- Pani Weasley, nie wiedziałam, że ma pani dzisiaj dyżur.
Ledwie zdążyła pojawić się w korytarzu, a zwróciła na siebie uwagę Lisy Kramer.
- Oficjalnie mnie tu nie ma, zapomniałam tylko podpisać jednego dokumentu - uśmiechnęła się szybko - Wesołych świąt panno Kramer!
Lisa odprowadziła Hermionę wzrokiem, aż ta zniknęła za rogiem korytarza. Przecież i tak według grafiku miała dyżur pojutrze, czy ten dokument był tak pilny?

Znowu nie mogła spać. Wczoraj wróciła do domu przed trzecią. Ron nawet się nie poruszył kiedy kładła się obok niego. Słuchała jak oddycha i liczyła kiedy zegar wybił szóstą. Miała wrażenie, że nie spała, albo spała tak lekko że jej organizm zatracił umiejętność odróżniania snu od jawy. Ponieważ Ginny i James zostali na noc w Norze, nie obudził jej rano płacz małego chłopca czy typowy krzyk kobiety gdy jej syn wylewał kolejną porcję owsianki na swój sweter.
Jak mogło ją cokolwiek obudzić skoro nie spała?
Zanim Hermiona zdecydowała się uchylić drzwi do jego sali, rozejrzała się dobrze, czy nikogo nie ma w pobliżu. Oddział wydawał się być pogrążony w spokoju świątecznego przedpołudnia. Spokój w Mungu był zawsze złudny, ale wart każdej sekundy.
Nie spał, kiedy do niego zajrzała. Wpatrywał się w świat za oknem. - Mogę? - zapytała cicho. Spojrzał na nią, chyba nawet spróbował się uśmiechnąć.
- Jak się czujesz?
- Niespecjalnie - wychrypiał.
Kiwnęła głową. Zajrzała w kartę. Wszystko odbywało się zgodnie z zaleceniami Halla.
- Bolało cię w nocy?
- Mogłem spać, więc…
Kiwnęła głową. Odłożyła jego kartę.
- Masz dzisiaj dyżur? - zapytał Harry.
Zawahała się chwilę.
- Wiesz, jak jest - uśmiechnęła się blado.
- Co z rodzinnymi świętami?
- Właśnie spędzam je z rodziną.
Spojrzał na nią uważnie.
- Daj spokój - skrzywił się.
Nie był dzisiaj w najlepszym humorze. Poruszył się na łóżku, jakby chciał usiąść, ale mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa szybciej niż się spodziewał - Nie jesteśmy rodziną.
- Boli cię?
- Boli - warknął.
Nie odpowiedziała. Nie spodziewała się takiego obrotu sprawy.
- Pomyślałam, że może czegoś potrzebujesz.
- Nie rób takiej miny jakbyś mi współczuła.
- Harry… - dotknęła jego ręki.
- Syriusz - powiedział - Jestem dla ciebie obcym człowiekiem.
Szybko cofnął rękę. Hermiona westchnęła lekko.
- Wrócę później - dodała wstając po chwili.
Nie wiedziała co innego może powiedzieć.
- Nie musisz.
Kiedy wychodziła nawet nie spojrzał w jej kierunku.

