Notka odautorska

No i udało się jednak nowy rozdział jeszcze w tym samym roku :D. I tym samym obietnica została dochowana, nowy rozdział pojawił się szybciej niż poprzedni ;). Ogromne podziękowania kieruję do Lilly za ciągłe motywowanie, aby iść z tą historią naprzód.


Rozdział 17

Ostatnie spotkanie – część 1

Villy McCrean westchnęła ciężko po raz dwudziesty któryś jednego dnia. Zakończywszy szkolenie na Strażniczkę rok temu, z dumą napisała rodzicom zamieszkujących jeden z półmagicznych Rejonów, Elmekię, że dostała przydział, aby strzec bezpieczeństwa w samym Pałacu w Seyrun. Początkowo była zachwycona swoją pracą. Oczekiwano od niej jedynie odbywania regularnych obchodów na pierwszym piętrze pałacu z daleka od komnat ważnych osobistości jak Xullan i Shyllien, które znajdywały się na piętrach wyższych. Każdą rundę miała zakończyć wysłaniem prostego sygnału, który wyciszał działanie zaawansowanego czasu alarmującego, który zostałby aktywowany w momencie, gdy jej energetyczny podpis nie pojawiłby się w odpowiedniej sekwencji czasowej. Jej obowiązki były więc odpowiednio odpowiedzialne i ważne, a jednocześnie mało wymagające. Wydawało się to być zajęciem idealnym. Do momentu, gdy jakimś cudem Zelgadis Greywords wtargnął do Wieży Filara i zaatakował pana Philionela.

Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że jej misja może się jednak wiązać z narażeniem życia. Obdarzony złą sławą Szary Wilk był dla niej po prostu przerażający. Zawsze emanował tą przytłaczającą, wręcz duszącą aurą. Nigdy nie zamieniła z nim nawet jednego słowa, ale ogólna opinia na jego temat była taka, że był bezlitosnym wojownikiem, który mógł wykonać każde postawione przed nim zadanie. Mówiło się również, że pan Philionel był jedynym, który był w stanie zapanować nad niebezpiecznym magiem. Czyżby to było powodem tego ataku? Szary Wilk miał już dosyć kontroli?

Na szczęście nikt nie obwiniał tak młodych stażem Strażniczek jak ona, że nie były w stanie wykryć ataku tak obezwładniającego napastnika. Jednak od tamtego momentu atmosfera w Seyrun uległa znaczącej zmianie. Utracono opiekę Filara. Panienka Amelia podobno wróciła i starała się robić, co mogła, aby zastąpić ojca, jednak za życia Villy, nurty nad Seyrun, co przekładało się na cały wymiar, nigdy nie były tak niespokojne.

Równowaga w Varney nigdy nie była tak bliska zachwianiu, jak teraz.

- Przepraszam panienkę najmocniej. – Nagle z zamyślenia wytrącił ją kobiecy głos. Uniosła głowę i jej oczom ukazała się młoda kobieta w wieku podobnym do niej, czyli 20 lat. Nieznajoma uśmiechnęła się nieśmiało, zakładając długo rudy kosmyk za ucho, a drugą ręką nerwowo gładziła biało-złoty uniform. – Jestem tutaj nową Strażniczką. Mam rozpocząć patrol na drugim piętrze. Czy mogłaby mi panienka pomóc?

- Ach… Oczywiście, sama nie tak znowu dawno temu byłam nowa. Ale mów mi proszę po imieniu. Jestem Villy. Villy McCrean. – Wyciągnęła przyjaźnie rękę do nowej towarzyszki broni.

- Jak miło z twojej strony! – Rudowłosa z szerokim uśmiechem i radosnym błyskiem w czerwonych oczach odwzajemniła gest. – Jestem Rina. Rina Santerse.


Kilka dni wcześniej…

- Filia… została skazana na śmierć? – Linie z ogromną trudnością przeszły te słowa przez usta, patrząc w oniemieniu na zmęczoną twarz Gourry'ego.

- Skazanie na Ruelzaar obecnie właśnie to oznacza – odparł ponuro Zelgadis. – Gdy Ruelzaar okazało się być przystanią wroga, nawet Milgazia musi zmienić stare prawo.

- Dokładnie tak się stało. – Nagle odezwał się nowy męski głos. I w jednej chwili wydarzyło się bardzo wiele rzeczy, których Lina nawet nie zdążyła zarejestrować.

