14. SAMOTNE ŚWIĘTA
Następnego dnia Hermionę obudziło irytujące stukanie w okno. Przewróciła się na drugi boczek, próbuję zasnąć, ale nadaremnie. W końcu niechętnie wstała z łóżka, podeszła do okna i odsłoniła zasłony. Na parapecie leżały co najmniej dwa cale śniegu, zaś delikatne płatki spadały na całą Pokątną. W szybę dziobały trzy sowy i domagały się wlecenia do pokoju.
Zmarszczyła brwi. Kto chciałby z nią korespondować? Naprawdę nie znała zbyt wielu ludzi w latach czterdziestych. Otworzyła na moment okno i wpuściła ptaki. Sowy z gracją podleciały do łóżka i z chęcią nań usiadły. Właśnie wtedy zobaczyła, że każda przyniosła paczkę. Natychmiast zrozumiała, że dziś było Boże Narodzenie.
Jak mogłam zapomnieć…?
Dostarczywszy przesyłki, sowy zahukały przyjaźnie i z powrotem wystartowały. Hermiona spojrzała na prezenty i roztargnionym ruchem zamknęła okno. Usiadła na łóżku i wzięła jedną paczkę, do której dołączony był list.
Droga Hermiono,
Wesołych świąt. Mam nadzieję, że sporo wypoczywasz. Dziś zjechała się do mnie cała rodzina. To będzie czas próby, bo jest nas naprawdę sporo.
Gdziekolwiek jesteś (w sumie to dlaczego nam nie powiedziałaś?), liczę, że dobrze się bawisz.
Wszystkiego dobrego,
Richard.
Hermiona uśmiechnęła się do krótkiego listu, a następnie otworzyła prezent. Wypadła z niej paczka czekoladowych żab, trochę inaczej zapakowanych, aniżeli w przyszłości. Szczerze mówiąc, nawet nie wiedziała, że były w sprzedaży w latach czterdziestych. Oprócz słodyczy Weasley podarował jej ogromny, ciepły, jasnoczerwony szal.
Następny prezent został wysłany przez Lupina. Oczywiście, chłopak dołączył do niego kartkę świąteczną z życzeniami. „Najczęstsze błędy przy warzeniu eliksirów i kilka sposobów, aby ich uniknąć", przeczytała tytuł książki.
Ostatnia przesyłka, najmniejsza ze wszystkich, była od Longbottoma. Gdy otworzyła pudełeczko, zobaczyła misterny naszyjnik ze wkutymi w srebro niebieskimi kamyczkami. Z zachwytu zaparło jej dech. Wisior był po prostu przepiękny.
Odłożyła wszystkie prezenty na stolik i spojrzała nań w zamyśleniu. To miłe, że chłopcy się postarali. Znali się zaledwie od kilku miesięcy, więc całkiem szybko zobaczyli w niej przyjaciółkę. Ku swojemu zaskoczeniu poczuła, że ma mokre policzki. Uniosła dłoń do twarzy i otarła łzy, nawet nie wiedząc, kiedy spłynęły.
Czemu płakała? To przecież wspaniałe, że potraktowali ją w tak ciepły sposób. Byli przyjaciółmi, prawda?
Tak, w istocie, pomyślała ze smutkiem, ale…
W gruncie rzeczy niczego o niej nie wiedzieli, a tym bardziej nie znali prawdziwej Hermiony Granger. Naopowiadała im tyle kłamstw. Chłopcy chętnie służyli wsparciem, ale w sprawach przyziemnej wagi – nie pomagali jej w szukaniu informacji, czy też powrocie do przyszłości. Spokojnie żyli własnym życiem, nie poznawszy okropieństw wojny, które odcisnęły nań piętno. Lubiła Longbottoma, Lupina i Weasleya, ale jednocześnie wiedziała, że zawsze będzie się od nich różnić. Jakby nie patrzeć, egzystowali na dwóch zupełnie różnych płaszczyznach. Ich największym zmartwieniem są przyszłoroczne egzaminy, albo to, że darzą kogoś nieodwzajemnioną miłością.
W przeciwieństwie do nich dorosła zbyt wcześnie i walczyła na froncie. Widziała wiele, zbyt wiele śmierci. Niezliczona ilość ludzi umarła jej na rękach i nie miała skrupułów, żeby odwdzięczyć się mordercom. Gdy zabijała, patrzyła swoim ofiarom w oczy i czekała, aż ucieknie z nich życie. W walce używała cholernie niebezpiecznych zaklęć z pełną świadomością ich śmiertelności. Czasem miała wrażenie, że zaprzedała duszę diabłu. Jak zwykł mawiać Dumbledore? „Dla większego dobra". Zwalczała ogień ogniem. Ostatecznie wygrała, lecz wszystko straciła.
Najgorsze było to, że z czasem, im dłużej walczyła, przyzwyczaiła się do odbierania życia i stała się bezduszna. Nawet dziś nie żałowała ludzi, których zabiła. Oczywiście, wiedziała, że morderstwo to najpodlejsza ze zbrodni, ale zrobiłaby to ponownie, gdyby tylko mogła uratować swoich przyjaciół. Najbardziej zaś przerażało ją to, że miała taką możliwość.
Zamknęła oczy, desperacko pragnąc nie myśleć o przeszłości. Niestety nie mogła powstrzymać pojawiających się jej głowie obrazów.
Luna umierała, krzycząc z bólu. Krew wypływała strumieniami z jej oczu, uszu i ust.
Neville walczył o życie. Klątwa, którą oberwał, rozerwała mu żebra i odsłoniła klatkę piersiową. Nie miał najmniejszych szans.
Ginny została trafiona podczas walki, ale udało się przenieść ją w bezpieczne miejsce. Niestety, nijak mogli zatrzymać postępu klątwy. Zmarła po dwóch tygodniach straszliwego bólu, a Harry był zdruzgotany.
Rodzice spłonęli we własnym domu.
Tak wiele śmierci…
Z pewnością nigdy nie będzie mogła wrócić do normalnego życia. Gdzieś w głębi duszy wiedziała, że nie zazna ukojenia. Podciągnęła kolana pod brodę i objęła się ramionami. Obrazy wciąż migotały jej w głowie i wiedziała, że zaraz zacznie się mazać.
Ron został trafiony klątwą Bellatriks. Widziała jakby w zwolnionym tempie, jak zielony strumień uderza go prosto w klatkę piersiową.
