24. GDZIE DOM TWÓJ
Hermiona bez celu szwendała się po zamkowych korytarzach. Od czasu wyznania czuła się naprawdę okropnie. Longbottom zareagował w najgorszy możliwy sposób, jaki mogła sobie tylko wyobrazić.
Cóż, przynajmniej powstrzymał się od rzucania przekleństwami, podsumowała, szukając pocieszenia. Jej kroki odbijały się echem od kamiennej podłogi. W tej chwili znajdowała się w odosobnionej części szkoły, desperacko chcąc uniknąć towarzystwa innych uczniów. Była przekonana, że zbombardują ją pytaniami związanymi z Tomem i incydentem w Wielkiej Sali, albo po prostu od razu przejdą do wyzwisk i ataków.
Westchnęła i zastanowiła się nad dalszymi posunięciami. Nie mogła przecież wiecznie pałętać się po zamkowych korytarzach, ale powrót do pokoju wspólnego zdecydowanie był wykluczony. Najprawdopodobniej to właśnie tam zaszył się Longbottom, zaś Lupin i Weasley zapewne właśnie go pocieszali lub próbowali uspokoić. Chciała też uniknąć spotkania ze współlokatorkami, które po przedstawieniu po śniadaniu z pewnością miały masę pytań. Może najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu czmychnięcie z zamku i rozpoczęcie nowego życia, z daleka od gadatliwych plotkarek i pogarszających samopoczucie zbzikowanych fanek.
Karaiby wyglądają wspaniale o tej porze roku, pomyślała. Zachichotała pod nosem i skręciła za następny róg. Albania również. Może pogoda teraz dopisuje.
Uśmiechnęła się delikatnie, ale właśnie wtedy została wyrwana z rozmyślań na temat potencjalnej ucieczki i przywrócona do rzeczywistości.
– Co powiedzieli twoi drodzy przyjaciele?
Usłyszawszy znajomy głos, odwróciła się i zobaczyła opierającego się o ścianę Toma. Sprawiał wrażenie rozbawionego, więc przewróciła oczami.
– Z czego tak się cieszysz? – zapytała, trochę zirytowana.
– Z niczego – odpowiedział radośniejszym tonem, zupełnie jakby jej złość poprawiła mu humor. Odepchnął się od ściany i się doń zbliżył. Westchnęła, gdy wziął ją za rękę i wyznaczył bliżej nieokreślony kierunek. – Myślałem, że porozmawiamy zaraz po tym, jak wytłumaczysz wszystko gryfonom – zagaił, ale o dziwo bez żadnych oskarżeń. Wydawał się być w naprawdę dobrym nastroju.
W odpowiedzi wydała z siebie dźwięk, który mógł zostać wzięty za potwierdzenie, jak i zaprzeczenie.
– Jak zareagowali twoi przyjaciele? – zapytał lekkim głosem, jaki zastanawiał się nad pogodą. Zachowywał się co najmniej irytująco. – Jak skomentowali nasz skandaliczny związek?
Zmrużyła podejrzliwie oczy.
– Od kiedy przejmujesz się zdaniem gryfonów?
Tom się roześmiał.
– Chcę być przygotowany, jeżeli ci głupcy postanowią mnie gdzieś zaatakować – odparł, wciąż rozbawiony.
– Możesz nie przyjmować tego do wiadomości, ale daleko im do idiotów – odpowiedziała, rzuciwszy mu przeszywające spojrzenie.
Chłopak nie wydawał się zaniepokojony mroczną aurą, którą wokół siebie rozsiewała. Nadal uśmiechał się niewinnie, czym pogarszał sprawę i doprowadzał ją do białej gorączki. Gdy weszli do następnego korytarza, Hermiona natychmiast zauważyła grupkę dziewcząt z Ravenclawu idących w ich kierunku, najprawdopodobniej czwarto- lub piątorocznych i prawie jęknęła, kiedy została obrzucona wrogimi spojrzeniami. Odkąd wyszła z Wielkiej Sali, nie spotkała innych uczniów, więc tak naprawdę nie wiedziała, co sądzą o nowym związku szkolnego idola. Krukonki wyraźnie pałały do niej niechęcią, więc miała przedsmak panującej w zamku atmosfery. Tylko jedna, a może nawet dwie dziewczyny patrzyły nań z zainteresowaniem, ale reszta była wyraźnie wrogo nastawiona. Była przekonana, że gdyby spacerowała w samotności, bez wahania wyciągnęłyby różdżki i cisnęły weń różnej maści przekleństwami. Westchnęła ze zmęczeniem. To była ostatnia rzecz, jakiej potrzebowała – bandy mściwych fanek, żądnych przelewu krwi i zadośćuczynienia za publiczną krzywdę. W pewnym sensie przypominało to gnębienie, którego doświadczyła przed przerwą świąteczną, kiedy wszyscy myśleli, że jest szaloną prześladowczynią, próbującą w nikczemny sposób zdobyć względy najprzystojniejszego chłopaka w całej szkole. Wtedy mogła liczyć na wsparcie przyjaciół, ale teraz raczej została z tym sama. Szczerze mówiąc, wcale nie martwiła się rozgoryczonymi dziewczętami, gdyż wiedziała, że poradzi sobie bez ich dozgonnej sympatii – przeżyła wszak o wiele gorsze rzeczy.
Najbardziej ubolewała nad reakcją chłopców, gdy dowiedzieli się, że zdobyła chłopaka. Miała wielką nadzieję, że Longbottom pójdzie po rozum do głowy i wybaczy jej kłamstwo. Potrzebowała rozgrzeszenia, bowiem rozzłoszczony wyglądał zupełnie jak Harry i Ron. Jeśli odmówi przebaczenia win, wiedziała, że chłopcy również postawiliby na niej krzyżyk. Gdyby została teraz całkiem sama, nie wytrzymałaby ponownej izolacji. Zawsze dawali jej poczucie normalności, utraconej dawno, dawno temu i desperacko poszukiwanej. W ich towarzystwie, śmiejąc się z głupot i rozmawiając o pierdołach, mogła czuć się niczym normalna, zwyczajna dziewczyna.
Cóż, nie dotknęła ich ciemność, pomyślała ze smutkiem i zadrżała, automatycznie przysuwając się bliżej idącego obok Toma. Chłopak spojrzał nań z uniesionymi brwiami.
– Nie poszło za dobrze, prawda? – zapytał bez cienia dawnej drwiny.
– Amarys i Richard byli raczej wyrozumiali – podsumowała ściszonym głosem. – W przeciwieństwie do nich Mark zareagował… gwałtowniej.
– Longbottom? – spytał równie cicho.
Zdecydowanie zbyt cicho, dodała.
– Yhym. Można powiedzieć, że nie darzy cię wielką sympatią.
Tom parsknął.
– Och, naprawdę?
Postanowiła zignorować zaczepkę i skupiła się na drodze. W pewnym momencie ze zdziwieniem zarejestrowała, że stanęli przed dobrze jej znanymi, olbrzymimi drzwiami.
– Biblioteka? – Zmarszczyła brwi.
– Jest niedziela, skarbie. – Uśmiechnął się dość protekcjonalnie. – Uwierz, że prywatność mamy tutaj zapewnioną.
Wzruszyła ramionami, po czym weszli do środka. Pani Peters siedziała na swoim zwyczajowym miejscu, przez co Hermionie przebiegło przez myśl pytanie, czy ta kobieta ma kiedykolwiek wolne.
– Ach, panna DeCerto, pan Riddle. – Uśmiechnęła się radośnie bibliotekarka. – Szczerze mówiąc, zastanawiałam się, kiedy dwa największe mole książkowe postanowią złączyć swe przeznaczenia.
– Dzień dobry, pani Peters – odpowiedziała grzecznie, a następnie pozwoliła pociągnąć się chłopakowi w głąb pomieszczenia.
Nie była zaskoczona, kiedy wylądowali przed działem ksiąg zakazanych. Przez chwilę była przekonana, że wejdą do środka, ale ostatecznie poszli jeszcze dalej. Hermiona wzdrygnęła się na widok wystawionych na najbliższych regałach książek traktujących o czarnej magii, ponieważ niemalże mogła poczuć bijący od nich mrok.