Poczuła tylko, jak Zelgadis mocno chwycił ją za rękę i popchnął ją za siebie, zanim ziemna moc skupiła się w ostrzu w oka mgnieniu wysuniętego miecza.

Zaraz potem tuż obok zawisła klinga Miecza Światła.

- Panowie, to naprawdę nie jest potrzebne. – Z nicości nagle wyłoniła się postać fioletowowłosego mężczyzny dzierżąca w dłoni laskę zakończoną czerwonym kamieniem. -Witaj, Zelgadisie. Mam propozycję, zawrzyjmy rozejm.

- Rozejm? Z tobą, Xelloss? Niby z jakiej racji?

Fioletowe przerażające oczy otworzyły się szeroko.

- Bo chwilowo dążymy do tego samego. Pewien głupiec planuje zabić znanego nam obojgu Smoka. Czy mam twoją uwagę?

Chociaż Zelgadis milczał przez chwilę, czarodziejka poczuła, że jego chwyt na jej dłoni staje się lżejszy.

- Co proponujesz?

- Zel, tak po prostu? – oburzył się Gourry.

- Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale zgadzam się z pytaniem Gourry'ego - wtrąciła młoda kobieta.

Mistrz magii ziemi odwrócił się do nich obojga.

- Temat Filii, to jedyny temat, w którym można mu zaufać.

- Dlaczego? – dopytywała wciąż Lina.

- To temat między tą dwójką. Musi wam to wystarczyć. Xelloss, na dowód twojej dobrej woli, teleportuj nas na skraj najbliższego Baharesi.

- Z największą przyjemnością! – odparł wesoło Xelloss.

Baharesi jako miejsca nachodzenia na siebie dwóch wymiarów faktycznie mogło być doskonałym miejscem na prowadzenie dalszej rozmowy. Jednak zanim Lina zdążyła zadać kolejne pytanie, poczuła znajome uczucie w okolicy żołądka, zwykle towarzyszące teleportacji. Dlaczego Zelgadis to zasugerował? Ale szybko zobaczyła, o co mu chodziło. Teleportacja Xellossa nie pozostawiała żadnego echa magicznego w morzu nurtów. W obecnych okolicznościach, faktycznie był to dowód dobrej woli. Zmaterializowali się pod największą wierzbą płaczącą, jaką widziała w życiu. Miliony drobniutkich zielono-żółtych listków kołysały się na wietrze, przywodząc na myśl żywą istotę tańczącą się w rytmie krążących do około nurtów.

- Dobrze, po pierwsze, zacznijmy od tego, skąd wiedziałeś, gdzie jesteśmy? – spytał Zelgadis, wciąż trzymając Linę za rękę. Tuż obok nich stał Gourry, który na znak przyjaciela schował miecz z powrotem do pochwy. Xelloss pojawił się dokładnie w odległości kilku kroków przed nimi.

- Na to pytanie mogę odpowiedzieć chyba ja – odezwała się czarodziejka. – To ty kilka miesięcy temu umieściłeś w moim wnętrzu maleńką cząstkę swojej mocy. I to ona pozwoliła ci nas zlokalizować, czyż nie?

- I tak i nie. Ale na potrzebę obecnej sytuacji, powinno wystarczyć: mniej więcej tak – Demon uśmiechnął się tajemniczo.

- Dlaczego to zrobiłeś? – Lina wbiła w Mazoku mordercze spojrzenie.

- Wiesz, że nie mam żadnego obowiązku odpowiadać na to pytanie? – W oczach Xellossa pojawiło się rozbawienie. – Ale weź to kolejny znak mojej dobrej woli. Jedyne co zrobiłem specjalnie, to sprawdzenie struktury magicznej osoby, w którą ni stąd i zowąd wniknęła Ayneres. Cząstka mojej mocy sama wtedy wniknęła w ciebie. Bez udziału mojej woli. Co prawda, byłem w stanie to zaobserwować w przeciwieństwie do Filii. Ale cóż, różni nas kwestia doświadczenia. Więc Lino Inverse, to nie we mnie znajdziesz osobę, na którą możesz zrzucić winę za śmierć tej kobiety.

W jednej chwili stanął jej obraz z Zephilii. Białe włosy unurzane w purpurze krwi. Smak dziecięcych wspomnień boleśnie roztrzaskany o płaszczyznę rzeczywistości.

Mocno zacisnęła dłoń w pięść.