Hermiona zamknęła się w gabinecie uzdrowicieli. Usiadła przy biurku próbując uspokoić pulchniejącą w środku i dławiącą przykrość. Było jej przykro. Nie zdarzało się to zbyt często, ale dzisiaj naprawdę było jej przykro.
Zamrugała gwałtownie, bo na blat biurka kapnęła łza.
"Ty skurwysynu" pomyślała i zaczęła głęboko oddychać. Zaczęła liczyć oddechy. Emocje nie są najlepszym kompanem, mogłaby za chwilę zrobić coś czego będzie żałowała. A miała na to ochotę.
W szufladzie miała teczkę, którą jakiś czas temu dostała od Jennifer Rose. Spojrzała w jej stronę, chociaż dobrze znała jej zawartość. Część jej samej była przekonana, że jeśli przeczyta ją jeszcze raz to może znajdzie odpowiedzi na wszystkie pytania. Jak pomóc Harry'emu? Jakim zaklęciem go potraktowano? Może go nienawidzić, ale musi mu pomóc. Taka jest rola uzdrowiciela. Czy z tej teczki ma szansę dowiedzieć również dlaczego jej przyjaciel zostawił rodzinę, zmienił nazwisko i przeniósł się do Szkocji?
Sięgnęła po teczkę od Jennifer. To było silniejsze od niej.
W środku te same zdjęcia, które bardzo dobrze znała. Ofiara potraktowana nieznanym zaklęciem uderzeniowym miała wypaloną dziurę zamiast serca. Poszarpana rana przypominała kolorem te same cięcia, które miał Harry na klatce piersiowej. Przyglądała się temu już kilka razy, ale tak naprawdę bez zbadania ofiary nie ma żadnej pewności. Może Harry użył odpowiedniego zaklęcia ochronnego, że zły urok sięgnął go w mniejszym stopniu i natężeniu. Może trafiło go jedynie zaklęcie odbite. Może ten, który chciał je rzucić nie miał wystarczającej siły czy praktyki żeby naprawdę zrobić Harry'emu krzywdę.
Drzwi do pokoju uzdrowicieli otworzyły się.
- Myślałam, że już pani nie ma… - zaczęła Lisa Kramer przepraszającym tonem.
Razem z Paulem, drugorocznym stażystą wparowali rozchichotani do środka.
- Właśnie wychodziłam - odpowiedziała machinalnie Hermiona zamykając teczkę.
Wstała zza biurka i dyskretnie schowała teczkę do swojej torby.
Lisa i Paul przeszli na drugi koniec pokoju.
- Pani Weasley… - zaczęła Lisa nieśmiało - cieszę się, że pan Black się wybudził.
Hermionę zamroziło.
- Słucham?
- Był pani pacjentem, prawda? Przyjęła go pani… Cieszę się, że…
- Jest moim pacjentem - przerwała jej.
- Oczywiście - dodała Kramer - Zgodnie z zaleceniami pana Halla dostał…
- Wiem - znowu jej przerwała.
Jej unik mógł być odczytany jako zwykła niegrzeczność.
Lisa cofnęła się o krok.
- Myślałam, że zechce pani wiedzieć - dodała dziewczyna.
Hermiona kiwnęła głową.
- Do zobaczenia jutro - odpowiedziała.
- Do widzenia pani Weasley.

Hermiona wyszła na korytarz zła na samą siebie. Upchnęła teczkę do torby. Zamknęła oczy jakby chciała schować się przed własnymi emocjami.
- Pani Weasley - zaczęła Greta uprzejmie. Pojawiła się tuż obok niej - Tak myślałam, że pani tu jeszcze jest…
- Wychodzę - Hermiona uśmiechnęła się sztucznie.
Zapinała ostatnie guziki płaszcza.
- A czy znajdzie pani jeszcze chwilę? Pan Black o panią pytał.
- Byłam już u niego… Pani Kramer ma dyżur, więc…
- Pan Black pytał konkretnie o panią - powtórzyła Greta dobitnie.
- Rozumiem. Później może do niego zajdę… - Hermiona spojrzała wymownie na zegarek.
- Pani Weasley - Greta jej przerwała stanowczym tonem.
Hermiona zamrugała gwałtownie. Nie miała wyjścia.
Uchyliła drzwi do sali. Nie spał, lampka obok jego łóżka paliła się. Zauważył ją.
- Wychodziłaś? - Harry wychrypiał powoli.
- Tak.
Zrobiła krok w kierunku łóżka. Poczuła w ustach smak złości na jego widok. Po raz pierwszy - smak prawdziwej furii. Przedtem czuła niepewność, strach, współczucie, troskę i nawet zazdrość… Nakręcała się, myślała o tym jak wywrócił ich życie do góry nogami i jak przez niego okłamuje najbliższych. Ale kiedy przychodziła do sali wiele z tego zdawało się znikać. Przecież to był on. Był jej przyjacielem.
- Bardzo… bardzo… mnie…
Widziała, że cierpiał.
- Czy to jest ból taki jak wczoraj?
Kiwnął głową. Zaciskał zęby. Sięgnęła w kierunku jego bandaży. Cofnął się lekko, jakby zapadł w sobie.
- Muszę zobaczyć.
Rozchyliła opatrunek. Wyglądało to okropnie, jakby z ran znowu sączyła się jakaś czarna maź. Westchnęła.
- Nie… wytrzymam…. - wychrypiał.
- Dostałeś już dzisiaj środki na to i…
Chwycił ją za nadgarstek. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że gdyby spojrzenie mogło kłuć, ona poczułaby na sobie metalowe igły.
- Proszę…
- Harry, nie mogę.
Ścisnął ją jeszcze mocniej za nadgarstek.