Harry…
Ostatni pozostały przy życiu przyjaciel. Gdy siłą i odwagą powstrzymał zło, los postanowił okrutnie z niego zadrwić i zmusił Hermionę, żeby go zabiła.
Wtem usłyszała gwałtowne pukanie do drzwi. Podniosła głowę, zupełnie zagubiona w przykrych wspomnieniach, że zapomniała, gdzie się znajduje. Gdy nie zareagowała, ktoś ponowił pukanie.
– Proszę – powiedziała głośniej, wcześniej prostując nogi.
Do pokoju wszedł Riddle, a Hermiona uniosła ze zdziwienia brwi. Nigdy wcześniej nie przychodził w odwiedziny oraz nie przekraczał progu, chyba że go do tego zmusiła. Chociaż wydawało się to nierealne, stał w drzwiach, równie przystojny, co zawsze i sprawiał wrażenie rozluźnionego.
– Coś się stało? – zapytała, zmarszczywszy z niepokojem brwi.
– Nieszczególnie – odpowiedział, patrząc nań przenikliwym wzrokiem. – Aczkolwiek się spóźniłaś.
Sprawdziła zegarek i rzeczywiście, było po dziesiątej. Planowała wstać i ogarnąć się o dziewiątej. Wczoraj, gdy się rozchodzili, obiecała, że wpadnie po niego mniej więcej wpół do dziesiątej i razem zejdą na śniadanie.
– Masz rację, przepraszam. – Spróbowała się uśmiechnąć, ale najwyraźniej kiepsko jej wyszło. – Rozpakowywałam prezenty – dodała, zupełnie niepotrzebnie.
Riddle podszedł do malutkiego stosu na stoliku i uniósł brwi.
– I to właśnie sprawiło, że jesteś przygnębiona? – zapytał ściszonym głosem. Stał zaledwie kilka kroków od niej i niespodziewanie poczuła przemożną potrzebę odwrócenia wzroku. Wiedziała, że zaraz się rozpłacze i chciała odwlec nieuniknione. Po chwili, która równie dobrze mogła być wiecznością, usiadł obok na łóżku. – Co się stało, DeCerto? – zapytał łagodniejszym tonem, kiedy wciąż patrzyła na swoje dłonie.
– Wszystko w porządku – odparła, ale nie zabrzmiała przekonująco.
Zamknęła oczy, próbując odzyskać równowagę i opanować nadchodzący kryzys, ale nie potrafiła. Wciąż widziała martwe ciała przyjaciół.
– Widzę, że masz problem – drążył.
Ron wyglądał, jakby spał, ale wiedziała lepiej. Skóra Harry'ego zszarzała, a z oczu zniknął wszelki blask.
W końcu się załamała i rozpłakała.
– Tęsknię za nimi – wyznała łamiącym się głosem i spróbowała otrzeć łzy, jednak te nie przestawały lecieć.
– Za Longbottomem? – zapytał chłodnym tonem ślizgon.
Hermiona wreszcie na niego spojrzała i zmarszczyła brwi. Chociaż przed momentem było inaczej, teraz znów sprawiał wrażenie niedostępnego. Uświadomiła sobie, że opacznie zrozumiał sytuację, dopiero kiedy zauważyła prezenty świąteczne.
– Nie mówię o nim.
Jak miło byłoby, tęsknić za przyjaciółmi, których za niedługo zobaczy. Zacisnęła wargi, czując ponowny przypływ rozpaczy. Gdy przestała jej przeszkadzać obecność Riddle'a, pozwoliła sobie na chwilę słabości, nieświadoma, że automatycznie przybrał beznamiętny wyraz twarzy.
– Masz na myśli przyjaciół z Francji…? – zapytał powoli, sprawnie łącząc fakty.
Tak, z przyszłości.
– Cholernie za nimi tęsknię. – Uniosła dłonie i przetarła mokre policzki. W międzyczasie łzy zdążyły pomoczyć trochę pościel. Właśnie wtedy poczuła ciepłą dłoń na ramieniu.
– Może ich jeszcze zobaczysz. – Usłyszała.
To przechyliło szalę. Porzuciwszy wszelkie pozory, po prostu wybuchnęła płaczem. Nawet jeżeli jakimś cudem wróci w odpowiednim momencie, chłopcy pozostaną martwi. Była całkowicie sama i nikogo nie obchodziła. Automatycznie odwróciła się jedynemu źródłu ciepła, jakie w pobliżu zlokalizowała. Riddle nie zabrał dłoni i patrzył nań z czymś w rodzaju troską.
– Gdy wojna się skończy, mogłabyś wrócić do ojczyzny – zasugerował.
Oczywiście, nie wiedział, że niedawno zwyciężyła i przywróciła pokój. Zaszlochała i, bez większego zastanowienia, przysunęła się bliżej. Drżącymi rękoma oplotła go w pasie i zakopała twarz w jego piersi. Nie mogła przestać płakać.
– Nie żyją… – wydukała pomiędzy szlochami. – Wszyscy nie żyją…
Zupełnie przestała nad sobą panować. Z desperacją wtuliła się w chłopaka, który zaoferował jej wsparcie – po prostu potrzebowała się do kogoś przytulić. Samotność jest straszliwa do zniesienia.
Właśnie wtedy poczuła, że odwzajemnia uścisk. Miał silne ramiona, a to przynosiło ukojenie. Przymknęła oczy i pozwoliła sobie na chwilę zapomnienia. Wyrzuciła z siebie cały smutek i ból, który dotąd w niej narastał, a Riddle nawet na sekundę jej nie puścił.
Obudziwszy się, ziewnął ze zmęczeniem i sięgnął po zegarek, który rzucił wczoraj na stolik. Było już po dziewiątej. Z trudem usiadł na łóżku i przez dłuższą chwilą po prostu tak siedział, próbując się dobudzić. Naprawdę daleko mu było do rannego ptaszka.
Gdy uznał, że wystarczy leniuchowania, wstał i poszedł do łazienki, po drodze zrzucając na podłogę koszulkę. To zaiste wspaniałe, nie musieć z nikim dzielić pokoju, pomyślał. Żadnych współlokatorów, którzy drażnili go samą obecnością. Dzielenie dormitorium w Hogwarcie z zacietrzewionymi idiotami było naprawdę okropne. Cóż, przynajmniej w przyszłym roku odejdzie mu jeden problem, uśmiechnął się z zadowoleniem. Dippet z pewnością mianuje go prefektem naczelnym, a wtedy nareszcie będzie mógł się przeprowadzić i mieć święty spokój.
