomogło, że praktycznie wybiegł z Dziurawego Kotła. Kilka kroków dalej zobaczył ławkę, więc postanowił trochę odpocząć. Kiedy nabierze sił, wróci do pokoju. Usiadł na siedzisku, unikając dotknięcia plecami oparcia.

Był cholernie sfrustrowany. To niedopuszczalne, żeby co roku wracał do sierocińca. Nie chciał dłużej tego znosić, ale w gruncie rzeczy nie miał innego wyjścia. To było właśnie sedno jego problemu – brakowało mu siły.

Może nie musiał się tym już martwić. DeCerto powiedziała przecież, że nie pozwoli mu wrócić do sierocińca. Zmarszczył brwi, uświadomiwszy sobie głupotę, którą właśnie palnął. Skąd mu się to wzięło? Dlaczego nagle postanowił polegać na innych? Od kiedy potrzebował pomocy? Dziewczyna była podejrzana i nie miał żadnych podstaw, aby jej zaufać. Szczerze mówiąc, nic o niej nie wiedział, dlatego też irytowała go nadzieja, którą w nim wzbudziła.

Ktoś się doń przysiadł. Odwrócił głowę i zobaczył zmartwioną DeCerto. Co gorsza, w jakiś niewyjaśniony sposób poczuł ulgę.

– Co tutaj robisz? – zapytała.

Riddle patrzył na nią przez chwilę, zastanawiając się, co odpowiedzieć. Nie brzmiała, jakby żądała wyznania wszystkich grzechów, a wyrażała swe zaniepokojenie.

– Musiałem się przewietrzyć.

– Hmm. – Uśmiechnęła się łagodnie. – Ja też. To pomaga oczyścić myśli.

Znów się zastanowił, dlaczego mu pomogła. Chyba nie zdzierżyłby, gdyby naprawdę była pionkiem Dumbledore'a i przyczyniała się właśnie do jego upadku.

– Nigdy tak naprawdę nie odpowiedziałaś na moje pytanie – zagaił ściszonym głosem.

– Jakie? – zapytała, pozornie zdezorientowana.

– Dlaczego mi pomogłaś – doprecyzował i wbił w nią sondujące spojrzenie. Jeżeli odważy się skłamać, w mig wyłapie podstęp. – W Hogwarcie byliśmy wrogami. Nie rozumiem, co miałabyś zyskać, wyciągając do mnie pomocną dłoń. Czemu to zrobiłaś? – Musiał wiedzieć.

DeCerto przysunęła się bliżej, a potem obdarzyło go jednym ze swoich standardowych promiennych uśmiechów.

– Szczerze mówiąc, sama nie wiem – powiedziała, wprawiając go w jeszcze większe zakłopotanie. – Czułam, że powinnam. I nie żałuję.

Jak mógł uwierzyć? Skąd mógł zdobyć stuprocentową pewność, że niczego nie planowała?

– To była moja decyzja, więc nie jesteś mi nic winien. W porządku? – dodała, patrząc nań poważnym wzrokiem.

Gdyby naprawdę współpracowała z Dumbledore'em, nie musiałaby dalej podtrzymywać tej farsy. Opuścił sierociniec i można by rzec, że podpisał na siebie wyrok, ale jak dotąd, nie otrzymał żadnego zawiadomienia o wszczęciu postępowania dyscyplinarnego. Może DeCerto mówiła prawdę…?

Z rozmyślań wyrwała go ciepła dłoń. Automatycznie spojrzał na dziewczynę.

– Strasznie przemarzłeś – powiedziała, zmarszczywszy brwi. – Jak długo tu czatujesz?

Czemu się troszczyła?

– Wróćmy do Dziurawego Kotła – zarządziła. – Jeżeli zamierzasz po prostu siedzieć i rozmyślać, równie dobrze możesz to robić w środku, gdzie jest ciepło.

Chociaż było to nie do pomyślenia, nie miał nic przeciwko temu, aby mu rozkazywała, więc pozwolił się pociągnąć.