– Nie lubisz tej części biblioteki, prawda? – Tom najwyraźniej wyczuł jej niezadowolenie i postanowił podrążyć temat.
– Nieszczególnie – odpowiedziała zgodnie z prawdą, wciąż patrząc na tomiszcza nieprzychylnie.
Uniósł brew.
– Niespotykane, panna DeCerto pała niechęcią do książek – podsumował. – Jestem zszokowany.
Spojrzała na Toma.
– Akurat te lektury są niebezpieczne.
– Mam odmienne zdanie. Uważam, że są fascynujące – odparł i zerknął na dział ksiąg zakazanych.
– Są też zabronione nie bez powodu – argumentowała, aczkolwiek nie była zaskoczona usłyszanym w jego głosie entuzjazmem.
Zmarszczył brwi.
– Czyli twierdzisz, że to w porządku, żeby ograniczać wiedzę i możliwości – podsumował, po raz kolejny przywdziawszy beznamiętną maskę.
– Jeżeli ta wiedza jest niebezpieczna, to owszem – odparła po zastanowieniu.
– To ignorancja stanowi większe zagrożenie – skontrował niemal natychmiast.
Cóż, w pewnym sensie miał rację.
Niedługo potem opuścili ponurą część biblioteki, zaś Tom zdawał się kierować w stronę ogromnego okna na drugim końcu sali. Szczerze mówiąc, było całkiem dobrze ukryte, a uczniowie zazwyczaj nie siadali w ostatnich rzędach. Aby podejść do okna, musieli obejść jeszcze dookoła kilka rzędów zakurzonych regałów, więc musiała się zgodzić z wcześniejszym stwierdzeniem, że biblioteka jest dziś najlepszą kryjówką przed wścibskimi oczami i uszami. Raczej nikt nie będzie im tutaj przeszkadzał. Pod oknem znajdował się olbrzymi drewniany parapet. Wygląda zachęcająco, pomyślała, patrząc na wpadające do pomieszczenia nikłe promienie zimowego słońca. Wyglądając przed okno, będą mogli popatrzeć sobie na otaczające szkołę tereny, wciąż przykryte warstwą białego puchu.
Tom wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku parapetu. Z powietrza zmaterializowało się kilka miękkich poduszek, które opadły na siedzisko. Zadowolony z rezultatu, usiadł na parapecie i pociągnął Hermionę za sobą.
– Często przychodzę tutaj poczytać – zagaił.
Zapewne przez bliskość działu ksiąg zakazanych, pomyślała, zerknąwszy przez ramię. Naturalnie, nie wyraziła na głos swoich podejrzeń. Zamiast tego również zajęła miejsce.
– Jestem tobą zaskoczony – powiedział kpiącym głosem, gdy się doń przytuliła. Uniosła pytająco brwi, przez co się uśmiechnął. – Nigdy nie przypuszczałem, że rzeczywiście powiesz o mnie swoim przyjaciołom. W pewnym momencie odniosłem wrażenie, że się mnie wstydzisz – wytłumaczył. – I zapewniam, że coś niespotykanego. Każda inna dziewczyna paradowałaby ze mną za rękę po całej szkole.
– Sugerujesz, że jestem dziwna?
Zmrużyła oczy, a następnie szturchnęła go w ramię. Była dość zaskoczona, usłyszawszy syknięcie i dopiero wtedy przypomniała sobie, że przecież w nocy cisnęła w niego zaklęciem tnącym. Wyrzuty sumienia uderzyły weń ze zdwojoną siłą, zwłaszcza, że aby odegnać ból, zaczął pocierać zranione miejsce. Na Wieży Astronomicznej naprawdę straciła nad sobą panowanie, prawda? Obrzuciła Toma dość niebezpiecznymi klątwami i przekleństwami. Gdyby nie to, że zmierzyła się z potężnym i szalenie utalentowanym czarodziejem, jej działania mogłyby doprowadzić nawet do najgorszej katastrofy. Oderwawszy wzrok od skaleczonego ramienia, spojrzała z powrotem na twarz chłopaka.
– Słuchaj, nie wiem, co mnie napadło wczoraj – wyszeptała ze skruchą. – Byłam taka wściekła i… – urwała, szukając w głowie odpowiednich słów. – Nie wytrzymałam, bo wydarzyło się zbyt wiele…
– Cóż, przynajmniej nie zmieniłem ubarwienia – zadrwił w odpowiedzi.
Hermiona spuściła wzrok na swoje dłonie, ponownie zaatakowana przez miażdżące wyrzuty sumienia. Naprawdę straciła nad sobą panowanie, kiedy wyciągnęła różdżkę i przeklęła Melanie Nicolls, zwłaszcza że wiedziała, że dziewczyna nie będzie się bronić.
– Nawet nie mów, że wciąż czujesz się winna – dodał, a gdy podniosła głowę, zauważyła, że się uśmiecha. – Wiesz, odkryłem dziś, że już zupełnie zapomniała o wieczornym incydencie. Czuła się wyśmienicie, bo znów próbowała swoich sztuczek. Nawet mnie zapytała, czy wszystko w porządku. Wyglądała na zmartwioną, że mogłabyś zrobić mi krzywdę – kontynuował niewinnym tonem, ale starł z twarzy cwany uśmieszek. – Spokojnie, skłamałem. Powiedziałem jej, że to niewykonalne – zakończył poważnym głosem.
– Co takiego…? – zapytał z niedowierzaniem.
Prawie wytrzeszczyła oczy, podczas gdy Tom po prostu nań patrzył. Wyglądał, jakby mówił prawdę. Nim minęła minuta, nie wytrzymał i wybuchnął śmiechem.
– To niesamowite, jak gryfoni są łatwowierni – powiedział, gdy się uspokoił. – Teraz rozumiem, dlaczego Tiara przydzieliła cię akurat do Gryffindoru.
Hermiona rzuciła mu rozgniewane spojrzenie, ale to nie powstrzymało go przed rechotaniem pod nosem.
– Nienawidzę ślizgonów – burknęła.
– Znasz nas dopiero od kilku miesięcy. – Uśmiechnął się przyjaźnie. – Jestem przekonany, że w końcu doceniasz ślizgońskie poczucie humoru.
– Nie sądzę – odpowiedziała, unosząc brew.
Tom nie wydawał się zaniepokojony tym chłodnym zachowaniem. Przestał się szczerzyć i spojrzał nań z kpiąco smutnym wyrazem twarzy.
– Nadal masz wyrzuty sumienia, że mnie przeklęłaś?
– Nie, gdyż przed sekundą przypomniałam sobie, dlaczego to zrobiłam – stwierdziła, reagując na zaczepkę.
Chłopak znów się zaśmiał, ale tym razem prawdziwie szczerze.
– Naprawdę nie musisz czuć się winna – wyszeptał, pochyliwszy się do przodu.
Gdy skrzyżowali spojrzenia, Hermiona poczuła to przyjemne mrowienie na skórze. Wyciągnął doń rękę i przesunął dłonią po jej policzku. Uczucie trzepotania w żołądku natychmiast się nasiliło, więc podążyła za instynktem i mocniej się w niego wtuliła. Po chwili objęła go za szyję i przyciągnęła do pocałunku. Zamknęła z przyjemnością oczy i wplątała dłoń w kruczoczarne włosy, burząc idealnie wymodelowaną fryzurę. Tom najwyraźniej nie miał nic przeciwko, bowiem pogłębił pocałunek.
Kiedy się od siebie odsunęli, z trudem łapała oddech. Żeby się uspokoić, położyła mu głowę na piersi i z błogością zaakceptowała oplatające ją ramiona. Prawdę powiedziawszy, nie było bardziej komfortowej pozycji.
– Jak się dzisiaj czujesz? – zapytał po jakimś czasie.
Hermiona spojrzała nań i zauważyła, że znów jest zatroskany. Z zaskoczeniem odnotowała również, że wygląda na zmęczonego.