Nienawidził nie mieć własnych rzeczy. Odkąd sięgał pamięcią, nigdy niczego nie posiadał i był uzależniony od innych. W sierocińcu wszystko było wspólne, włączając w to zabawki, książki, a nawet ubrania. Pani Cole chciała nauczyć dzieci dzielenia się dobrami, żeby były wdzięczne za to, co otrzymywały. To całkiem naturalne, bowiem dom dziecka najczęściej otrzymywał darowiznę od jakiegoś bogatego łajdaka, który czuł się lepiej, przekazując kilka funtów biednym sierotkom.
Gardził ideą współdzielenia. Naprawdę nie mógł zrozumieć, dlaczego powinien okazywać wdzięczność za coś, co zostało mu łaskawie rzucone pod nogi oraz za to, że był po prostu zbyt biedny, aby kupić sobie książkę. Jedyne, co miał na własność, to ukradzione innym drobnostki – oczywiście, dopóki Dumbledore nie wkroczył do akcji.
Na myśl o znienawidzonym nauczycielu krew się w nim zagotowała. Zdemaskowawszy kradzież, zmusił go, żeby oddał wszystkie przedmioty. Co gorsza, musiał nawet przeprosić za swoje zachowanie. Od samego początku nie zapałali do siebie sympatią. Gdy pojechał do Hogwartu, utknął w dormitorium z bandą rozpieszczonych bogatych bachorów, które miały wszystko, czego tylko dusza zapragnie. W przeciwieństwie do współlokatorów został sam ze swoimi starymi podręcznikami i znoszonymi ubraniami.
Wyszedł z łazienki i się ubrał. Spojrzawszy w lustro, zlustrował odzież, którą kupiła mu DeCerto. Nikt wcześniej niczego mu nie sprezentował, a przynajmniej nie z dobroci serca, bowiem ślizgoni również szczodrze go obdarowywali, jednakże zawsze mając w tym ukryty interes. DeCerto była inna. Kupiła mu ubrania, a nawet książkę, którą sobie wymarzył, bo miała gest. To było dla niego nowe i dziwne.
Podszedł do stolika nocnego i ponownie sięgnął po zegarek. Uniósł brwi, gdy zobaczył, że jest już po dziesiątej. Zatraciwszy się w przygotowaniach, zupełnie stracił poczucie czasu. Wciąż dokuczały mu plecy, dlatego też poruszał się wolniej, aniżeli zazwyczaj. Zastanowił się, gdzie jest DeCerto. Wczoraj powiedziała, że przyjdzie po niego o dziewiątej trzydzieści. Może po prostu zaspała? Ostatecznie zdecydował się samodzielnie zejść na dół i zjeść śniadanie, ale gdy był w połowie drogi, przystanął i się zastanowił.
Coś jest nie w porządku. Niedotrzymywanie słowa nie leży w jej naturze. Westchnął i zawrócił. Wracając, próbował zrozumieć, dlaczego poczuł potrzebę sprawdzenia, co u niej. Kiedy stanął przed drzwiami, wziął głęboki oddech i zapukał. Nie otrzymawszy zaproszenia do środka, ponowił pukanie.
– Proszę.
Otworzył drzwi i wszedł do pokoju. Gdy zobaczył, w czym DeCerto siedziała na łóżku, prawie się przewrócił. Nigdy wcześniej nie widział kobiety w krótszych spodenkach. Nie zakrywały nawet połowy uda, zaś koszulka, którą miała na sobie, wcale nie była lepsza. Czy w tym właśnie spała…? Nie znał żadnej dziewczyny, która nosiłaby coś równie odsłaniającego i obcisłego. Szczerze mówiąc, ten strój zupełnie nie przypominał koszuli nocnej, a przecież niejednokrotnie widział przygotowane do snu kobiety.
Czemu zaprosiła go do środka, skoro wciąż była w piżamie? Mimowolnie zmrużył oczy, gdy uświadomił sobie, że ktoś mógłby zobaczyć ją w takim stanie – równie dobrze do drzwi mogłaby zapukać obsługa lokalu. Zagryzł zęby, gdyż nie spodobał mu się ten pomysł.
– Coś się stało? – zapytała, wracając go do rzeczywistości.
– Nieszczególnie – odpowiedział, patrząc nań przenikliwym wzrokiem. – Aczkolwiek się spóźniłaś.
Sprawdziła zegarek i wydawała się szczerze zaskoczona. Czyli zaspała, podsumował, ale kiedy ponownie nań spojrzała, zrozumiał, że coś jest na rzeczy. Miała podpuchnięte i zaczerwienione oczy. Wszystko wskazywało na to, że płakała.
Kto śmiał?, zawrzał z gniewu, a potem zamrugał ze zdumieniem, bowiem zupełnie nie pojmował, dlaczego się rozzłościł.
– Masz rację, przepraszam – odparła, bez swojej zwyczajowej wesołości. Z niewiadomych przyczyn brakowało mu tej nuty. – Rozpakowywałam prezenty – dodała, ale bez grama entuzjazmu.
Spojrzał na stos na stoliku nocnym. Ach, zupełnie zapomniał. Wszak dziś było Boże Narodzenie. Zbliżył się do blatu i rozeznał w sytuacji. Zobaczył pudełeczko czekoladek, książkę, a także naszyjnik, który automatycznie przykuł jego uwagę.
Dostała biżuterię…? Szybko przeleciał wzrokiem kartkę z życzeniami. No oczywiście, Longbottom, parsknął ze wściekłości.
Palant zawsze kręcił się wokół DeCerto. Wtedy przypomniał sobie, że razem przyszli na spotkanie Klubu Ślimaka. Nie byli parą, prawda? Z niewiadomych przyczyn zacisnął dłonie w pięści. Dopiero po chwili dotarło do niego, że dziewczyna płakała.
– I to właśnie sprawiło, że jesteś przygnębiona? – zapytał, dołożywszy wszelkich starań, żeby brzmieć obojętnie.
Odwrócił się, żeby wyłapać ewentualne kłamstwo. Nie zamierzał tolerować faktu, iż flirtuje z innym mężczyzną, do tego idiotą pokroju Longbottoma. DeCerto natychmiast wbiła wzrok w dłonie. Co było z nią nie tak? Zazwyczaj nie wycofywała się z pojedynku na spojrzenia. Wyglądało na to, że chciała uniknąć odpowiedzi, więc podszedł do łóżka i usiadł obok. Nie lubił być ignorowany.
– Co się stało, DeCerto? – zapytał.
– Wszystko w porządku – odparła cicho.
