Hej. Przypominam, że wymienione postaci nie należą do mnie. Pożyczam i oddaję w stanie nienaruszonym ;)
W zimnej piwnicy panowała przytłaczająca cisza. Jedynie szum rur i odległy szum ruchu ulicznego zakłócały martwą atmosferę. Abby nadal siedziała obok Gibbsa. Ona zaciskała dłonie na swojej kurtce, a jego dłonie ściskały szklankę. Oboje wiedzieli, że powinni coś powiedzieć, że rozmowa wisząca w powietrzu była nieunikniona, ale każde słowo zdawało się być zbyt ciężkie, by je wypowiedzieć. Milczenie przeciągało się niczym niewidzialna bariera dzieląca ich bardziej niż kraty w oknach.
W końcu ona odetchnęła głęboko, próbując przełamać napięcie, ale dźwięk urwał się w gardle. Jego wzrok na chwilę przeniósł się na jej twarz, ale zaraz wrócił do szklanki, która kurczowo trzymał. Strach przed tym, co może paść, paraliżował ich bardziej niż sama świadomość, że to ich własny przyjaciel zamknął drzwi na klucz. Jethro usłyszał ten charakterystyczny dźwięk. Wiedział, że został zmuszony do konfrontacji z Abby, której nie chciał. Chciał zniknąć. Rozpłynąć się.
- Chciałem pomyśleć. Posprzątać – mruknął Jethro – ale było zbyt dużo kurzu. Zacząłem kaszleć i… - nie dokończył, ponieważ palec Abby delikatnie przyległ do jego ust.
- Czujesz się lepiej? Coś Cię boli? - spojrzała na niego. Gibbs przecząco pokręcił głową, po czym odstawił szklankę. Abby uciszyła jego usta, ale nie była w stanie uciszyć jego dłoni.
„- Abby, nie wiem czy potrafię… Być kimś więcej dla Ciebie" – spojrzał jej w oczy – „Czuję się, jakbym chronił Cię przed samym sobą. Traktuję Cię od zawsze wyjątkowo, jak przyjaciółkę, jak córkę… Boję się, że jeśli pozwolę sobie na coś więcej, to tylko Cię skrzywdzę. Nigdy b…"
Dziewczyna oderwała palec od jego ust i złapała go mocno za dłonie.
- Nie… Rozumiesz? Nie… Nie zgadzam się… Myślisz, że nie wiem kim jesteś? Nie wiem jaki ciężar nosisz na swoich barkach każdego dnia? Nie wiem ile siły wkładasz w to by wstać każdego dnia? Że nie widzę tego, że się boisz? - zapytała cicho, czując łzy spływające po jej policzkach – Nie potrzebuję opiekuna, nie potrzebuję ojca, nie jestem dzieckiem. Chcę mężczyzny, którego kocham. Chcę Ciebie. Całego.
- Nie potrafię – odwrócił od niej wzrok – nie potrafię Ci dać tego, na co zasługujesz.
- Ohh przestań chrzanić Gibbs, pozwól że sama zadecyduję na co zasługuję – mruknęła ze złością – Jesteś wobec siebie zbyt surowy. Jesteś człowiekiem, który przeszedł w swoim życiu wiele złego. Zostały Ci brutalnie odebrane dwie kobiety które kochałeś. Zawsze byleś twardym Marines. Nie okazywałeś uczuć nikomu. Oprócz mnie. Po śmierci Kate byłeś wściekły, rozbity, z nikim nie rozmawiałeś. Nawet z Duckym. Ale przyszedłeś do mnie. Nikomu nie składałeś życzeń urodzinowych, ale to mnie co roku zabierasz na urodzinową kolację. Jesteś moim bohaterem, moim szczęściem w życiu, sensem mojego życia. Obrońcą. Gdy Michael mnie prześladował obiecałeś mi, że zawsze będziesz mnie chronił, ale nie możesz chronić mnie przed samym sobą. Chcę Ciebie. Znam Cię, wiem jaki jesteś naprawdę. Czuły, kochający, troskliwy. Potrafisz kochać, ale boisz się tego, by nie zostać ponownie skrzywdzonym. Ja obiecuję, że nigdy Cię nie skrzywdzę. Nigdy.
W piwnicy ponownie zapadła cisza tak gęsta, że niemal dzwoniła w uszach. Ona nadal klęczała przed nim szukając jakiejkolwiek odpowiedzi w jego oczach. Jego sylwetka była napięta, opierał się o ścianę z rękami skrzyżowanymi na piersi, jakby próbował stworzyć barierę, między sobą a słowami które przed chwilą zostały wypowiedziane przez Abby. Unikał jej wzroku. Patrzył przed siebie, gdzieś w zaciemniony kąt. Jego twarz była napięta, szczęka zaciśnięta, jakby próbował powstrzymać się od wypowiedzenia czegoś, czego mógłby później żałować.
- Nie musisz się bać – szepnęła cicho, jej głos był ciepły, ale drżał.
Jej słowa zdawały się jedynie pogłębiać napięcie. Podrapał się po głowie, jakby próbował zetrzeć z siebie ciężar chwili. Nadal milczał. Każde z nich czuło, że za milczeniem kryje się więcej, niż są gotowi przyznać. On nie chciał ryzykować z nią, z czymkolwiek co mogłoby zniszczyć relacje jakie przez lata wspólnie wypracowali.
Abby miała już dość walki z duchem. Wzięła głęboki wdech i wstała.
- Nie mogę walczyć o Ciebie, podczas gdy Ty budujesz mur, którego ja nie jestem w stanie pokonać. Bądź szczęśliwy w miejscu, do którego się wybierasz – westchnęła, ocierając szybko łzę płynącą po jej policzku. Chciała zrobić krok w stronę schodów, ale poczuła jak jakaś siła ją blokuje. Przekręciła głowę i spojrzała na Jethra, który ściskał jej dłoń. Nie wypowiedział ani słowa. Patrzył na nią i trzymał za rękę. Był kiepskim mówcą. Wiele spraw wolał rozwiązać czynem niż słowem. W ciągu ostatnich kilkunastu sekund dotarło do niego co powiedział Mike i co przed momentem powiedziała Abby. Nie mógł wiecznie uciekać. Nie mógł być wiecznie sam. Nie mógł bronić się przed miłością. Przed kobietą, którą zna tak długo i tak dobrze.
CDN...