– W porządku – odparła cichym głosem.
– W takim razie chyba powinienem zawsze spać w twoim łóżku – podsumował uwodzicielskim tonem, wzmocniwszy uścisk. – Nie chcę, żebyś miała koszmary – dodał z przekonaniem, aczkolwiek wyczuła, że się uśmiecha. – Właściwie to mogłabyś przeprowadzić się do ślizgońskiego dormitorium – powiedział i pocałował ją w policzek.
– Skończ te wygłupy. Ponura atmosfera panująca w lochach doprowadziłaby mnie do szaleństwa. – Zaśmiała się, uprzednio potwierdziwszy, że naprawdę jest zmęczony.
Tom zachichotał.
– Wypraszam sobie, żadna ponura atmosfera. To po prostu wysublimowany smak i salonowa elegancja – powiedział protekcjonalnym tonem. – Oczywiście, rozumiem, że nie wszyscy są w stanie docenić elegancki kunszt.
– Jasne – odpowiedziała z rozbawieniem, a potem zmrużyła oczy, kiedy spróbował stłumić ziewnięcie. – O której godzinie wyszedłeś z mojego dormitorium?
– Hm? – Zamrugał, odpędzając sen. – Ciężko stwierdzić, ale było dość późno.
– Nie musiałeś zostawać tak długo.
– A co, jeżeli miałabyś następny koszmar? – zadrwił i westchnął melodramatycznie. – Co w ogóle byś beze mnie zrobiła?
Oparła się o niego plecami i rozkoszowała silnymi ramionami. Zignorowała nawet delikatny przytyk.
– Jakim cudem w pierwszej kolejności zneutralizowałeś te przeklęte schody prowadzące do dormitorium dziewcząt? – zapytała po dłuższej chwili, ale nie uzyskała odpowiedzi. – Tom?
Kiedy odwróciła głowę, zobaczyła, że miał zamknięte oczy i opierał się głową o framugę okna. Mimowolnie się uśmiechnęła. Najwyraźniej był o wiele bardziej zmęczony, aniżeli przypuszczała, skoro zasnął na parapecie w bibliotece. Pstryknęła palcami i przywołała do siebie różdżkę, a następnie machnęła nią w stronę najbliższych regałów z książkami. W locie złapała starożytnie wyglądające tomiszcze z pozłacanymi brzegami. „Magiczna flora i fauna Zachodnich Indii", przeczytała tytuł. Nie chciała obudzić chłopaka, więc stłumiła chichot. To aż zbyt dobrze pasowało do jej wcześniejszych, absurdalnych planów ucieczkowych.
Otworzywszy książkę, poczuła, że Tom mocniej się doń przytulił. Gdy zaczęła czytać, uśmiech nie schodził jej z twarzy.
– Nie mogę uwierzyć, że związała się z tym dziwakiem. – Mark wciąż był zły.
– Też jestem zaskoczony – przyznał Lupin, podnosząc wzrok znad książki, którą właśnie studiował.
– Myślisz, że została zaczarowana? – Spojrzał na przyjaciela, unosząc w oczekiwaniu brwi. – Może skonfundował ją, a w rzeczywistości nie chce z nim być.
Amarys westchnął, widząc pełne nadziei spojrzenie.
– Szczerze wątpię. Nie sprawiała wrażenie zaklętej.
Longbottom oparł się gniewnie o kanapę, na której siedział. Nadal piorunował wszystko i wszystkich wzrokiem oraz mamrotał coś niezrozumiałego pod nosem.
– Z pewnością coś jest nie w porządku! – Nie wytrzymał i znów wybuchnął. – Riddle to przebrzydły dziwak i największy na świecie drań. Jak mogła go polubić po tym, co nawymyślał i zrobił?
Kilku gryfonów rzuciło mu zaciekawione spojrzenia, ale zupełnie je zignorował. Siedzieli we trójkę w pokoju wspólnym, ale zupełnie nie umiał się wyciszyć.
– Cóż, niewiele możemy poradzić – stwierdził Weasley, wyraźnie chcąc go uspokoić, a potem zesztywniał, obrzucony rozgniewanym spojrzeniem.
– To niemożliwe, żeby tak szybko zapomniała te świństwa, które wywinął jej przed świętami – wysyczał, motywowany nienawiścią. – Dołożył wszelkich starań, żeby zrujnować jej reputację i posunął się nawet do otwartych gróźb.
– W klasie nam przyznała, że spotkali się przez przypadek podczas przerwy. Może poszedł po rozum do głowy i ją przeprosił – argumentował Richard.
Longbottom zmiażdżył przyjaciela spojrzeniem.
– Nie wierzę, żeby ten gnojek kiedykolwiek kogokolwiek przeprosił – warknął bez zastanowienia. – Nawet jeżeli, to niczego nie zmienia. Jak mogła zapomnieć?
– Cóż, niezależnie od okoliczności Hermiona najwyraźniej mu przebaczyła – podsumował opanowanym głosem Lupin. – Zastanów się nad tym, Mark. Szczerze i obiektywnie mówiąc, Riddle nigdy nie próbował jej przekląć, czy też umyślnie skrzywdzić. Znają się zaledwie od kilku miesięcy. Nie ma powodu, żeby pałać do niego nienawiścią.
Longbottom zacisnął z gniewu zęby i rzucił przyjacielowi mroczne spojrzenie. Ten zaś wciąż patrzył nań ze stoickim spokojem.
– Och, czyżby? Nie widziałeś, co się wydarzyło na przyjęciu u Slughorna – syknął, a Amarys uniósł brwi. – Zostawiłem Hermionę samą tylko na kilka minut, a Riddle wykorzystał ten moment, żeby ją osaczyć – kontynuował swą tyradę. – Jestem pewien, że chciał podnieść na nią rękę. W jego oczach było widać zło.
– Skąd to przekonanie? – Lupin wciąż nie dowierzał. – Ciężko mi wyobrazić sobie sytuację, w której Hermiona pozwala na znęcanie.
Mark wyrzucił ręce w powietrze. Był cholernie sfrustrowany.
– Obaj znacie Riddle'a. Facet jest śmieciem – warknął. – Co niby miała zrobić przeciwko niemu? Jest zbyt miła, żeby się postawić.
Kontynuował obrażanie Riddle'a i kwestionowanie zdrowego rozsądku dziewczyny. Weasley i Lupin próbowali go uspokoić, ale nadaremnie, gdyż był zbyt wściekły, żeby ich słuchać.
Niedługo później Hermiona weszła do pokoju wspólnego i szybko zlokalizowała siedzących na kanapie chłopców. Zanim zdążyła doń podejść, Longbottom odwrócił ostentacyjnie wzrok i skrzyżował dłonie na piersi, więc ze smutkiem skierowała się ku schodom prowadzącym do dormitorium. Idąc, z uporem ignorowała rzucane jej ciekawskie spojrzenia od współdomowników.
Czuła się naprawdę okropnie. Najwyraźniej nie uzyska od Marka rozgrzeszenia w najbliższym czasie. Świadczył o tym ten gniewny, a nawet rozczarowany wyraz twarzy. Gdy weszła do sypialni, natychmiast wyciągnęła z kufra manuskrypt, położyła się na łóżku i szybko zasłoniła kotary, zanim współlokatorki wyniuchały doskonałą okazję do przepytywania. Ułożywszy się wygodnie, spojrzała na książkę. Czy to naprawdę była jej jedyna nadzieja, czy może klucz do zniszczenia szczęścia? Nie miała pewności. Wróciła myślami drewnianego parapetu. Czuła się cudownie, siedząc w ramionach Toma. To miłe, że się troszczył.