- Sprawdzić moją strukturę magiczną… I został w tym celu wysłany jeden najsilniejszych Mazoku spośród wszystkich 12 wymiarów. Co spodziewaliście się odkryć?

- Umówmy się może tak. Jeżeli Filia przeżyje, bez udziału mojego w akcji ratunkowej. Odpowiem na twoje jedno pytanie. Czy będzie to wystarczającą motywacją, aby skupić się na moment uratowaniu życia naszej Smoczycy?

Poczuła, że zaczyna się trząść ze złości.

- Skoro jesteś taki sprytny i potężny, nie możesz tego zrobić sam? Ach… - Uśmiechnęła się złośliwie. – Raczej to niemożliwe, czyż nie? Z tego, co słyszałam wy, Mazoku, macie zupełnie inny kompas moralny. Nie możesz zaprzepaścić swojej pozycji w ramach Przymierza Równowagi, ale dopóki jawnie się nie przyczynisz do wrogiego działania, nie zostaniesz uznany za zdrajcę Równowagi. Uratowanie Filii zaś jest działaniem przeciwnym… Ach, macie w tym jakiś dodatkowy interes, czyż nie? Własny plan na nową rzeczywistość? Ale na wypadek, gdyby się ten plan nie powiódł, musicie być w stanie zachować status quo, zgadza się? Nawet jeżeli przy okazji ryzykujesz życie Filii. Bo gdybyś nie dbał o otoczkę, już dawno mógłbyś ją sam uratować.

- Lina, wystarczy – powiedział spokojnie Zelgadis, delikatnie łącząc razem ich dłonie. – Oczywiście, że masz rację. Ale jak sama powiedziałaś, Mazoku działają zupełnie na innych zasadach. Szkoda twojego czasu, aby mu prawić morały. Jeżeli chce współpracować, aby ocalić Filię, głupio by było nie skorzystać z jego pomocy.

Czarodziejka wyglądała, jakby miała powiedzieć coś więcej, ale zagryzła wargi i zamilkła.

- No proszę Zelgadisie… Wreszcie znalazłeś kogoś, kto jest w stanie dotrzymać ci kroku. W każdym razie od czasu El…

W jednej chwili twarz ziemnego maga wykrzywił paskudny grymas.

- Xelloss, zamknij się i nie wpierdalaj się w nieswoje sprawy.

- To jaki jest plan ratowania Fiiiiliiiii? – odezwał się wreszcie znudzony Gourry, w zasadzie ziewając.

- Żeby nie było wątpliwości, przyjmuję twoją propozycję – odezwała się ponownie Lina, spoglądając na Mazoku z pełną determinacją.

Demon uśmiechnął się tylko, mrużąc z powrotem oczy.

- Oczywiście. A zatem, przejdźmy do konkretów. Egzekucja ma się odbyć za trzy dni w Sali egzekucyjnej, która przypomnę bądź poinformuję, jest odseparowana od wszelkich nurtów. Nawet ja sam nie da rady się tam teleportować. Byłem w stanie odwiedzić Filię w jej celi, jednak prawie każdy mój ruch w Maezhiran był bardzo dokładnie śledzony. Jeżeli ponowię wizytę, wzbudzę podejrzenia. Paradoksalnie w Sali egzekucyjnej będzie ją otaczała minimalna ilość Strażników. Poza Milgazią.

- Przypominam też, że Amelia i Sylphiel zostały uwięzione przez Milgazię – dodał ponuro Gourry.

- Cholera. Normalnie byłbym w stanie tam wejść. Ale w obecnej sytuacji, każde ważniejsze miejsce ma zakodowane moje echo magiczne, które błyskawicznie wzbudzi alarm, może nawet i bariera została tak zmodyfikowana, aby uniemożliwić mi wejście. Brak przepływu nurtów znacząco utrudnia jakiekolwiek przemieszczanie…

- Zel, ciągle zapominasz, że Eques już nie jest takie samo. Możemy i musimy robić rzeczy, które wcześniej były nie do pomyślenia – wtrąciła czarodziejka.

- Co masz na myśli?

Lina uśmiechnęła się złowieszczo.

- To proste, panowie. Musimy zakłócić Równowagę w Varney.