Hermiona wyszła na korytarz. W pokoju pielęgniarek było pusto. Miała nadzieję, że natknie się na Gretę. Fiolka z wywarem z kadzidłowca stała dokładnie tam gdzie ją wczoraj zostawiła. Tym razem wzięła trzy - schowała je do kieszeni płaszcza. Od tygodni czuła się jak zdrajca, który chowa wielką tajemnicę przed najbliższymi. Tłumaczyła sobie, że nie ma wyjścia, że to wszystko dla większego dobra. Tak trzeba, tak powinna. I co może jeszcze liczyła na jakąś nagrodę od losu za chronienie przyjaciela?
Albo kogoś kto nim kiedyś był? Jaka jest granica między byłymi przyjaciółmi, a obecnymi?

Harry płakał jak dziecko. Był spocony i napięty. Prześcieradło było wygniecione, wyglądało jakby przed chwilą chciał je podrzeć swoimi dłońmi.
Hermiona podbiegła do niego. Spojrzał na nią oskarżycielskim wzrokiem.
- Wyjdź - wychrypiał.
Rozejrzała się po sali - drzwi na korytarz były uchylone, ale w budynku panowała wieczorna cisza.
- Pomogę ci.
- Nie możesz.
Odchyliła kołdrę, opatrunek na jego klatce piersiowej był przesiąknięty czarną mazią.
- Jest mi zimno - powiedział - Bardzo zimno.
Łzy leciały mu po policzkach. Jemu, dorosłemu mężczyźnie. Zajrzała do karty - wszystko zgodnie z planem Halla.
- Ten ból... - wydukał - Powiedzieli, że nic nie mogą zrobić, że... ale ja już...
Hermiona wyjęła z kieszeni fiolkę i podała mu do ust. Z pojemniczka kapnęło kilka kropel.
- Co to było?
- Nawet jak ci powiem, to i tak nie zapamiętasz - uśmiechnęła się lekko - nigdy nie byłeś najlepszy z eliksirów.
- Byłem całkiem niezły - uśmiechnął się.
Przymknął oczy. Dotknęła jego spoconego czoła. Kiedy wycierała mu z policzka łzę, podniósł rękę i przytrzymał jej dłoń na swojej twarzy. Zasypiał.
- Ale ty byłaś lepsza - mruknął na granicy snu i jawy.
Zabrała swoją dłoń. Czymkolwiek dostał, jakimkolwiek urokiem został potraktowany, jakimkolwiek jest człowiekiem i cokolwiek zrobił - był też Harrym. Nie zasługiwał na cierpienie. Może i nie była najlepszą przyjaciółką i żoną, ale potrafiła znajdywać w książkach odpowiedzi. Potrafiła rozwikłać zagadki. Już to kilka razy zrobiła i po raz kolejny musi to zrobić. Teraz naprawdę dla niego.