Hermiona przesunęła palcami po skórzanej okładce. Zanim wyszła z biblioteki, powiedziała ślizgonowi, że ma do odrobienia pracę domową z historii magii i właśnie dlatego musi wrócić do dormitorium. Skłamała, ponieważ dawno temu skończyła wypracowanie. Była na bieżąco z zadanymi esejami, ale chciała wreszcie zabrać się za manuskrypt. Czuła się winna zatuszowania prawdy, ale też miała wyrzuty sumienia, że przez dłuższy czas zaniedbywała księgę. Wciąż powinna znaleźć drogę do przyszłości, prawda? Mimo to miała opory przed kontynuowaniem lektury. Odkąd ją ukradła z mieszkania Nicolasa Flamela, widziała w niej klucz do podróży w czasie, ale teraz stała się irytującą pozostałością obowiązku, który zasadniczo powinna wypełnić, aczkolwiek powoli zaczynała go kwestionować.
Westchnęła, ale otworzyła dziennik i z niechęcią przystąpiła do czytania. Czuła się przytłoczona sposobem, w jaki Ignotus Peverell opisywał magię – był skomplikowany i po prostu niezrozumiały. Zanurzywszy się w lekturze, trochę minęło, zanim natrafiła na następną naskrobaną na marginesie notatkę. Kiedy ją przeczytała, natychmiast zrozumiała wagę wpisu. Wcześniej byłaby podekscytowana znalezionymi informacjami, ale teraz fascynacja zamieniła się w przerażenie.
Po wielu tygodniach namysłów i tworzenia w głowie schematów nareszcie zdecydowałem się na przedmiot, który stworzę, żeby wygrać wyzwanie. Musi być przede wszystkim potężny oraz zaawansowany magicznie. Jest tylko jeden równie niezłomny artefakt, co sam czarodziej, a jest nim różdżka, którą się na co dzień posługuje. Na tej podstawie postanowiłem stworzyć zupełnie nowy rodzaj magicznego przedmiotu, łącząc dwie niesamowite dziedziny magii, a mianowicie czcigodne różdżkarstwo i sztukę transmutację. Gdy zobaczyłem możliwości, zrozumiałem, że te dwa rzemiosła są sobie przeznaczone. Są tak podobne, a jednocześnie tak różne. Uzupełniają się nawzajem oraz wydają się niczym bez siebie. Moi bracia będą szczerze zdumieni, kiedy spotkamy się w wyznaczonym terminie, ponieważ z pewnością odniosę miażdżące zwycięstwo. Postanowiłem stworzyć idealny magiczny przedmiot, który będzie najpotężniejszym czarodziejskim tworem.
Niezwyciężoną różdżkę.
Hermiona z trzaskiem zamknęła manuskrypt i mimowolnie zaczęła szybciej oddychać. Przeczytawszy ostatnie słowa Peverella, zdała sobie sprawę, że podświadomie od jakiegoś czasu miała nadzieję, że lektura okaże się ślepym zaułkiem. Starając się stłumić wyrzuty sumienia, wstała z łóżka i schowała tomiszcze z powrotem do kufra.
Dokończę później, pomyślała, chociaż dobrze wiedziała, że nie istniał żaden logiczny powód, dla którego miałaby przerywać czytanie.
– Nie mogę uwierzyć, że chce spędzać czas z tą brzydką trollicą! – pieklił się Lestrange.
– Nie powiedziałbym, że jest brzydka. – Skrzywił się Avery.
– Chyba sobie żartujesz! Jej włosy nigdy nie widziały grzebienia, wygląda niczym szczotka, której czasem używają skrzaty. Co gorsza, jest bezczelna i nie wie, kiedy należy zamknąć dziób!
– Moim zdaniem po prostu potrzebuje twardej ręki, która usadzi ją w miejscu. – Uśmiechnął się Ledo. – Jeżeli wiecie, co mam na myśli. – Mrugnął porozumiewawczo do kolegów.
– Wciąż jest gryfonką – dodał ze złością Alba. Wciąż był rozwścieczony karą za zaatakowanie DeCerto na opuszczonym korytarzu. Jego magia nadal się nie zregenerowała, przez co chodził rozdrażniony i na wszystkich warczał.
Co za banda idiotów, podsumował Malfoy, śledząc dyskusję pozostałych chłopców. Naprawdę nie mógł zrozumieć, dlaczego ci głupcy śmieli wątpić w wybory Riddle'a – jeżeli kiedykolwiek się dowie, znów będą mieli poważne kłopoty. Z uśmieszkiem wrócił do czytanej lektury. Nie miał najmniejszego zamiaru uczestniczyć w potencjalnie niebezpiecznej rozmowie.
– Jestem pewien, że tylko się nią bawi – powiedział Avery.
– Oczywiście. – Lestrange był w nastroju na złośliwości. – Szybko znajdzie kogoś znacznie lepszego.
Malfoy stłumił śmiech. Czy ten idiota pragnął wydać na siebie wyrok? Gdyby Riddle go teraz usłyszał, nie wyszedłby z tego bez szwanku.
Wszyscy siedzieli w dormitorium szóstorocznych. Zawsze gromadzili się właśnie tutaj, kiedy chcieli przedyskutować coś ważnego bądź nie chcieli być podsłuchiwani przez współdomowników. Nikt nie odważyłby się tu wtargnąć i przeszkodzić w dyskusji, bowiem wiedzieli, że to pokój Toma Riddle'a. Abraxas zamierzał poczytać w samotności i się trochę wyciszyć, ale jak widać, chłopcy postanowili mu poprzeszkadzać i zorganizować spotkanie, nawet z udziałem siódmorocznych. Siedział na jednym z foteli, podczas gdy pozostali okupowali kanapę. Zignorowanie toczącej się rozmowy było więc po prostu niemożliwe.
W tym momencie omawiali najnowszy związek Riddle'a. Szczerze powiedziawszy, był zaskoczony, kiedy zobaczył ich gorący pocałunek w Wielkiej Sali – nie samym faktem, a dziewczyną, będącą obecnym obiektem zainteresowania przywódcy. DeCerto nie sprawiała wrażenie panny, na której zawiesiłby dłużej oko. Lestrange poniekąd miał rację. Hermiona DeCerto nie była najpiękniejszą czarownicą w szkole, a dodatkowo posługiwała się niewybrednym słownictwem i była pozbawiona hamulców. Z drugiej zaś strony wyszła obronną ręką z tamtego pamiętnego pojedynku i samodzielnie pokonała czterech idiotów, pragnących wymierzyć sprawiedliwość. Automatycznie spojrzał na siedzących na kanapie chłopców. Z pewnością daleko im było do utalentowanych przeciwników, ale biorąc pod uwagę to, że DeCerto była dziewczyną, dokonała praktycznie niemożliwego. Co niespotykane, ostatecznie okazała się całkiem zaradną i uzdolnioną młodą kobietą. Riddle'a zawsze fascynowała moc, więc z góry założył, że to właśnie dlatego wzbudziła jego zainteresowanie. Abraxas wrócił wspomnieniami do nocy sprzed przerwy świątecznej, kiedy to przyczaili się nań przed wejściem do pokoju wspólnego Gryffindoru, a potem przenieśli się na skraj Zakazanego Lasu. Riddle posunął się do Cruciatusa, zaś dziewczyna mu się oparła i mimo bólu odmówiła zeznań. Malfoy dobrze wiedział, jakie to uczucie, zostać trafionym klątwą niewybaczalną, dlatego też był przekonany, że szybko się złamie. Wolał nie mówić o tym głośno, ale DeCerto wywarła na nim niemałe wrażenie. Riddle był szalenie onieśmielający, zwłaszcza jeżeli chciał wyciągnąć od kogoś interesujące informacje, ale zawiódł. Nie wiedział, co pragnął wówczas usłyszeć, ale musiał się obejść smakiem. Istniało też wysokie prawdopodobieństwo, że po nieudanych torturach, postanowił po prostu zmienić strategię – może uwiódł dziewczynę, żeby z własnej i nieprzymuszonej woli wyśpiewała mu wszystko. To wydawało się mieć sens, zwłaszcza że zawsze doskonale radził sobie na tym polu. Bez żadnego problemu uwodził pannę za panną, ale Abraxas w życiu nie przypuszczał, że „zwiąże się" z gryfonką, na którą rzucił zaklęcie niewybaczalne. To najprawdziwszy cud, że teraz pozwoliła mu się pocałować. Najwyraźniej Riddle'owi wszystko uchodziło na sucho.