Naprawdę spodziewała się, że jej uwierzy, czy też zwyczajnie zeń kpiła?
– Widzę, że masz problem – dodał, starają się brzmieć na wyrozumiałego.
W końcu nie wytrzymała i zaczęła płakać. Na ten widok coś nieprzyjemnego osiadło mu na żołądku. To zadziwiające, ale czasami sam siebie nie rozumiał.
– Tęsknię za nimi – wyszeptała po dłuższej przerwie.
A więc to tak…?, pomyślał, rozwścieczony. Usychała z tęsknoty za swoim bezmózgim chłopakiem? Nawet nie przypuszczał, że była równie płytka.
– Za Longbottomem? – drążył.
Usłyszawszy pytanie, DeCerto spojrzała na niego, zakłopotana. Zaczynał mieć w głowie prawdziwy mętlik. Longbottom podarował jej na święta naszyjnik, przez co zupełnie się rozkleiła – to proste.
– Nie mówię o nim.
Zamrugał, zdezorientowany. Nie płakała z powodu Longbottoma? Co więcej, wydawała się szczerze zaskoczona, że wymienił akurat to nazwisko. Najprawdopodobniej nawet o nim nie pomyślała. W jakiś sposób poczuł niewyjaśnioną ulgę.
Czemu się rozpłakała? Patrzyła wprost na niego, ale w jej wzroku było coś dziwnego. Co ją zasmuciło? Dlaczego wydawała się nieszczęśliwa? Najwyraźniej to nic związanego z Hogwartem, podsumował. Z tego, co zauważył, ci trzej idioci z Gryffindoru byli jej jedynymi przyjaciółmi. Wtem doznał olśnienia. Czyżby myślała o kimś zupełnie innym?
– Masz na myśli przyjaciół z Francji…? – zapytał powoli
– Cholernie za nimi tęsknię – odpowiedziała drżącym głosem i spróbowała otrzeć potok łez. Sprawiała wrażenie osoby w beznadziejnej sytuacji. Nigdy nie widział jej w podobnym stanie. Promieniowała ogromnym smutkiem i żałością, przez co nie mógł zdzierżyć tego widoku. Z wahaniem podniósł rękę i położył ją na ramieniu dziewczyny. Zdecydowanie daleko mu było do dobrego pocieszyciela.
– Może ich jeszcze zobaczysz.
Spróbował szczęścia, ale to tylko pogorszyło sprawę. DeCerto wybuchnęła płaczem, całkowicie zamykając się we własnym nieszczęsnym świecie.
– Gdy wojna się skończy, mogłabyś wrócić do ojczyzny – dodał, myśląc o czymś zupełnie innym. Chociaż bronił się przed przyznaniem prawdy, nie chciał, aby opuszczała Anglię. Gdy przyjdzie do najgorszego, zrobi wszystko, żeby ją tutaj zatrzymać.
Zanim się zorientował, dziewczyna rzuciła mu się w objęcia. Automatycznie się spiął, nie wiedząc, co powinien teraz zrobić. Nigdy nie przypuszczał, że to właśnie ona, ze wszystkich możliwych ludzi, kiedyś go przytuli.
– Nie żyją… – wyszeptała stłumionym głosem. – Wszyscy nie żyją…
Riddle'a był zszokowany. Oczywiście, wiedział, że musiała uciekać z ojczyzny z powodu wojny, ale nie sądził, że była tak blisko centrum walk. Nagłe ukłucie w sercu podpowiedziało mu, że z pewnością mało brakowało, aby i ona straciła życie.
Ostatecznie objął ją ramionami i przyciągnął bliżej. Nikomu, poza nim samym, nie wolno było skrzywdzić DeCerto.
Hermiona nie mogła przestać płakać. Wszystkie okropne wspomnienia, które dotąd z całą siłą tłumiła, wreszcie znalazły ujście i zalewały jej umysł, jedno za drugim. Podczas wojny widziała naprawdę wiele paskudnych rzeczy, których nikt nie powinien być świadkiem. Przeżyła cholernie dużo, ale nigdy nie miała czasu, żeby się zatrzymać i przepracować traumę – przez to żyła w niekończącym się smutku i bólu, które musiała codziennie znosić. Zamiast spróbować poradzić sobie z rozpaczą, postanowiła o niej zapomnieć, zepchnąć w głąb umysłu i mieć nadzieję, że nigdy doń nie wróci. Niestety otrzymane od chłopców prezenty sprawiły, że zupełnie się posypała. Płacząc tak i płacząc, odniosła wrażenie, że zostanie w tym stanie już na zawsze. Mimowolnie zacisnęła dłonie na swetrze Riddle'a i mocniej się doń przytuliła. Czuła się cholernie samotna i zagubiona, potrzebowała przynajmniej odrobiny ludzkiego ciepła i wsparcia. Nie miało znaczenia, czyje ramiona dodawały jej otuchy, dopóki odpędzały demony przeszłości.
Straciła poczucie czasu. W końcu szloch przerodził się w pochlipywanie, a to w pociąganie nosem. Wyrzuciwszy z siebie emocje, czuła się zdecydowanie lepiej. Wspomnień nie sposób zapomnieć, ale teraz wydawały się troszkę bardziej znośne i mniej bolesne. Gdy się uspokoiła, puściła Riddle'a i się od niego odsunęła. Nie chciała odwlekać nieuniknionego, więc spojrzała mu prosto w oczy. Była pod czujną obserwacją, zapewne przez cały ten czas. Wcześniej miała wątpliwości, ale teraz wyraźnie widziała w jego spojrzeniu troskę, która po prawdzie nie odbijała się na twarzy, ale wydawała się promieniować. Nigdy wcześniej nie zauważyła, żeby się czymś martwił. Prawie westchnęła, uświadomiwszy sobie, że nie powinna była przy nim płakać. Był Lordem Voldemortem, ot źródłem jej wszystkich problemów. Mimo to nie miała wyrzutów sumienia i czuła się całkiem komfortowo w jego ramionach. Zdecydowanie potrzebowała uścisku.
– Przepraszam – powiedział, uprzednio otarłszy mokre policzki. – Nie chciałam zasypywać cię moimi problemami.
– W porządku – odparł łagodnym tonem, wciąż nie spuszczając z niej spojrzenia.
– Po prostu dziś jest Boże Narodzenie – dodała, gwoli wytłumaczenia. – Nigdy wcześniej nie musiałam spędzać świąt w samotności.
– Siedzimy w tym we dwoje – odpowiedział.