Już kilka razy próbowała ułożyć w swojej głowie scenariusz tego jak Ron zareaguje na wiadomość, że na oddziale leży Harry Potter. Jednak żaden ze scenariuszy, który stworzyła nie wydawał się jej wystarczająco wiarygodny.
A czy jeśli ogłosi prawdę, to Molly nie będzie chciała jej znać? Ginny?
Deportowała się w zaułek londyńskiej uliczki. Otrzepała płaszcz i spojrzała w stronę Oxford Street, przyozdobionej świątecznymi girlandami i światełkami. Minęła kilka par - ludzie trzymali się za ręce opatuleni szalikami. Na drewnianym, świątecznym stoisku sprzedawano grzane wino. Nabrała na nie wielkiej ochoty, ale nie miała przy sobie mugolskich pieniędzy. Odczuła jakąś bardzo dziwną chęć, żeby na chwilę być jak taka zwykła, mugolska dziewczyna, która w świąteczny wieczór wychodzi ze znajomymi na spacer i świąteczne wino. Nie była tą osobą, która zastanawiała się "jakby mogło wyglądać jej życie, gdyby nie trafiła do Howartu".
"To zmęczenie" skarciła sama siebie w myślach. To zmęczenie sprawiło, że zakiełkowały jej w głowie takie głupie myśli. Z suchym trzaskiem teleportowała się.

- Co robisz? - Ron zaskoczył ją wchodząc do sypialni.
Akurat miała w ręku otwartą teczkę od Jennifer Rose. Nie miała zamiaru zabrać jej kiedykolwiek do domu - nawet odczuła złość na siebie, kiedy po powrocie zauważyła ją w swojej torbie.
- N-nic - wyjąkała lekko wytrącona z równowagi.
Nadal miała przed oczami makabryczne rzeczy.
- Co czytasz?
Zamknęła teczkę zanim Ron miał szansę zobaczyć cokolwiek. Przynajmniej taką miała nadzieję. Jak gdyby nigdy nic odłożyła teczkę na szafkę.
- To z pracy. Nie jest ważne.
Spojrzał na nią surowo. Nie byli małżeństwem pełnym wylewnych uczuć, ale tym razem powiało wręcz chłodem.
- Gdzie byłaś cały dzień?
- W pracy.
- W święta?
- Ron, błagam...
Westchnął i wyszedł do łazienki. Czuła, że musi się przygotować na jego wyrzut.
- Jesteś zły.
- Nie, wcale - burknął odkręcając wodę w kranie.
- Widzę.
- Bo dziwnie się zachowujesz.
- A ty zachowujesz się teraz całkiem normalnie?
- Byłaś dziwna, jak wspomniałem o dzieciach.
Wzięła głęboki oddech "Czyli to o tym".
- Mówiłam ci, że mnie zaskoczyłeś. Ron, nie prowadzimy takich rozmów każdego dnia. Byłam zaskoczona.
- No właśnie, nie prowadzimy - rzucił ręcznikiem o ścianę i wyminął ją w drzwiach. Przymknęła oczy.
- Jakiś czas temu do Munga przywieziono bliźniaków. Roberta i Michaela. Mieli po pięć lat. Byli w ciężkim stanie. Ich własna matka próbowała ich otruć.
Ron zatrzymał się na środku ich sypialni.
- Co?
- Trafiła na oddział dla niepoczytalnych. Przed świętami chłopcy trafili do wujka. Być może nie powinnam używać tej karty "moja praca ma na mnie wpływ", ale ma Ron. Ma. Czasami sobie nie radzę z emocjami.
- Mogłaś powiedzieć. Przecież możesz powiedzieć mi wszystko.
Podszedł i przytulił ją, ale ten mały gest sprawił że poczuła się jeszcze gorzej. Zerknęła na teczkę ponad jego ramieniem. Teczkę ze zdjęciami zmasakrowanych ciał.