– Tę szmatę trzeba usadzić – kontynuował tyradę Lestrange.
Avery zaśmiał się obleśnie.
– Naprawdę chciałbym być tym, dla którego zacznie krzyczeć. – Uśmiechnął się złośliwie.
– Jesteś pokręcony. – Alba spojrzał na niego z obrzydzeniem. – W życiu nie dotknąłbym tej paskudnej pizdy. Przecież nawet nie wiemy, skąd dokładnie pochodzi.
– To znaczy? – Lestrange uniósł brwi.
– Słyszałeś kiedykolwiek o rodzie DeCerto? Jestem przekonany, że to mugolska dziwka.
– Myślisz, że jest szlamą? – Primus skrzywił się z odrazy.
– Cóż, nie możemy całkowicie wykluczyć tej możliwości – podsumował snobistycznym tonem Alba.
Malfoy pokręcił w niedowierzaniu głową. To, o czym otwarcie dyskutowali, było szalenie niebezpieczne. Insynuowali, że Hermiona DeCerto jest szlamą. Oczywiście, wiedział, że Riddle był zdolny do wszystkiego, żeby osiągnąć swoje cele, bo był sprytnie manipulującym draniem. Nawet jeżeli próbowałby uzyskać od dziewczyny jakieś informacje, w żadnym wypadku by jej nie tknął choćby palcem. Jakby nie patrzeć, z całego serca nienawidził brudnych mugoli i szlam. Abraxas wychował się w czystokrwitej rodzinie, od wieków kultywującej czarodziejskie tradycje i przekonania, i kiedy poznał Riddle'a, był szczerze zaskoczony siłą jego pogardy – wszak dorastał w mugolskim sierocińcu i był przewrażliwiony na punkcie swojego dziedzictwa. To normalne, że próbował tuszować swą przeszłość i przeklinał każdego, kto odważył się wspomnieć o jego korzeniach. Mimowolnie przypomniał sobie biedaka, który się zapomniał i przez przypadek wyśmiał jego rodziców. Wciąż się zastanawiał, jakim cudem Riddle zdołał wyjść z tego obronną ręką.
Owszem, był drażliwy, ale Abraxas żywił przekonanie, że daleko mu do szlamy, mimo wychowania w mugolskim sierocińcu. Oczywiście, nijak mógł to udowodnić, ale czuł, że Riddle był dziedzicem Salazara Slytherina. Ataki na szlamy w zeszłym roku idealnie wpasowywały się w jego zainteresowania i pobudki. Jeżeli naprawdę był potomkiem jednego z założycieli szkoły, to zabił tę krukonkę. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że nie stronił od popełnienia morderstwa. Nie, żeby Malfoy był zaskoczony.
Omiótł wzrokiem rozłożonych na kanapie chłopców. Naprawdę nie powinni sugerować podobnych oszczerstw – a przynajmniej nie w momencie, kiedy Riddle był zainteresowany tą dziewczyną.
– Chciałbym przekląć tę dziwkę – kontynuował Lestrange.
Już próbowałeś, idioto. Nie poszło po twojej myśli, prawda? Abraxas prawie przewrócił oczami.
– Gdy Riddle z niej zrezygnuje, moglibyśmy się nieźle zabawić – zaproponował niskim głosem Avery.
Malfoy szczerze wątpił, aby Ledo mówił wyłącznie o następnym pojedynku. Miał naprawdę spaczony umysł i czasem wykazywał niepokojące tendencje, ale, prawdę powiedziawszy, niewiele go to interesowało. Potrząsnął w niedowierzaniu głową i wrócił do przerwanej lektury.
– Mam nadzieję, że nie mówisz o Hermionie. – Abraxas zesztywniał, usłyszawszy znajomy, chłodny głos. – Oczywiście, dla twojego własnego dobra.
Odważył się podnieść wzrok znad książki i zobaczył stojącego w drzwiach dormitorium Riddle'a. Chłopak sprawiał wrażenie znudzonego, ale oczami ciskał gromy.
– Chcesz powiedzieć, że dziewczyna nie spełnia moich standardów? – drążył lekkim, z pozoru konwersacyjnym tonem, wchodząc w głąb pomieszczenia.
Malfoy wstrzymał oddech, kiedy Riddle przesunął wzrokiem po siedzących na kanapie ślizgonach i dziękował niebiosom, że postanowił nie angażować się w rozmowę. Gdy chłopak podszedł do nich bliżej, powoli wypuścił powietrze i spróbował uspokoić rozszalałe serce. Na szczęście nie przykuł uwagi.
Riddle usiadł na fotelu i spojrzał z zainteresowaniem na trzech współdomowników. Oczywiście, postawa, którą prezentował, była wyłącznie na pokaz, gdyż wokół aż ziało od czarnej magii.
– Liczyłem, ze weźmiecie do serca ostatnią reprymendę – powiedział ze złośliwością, od której Abraxasowi stanęły dęba włosy. – Mówię głównie do ciebie, Lestrange – dodał, wymownie patrząc na wciąż obandażowaną rękę.
– Nigdy nie wątpiłem w twoje wybory – odparł natychmiast Primus, drżąc ze strachu.
– Interesujące, doprawdy. – Tom zachował beznamiętny wyraz twarzy, co poskutkowało nerwowością chłopców.
– DeCerto… jest gryfonką. – Alba po raz kolejny jako pierwszy nie wytrzymał napięcia i wyrwał się przed szereg, mówiąc na głos to, o czym wszyscy myśleli.
Malfoy wciągnął gwałtowniej oddech, zobaczywszy karmazynowy odcień w tęczówkach Riddle'a. To prawdziwy cud, że wciąż trzymał swą magię na wodzy i powstrzymał się od wyciągnięcia różdżki.
– I co w związku z tym? – zapytał, zaś Anthony nareszcie wykazał się rozsądkiem, zamknął buzię i odwrócił wzrok, żeby przypadkiem nie skrzyżować z nim spojrzenia. – Myślicie, że naprawdę obchodzą mnie brednie wyświechtanej Tiary Przydziału? – kontynuował z chłodnym gniewem. – Pozwólcie, że wam przypomnę, że została stworzona przez Godryka Gryffindora, którym tak otwarcie pogardzacie. – To powiedziawszy, wbił w ślizgonów mordercze spojrzenie. Ci zaczęli się nerwowo kręcić na kanapie, ale nie odważyli się wyrazić przynajmniej słowa sprzeciwu, jakby nagle porażeni surowością przywódcy.
Abraxas wypuścił długo wstrzymywane powietrze i spróbował stłumić paraliżujący strach. Riddle wciąż siedział w eleganckiej pozie na fotelu, sprawiając wrażenie człowieka, którego nic w świecie nie obchodziło, ale pozwolił sobie na wyzwolenie części swojej mocy – było ją czuć w powietrzu, pełną nienawiści i złośliwości. Malfoy z trudem przełknął ślinę. Mimowolnie się zastanowił, jakim cudem przez tyle lat zdołał podtrzymywać wizerunek perfekcyjnego i dobrze wychowanego ucznia, będąc jednocześnie równie zepsutym i naznaczonym przez czarną magię. Był najniebezpieczniejszym czarodziejem, jakiego kiedykolwiek spotkał, a musiał przyznać, że miał z kilkoma styczność w rodowej rezydencji, kiedy to jego ojciec przyjmował gości – a wśród nich nawet paru najbliższych zwolenników Gellerta Grindelwalda. Fakt, iż Riddle był w oczach nauczycieli i innych dorosłych dobrodusznym i zawsze skorym do pomocy aniołem, czynił go jeszcze bardziej onieśmielającym.
Mimo pozornego opanowania wzdrygnął się, gdy lider wykonał nareszcie ruch i pochylił się do przodu.