Westchnęła ciężko, gdy szła długim, wykończonym marmurowymi blokami korytarzem pałacu Seyrun za niesamowicie wysoką i chudą kobietą, która jej się przedstawiła jako Villy McCrean. Plan, którego wykonania się podjęła, nie brzmiał może bardzo skomplikowanie, lecz na pewno stanowił pewne wyzwanie. Zwłaszcza, że znalazła się tutaj niekoniecznie za zgodą wszystkich stron zaangażowanych w ratowanie Filii. Z niechęcią przypomniała sobie ostatnią wymianę z Zelgadisem.

- Nie ma mowy, Lina.

- Zel…

- Absolutnie się na to nie zgadzam. Nie będziemy się rozdzielać.

- Zel, przeprowadzaliśmy już chyba tę rozmowę kilka razy.

- I za każdym razem prawie przypłacałaś to życiem. Nie.

- A masz inny pomysł?

- Jeszcze nie, ale to kwestia czasu.

- Nie mamy czasu, Zel.

- Twoja moc jeszcze nie jest stabilna. Zwłaszcza po ostatnich wydarzeniach.

- Zel, wszystko będzie dobrze. Panuję nad sobą i panuję nad mocą.

- Tak ci się tylko wydaje. Ten jebany manipulator błyskawicznie znalazł twoją słabą stronę, dał ci cel, na punkcie którego jesteś teraz zafiksowana. I ta fiksacja sprawia, że masz wrażenie, że masz wszystko pod kontrolą. A oboje wiemy, że tak nie jest.

- Zel…

- Już raz patrzyłem na twoje martwe ciało. Nie zamierzam tego powtarzać nigdy więcej.

- Zel, są rzeczy ważniejsze.

- Zgadza się, jest tym czymś twoje życie.

Zadrżała na samą myśl, jak musiał być na nią wściekły. Ale to było najlepsze możliwe wyjście, dająca im największą szansę na odwrócenie całej paskudnej sytuacji, w jakiej się znaleźli – powtarzała sobie zawzięcie. A rozkwitające między nimi uczucie ewidentnie wpływało na osąd potężnego wojownika. Byli w trakcie wojny, a w takim stanie musieli korzystać ze wszelkich dostępnych im środków – tłumaczyła cierpliwie samej sobie.

- Gdy pokonasz pierwszy korytarz, spotkasz młodą Equeshan o krótkich brązowych włosach, zadartym nosie i wręcz czarnych oczach. Właśnie ona strzeże pierwszego piętra. To dosyć naiwna osóbka. Powinna pomóc ci się dostać do pierwszych wrót bez większych trudności.

Oczywiście, że nie ufała Xellosowi, ale w tym akurat miał rację.

- Aby otworzyć pierwsze wrota, będziesz musiała przyłożyć jej wzorzec energetyczny.

Wzorcem energetycznym można było nazwać nieświadomy algorytm, który mag nosi w swoim polu energetycznym. Warunkował on sposób myślenia, działania i reagowanie na bodźce w życiu i na polu walki magicznej. Stanowiło to swoisty magiczny „odcisk palca" każdego ze Strażników.

Zdobycie wzorca energetycznego maga polegało na wniknięciu w czyjś wewnętrzny nurt, nazwanie tej regularności, a następnie użycia własnej energii i mocy władania nurtami do odtworzenia go w swoim wnętrzu.

Naturalnie, im silniejszy przeciwnik, tym bardziej skomplikowane stawało się zadanie.

Lina dobrze wiedziała, co ma zrobić. Powoli wyciągnęła przed siebie dłoń…

Na moment, krótszy od najcichszego westchnięcia, stanęła jej przed oczami ponownie skąpana we krwi starsza kobieta.

W jednej chwili poczuła, że robi jej się słabo. Krople potu niepostrzeżenie pojawiły się na skroniach, oddech przyśpieszył swój rytm. Moc głęboko ukryta poruszyła się niespokojnie.

Jeszcze nie. Jeszcze chwilę.

Mój umysł jest moją potęgą. Moja potęga jest moim umysłem.

Kolejny przyśpieszony oddech, kolejne gwałtowniejsze drgnięcie magii.

Nie jesteś nurtem, tylko kierujesz swoim nurtem.

Kontrola wróciła tak szybko, jak niespodziewanie zaczęła się chwiać.

Kurwa… Może i Zelgadis kierował się w swoim osądzie uczuciem do niej. Nie zmieniało to jednak faktu, że miał rację co do jej stanu. Ponownie stanęła jej przed oczami przedostatnia noc. Jak błyskawicznie poczuła się tak… niesamowicie bezpieczna. Wręcz przeraziło ją, jak łatwo jej było wyciągnąć dłoń w jego stronę z prośbą o pomoc.