– Masz rację. – Uśmiechnęła się Hermiona, a następnie pochyliła się do przodu i mocno go przytuliła. – Dziękuję – wyszeptała mu do ucha.
Chociaż DeCerto go puściła, to dziwaczne, elektryzujące uczucie, jakie wywoływał jej dotyk, pozostało na skórze. Riddle był zirytowany niechcianą reakcją swojego ciała, ale paradoksalnie, cholernie mu się to podobało. Dziewczyna w międzyczasie otarła policzki. Wciąż sprawiała wrażenie roztrzęsionej, ale nie wyglądała, jakby zaraz znów miała się rozpłakać. Mimowolnie zastanowił się, co dokładniej w życiu przeżyła. Kiedy powiedziała mu o śmierci przyjaciół, brzmiało to tak, jakby straciła wszystkich, na których jej zależało. Jak to się stało? Grindelwald, co prawda, szalał we Francji, ale nie w takim stopniu – jego działaniom było naprawdę daleko do otwartej wojny, a więc bliscy DeCerto zginęli, ponieważ znaleźli się na bezpośredniej linii ognia, inaczej to nieprawdopodobne. Zdecydowanie było w tym coś znaczenie więcej, aniżeli zdradziła.
Chociaż wolał milczeć na ten temat, cechowała się siłą i wytrzymałością, zupełnie niepodobną do dziewczęcej. Cokolwiek przeżyła, została poważnie zraniona.
Kiedy wróciła do dawnej siebie, wsadziła rękę pod poduszkę i wyciągnęła spod niej różdżkę i kaburę. Uniósł brwi, ponieważ znał tylko jedną osobę, która robiła podobnie – naturalnie, samego siebie. DeCerto była paranoiczką, prawda? Albo została zmuszona do defensywnego zachowania, pomyślał ze złością, patrząc, jak fachowym ruchem zakłada na ramię kaburę, a następnie wkłada doń różdżkę.
– Zrobiło się dość późno – powiedziała zwyczajowym tonem. – Daj mi z dziesięć minut, a dołączę do ciebie przy stoliku.
Skinął głową i wstał z łóżka. Wychodząc z pokoju, rzucił dziewczynie ostatnie spojrzenie. Wciąż miała podpuchnięte i zaczerwienione oczy oraz była bledsza, ale jakoś wyglądała całkiem ładnie. Szczerze mówiąc, wcześniej zupełnie nie zwracał uwagę na jej urodę, a teraz musiał przyznać, że jest do zaakceptowania. Oczywiście, to wrażenie mogło być równie dobrze spowodowane niebotycznie kusymi ubraniami, które miała na sobie.
Hermiona usiadła z powrotem na łóżku i popatrzyła na drzwi, przez które właśnie wyszedł ślizgon. Co, do diabła, w nią wstąpiło? Z własnej i nieprzymuszonej woli objęła Toma Riddle'a... Winą mogłaby obarczyć swoje rozhisteryzowanie, ale wciąż… przytulała się do Voldemorta. To prawdziwy cud, że nie została zaatakowana. Najbardziej zastanawiające jest jednak to, że dostrzegła w nim szczerą troskę. Owszem, był utalentowanym aktorem, ale nie do tego stopnia. Od kiedy Voldemort przejmuje się losem innych…?
Z frustracji potrząsnęła głową. Tom Riddle w niczym nie przypominał czarnoksiężnika, którego poznała w przyszłości. Oczywiście, miał swoje momenty, na przykład kiedy postanowił potrzymać ją pod Cruciatusem, ale… cechował się człowieczeństwem i pewnego rodzaju empatią, współczuciem.
To niepokojące, gdyż była przyzwyczajona go nienawidzić, a dziś wpadła mu w ramiona, czując się bezpiecznie. Może podróż w czasie do końca pomieszała jej w głowie? Najpierw uratowała mu życie, a potem postanowiła się doń przytulić. Westchnęła nad własną głupotą, a potem wstała z łóżka. Nie mogła przecież spędzić następnej godziny na rozmyślaniu nad swoim zdrowiem psychicznym. Z mocnym postanowieniem poszła do łazienki i naprędce się umyła. Ze szkolnego kufra wyciągnęła ciemnoniebieską spódnicę i ponownie przeklęła modę lat czterdziestych. Tęsknię za spodniami, pomyślała.
Tym razem dotrzymała słowa i po dziesięciu minutach rzeczywiście zeszła na parter. Automatycznie przeskanowała bar w poszukiwaniu Riddle'a i znalazła go przy jednym z dalszych stolików z leżącą na blacie filiżanką parującej kawy. Odrzuciwszy wahanie, podeszła doń zdecydowanym krokiem. Chłopak najwyraźniej wyczuł, że się zbliża, bowiem podniósł głowę i skrzyżował z nią spojrzenie. Chociaż sprawiał wrażenie beznamiętnego, po dłuższym przyjrzeniu doszła do wniosku, że zachowywał się inaczej, niż zwykle.
– Lepiej się czujesz? – zapytał z widocznym zainteresowaniem, kiedy usiadła.
– Tak, dzięki – odparła zgodnie z prawdą.
– Co chciałabyś dzisiaj robić? – kontynuował niewinnym tonem, patrząc na nią uważnie. Zamiast odpowiedzieć, uniosła po prostu brwi. – Cóż, nadeszły święta, więc powinniśmy zrobić coś fajnego – dodał z uśmiechem na twarzy.
Hermiona odwzajemniła uśmiech, bowiem sparafrazował słowa, którymi ostatnim razem próbowała go pocieszyć. Czy naprawdę próbował podnieść ją na duchu, rozweselić? Nigdy nie przypuszczała, że ślizgon posunie się do próby sprawienia komuś radości. I oto nadszedł ten właśnie dzień, kiedy Tom Riddle chciał zrobić coś bezinteresownie i naprawdę był miły. W jego oczach wciąż błyszczała skrywana troska.
– Myślę, że zwiedziliśmy całą Pokątną. Moglibyśmy na przykład pospacerować po mugolskim Londynie – odpowiedziała, aczkolwiek posunęła się do małego kłamstewka. Całkiem dobrze znalazła miasto, ponieważ się w nim wychowała, ale w latach czterdziestych wszystko mogło być inaczej.
– W takim razie masz wielkie szczęście. – Uśmiechnął się Riddle. – Jestem całkiem dobrym przewodnikiem.