– Wszystko wskazuje na to, że jak dotąd byłem dla was zbyt pobłażliwy. Ostatnim razem bardzo wyraźnie zaznaczyłem, że macie się trzymać z daleka od Hermiony – wyszeptał, ale to nijak przyćmiło autorytet, który wokół siebie roztaczał, zaś Abraxas poruszył się niespokojnie, widząc, że ten wyciągnął różdżkę i zaczął się nią bawić. – Mimo uprzejmej rady, którą wam udzieliłem, nadal pragniecie zaspokoić swą żądzę władzy i uprzykrzyć jej życie – kontynuował, porzuciwszy pozory lekkości na korzyść niebezpiecznej nuty.
– Nie, nie, w żadnym wypadku! – Avery pokręcił gwałtownie głową, ewidentnie przerażony. – Ostatnim razem dostaliśmy srogą nauczkę i nauczyliśmy się, żeby nie występować przeciwko tobie.
– Yhym, rozumiem. – Uśmiechnął się niewyrozumiale Riddle. – Niemniej jednak myślę, że przydałoby wam się małe przypomnienie, ot, żebyście przypadkiem nie zapomnieli, kto tutaj dowodzi.
Machnął różdżką, nie wypowiedziawszy inkantacji, ale Abraxas wiedział, które zaklęcie rzucił – wyciszył dormitorium, najprawdopodobniej, aby zapobiec przykuciu zainteresowania innych ślizgonów. Jak to dobrze, że nie przyszło mu do głowy, aby dołączyć do tej bezsensownej dyskusji.
– Oczywiście, nie chcemy odstraszyć pierwszorocznych krzykami i błaganiami, prawda? – Riddle był ewidentnie rozbawiony widzianym w oczach chłopców strachem. To, że nie okazywał żadnych emocji, tylko potęgowało gęstniejące napięcie.
Riddle podniósł się z fotela i ze spokojem podszedł do ślizgonów. Wydawał się całkowicie zrelaksowany, zupełnie jakby rozkoszował się zaistniałą sytuacją. Jego magia trzaskała, od czasu do czasu zagaszając powietrze wokół struchlałych podwładnych, którzy nie odważyli się nawet ruszyć palcem. Gdy się uśmiechnął, Malfoy prawie podskoczył w miejscu, a potem w milczeniu obserwował, jak celuje w Albę.
– Przepraszam. Nigdy bym ci się nie sprzeciwił!
– Crucio! – Riddle sprawiał wrażenie zadowolonego z okazanej uległości, aczkolwiek czerpał przyjemność z możliwości wyżycia się, gdyż patrzył na cierpienie chłopaka szkarłatnymi oczyma.
Obudziwszy się, Hermiona wiedziała, że ma przed sobą ciężki dzień. Kiedy z widoczną niechęcią wyczołgała się z łóżka, natychmiast przywitały ją współlokatorki z dormitorium. Rose i Lucia siedziały na wściekle różowym łóżku, zaś Diana i Violet stały w pobliżu. Wszystkie wyglądały na piekielnie zaciekawione i głodne sensacji. Szczerze mówiąc, nawet nie musiała zgadywać, o czym przed momentem plotkowały. Wczoraj cichaczem wymknęła się do pokoju wspólnego, nie zamieniwszy z nikim ani jednego słowa. Unikała towarzystwa przyjaciół, a zwłaszcza Longbottoma. Wiedziała, że zachowuje się niczym najprawdziwszy, rasowy tchórz, ale obawiała się ponownej konfrontacji – był naprawdę zły, kiedy dowiedział się, że weszła w związek.
W tej chwili odłożyła na bok myśli o przyjaciołach, ponownie skupiwszy się na koleżankach. Im dłużej nań patrzyła, tym mniej nie chciała zdradzić szczegółów.
– Dobrze spałaś bez swojego księcia z bajki? – zapytała w pewnym momencie Rose z ledwo tłumioną wścibskością.
Yhym, przystąpiły do ataku, pomyślała, unosząc brwi. Automatycznie poczuła potrzebę palnięcia czegoś głupiego, żeby zobaczyć ich komiczną reakcję. Właściwie to nie. Zawsze potrzebuję w łóżku mężczyzny.
– Tak, dziękuję – odpowiedziała z grzecznością.
– Wiedziałyśmy, że zostaniesz nową dziewczyną Toma Riddle'a. – Lucia zatrzęsła się z zachwytu. – Masz niesamowite szczęście!
– Właśnie, właśnie. – Rose skinęła głową. – Jesteś z nami od zaledwie kilku miesięcy, a już podbiłaś serce, o którym marzy każda dziewczyna.
Hermiona zmarszczyła brwi. Szczerze wątpiła, żeby ktoś pragnął utknąć między młotem a kowadłem, ot dylematami moralnymi, z którymi się nieustannie zmagała.
– To bardzo odważne, że pozwoliłaś się pocałować w Wielkiej Sali – podsumowała standardowo szorstkim głosem Viola.
Zamrugała ze zdezorientowaniem. Longbottom powiedział wczoraj coś podobnego. Czemu to takie istotne? Naprawdę nie rozumiała, o co całe zamieszanie.
– Publiczne okazywanie uczuć nie jest mile widziane – dodała Diana, przykuwając uwagę swymi charakterystycznymi zielonymi oczami. – Gdybyście zostali przyłapani przez nauczyciela, wpadłabyś w niemałe kłopoty – kontynuowała łagodnym głosem, sprawiając wrażenie zaniepokojonej samą możliwością.
– Nie psuj wszystkiego, Diano! – Rose chwyciła jedną z różowych poduszek i przytuliła ją do piersi. – To było wspaniałe, takie romantyczne!
Lucia przytaknęła i się zaśmiała, zaś Hermionie zrobiło się po prostu niedobrze. Miała serdecznie dość babskiego gadania, więc odwróciła się od współlokatorek i otworzyła swój kufer. Na moment przymknęła oczy, owładnięta poczuciem winy, gdyż pomyślała o ukrytym w schowku manuskrypcie. Wczoraj zaprzestała czytania, mimo że w końcu natrafiła na wzmiankę o Czarnej Różdżce. Cóż, teraz lektura odpadała, zwłaszcza że jest poniedziałek, podsumowała, zirytowana własnym zachowaniem. Musiała iść na zajęcia, więc wyciągnęła ze środka mundurek i pomaszerowała do łazienki.
Niestety nie zdołała wykiwać współlokatorek. Dziewczęta nalegały, żeby towarzyszyć jej w drodze na śniadanie i przez całą drogę słyszała radosne szczebiotanie na temat swojego związku. Szczęśliwie, w ciągu ostatnich kilku miesięcy do mistrzostwa opanowała zdolność wyciszania irytujących głosów i teraz z niej korzystała. Miało to swoje minusy, bowiem zignorowawszy koleżanki, automatycznie wróciła myślami do manuskryptu.
Gdy wychodziły z pokoju wspólnego, nie była zaskoczona zaciekawieniem lub wrogością współdomowników. Westchnęła pod nosem, gdyż wiedziała, że nie sposób unikać wszystkich nieprzyjaźnie nastawionych. Idąc zatłoczonym korytarzem, zdała sobie sprawę, że szkoła aż huczy od najnowszych plotek, aczkolwiek teraz, kiedy oficjalnie potwierdziła swój związek, ciężko było nazywać to pomówieniem i bajkopisarstwem. Czuła na sobie spojrzenia, gdziekolwiek by nie poszła. Niektóre były tylko czysto zaintrygowane, zaś inne nieprzychylne i złowrogie.
Kiedy dotarła do Wielkiej Sali i zjadła śniadanie, zrobiło się jeszcze gorzej. Oczywiście, nie tylko gryfoni i ślizgoni byli zainteresowani najnowszymi doniesieniami, ale też krukoni i puchoni. Hermionie przeszkadzały te nieustanne spojrzenia i wypowiadane pod nosem komentarze. Spojrzała w stronę stołu Slytherinu, ale nigdzie nie wypatrzyła Toma. Zmarszczyła lekko brwi, zastanawiając się, gdzie był. Z początku liczyła, że może nań poczeka, ale potem, kiedy hałas się wzmógł, doszła do wniosku, że wyjdzie wcześniej.