- Nie ruszaj tego!
Znowu stała pośrodku wrzosowiska. Zimno przenikało przez całe jej ciało, a mgła przesłaniała całą przestrzeń dookoła jej. Odwróciła się w kierunku głosu. To był głos Harry'ego. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła wydobyć z siebie żadnego dźwięku.
- Nie wtrącaj się!
Nagle na jego klatce piersiowej pojawiły się cięte rany, a z nich wylała się czarna maź. Upadł na ziemię.
- NIE! - krzyknęła podbiegając do niego.
- Hermiona!
Ron potrząsał jej ramieniem, otworzyła nagle oczy. Obudziła się tak gwałtownie, jak gwałtowny jest pierwszy oddech osoby, która za długo była pod wodą i której śmiertelnie zaczynało brakować powietrza. Jej koszula była mokra od potu.
- Krzyczałaś przez sen - wymamrotał.
Przytuliła się do niego, wciąż po części będąc na wrzosowisku.

Weszła do sali Harry'ego bez pukania.
- Jak się… - urwała widząc przy łóżku pacjenta Jennifer Rose.
- Dzień dobry - Jennifer uśmiechnęła się do niej ciepło.
Harry siedział na łóżku oparty na poduszkach. Wydawał się być w dobrej energii, całkowicie innej niż kilka dni temu kiedy błagał ją o środki uśmierzające ból. Od czasu świąt podała mu je jeszcze cztery razy razy. Za każdym razem skrzętnie odmierzała dawki, czasem rozcieńczała krople. Sprawdziła pięć razy jakie są dopuszczalne proporcje i ile może wynosić pojedyncze podanie dla dorosłego mężczyzny. Odnotowywała wszystko w głowie pamiętając, że jest to nie tylko silny lek, ale również silnie uzależniający. I nawet jeśli powtarzała sobie "to po raz ostatni" to wykrzywiona grymasem cierpienia twarz Harry'ego przekonywała ją, że działa właściwie.
- Nie wiedziałam, że ma… pan… gości - wyjąkała Hermiona wycofując się.
Fiolki z eliksirem z kadzidłowca zagrzechotały w kieszeni jej fartucha. Harry zmierzył ją spojrzeniem. Nie znała tego wzroku.
- Syriusz, mogę przyjść później - powiedziała powoli Jennifer patrząc na mężczyznę.
- Nie, całkowicie nie - odpowiedział szybko.
- Pacjentom przydaje się towarzystwo - skwitowała Hermiona.
Chciała wyjść z sali, ale dziwnym trafem nie potrafiła się ruszyć z miejsca.
- Chciałam… chciałam tylko zapytać jak samopoczucie i…
- Czuję się dobrze. Rozmawiałem z ordynatorem, powiedział że jutro mogę spróbować wstać.
Hermiona zamrugała gwałtownie.
- Wstać?
- To świetnie - dodała Jennifer z uśmiechem - To chyba dobra wiadomość, prawda?
- No nie wiem…
- Nie chcę zajmować pani czasu, pani uzdrowiciel - przerwał Harry patrząc jej prosto w oczy.
Poczuła na sobie zaskoczone spojrzenie Jennifer.
Hermiona kiwnęła krótko głową. Nie spodziewała się takich słów od swojego przyjaciela. Wycofała się przymykając za sobą drzwi.
- To nie było do końca miłe - usłyszała słowa Jennifer zza drzwi - Ona jest naprawdę w porządku, rozmawiałam z nią kilka razy.
Harry mruknął jej coś w odpowiedzi. Hermiona zacisnęła powieki. Czyli teraz była dorosłą kobietą, uzdrowicielką, która podsłuchuje pod salą pacjenta. Skarciła sama siebie w myślach.

Biblioteka szpitala św. Munga była jednym z jej najbardziej nieoczekiwanych odkryć. Dostęp do tego miejsca mieli tylko i wyłącznie uzdrowiciele i stażyści. Zbiory były imponujące i czasami przypominały jej Hogwart, choć z biblioteką w szkole nic nigdy nie będzie mogło się równać.
Hermiona przeszła przez długi korytarz między regałami. Wraz jej krokami zapalały się dookoła lewitujące świece, czujnie śledząc kierunek w którym zamierza się udać. Przystanęła przy dziale niebezpiecznych zaklęć i uroków. Miała jednak przeczucie, że nic co znajdzie w znanych tomach nie będzie ją do końca satysfakcjonowało.
"Gdyby odpowiedzi były takie proste pewnie ktoś z nas by na nie wpadł" przeszło jej przez głowę. Przeszła dalej. Wzięła do ręki stary, oprawiony w skórę tom "Leczenie zakażeń krwi". Do tego dołożyła jeszcze "Zioła, które oczyszczają" i kłaniając się lekko starszemu pracownikowi biblioteki przeszła do wyjścia.