Po wstępnej rozmowie, gdzie wszyscy zebrani postanowili zawrzeć rozejm, Mazoku rozpieczętował wrota do, jak się okazało, jednej z licznych kryjówek przygotowanych wcześniej przez Demona. Ta akurat znajdywała się pod tajemnym wejściem nieopodal wierzby w okolicach Baharesi, gdzie teleportował ich wcześniej Xelloss.

- Zel… Czy mogłabym… zostać z tobą? – Jej głos był tak cichy, że zdumiało ją, że usłyszał ją za pierwszym razem.

Jego dłoń zawisła przed drzwiami do jednej z wielu izdebek, którą losowo wybrał wcześniej na miejsce odpoczynku.

- Pewnie – odparł krótko, wyciągając do niej rękę. Smutek i nietypowa dla niej delikatność zdawała się powodować u niego wręcz fizyczny ból, lecz nie wypowiedział ani jednego dodatkowego słowa. Gdy chwyciła jego dłoń, delikatnie przyciągnął ją do siebie i zaprowadził w głąb pokoju, zanim zamknął za nimi drzwi.

Kiedy zalała ją pierwsza fala koszmarów, trzymał ją w ramionach. Delikatnie gładził ją po plecach, dopóki rozedrgane w spazmach ciało nie poddało się zmęczeniu i jego cierpliwemu dotykowi. Aż wreszcie wyczerpana zasnęła tuż przed świtem, wtulona w niego, wsłuchując się w jego bicie serca.


Pierwsza noc była najgorsza, zaś z każdą następną odpoczynek przychodził co raz szybciej. Niewątpliwie dzięki jego obecności… Ale nie mogła sobie na to pozwolić. Chciała być dla niego partnerką, kimś, na kim on również może się oprzeć. W obecnej sytuacji, gdy niepewność jutra wypełniała całe jej jestestwo, nie mogła sobie pozwolić na komfort skrycia się w jego ramionach. Nie było miejsca na płacz i żałobę. Musiała działać, dotrzeć do prawdy. Do Luny. Do Filii. Na płacz pozwoli sobie dopiero wtedy, gdy wszyscy będą bezpieczni. Nie mogła go obciążać własnym brzemieniem. On i tak niósł na swoich barkach już wystarczająco wiele. Dlatego przystała na propozycję Xellossa. Musiała sobie udowodnić, że wciąż potrafi działać bez polegania na Zelgadisie. Zwłaszcza, że była to najlepsza decyzja strategiczna, w ich obecnej sytuacji – powiedziała raz jeszcze do samej siebie, zanim ponownie uniosła dłoń przed siebie.

- Lina jest w środku Pałacu Seyrun. Teleportowałem ją tam na jej własne życzenie. Właśnie próbuje się dostać do środka Komnaty Wewnętrznej. Jeżeli odwrócisz uwagę Straży Wewnętrznej, być może jej się uda.

Zelgadis błyskawicznie przystawił mu miecz na wysokości gardła.

- To ty ją do tego skłoniłeś.

Xelloss rzucił mu nietypowe dla siebie spojrzenie pełne irytacji.

- To jest najskuteczniejszy plan, Zelgadisie. Ona dobrze to rozumie. Więc teraz twoja kolej.

Miecz wojownika niebezpiecznie drgnął w stronę Demona.

- Jeżeli cokolwiek jej się stanie, odpowiesz za to osobiście.

- Ostrożnie, Zelgadisie. Uczucia do tej dziewczyny zaczynają ci przeszkadzać w poprawnej ocenie sytuacji. Obecnie nic nie zyskasz, jeżeli nie chcesz ryzykować. Już dawno minęły czasy, kiedy można było coś zyskać na mocy dyplomatycznej wymiany.

- A ty, co niby obecnie ryzykujesz?

- Bardzo cię lubię, ale nie jesteś moim powiernikiem Zelgadisie. Nie powinieneś jednak się skupić na swoich przyjaciołach? Może jednak cię zainteresuje, że Gourry właśnie wchodzi do Pałacu od strony podziemi, zatrzyma się w najbliższym miejscu nieobjętym barierą. Oba wasze wzorce energetyczne spowodują uaktywnienie się bariery, przez którą nie będziecie w stanie wejść do Seyrun. Natomiast gdy Linie, której wzorzec magiczny nigdy nie został zarejestrowany w Seyrun, uda się zmodyfikować barierę, Gourry będzie mógł do niej dołączyć. Jeżeli zależy ci na życiu ich obojga, powinieneś ruszać w drogę.