Zupełnie nie rozumiała, dlaczego jej związek stał się szkolną sensacją. Wiedziała, że ślizgon miał doświadczenie z płcią przeciwną – miewał pseudo-dziewczyny, z którymi, jak twierdził, nigdy nie był na poważnie – więc czemu fakt, iż związał się z następną, wzbudzał takie podekscytowanie? Gdy wstała od stołu, zobaczyła, że na śniadanie zeszli Lupin z Weasleyem.
– Cześć. – Amarys wciąż sprawiał wrażenie zatroskanego.
– Dzień dobry – wymamrotała dość niezręcznie, a potem zerknęła na Longbottoma. Nadal siedział na swoim miejscu, ostentacyjnie ignorując wszystkich dookoła. Lupin szybko podłapał jej spojrzenie, gdyż zrobił smutną minę. – Już nie będzie ze mną rozmawiał, prawda? – wyszeptała.
– Jest po prostu rozczarowany – wytłumaczył.
– Jestem pewien, że wkrótce mu przejdzie – dodał Weasley, uśmiechając się zachęcająco, ale widziała, że miał masę wątpliwości.
– Czemu nie powiedziałaś nam wcześniej o Riddle'u? – zapytał niespodziewanie Amarys.
Hermiona przygryzła wargę, przez chwilę milcząc, ale potem udzieliła odpowiedzi.
– Nie byłam pewna, czy to najlepsze rozwiązanie. I… nie chciałam zostać znienawidzona.
Lupin westchnął i spojrzał na naburmuszonego Longbottoma.
– Cóż, osiągnęłaś zupełnie odwrotny skutek.
Spuściła wzrok.
– Przepraszam – wyszeptała, a następnie uniosła głowę, czując ciepłą dłoń na ramieniu. W oczach Amarysa znów błyszczała troska.
– Nie musisz przepraszać – stwierdził łagodnym tonem. – Martwimy się o ciebie. Wiemy, że prawie wszyscy nauczyciele i uczniowie uważają Riddle'a za fantastycznego faceta, ale… ostatnio mieliśmy z nim do czynienia. – Zamilkł na moment, jakby próbując znaleźć odpowiednie słowa, aby dobrze oddać sytuację. – Nadal uważam, że powinnaś zachować ostrożność w jego towarzystwie. Jest naprawdę niebezpieczny.
Hermiona się nań zapatrzyła. Co takiego mogła mu powiedzieć? Że straszliwie się myli? To byłoby kłamstwo i niedopowiedzenie roku. Wystarczająco w życiu namieszała, żeby i teraz ściemniać.
– Rozumiem wasze obawy, ale nie musicie się martwić – odpowiedziała, stawiając na tyle szczerości, ile mogła wyłożyć bez zdradzenia szczegółów. – Uwierzcie, że Tom mi nie zagraża.
Chociaż mówiła prawdę, zobaczyła zwątpienie na twarzach przyjaciół. Może myśleli, że jest wykorzystywana dla wyższego celu, albo jest zabawką na bliżej nieokreślony, aczkolwiek krótki moment, którą można potem łatwo odrzucić. Biorąc pod uwagę dotychczasowe zachowanie Riddle'a, mogła zrozumieć, skąd wzięli te obawy.
– Chcemy, żebyś była bezpieczna – dodał Weasley.
– Obiecuję, że będę ostrożna. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco.
Trochę później w drodze do sali eliksirów z bólem uświadomiła sobie, że Longbottom nadal nie zamienił z nią żadnego słowa. Chłopcy chcieli jej towarzyszyć w drodze do klasy, ale wiedziała, że musieliby zostawić Marka samego, dlatego też grzecznie im odmówiła. Nie zamierzała odsuwać od nich przyjaciela, z którym trzymali się od samego początku szkoły. Innym powodem było to, że oboje co kilka minut spoglądali nań ze zmartwieniem, a potem wzdychali. Najwyraźniej byli przekonani, że popełnia największy błąd w życiu i całkiem prawdopodobne, że mieli rację, ale nie potrzebowała ciągłego przypomnienia. Teraz powoli żałowała oddalenia chłopców, bowiem w pojedynkę automatycznie stała się łatwiejszym celem dla innych uczniów. Gdy dotarła do lochów i sali eliksirów, była bardziej niż szczęśliwa, że za niedługo zaczną się lekcje. Weszła do klasy i ponownie została oburzona nieprzyjemnymi spojrzeniami.
Cudownie, z deszczu pod rynnę, podsumowała i powolnym krokiem podeszła do swojego stanowiska.
Większość uczniów siedziała na swoich miejscach. Omiotła wzrokiem pomieszczenie, a potem skupiła się na siedzących w jednym rzędzie przyjaciołach. Lupin spojrzał nań z zaciekawieniem, jakby wciąż próbował zrozumieć podstawy jej decyzji – to sprawiedliwe, zwłaszcza że nie wydawał się przy tym wrogo nastawiony. Weasley ewidentnie jej współczuł, więc żeby go uspokoić, uśmiechnęła się lekko. Gdy powędrowała wzrokiem do Longbottoma, natychmiast spoważniała. Chłopak patrzył nań ze zwężonymi oczami, w których dostrzegła cholernie dużo tłumionego gniewu. Wydawał się obrażony przymusem przebywania w jednej sali i oddychania tym samym powietrzem. Oczywiście, nijak to skomentowała, ale właśnie wtedy została zaczepiona.
– Wiesz, że jesteś brudną dziwką?
Hermiona się odwróciła i spojrzała na grupkę siedzących z tyłu dziewcząt ze Slytherinu. Wszystkie były doń wrogo nastawione.
– Masz tupet. – Susan Yaxley nigdy nie darzyła jej wielką sympatią. – Pojawiasz się w Hogwarcie Merlin wie skąd i masz czelność kraść naszych mężczyzn. – Skrzywiła się z pogardą. – Wyobraź sobie, że doskonale wiemy, co zrobiłaś Melanie, suko.
Uniosła brwi z widocznym obrzydzeniem. Susan naprawdę zdawała się szczerze jej nienawidzić, chociaż to, co zasugerowała, mówiło wszem wobec, że znalazła sprytny sposób, żeby wymusić na chłopaku związek.
– Jesteś po prostu zazdrosna, Yaxley. – Rose nie wytrzymała i postanowiła wtrącić swoje trzy grosze. – Cokolwiek nie powiesz, to gryfonka spotyka się z Riddle'em, a nie ślizgonka!
Hermiona nie wiedziała, czy powinna wybuchnąć śmiechem, czy zapłakać nad poziomem tej konwersacji. Absurd popychany absurdem, podsumowała. Ta kłótnia była uciążliwa, więc postanowiła nie brać w niej udziału. Szczerze powiedziawszy, zupełnie jej nie interesowało, co wyobrażają sobie ślizgonki, więc po prostu odwróciła się na pięcie i bez słowa kontynuowała drogę do swojego stanowiska. Za plecami wciąż słyszała gorącą wymianę zdań pomiędzy dziewczętami.
Coś nieprzyjemnego osiadło jej na żołądku, gdy żaden z przyjaciół nie zareagował na wypowiedziane przed momentem słowa. W normalnych okolicznościach całą trójką wyskoczyliby przed szereg. Zerknęła w ich stronę i z rozpaczą uświadomiła sobie, że Longbottom ostentacyjnie patrzył w okno, świadomie ignorując powstałe zamieszanie. Zacisnęła zęby i zaryzykowała spojrzenie na Lupina i Weasleya. Na szczęście wciąż się doń delikatnie uśmiechali. Nie była głupia i zrozumiała jasny przekaz – skoro nawarzyła piwa, musiała je samodzielnie wypić.
Westchnęła pod nosem i usiadła przy stole, co nie było szczególnie przyjemnym doświadczeniem, ponieważ niedaleko siedział Abraxas Malfoy. Co interesujące, miejsce pomiędzy nimi wciąż pozostawało wolne. Ignorując intensywnie oceniające spojrzenie blondyna, wyciągnęła wszystkie potrzebne do lekcji przybory. Chcąc odciąć się od rzeczywistości, otworzyła podręcznik i zatopiła się w lekturze.