Jak postanowili, tak zrobili. Miasto znacznie różniło się od swojego przyszłego odpowiednika. Oczywiście, wojna odcisnęła na nim swoje paskudne piętno, ale też miała okazję zobaczyć niezwykle piękne miejsca, które raczyła oszczędzić. Londyn zawsze był ogromnym miejscem, gdzie ludzie zawsze się spieszyli. Teraz jednak świat znacznie zwolnił tempa i mijający ich przechodnie zdawali się cieszyć możliwością spokojnego spaceru.
Riddle naprawdę dobrze orientował się w terenie. Znał najlepsze punkty widokowe, ale również wiedział, gdzie się zatrzymać, żeby móc podziwiać piękno zwyczajnego parku. Aby chwilę odpocząć, przysiedli na jednej z drewnianych ławek. Zadziwiające było też to, że nigdy się nie zagubił w tym dezorientującym ulicznym labiryncie. Hermiona z początku nie była przekonana, ale z czasem po prostu miała przyznać, że spędzili razem całkiem ekscytujący dzień.
Następną przerwę zrobili sobie w małej kawiarni z widokiem na Tamizę. Riddle wciąż był ranny i nie chciała, żeby niepotrzebnie się przemęczał, zwłaszcza że dłuższe spacery skutkowały bólem pleców. Z przyjemnością popijała filiżankę gorącej czekolady, patrząc na sunące po wodzie łodzie. To było naprawdę uspokajające.
Prawdę powiedziawszy, nie pamiętała, kiedy ostatni raz czuła się tak swobodnie i bezpiecznie. Ostatnie dwa lata spędziła na ciągłej wojnie, zapominając o codziennych przyjemnościach. Jeżeli z nikim nie walczyła, to trwała w pogotowiu, spodziewając się następnego ataku, albo trenowała, żeby nie wypaść z formy. Doświadczyła naprawdę okropnych rzeczy i miała potworne wyrzuty sumienia, czując coś innego, aniżeli chłodną determinację. Wtedy mogła zapomnieć o chwilach relaksu, czy też krótkiego odpoczynku. Tak właśnie wyglądało ich życie – walczyli, poszukiwali horkruksów i byli przygotowani na nadejście najgorszego. Od dwóch lat nigdy nie opuściła gardy, gdyż mogłoby to kosztować kogoś życie. Siedząc tutaj, w przytulnej mugolskiej kawiarence, sącząc gorącą czekoladę, zupełnie się odprężyła. Nie spodziewała się żadnego ataku, ani żadnego wroga, który mógłby zajść ją od tyłu. Odetchnęła z rozkoszą i oparła się wygodnie na krześle. Najdziwniejsze było to, że czuła się bezpieczna w towarzystwie siedzącego naprzeciwko Toma Riddle'a.
Chłopak również był zapatrzony w wolno płynącą rzekę. Wyglądał na zadumanego, więc mimowolnie się zastanowiła, nad czym rozmyśla. Z satysfakcją zauważyła, że siniaki na twarzy znacznie mu zbladły. Zadrżała, przypomniawszy sobie, w jakim stanie go znalazła. Wkrótce po ranach nie zostanie nawet ślad – przynajmniej widoczny gołym okiem. Hermiona bała się zapytać, ile lat był maltretowany. Z informacji, które wyciągnęła od Cartera, wynikało, że prowadził sierociniec nie dłużej niż pięć lat. Naprawdę miała nadzieję, że Riddle nie musiał często znosić podobnych katuszy, bowiem przed czterema latami był jeszcze dzieckiem, a żaden maluch nie powinien przechodzić piekła. Musiała się dowiedzieć, dlaczego był zmuszany do powrotu do sierocińca. Z jakiego powodu Dumbledore konfiskował mu różdżkę i uniemożliwiał obronę? Czy wiedział, na co skazuje jednego ze swoich uczniów? Naturalnie, nie zamierzała ponownie przepytywać Riddle'a. Postanowiła uszanować fakt, iż zdecydowanie nie chciał o tym rozmawiać. Kto wie, może wkrótce sam nabierze chęci do zwierzeń? Cuda się czasem zdarzają.
Gdy się weń zapatrzyła, pogrążona w myślach, dopiero po chwili zorientowała się, że podłapał jej spojrzenie. Po raz kolejny była zaskoczona tym niemożliwie unikalnym kolorem tęczówek. Oczy ślizgona miały najjaśniejszy szary kolor, jaki kiedykolwiek widziała, a wokół źrenic ciemnoniebieskie plamki. Naprawdę wielka szkoda, że pewnego dnia przybiorą karmazynowy odcień.
Wtem Riddle zmarszczył brwi i spojrzał nań zdezorientowany. Najprawdopodobniej przyłapał ją na gapieniu się, ale nie odwróciła wzroku. W zamian uśmiechnęła się przyjaźnie.
– Wiesz, jeżeli chcesz, to potrafisz być całkiem miły.
Z rozbawieniem zarejestrowała, że uniósł wysoko brwi.
– Mówisz, że dokonałaś odkrycia wszech czasów? – odparował, szybko się opanowawszy.
– Cóż, przyzwyczaiłam się do wzajemnego obrzucania się klątwami, więc to przyjemna odmiana – odpowiedziała zgodnie z prawdą, zaś Riddle wzruszył tylko ramionami. – Jeżeli brakuje ci przemocy, zawsze mogę cisnąć w ciebie jakimś zaklęciem – dodała z przekorą.
Ślizgon odchylił się na krześle.
– Skoro tak stawiasz sprawę, to powiedz, dlaczego wynajmujesz pokój podczas przerwy świątecznej – zagaił, niespodziewanie uderzając w czuły punkt.
– Co masz na myśli…? – zapytała lekko drżącym głosem.
To oczywiste, że nie mogła wyjawić mu prawdy o swoim pobycie w Dziurawym Kotle. Co miałaby powiedzieć? Cóż, to całkiem dobra miejscówka i idealnie sprawdza się jako baza wypadowa dla moich złodziejskich eskapad. Ostatnio ukradłam całkiem interesującą książkę. Mam nadzieję, że pomoże mi przenieść się w przyszłość o pięćdziesiąt lat. Gdyby zdecydowała się postawić na prawdę, Riddle albo wziąłby ją za wariatkę, albo, co jeszcze gorsze, uwierzyłby w historię i spróbowałby zdobyć manuskrypt.
– Czemu nie zatrzymałaś się u rodziny? – dodał, wciąż patrząc nań przeszywająco.
Szczerość nie wchodziła w grę, a że nie chciała rozmawiać o swoich bliskich, postanowiła uciec się do sarkazmu.