Ziemia zatrzęsła się niebezpiecznie, po czym Zelgadis zaklął szpetnie i się zdematerializował.


Villy McCrean nigdy nie została uznana za potężnego maga. Ani za bardzo mądrą osobę. Ceniono w niej jednak jedną rzecz. Instynkt.

Jej ciało odskoczyło, zanim rozum objął zagrożenie kryjące się tuż za jej plecami. Tak jak ją uczono, natychmiast wysłała impuls energetyczny do kwatery głównej.

Zupełnie bezskutecznie.

Po jej czole zaczęły skapywać zimne krople potu.

Dopiero po chwili się zorientowała, co się dzieje. Cała jej sylwetka została opleciona mieniącą się ognistą czerwienią siatką energetyczną, która skutecznie blokowała przepływ jakichkolwiek nurtów w jej najbliższym otoczeniu.

Ale jak to było możliwe? Zwykła siatka energetyczna nie miała prawa tak działać, to nie była przecież żadna potężna bariera…

Jej brązowe oczy spotkały się z tęczówkami rezonującymi z ognistą czerwienią oplatającej ją siatki energetycznej.

- Co ty robisz?! Kim jesteś?! – w czarnych oczach pojawiła się wściekłość.

- Wybacz, Villy. Jeżeli będzie nam się dane spotkać po tym wszystkim, wyjaśnię i przeproszę.

Oczywiście. Któżby to mógłby być inny? Nikogo po za nimi dwiema przecież tutaj nie było. Kira. Kira Santerse. Czemu dała się tak łatwo nabrać? Przecież to oczywiste, że powinna być podejrzliwa względem nowo przybyłej Strażniczki, której nigdy wcześniej nie widziała. Tylko ta dziewczyna… miała taki autentyczny smutek i determinację w oczach. To nie były oczy złej, wrogiej osoby. Dała się nabrać, bo jak zawsze postanowiła zaufać swojemu instynktowi. Dlaczego tym razem jej intuicja się pomyliła?

Kira zrobiła kilka kroków w jej stronę, zatrzymując się tuż przed nią. Siatka energetyczna blokowała nie tylko jej zdolność oddziaływania na nurty, lecz po upływie kilkunastu sekund zaczęła blokować również możliwość poruszania się. Wroga czarodziejka położyła dłoń na jej klatce piersiowej, po czym wniknęła w jej wewnętrzny nurt.

Pewnie celem była ekstrakcja jej wzorca energetycznego…

Villy uśmiechnęła się pod nosem. Czy ta cała Kira nie wiedziała, że pozyskanie takiego wzorca bez świadomej zgody maga jest niemalże niemożliwe? Zwłaszcza u Strażników służących w oddziale podlegającym panu Milgazii, gdzie każdy został dodatkowo pobłogosławiony przez samego Ceiphieda?

Nagle jednak Villy jęknęła cicho z bólu.

- Nie utrudniaj mi tego. Nie chcę zrobić ci krzywdy.

Jak ona to robiła? Jaką magią dysponowała ta dziewczyna? – spytała samą siebie, zanim opanowała ją ciemność.

Ostatnią rzeczą jaką zapamiętała były czerwone oczy pełne zdecydowania przeplatającego się cierpieniem. Oraz jej usta układające się w jedno słowo:

- Przepraszam.


- Jak niby zdołam pozyskać wzorzec tej dziewczyny? Błogosławieństwo Ceiphieda mi w tym nie przeszkodzi?

- Rozumiem, że jeszcze tego nie zauważyłaś. Od kiedy odczułaś Jej moc, twoja zdolność oddziaływania na nurty uległa zmianie. Magia Ceiphieda i Shabranigdo działają w sposób niezmieniony bez względu na to, czy Ona powróci, czy nie. Ludzka magia jest bardziej podatna na te zmiany. Jeżeli wnikniesz w jej nurt wewnętrzny oddziałując na jej magię, błyskawicznie zmienisz strukturę magiczną jej wzorca. Powstaną wtedy tak jakby magiczne szczeliny pomiędzy magią tej dziewczyny a osłoną Ceiphieda.

