Hej. Przypominam, że wymienione postaci nie należą do mnie. Pożyczam i oddaję w stanie nienaruszonym ;)

Abby wysiadła z taksówki pod domem swojego szefa. Nie chciała, nie mogła tak łatwo odpuścić. Dotarło do niej co się stało. Zrozumiała, dlaczego postąpił w ten sposób. Nie rozumiała jednak dlaczego postąpił z nią w ten sposób. Kilka godzin wcześniej wylała przed nim swoje uczucia, a on… Odszedł. Zostawiając ją samą. Po przejściu przed drzwi wejściowe rozejrzała się, po ciemnym pomieszczeniu.

- Gibbs? - zawołała cicho.

Cisza panująca w domu zaczęła ją stresować. Zastanawiała się, czy nie przyjechała za późno. Czy już nie zniknął z miasta. Nie miała z nim żadnej możliwości kontaktu.

- Gibbs? -wchodząc w głąb salonu zawołała raz jeszcze, tym razem trochę głośniej.

Nadal nikt jej nie odpowiedział.

- Piwnica – szepnęła i podeszła do drzwi. Przez niewielką szparę dostrzegła palące się światło – och nie wszystko stracone – wzięła wdech, otworzyła drzwi i weszła do środka. Widok jaki jej się ukazał zmroził jej krew w żyłach. Zbiegła po schodach nie zwracając uwagi na to czy połamie sobie nogi czy nie. Mężczyzna którego kochała leżał na podłodze nieruchomo.

- Jethro! Boże! - krzyknęła padając przed nim na kolana – Jethro! - położyła dłonie na jego ramionach i zaczęła nim potrząsać – Gibbs błagam otwórz oczy – wyszeptała nie mogąc powstrzymać się od płaczu.

- Gibbs?! - na górze rozległ się nisko krzyk Franksa.

- Franks! - krzyknęła Abby i przysunęła twarz do twarzy Jethra.

Mike wszedł do piwnicy.

- Abby? Ty tutaj? Co się stało? - z serią pytań zszedł na dół.

- Ja… Tutaj… On… - zaczęła się trząść nie mogąc wydusić z siebie nic więcej.

- Hej, jestem tutaj – klęknął po drugiej stronie przyjaciela i biorąc głęboki wdech przyłożył dwa palce do jego szyi – Żyje… Żyje, słyszysz? Dzwoń po lekarza.

Abby natychmiast wyjęła z torebki telefon i zamiast wybrać 911, wyszukała numer do przyjaciela i przyłożyła telefon do ucha.

- Mallard – odezwał się niski głos po drugiej stronie telefonu.

- Ducky – mruknęła Abby po czym pociągnęła nosem – Gibbs… on leży w piwnicy – po raz kolejny wybuchła płaczem.

- Ohh, wyjechałem właśnie z Navy Yard. Będę za kilka minut.

- Jethro – odłożyła telefon na ziemię i potrzęsła ponownie ramionami Jethra – obudź się!

- Abby – mruknął Mike – nie pomożesz mu krzycząc na niego.

- W szpitalu zadziałało! Gibbs draniu obudź się, bo nie ręczę za siebie! - zacisnęła pięść i uderzyła go w bark.

Mike szybko wstał, złapał ją za ramiona i podciągnął do góry.

- On żyje, słyszysz? Nie wiem co tutaj między Wami zaszło, ale krzycząc na niego i bijąc go nie sprawisz, że się obudzi i poczuje lepiej – spojrzał na nią.

- Gdzie Ty byłeś do cholery?! - wyszarpnęła się z jego uścisku – gdzie Ty byłeś!? Przyszłam, bo chciałam z nim porozmawiać! On tu leżał! - klęknęła ponownie przy szefie i złapała go za rękę.

- Słychać te krzyki z końca ulicy – powiedział Ducky schodząc po schodach.

- On tu już leżał Duck. Jak przyszłam – mruknęła Abby.

Mężczyzna pochylił się nad przyjacielem i przyłożył dwa palce do jego szyi po czym wzrok przeniósł na zegarek.