– Naprawdę nie wiesz? Gdybym spędzała czas z rodzinką, brakowałoby mi twojego towarzystwa – powiedziała słodkim głosem, a potem uśmiechnęła się rozbrajająco.
Riddle przez moment się nie odzywał, a potem powtórzył jej gest.
– Jesteś prawdziwą zagadką, DeCerto.
Hermiona prawie się ucieszyła. Chociaż to głupie, ale czasem tęskniła za tym protekcjonalnym uśmieszkiem.
– Słucham?
– Całkiem trudno cię rozgryźć – dodał z charakterystycznym błyskiem w oku, mówiącym, że spróbuje wszystkiego, żeby dokopać się do prawdy.
– Nie bądź głuptasem – parsknęła. – Wbrew temu, co ci się wydaje, jestem prosta i nieskomplikowana. Nie mam żadnych sekretów, czy też ukrytych planów podboju świata.
– Och, z pewnością – odpowiedział z kpiną, po czym kontynuował bardziej kontemplacyjnym tonem: – Czasami się zastanawiam, dlaczego nie zostałaś przydzielona do Slytherinu.
– Skąd wniosek, że powinnam? – zapytała, szczerze zdziwiona.
Naprawdę myślał, że Tiara popełniła błąd? Jeżeli ktoś powiedziałby jej to kilka miesięcy temu, wybuchnęłaby śmiechem.
– Jest kilka wskazówek. Weźmy na przykład pod uwagę przedstawienie, które odegrałaś, kiedy Slughorn spóźnił się na eliksiry. – Uniósł prowokacyjnie brew. – A tak się napracowałem, żeby zrujnować ci reputację – dodał z uśmieszkiem.
Zaśmiała się, nie mogąc się powstrzymać.
– Tak, sama przyznam, że to było genialne posunięcie.
– Swoją drogą, uknułaś całkiem pomysłową historię – zagaił. – Sprytny dobór głównego bohatera – mój rzekomy bliźniak, będący twoim przyjacielem z ojczyzny.
Hermiona natychmiast otrzeźwiała na myśl o Harrym.
– Ta część akurat była prawdą – wyznała ściszonym głosem.
Riddle prawie wytrzeszczył oczy.
– Byłem przekonany, że wszystko zmyśliłaś – powiedział z niedowierzaniem.
– Cóż, był moim najlepszym przyjacielem. – Uśmiechnęła się ze smutkiem. – I rzeczywiście widzę wasze podobieństwo.
Nie wiedziała, dlaczego się zwierza. Może dlatego, że od śmierci chłopców nie miała okazji, aby szczerze o nich porozmawiać. Straszliwie za nimi tęskniła.
– Macie nawet ten sam kolor włosów, ale twoje są schludniejsze. On zawsze był rozczochrany. – Uśmiechnęła się złośliwie i pochyliła do przodu. – Mniej więcej w ten sposób – dodała i przeczesała palcami jego kruczoczarne włosy, niszcząc tym samym wystylizowaną fryzurę.
Ślizgon spojrzał nań zdumiony, najprawdopodobniej wciąż próbując ogarnąć, co się właśnie wydarzyło. Jako że zawsze widziała go w idealnym stanie, zobaczywszy odstające na wszystkie strony kosmyki, wybuchnęła śmiechem.
– Co mu się przydarzyło? – zapytał, próbując wygładzić roztrzepane włosy i odzyskać wewnętrzny spokój.
Uśmiech natychmiast zniknął z twarzy Hermiony. Oczywiście, nie umknęło to uwadze Riddle'a, który automatycznie mocniej się skoncentrował. Przymknęła na moment oczy i wzięła głęboki oddech.
– Został zabity.
– Przypuszczam, że nie przez oddział aurorów, tak jak powiedziałaś w klasie – drążył cholernie łagodnym tonem, o który nigdy by go nie podejrzewała.
– Nie, przez mrocznego czarodzieja.
Riddle przyjrzał się DeCerto. W jej oczach znów pojawiła się żałość i smutek, którego wybuchu doświadczył z rana. Ponownie zastanowił się, przez co w życiu przeszła.
– Kiedy to się stało? – zapytał ostrożnie.
Gdy skrzyżowali spojrzenia, dostrzegł w nim zalążek strachu. Najprawdopodobniej rozważała, czy powinna mu powiedzieć.
– Tydzień przed moim przyjazdem do Hogwartu – odparła po dłuższej chwili milczenia.
Uniósł brwi, nie spodziewając się podobnej rewelacji. To znaczy, że zginął dwa i pół miesiąca temu…?
– Czy to właśnie dlatego uciekłaś z Francji?
DeCerto westchnęła.
– Mniej więcej.
W mig zrozumiał, że skończyli rozmowę i niczego z niej nie wyciągnie. Cokolwiek się stało, najwyraźniej postanowiła milczeć. Cóż, należy to dodać do listy sekretów, których namiętnie strzegła, pomyślał, sfrustrowany. Najgorsze, że przeczuwał, że to najważniejsza tajemnica.
Nigdy nie widział załamanej DeCerto. Oczywiście, czasem traciła zimną krew, to całkiem naturalne, bywała przestraszona lub zaszczuta, ale nie do tego stopnia, czego dała dziś popis w swoim pokoju. Była wówczas tak…
Bezbronna…
To jej nie pasowało. Była potężną czarownicą. Zniosła nawet Cruciatusa, którego jej zaserwował, a potem miała siłę, żeby z niego kpić. Co się stało, że się załamała? Czy była bliżej wojny, aniżeli twierdziła?
Spojrzał nań. Siedziała naprzeciwko i patrzyła w okno. Światło wpadające przez szybę sprawiało, że jej oczy błyszczały ładnym karmelowym kolorem. To ciekawe, ale wcześniej nie zauważył, że miała naprawdę ładne oczy. Uświadomiwszy sobie niepokojący tor swoich rozważań, natychmiast odwrócił wzrok, skupiając się na czymś zgoła innym. Wrócił myślami do pierwszego razu, kiedy ją zobaczył. Z miejsca znienawidził te wszechobecne włosy. Teraz nie mógł zrozumieć dlaczego. Były krzaczaste i z pozoru nie do okiełznania, ale to dodawało im uroku. Zadumany, zastanowił się, jakie są dotyku, zapragnął wplątać w nie palce i osobiście się przekonać. Wyglądały na miękkie.
– Myślisz, że powinniśmy wracać?
Zamrugał, gwałtownie wyrwany z rozmyślań. Ponownie skrzyżował spojrzenie z DeCerto.