Lina sprawnie zanurkowała w nurt wewnętrzny Villy. Tak, jak tłumaczył jej Xelloss, skupiła moc, prowadząc ją po wewnętrznym nurcie młodej Equeshan. Faktycznie, instynktownie czuła, że strumień jej mocy zachowuje się nieco inaczej niż dotychczas, chociaż nie byłaby w stanie tych różnic nazwać. To było trochę, jakby ktoś zmienił czcionkę w druku. Słowa wciąż były zrozumiałe, jednak zmieniał się charakter stawiającego kolejne litery. A w momencie, gdy czcionka wewnętrznego nurtu Villy uległa zmianie, doskonale wiedziała, gdzie skierować swoją energię, aby odłączyć moc Strażniczki od bariery Ceiphieda. W jej głowie stopniowo zaczął się pojawiać kształt…

Gdy otworzyła oczy, delikatnie położyła na ziemi nieprzytomną dziewczynę, przywołała w dłoni zapamiętany kształt i przyłożyła go do stojącej tuż przed nią otoczonej artystycznie rzeźbionymi runami podobizny Ceiphieda. Zgodnie z oczekiwaniami potężne, bogato zdobione wrota, otworzyły się.

Jednak to, co zastała za nimi, sprawiło, że przeszedł ją zimny, nieprzyjemny dreszcz.

Tuż obok przepięknego biało-złotego ołtarza znajdującego się na środku olbrzymiej zbudowanej na placu koła komnaty, stał Fyndel, nowo mianowany następca Milgazii.

- Wreszcie się spotykamy, Lino Inverse.

Kolejnym etapem planu było dostanie się do ołtarza Ceiphieda. To tam według planu Xellossa mogła zmodyfikować barierę, która reagowała na wzorce Gourry'ego i Zelgadisa. Kurwa, jak miała się do niego dostać, gdy stał jej na drodze jeden z najpotężniejszych Smoków w wymiarze? Zaraz, zaraz, a gdyby tak… To mogłoby się udać, ale musiała grać na czas.

- Kim jesteś?

- Chociaż nie mieliśmy okazji się spotkać, myślę, że wiesz, z kim masz do czynienia.

- To prawda, ale wolałabym mieć pewność. Mógłbyś się przedstawić?

- Dobrze, w końcu to nie mi powinno zależeć na czasie. Chcecie uratować Filię, prawda? Nie zostało wam już wiele czasu… Myślisz, że jak umożliwisz pojawienie się tutaj Szaremu Wilkowi, uratuje to życie Filii? – Jego czerwone, kocie oczy po raz pierwszy drgnęły autentyczną emocją. - Mylisz się i to bardzo. Sala egzekucji jest odizolowana od wszelkich nurtów, nawet sam Szary Wilk nic tam nie zdziała. Ale miałem się przedstawić, jestem Fyndel od niedawna Ragradia, adoptowany syn pana Milgazii Ragradia, Xullan wymiaru Varney.

- Bardzo mi miło – odparła z ostentacyjną ironią czarodziejka. – Ja jestem, jak słusznie zgadłeś, Lina Inverse z Rejonu niemagicznego, parająca się magią od kilku miesięcy. Mogę się zapytać, czemu ktoś taki, jak ty, staje przed osobą ledwo potrafiącą korzystać z magii?

Smok uśmiechnął się z wyższością.

- To proste. Nie przybyłem tutaj w odpowiedzi na to, aby stawić czoła konkretnie tobie. Przybyłem tu, bo z jednej strony został podniesiony alarm, bo nagle pojawił się Szary Wilk przez co większość sił Seyrun zostało zmobilizowanych, a z drugiej moje zaklęcie, które rok temu wplotłem w tożsamość Villy, powiedziało mi, że ktoś wykradł jej wzorzec energetyczny.

W oczach Liny zapłonął gniew.

- Czy mi się wydaje, czy wplotłeś to zaklęcie bez świadomej zgody Villy? Nie jest to przykład zaprzeczający Przymierzu Równowagi, gdzie wszystkie trzy rasy mają być traktowane równo?