- Wszystkiego dobrego w nowym roku! - zaczepił ją Matthew.
Usiadł naprzeciwko jej biurka i sięgnął do puszki piernikowych traszek, która stała na blacie.
- Tobie też Matthew, cieszę się że cię widzę. Mam nadzieję, że wypocząłeś - dodał przedrzeźniając jej głos.
Hermiona nawet nie podniosła głowy.
- Wszystkiego dobrego w nowym roku - odpowiedziała mechanicznie.
Matthew zmarszczył czoło.
- Co czytasz?
- Nic takiego.
Wyciągnął rękę w kierunku książki, żeby móc sobie odchylić okładkę. "Leczenie zakażeń krwi"? - Po co czytasz coś co znasz na pamięć.
Obrzuciła go spojrzeniem.
- Bardzo zabawne.
- Pani Weasley, byłbym w ciężkim szoku, gdyby okazało się, że jest jakaś książka, z której uczyliśmy się na stażu, a której pani nie zna na pamięć.
Hermiona westchnęła i zatrzasnęła tom.
- Masz rację.
- Jesteś i zawsze byłaś kujonem.
- Masz rację, że tutaj nie znajdę odpowiedzi. To byłoby za proste.
- Tego nie powiedziałem. Jak twoje święta?
- Jego stan jest stabilny, ale nadal zły, rozumiesz? I skarży się na ból. Skoro się skarży, to ból naprawdę musi być ogromny, a do tego… te rany…
- Zapytałem jak twoje święta.
- Dobrze. Przy takiej zmianie opatrunków powinniśmy zobaczyć jakiekolwiek zmiany, choć jakikolwiek ślad gojenia, a tutaj…
Urwała widząc wzrok Matthew. Było tam coś na pograniczu "oszalałaś", "jesteś pijana" albo "chyba nie spałaś od czterech dni".
- Rozumiem, chociaż wcale nie miałaś…
Matthew urwał, bo drzwi do pokoju uzdrowicieli się otworzyły i do środka weszła Lisa Kramer. Uprzejmie skinęła głową w ich kierunku. Matthew odprowadził ją spojrzeniem.
- Pani Weasley, może przejdziemy się do bufetu? - zapytał głośno. Hermiona uśmiechnęła się.

- …pracowałaś w święta zamiast spędzać czas z rodziną. Obiecałaś mi, że weźmiesz wolne pod koniec roku. - wypalił kiedy tylko wyszli na korytarz - Mam cię.
Hermiona westchnęła. Przeszli kilka kroków.
- To nie tak. Martwię się o tego pacjenta.
- Jak będziesz się martwić o każdego pacjenta, to sama staniesz się pacjentką, ale oddziału dla niepoczytalnych.
Hermiona uśmiechnęła się lekko, ale po chwili na końcu korytarzu zauważyła znajomą sylwetkę. Z gabinetu Halla właśnie wychodził Kingsley Shacklebolt. Hermiona zesztywniała. Szef Biura Aurorów spojrzał na nią bez słowa. Jego twarz pozostawała spokojna, nieprzenikniona. W jego spojrzeniu było coś, co przypominało ostrzeżenie. Milczące, a jednak wymowne.
Kingsley nie zatrzymał się, nawet nie skinął głową. Po prostu ruszył wzdłuż korytarza. Zniknął za rogiem, zanim zdążyła się odezwać.
- Wszystko w porządku? - zapytał Matthew - Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha.
Hermiona potrząsnęła nagle głową.
- Przypomniałam sobie… Idź sam… Zapomniałam…
Matthew wzruszył ramionami, kiedy Hermiona szybkim krokiem ruszyła w stronę Kingsleya. Nie wypadało jej za nim krzyczeć. Miała jakieś dziwne wrażenie, że chciał uniknąć spotkania z nią. A może tylko się jej wydawało?