– Ee, możemy – burknął, starając się ignorować fakt, iż słońce wciąż oświetlało jej oczy. Dziewczyna uniosła brwi, słysząc tę wydukaną odpowiedź. Że też musiał się zająknąć.
Ostatni tydzień starego roku minął zaskakująco szybko. Hermiona wciąż próbowała przyzwyczaić się do ciągłej obecności Riddle'a. Przez naprawdę długi czas był doń wrogo nastawiony, a teraz mieszkał po sąsiedzku i zachowywał się całkiem przyzwoicie. Szczerze mówiąc, w pewnym momencie zauważyła, że nie ma nic przeciwko takiej bliskości i zaakceptowała to dziwaczne poczucie obowiązku, które wciąż wobec niego czuła.
Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja była zagmatwana. W przyszłości razem z chłopcami walczyła z Lordem Voldemortem, który był ich głównym przeciwnikiem. Jeżeli miała być szczera, to klasyfikowała go jako wroga od jedenastego roku życia, kiedy to wkroczyła do czarodziejskiego świata i poznała trochę historii. Wtedy widziała wszystko przez różowe okulary, świat był różnobarwny i przepiękny, niezwykły i pociągający, a za każdym rogiem kryła się przygoda i nowa wiedza. Było doprawdy wspaniale, dopóki nie zawisła nad nim groźba, niczym ciemna, burzliwa chmura. W miarę, jak dorastała, zagrożenie stawało się bardziej realne i przytłaczające. Voldemort był szalonym człowiekiem, który wszystko zrujnował.
Kiedy przypadkowo cofnęła się w czasie, wciąż widziała Toma Riddle'a jako niebezpiecznego, niespełna rozumu szaleńca, ot karykaturę czarodzieja, który stara się podtrzymywać pozory. Byli jednakowi. Im dłużej gościła w przeszłości, tym większego nabierała przekonania, że są różni. Po tym, jak znalazła go w sierocińcu, całkowicie zmieniła swoje poglądy. Zobaczyła w nim zwykłego chłopaka, skrzywdzonego i emocjonalnie zaniedbanego. Pod fasadą, którą pokazywał światu, był po prostu człowiekiem, czasem nawet miłym i przyjaźnie nastawionym. Gdy była przygnębiona w Boże Narodzenie, wyciągnął doń pomocną dłoń i to pomogło. Chociaż nie musiał, siedział obok niej i ramionami dawał ukojenie. Nie zamierzała tego przyznawać na głos, ale czuła się wówczas zaskakująco bezpieczna i chroniona.
Razem z Riddle'em podeszła do strefy aportacji, dziś całkiem zatłoczonej. Wyglądało na to, że wiele osób zamierzało skorzystać z ostatniej okazji i zrobić zakupy – w końcu był Sylwester. Musiała się mocno natrudzić, żeby znaleźć im dogodne miejsce. Kiedy w końcu dopchała się do odrobiny wolnej przestrzeni, wyciągnęła dłoń do chłopaka.
Ten zmarszczył brwi.
– Naprawdę musimy? – zapytał z wyraźną niechęcią.
– Nie psuj całej zabawy. – Uśmiechnęła się promiennie. – Jest Sylwester. Nie możemy po prostu siedzieć na tyłkach.
Co więcej, to twoje urodziny, dodała w myślach.
Riddle westchnął, ale posłusznie podał jej rękę. Obróciła się i aportowała. Wylądowali w przyciemnionym zaułku w mugolskiej części Londynu. Ślizgon ponownie zmarszczył brwi.
– To nie jest nasze docelowe miejsce, prawda?
– Wybacz, zapomniałam czegoś z pokoju – wytłumaczyła, grzebiąc w kieszeni płaszcza. – Poczekaj na mnie, zaraz wrócę – dodała przepraszającym tonem i popędziła na Pokątną.
Szybkim krokiem wpadała do Dziurawego Kotła, przeszła przez bar i wdrapała się po schodach na piętro. Jakim cudem zapomniała o najważniejszej rzeczy? Planowała zabrać Riddle'a na małą wycieczkę, gdyż spędzili wystarczająco dużo czasu na zatłoczonej Pokątnej. Oboje z pewnością potrzebowali zaczerpnąć świeżego oddechu, dlatego też wczoraj wyciągnęła ze skarbca starą torbę powyszywaną kolorowymi koralikami. Oczywiście, zawczasu wyciągnęła z niej wszystkie kompromitujące rzeczy, włączając w to również książki wydane po latach czterdziestych. Zdecydowała się zostawić namiot. Mieszkała w nim przez ostatnie dwa lata i bała się wejść do środka, mimo że tęskniła za przytulnym wnętrzem. Kiedy opuściła go ostatnim razem, chłopcy wciąż żyli.
Chciała przepracować traumę i rozbić obóz w odosobnionym miejscu, z daleka od zgiełku miasta. Zirytowana własnym zapominalstwem, schowała torbę do kieszeni. Wróciła do strefy aportacji, skąd zniknęła i pojawiła się w tym samym miejscu, co poprzednio. Rozejrzawszy się po okolicy, nigdzie nie dostrzegła Riddle'a, a przecież nie było jej maksymalnie dziesięć minut. Gdzie się podział…?
Może się znudził czekaniem, pomyślała i postanowiła trochę się przejść. Spokojnym krokiem opuściła zaułek i weszła na główną drogę. Chodnikami spacerowali ludzie, a po ulicy jeździły samochody. Spróbowała wypatrzeć Riddle'a, ale nadaremnie. To dziwne. Gdzie poszedł? Mimowolnie zaczęła się martwić. Z pewnością nie czekał długo, więc dlaczego się oddalił? Nim minęła chwila, postanowiła zasięgnąć odrobiny magii. Podeszła do najbliżej stojącego domu i skryła się w cieniu.
– Wskaż mi – powiedziała, uprzednio wyciągnąwszy różdżkę.
Oręż zadziałał niczym kompas i przez chwilę jakby lokalizował północ z tym wyjątkiem, że wskazywał kierunek, w którym poszedł poszukiwany cel. Zapamiętała drogę, po czym schowała różdżkę i ruszyła naprzód.
Co jakiś czas ponawiała zaklęcie, nie chcąc zboczyć z właściwej drogi. Po pewnym czasie zauważyła, że okolica zaczyna wyglądać całkiem znajomo. Nie minęło kilka minut, kiedy stanęła przed charakterystyczną żelazną bramą, skrywającą sierociniec.
Co u licha się wydarzyło…?