- Wiesz, że powinnaś zadzwonić po pogotowie? - Mike mruknął pod nosem.

- Ducky jest najlepszy. Gibbs byłby wściekły, gdyby trafił znów do szpitala – mruknęła Abby przykładając dłoń ukochanego do swojego policzka.

- Mike, przynieś wody – spojrzał na mężczyznę, który od razu wszedł po schodach na górę.

- Duck? - szepnęła.

- Zaraz Ci wszystko powiem – rozejrzał się, przesunął skrzynkę stojącą przy stole i oparł na niej nogi Jethra – Nie wiemy co się stało, ale nie widzę żadnych urazów, chociaż… - przerwał i bardzo ostrożnie wsunął dłoń pod jego szyję – nie, nie ma żadnego urazu na pierwszy rzut oka.

- To co mu jest, dlaczego jest nieprzytomny?

- Nie wiem Abby – spojrzał na butelkę stojącą na stole – Niech Cię szlag Jethro – zaklął – wypił piwo. Przecież zaledwie trzy godziny temu wyszedł ze szpitala.

- Nie od dziś wiadomo, że robi wszystko nie tak jak powinien – mruknął Mike podając mu szklankę z wodą.

Ducky chwycił szklankę, nalał trochę wody na dłoń i zaczął rozcierać kark Gibbsa. Następnie ponownie nabrał wody i zaczął oklepywać go po twarzy.

- Jethro – szepnęła Abby widząc jak zaczyna otwierać oczy, łapczywie nabierając powietrze.

- Brawo Probie – mruknął Mike i wszedł po schodach na górę zamykając drzwi od piwnicy.

- Agencie Gibbs – mruknął wściekle Ducky – czy Ty już do końca zdurniałeś? Piwo? Zaraz po wyjściu ze szpitala?

Gibbs zaczął się rozglądać po pomieszczeniu. Skrzywił się i jęknął łapiąc się za głowę.

- Ducky, nie krzycz na niego teraz – spojrzała na doktorka i delikatnie przyłożyła usta do dłoni Gibbsa.

- Co wy… - zakaszlał czując piekielny ból w klatce piersiowej.

- Co się dzieje? - spojrzał na niego uważnie – potrzebujesz czegoś?

Jethro wysunął dłoń z uścisku Abby i zaczął migać

- Abby, przyniesiesz wody?"

Dziewczyna podniosła głowę i sięgnęła szklankę ze stołu.

- Dasz radę usiąść? Tylko powoli – spojrzała na niego.

Gibbs skinął głową. Ducky złapał go pod ramię i ostrożnie pomógł mu usiąść.

- Proszę – podała mu szklankę którą chwycił i wziął mały łyk.

- Drogi Jethro, jeśli czujesz się lepiej, to pozwolisz, że wrócę do domu. Nie muszę chyba się powtarzać, że ze szpitala wyszedłeś za szybko i że spożywanie jakiegokolwiek alkoholu nie jest wskazane na ten moment. Nie muszę chyba mówić, że w tym przypadku po utracie przytomności powinien zobaczyć Cię lekarz a nie patolog sądowy – wstał, nie oczekując żadnej reakcji z jego strony.

- Dziękuję – wyszeptał – Dziękuję za wszystko przyjacielu.

Ducky skinął głową i po schodach wyszedł z piwnicy, zostawiając pozostałą dwójkę na dole. Ku jego zaskoczeniu w kuchni stał Mike, który zaraz za jego plecami zamknął drzwi na klucz.

- Agencie Franks? - zająknął się.

- Spokojnie. Ten dureń musi z nią porozmawiać. A nie zrobi tego, jeśli nie będzie miał dokąd uciec. To jest jedyny sposób.

Ducky się uśmiechnął.

- Ja jednak będę wracał do domu. Mieliśmy kilka długich i intensywnych dni. Nie jestem już taki młody. Czasami muszę odpocząć. Gdyby coś z nim się działo, dzwońcie lepiej po pogotowie. Chyba że ma skończyć na moim stole sekcyjnym – zaśmiał się i po kilku chwilach opuścił dom przyjaciela.

CDN...