- Możemy porozmawiać?
Jennifer Rose dosłownie wyrosła przed nią, kiedy wracała do swojego gabinetu. Hermiona aż odskoczyła zaskoczona.
- Przepraszam jeśli przeszkodziłam rano… - aurorka zaczęła od razu, ale Hermiona jej przerwała.
- Nie, to ja przepraszam. Powinnam była zapukać.
- Wiem, że nie jestem żadną krewną Syriusza, ani… bliską osobą, ale… Jaki jest jego stan?
To było pytanie na które Hermiona nie miała odpowiedzi. Teoretycznie rekonwalescencja Harry'ego postępowała zgodnie z planem. Dzisiaj wydawał się mieć więcej sił. Jeśli tak dalej pójdzie Hall będzie naciskał na wypis w przeciągu 14 dni. Nocą nadal jednak zdarzały mu się ataki bólu, rany na klatce piersiowej otwierały się. Przy tym wszystkim wydawał się być przykry, rozgoryczony, zniecierpliwiony…
- Myślę, że jest lepiej i… z każdym dniem będzie lepiej. Będzie nabierał sił.
- Wydajesz się… wydajesz się nie być przekonana.
Hermiona westchnęła.
- Bo nie jestem. Nie wiem czym dostał. Nadal nie mam odpowiedzi, które mnie satysfakcjonują.
- A jakiekolwiek odpowiedzi?
Pokręciła głową. Między nimi zapadło milczenie.
- Dostałam przeniesienie do Londynu. Na stałe - Jennifer przerwała ciszę - będę teraz tutaj w biurze. I… udało mi się wczoraj pogrzebać w aktach. Mam wrażenie, że te ataki… Że tutaj było ich kilka. I to na tyle podobnych, że…
Jennifer urwała widząc nadchodzące pielęgniarki z naprzeciwka.
- Chciałam tylko powiedzieć, że za wszelką cenę chcę to rozwiązać. Cokolwiek i ktokolwiek za tym stoi. Rozmawiałam o tym z Syriuszem, że mam kogoś zaufanego, kto może nam pomóc i miałam na myśli ciebie. Jeśli się zgodzisz to myślę, że powinnyśmy porozmawiać. Ale nie tutaj.
Hermiona kiwnęła głową. Myślała teraz o tym, że rozmowa z Jennifer może być dla niej trudna z wielu względów. Myślała o tym jak zareaguje Ron kiedy dowie się, że konsultuje przypadki z biurem aurorów i jak zareaguje Harry, kiedy dowie się, że to właśnie ona.
- Przepraszam, jeśli moja propozycja jest zbyt…
- Nie, to nie o to chodzi - wpadła jej w słowo Hermiona - Oczywiście, że pomogę. To trzeba rozwiązać.
Widać, że jej słowa dodały otuchy Jennifer.

Wieczorem znowu miał atak. Tuż przed wyjściem z pracy Hermiona zajrzała do sali Harry'ego. Leżał zlany potem, całkowicie inny od tego co widziała rano.
- Błagam - wychrypiał. Chwycił ją mocno za kawałek kitla - Zrób coś.
Hermiona miała już wypracowaną metodę. Nie zawahała się nawet przez chwilę. Dodała mu kilka kropel wywaru z kadzidłowca do szklanki wody i podała. Wypił od razu.
- Rozmawiałam z Jennifer… - zaczęła powoli.
Harry miał półprzymknięte oczy. Wątpiła nawet czy ją słyszy w momencie kiedy eliksir przeciwbólowy zaczynał działać.
Mruknął coś niezrozumiałego. Hermiona usiadła na krześle obok i wzięła go za rękę. Ścisnął ją.
- Musisz być silny, do cholery - dodała.
Nic nie odpowiedział, bo od razu zdawał się zapaść w sen. Czy to atak bólu go tak wykańczał czy raczej organizm już tak zaczął reagować na eliksir? Wygładziła prześcieradło na jego łóżku. Nie zauważyła jak w progu bacznie obserwuje ją jedna ze stażystek.