- I tak powinna być wdzięczna, że ze swoim poziomem mocy i rozgarnięcia została przyjęta do oddziału Strażników. – W jego głosie zaczęła dominować ewidentna pogarda. - A co do Przymierza Równowagi, jak ludzie i Smoki mogą być traktowane tak samo? Może i ludzie posiadłszy władzę nad magią żyją nieco dłużej, ale i tak wiele im brakuje względem Smoków. Jak nasza wielowiekowa mądrość może się równać z waszym ledwie rozwiniętą dojrzałością? Spójrz na Szarego Wilka. Ma ogromną moc, ale nie panuje nad swoim temperamentem i żądzami. Jak taki ktoś miałby stać na czele Seyrun? Jedynie Philionel odznaczał się nietypową mądrością jak na swój wciąż niedługi wiek. Ale… Philionela już nie ma.

- Naprawdę tak myślisz? Tak myślą Smoki? – W głosie czarodziejki słyszalne było niedowierzanie.

- Nie dziwi mnie twój brak zrozumienia. W końcu jesteś tylko człowiekiem.

- Rozumiem, że chroniliście Varney, jak tylko potrafiliście. Dotychczas zdawało to egzamin. Teraz zaś wali wam się ziemia pod nogami i łapiecie się czegokolwiek, co pozwoli wam usprawiedliwić wasze poczynania w jakikolwiek sposób. Nie wierzę, że tak naprawdę myślisz. Tak samo, jak nie wierzę, że zgadzasz się z wyrokiem Filii.

Po raz drugi w jego oczach pojawiły się jakiekolwiek emocje.

- Mylisz się. Filia złamała pradawne prawo. Jeżeli nie będziemy go przestrzegać, czeka nas zagłada.

- Czeka nas zagłada, jak to prawo będzie wciąż przestrzegane. Jeżeli tego nie dojrzycie, nie dojrzysz, wtedy czeka cię koniec.

- Powoli zaczynam rozumieć. Szary Wilk się zmienił. Filia również się zmieniła. To wszystko twoja wina. Jak dziewczyna znikąd może mieć taki wpływ na swoje otoczenie? Czy jeżeli znikniesz, fala, którą wywołałaś się wzmocni? Czy umrze wraz z tobą?

W jego kocich, czerwonych tęczówkach odbiło się światło ogromnej kuli mocy, która pomknęła prosto ku Linie.


Równowaga w Varney niebawem upadnie.

A wtedy będzie mogła wcielić w życie ostatnią część swojego planu. O którym Czerwony Kapłan nie musiał zostać poinformowany. Potrzebowała jednak pomocy podwładnych jej Ruelzhan, którzy jednak po śmierci Guesha nie traktowali jej w taki sposób, jak oczekiwała. Gdy strąciła Szarego Wilka z piedestału, w wiwatach tłumu widziała wdzięczność, chwałę. Nawet nie przypuszczała, że tak będzie jej to uczucie podobać.

Trwało jednak ono bardzo krótko. Niezwykle szybko się przekonała, że zastąpienie Guesha nie będzie tak łatwe, jak jej się wydawało. Myślała, że swój sztuczny uśmiech dopracowała do granic możliwości. Rozumiała emocje kierujące otaczającymi ją ludźmi. Niemalże do perfekcji opanowała zdolność manipulowania mrocznymi uczuciami, kryjącymi się w sercach żywych istot. Nawet jeżeli potrzebowała do tego magii tożsamości. Nie mogła jednak tej sztuczki stosować wobec większości swoich obecnych podwładnych. Dużo trudniejsza była manipulacja par obdarzonych Rezonansem, które ciągle przebywały obok siebie. Ich zdolność współodczuwania nakładała się na jej zaklęcie, przez co znacząco obniżała jego moc.

Trochę brakowało jej Guesha. On jakimś cudem nie potrzebował magii, aby porwać za sobą tłum. Po prostu miał tę charyzmę, moc i inteligencję. Ale nawet on miał wadę. Ten jeden raz był zbyt pewny siebie i jej nie posłuchał. I w rezultacie przypłacił to życiem.

Elsevien z zazdrością obserwowała obie siostry, które tak uwielbiały byłego Generała Czerwonego Kapłana. Kiedyś ona również walczyła w taki sam sposób z Rezo, jak one z nią teraz. Dopóki nie rozumiała, że życie ludzkie ma różną wartość. I że istnieją rzeczy dużo ważniejsze od niego. Freya i Serya niby to rozumiały, ale w praktyce jednak nie pojmowały, że czasem trzeba poświęcić bardzo wiele, aby osiągnąć swój cel.

Varney miało się niebawem o tym przekonać w okrutny sposób.