Kiedy wróciła do domu Ron siedział przy kuchennym stole. Miał posępną minę. Kiedy chciała go pocałować na powitanie odsunął się gwałtownie.
- Co jest? - zapytała ze śmiechem.
Ron zmierzył ją spojrzeniem. Spod gazety wysunął teczkę, którą dostała przed tygodniami od Jennifer.
- No właśnie, co jest? - zapytał zimno patrząc jej w oczy.
Hermiona przygryzła wargę. Poczuła, że całe jej ciało tężeje. Wpada w stan hibernacji i zamrożenia.
- Grzebałeś w… - wyjąkała.
- Nie, Hermiona - przerwał jej szybko - Nie grzebałem. Nie obrócisz tego przeciwko mnie.
- Konsultowałam jedną sprawę dla… dla biura aurorów.
- Więc przyniosłaś teczkę pełną zmasakrowanych zwłok do domu?
- Musiałam pomyśleć, mówię ci… konsultowałam…
- Nie mówiłaś mi o tym.
Wzruszyła ramionami.
- A dlaczego miałabym ci mówić?
Ron spojrzał na nią z zaskoczeniem.
- Dlaczego? Wydawało mi się, że zawsze rozmawiamy i dzielimy się… I… Nie, nie będę ci tłumaczył dlaczego.
- Ron, wściekasz się jak przynoszę pracę do domu i teraz wściekasz się jak jej… nie przynoszę? Zdecyduj się.
Między nimi zapadła gęsta cisza. Chciała przejść po tym do porządku dziennego, skończyć już temat. Ron powoli wstał z krzesła.
- Nie chcę żebyś konsultowała jakiejkolwiek sprawy dla biura aurorów - powiedział wreszcie.
Skrzyżowała ręce na piersi. To już nie chodziło o teczkę i tajemnice.
- Nie możesz mi tego zabronić.
Był wściekły. Widziała, że za chwilę może wybuchnąć. Otworzył teczkę i podsunął jej zdjęcia zmasakrowanych ciał.
- Obiecałaś mi - wysyczał do niej - obiecałaś mi, że będziemy żyli spokojnie z dala od tego wszystkiego. To przez to ludzie popadają w obłęd, rodziny się rozpadają, ludzie… Wiesz dobrze jak to się kończy.
- Jak?
Ron wyszedł z impetem na korytarz. Obiecała mu przed laty, mimo tego że decyzja o porzuceniu pracy aurorki wywróciła wtedy jej świat do góry nogami. Ron chciał prostego życia, dużej rodziny i ciepłego domu, co całkowicie rozumiała. Zgadzała się z nim - chciała tego samego. Przynajmniej tak zawsze mu powtarzała.
- Ron! - krzyknęła za nim.
Chwycił po drodze kurtkę. Nawet się nie odwrócił.
- Przez te wszystkie tygodnie byłaś dziwna. Cały czas słyszałem, że dużo pracujesz i jesteś zmęczona. Oczywiście! Oczywiście najwięcej na całym świecie, bo jako jedyna nosisz ciężar ludzkości na swoich barkach! A teraz okazuje się, że kombinujesz jak wrócić do dawnego...
- Nic takiego nie robię! - krzyknęła - Ron!
- Naprawdę chcesz mieć rodzinę?! Czy tak jak...
- Nie wszyscy są tacy jak Ha... - wrzasnęła
- Ani mi się waż wymawiać jego imienia w tym domu.
Myślała, że ją uderzy. Cofnęła się kilka kroków.
- Chcę powiedzieć, że nie wszyscy, którzy pracują tam… że nie wszystkich to zmienia tak bardzo.
- Nie? Ciebie już zmieniło, a ponoć konsultowałaś tylko jedną sprawę.
Ron wyszedł z domu trzaskając drzwiami.