Tom siedział w pokoju wspólnym ze świadomością, że jeżeli chce zdążyć na eliksiry, będzie musiał pominąć śniadanie. Miał ważniejsze rzeczy na głowie, aniżeli jedzenie, bowiem trzymał na kolanach ministerialny raport z przeprowadzonego dochodzenia aurorskiego. Całkowicie zignorował słowo „poufne" napisane czerwonym atramentem na teczce i przystąpił do wertowania kartek. Malfoy znakomicie się spisał i dziś rano wręczył mu sprawozdanie, którego wymagał. Najwyraźniej rzeczywiście skorzystał ze ministerialnych kontaktów swojej rodziny i wykonał powierzone mu zadanie. Oczywiście, nie, żeby miał inną opcję. Nigdy nie zaakceptowałby porażki, zwłaszcza że sprawa była piekielnie interesująca. Gdyby Malfoy zawiódł, poniósłby karę.
W zeszłym tygodniu kazał mu dowiedzieć się wszystkiego na temat włamania do mieszkania Nicolasa Flamela. Artykuł, który przeczytał w Proroku Codziennym, wzbudził jego zainteresowanie z uwagi na kilka interesujących zbiegów okoliczności, które podpowiedział mu, że za rozbój jest odpowiedzialna Hermiona. Raport, który zdobył dlań Malfoy, nie był okazały, ale wystarczający, żeby zaspokoić pierwszą ciekawość.
Gdy przewrócił stronę, natrafił na niedługą listę skradzionych przedmiotów. Według sprawozdania jedynym przedmiotem, który zaginął, była napisana przez niejakiego Ignotusa Peverella książka. Mimowolnie się spiął, przeczytawszy znajome nazwisko – autor księgi był legendą w magicznym świecie, jednym z największych niegdyś żyjących czarodziejów. Lektura, którą wydał, była po prostu bezcenna i z pewnością skrywała niejedna cudowną tajemnicę.
Tom kontynuował przeglądanie raportu, aż natrafił na stronę z zeznaniami świadków, którzy, co prawda, nie widzieli faktycznego przestępstwa, ale przynajmniej powiedzieli aurorom, kto tamtego dnia wchodził do mieszkania. Zmarszczył brwi. Sami mugole, pomyślał, zniesmaczony odkryciem. Wyglądało na to, że niektórzy przysięgali, że przyobserwowali grupę odzianych w ciemne płaszcze, podejrzanie zachowujących się mężczyzn. Ślizgon wrócił wspomnieniami do pierwszego dnia przerwy świątecznej, kiedy to Hermiona była ścigana przez podobnie wyglądających czarodziejów. Nie zaprzestał czytania, aż wreszcie natrafił na coś interesującego. Jeden ze świadków zeznał również, że widział wchodzącą do kamienicy młodą kobietę z długimi, kręconymi włosami.
Uśmiechnął się z triumfem.
Wspaniale, że zaufał swojej intuicji. Miał całkowitą rację. Sprawozdanie aurorów stanowiło niezbyty dowód, że potwierdził wszystkie swoje wcześniejsze przypuszczenia. To od samego początku miało sens – tajemnicza nieznajoma, grupa odzianych na czarno czarodziejów, a nawet zgadzające się data i miejsce. W dniu, w którym doszło do rabunku spotkał przecież Hermionę w pobliżu mieszkania Nicolasa Flamela.
W porządku, była włamywaczem i złodziejem. Sądząc po wrogim zachowaniu napastników, oni również chcieli zdobyć tę bezcenną książkę. Tom jeszcze raz przestudiował cały raport, zastanawiając się, dlaczego posunęła się do kradzieży – bo był niemal pewny, że zdobyła, czego pragnęła; zdeterminowana, potrafiła naprawdę wiele.
Nie ulegało żadnym wątpliwością, że dziewczyna stanowiła najprawdziwszą zagadkę i skrywała wiele, wiele tajemnic. Oczywiście, zamierzał poznać je wszystkie.
Jakiś czas później wszedł do sali eliksirów. Sprawozdanie aurorów leżało zabezpieczone na cztery spusty w jego dormitorium, ale wciąż się nad nim zastanawiał. Gdy przekroczył próg sali, natychmiast odnalazł Hermionę wzrokiem. Siedziała przy stoliku i była zajęta porządkowaniem swoich zapasów eliksirów. Kiedy pochylała się nad drewnianą skrzyneczką, kręcone włosy opadały jej falami na twarz. Mimowolnie się uśmiechnął. Odkąd się poznali, była chodzącą zagadką. Zamierzał dołożyć wszelkich starań, żeby rozwiązać jej sekret.
Księga Peverella to zaledwie początek, podsumował. Zbyt często odpowiadała półprawdami i skrywała się za maską zwyczajnej dziewczyny. Im dłużej z nią obcował, tym więcej się dowiadywał. Niektórymi informacjami nawet sama się podzieliła. Musiał przyznać, że był cholernie zszokowany, gdy usłyszał, że brała udział w wojnie. Co prawda, i wtedy nie całkiem się otworzyła, ale zdobył szczątkowe dane. Przynajmniej teraz wiedział, czemu czasem pogrąża się w rozpaczy i musi odreagować. Chociaż wolał unikać przyznania się do prawdy, nie podobał mu się powód owego stanu rzeczy.
Stłumił swą magię i znów skupił się na Hermionie. Wciąż go nie zauważyła, w pełni skupiona na ingrediencjach. W jakiś sposób Tom cieszył się, że miał okazję wcielić się w rolę powiernika, bowiem to oznaczało, że obdarzyła go zaufaniem. Żywił przekonanie, że był jedyną osobą w zamku, która wiedziała o niej więcej, aniżeli powinna. Nawet jej tak zwani przyjaciele błądzą po omacku, pomyślał ze złośliwością, rzuciwszy chłopcom przelotne spojrzenie.
Ufa mi, podsumował z satysfakcją, ogarnięty żądzą. Chciał posiąść Hermionę, a ta chciwość była rozdzierająca. Teraz gdy zaakceptowała swe przeznaczenie, umocnili więź, którą stworzyli. Należała do niego i nie zamierzał pozwolić jej odejść.
Oprócz pożądania czuł doń coś jeszcze – coś dziwacznego i zupełnie obcego. Zauważył to po raz pierwszy, kiedy załamała się po meczu qudditcha. Wydawała się wówczas przerażona i zdesperowana. Zobaczywszy ją w tym stanie, niespodziewanie dla siebie, odkrył, że pragnie zapewnić jej bezpieczeństwo i komfort psychiczny. Nigdy wcześniej nie miał potrzeby ochrony kogoś, pocieszenia w chwili rozpaczy, lub okazywania troski. Musiał odkryć, czy to nowe uczucie przyniesie mu korzyści, czy też zaszkodzi w przyszłości.
Gdy spojrzał na Hermionę, zauważył, że zmarszczyła brwi, sprawiając wrażenie zirytowanej. Oczywiście, domyślał się powodu. Jakby nie patrzeć, również słyszał toczone wokół rozmowy. Prawdę powiedziawszy, był zadowolony, że poza gniewem wydawała się w porządku. Nie wyglądała na ani niewyspaną, ani sponiewieraną wieczornym zajściem, a to zaś oznaczało, że nie miała następnego koszmaru. Odetchnął z ulgą. Naprawdę nie chciał, żeby musiała przeżywać w nocy okropności, których doświadczyła na wojnie.
Znów ta potrzeba ochrony, pomyślał, trochę rozbawiony.
Naturalnie, to nie powstrzyma go przed wyeksponowaniem jej tajemnic. Chociaż wielokrotnie rozmawiali, nawet nie zająknęła się słowem o książce, którą ukradła. Cokolwiek doń czuł, nie zamierzał tolerować tendencji do ukrywania istotnych informacji. Jeżeli nie chciała mu powiedzieć, będzie musiał sam dokopać się do prawdy.
Hermiona próbowała posortować składniki eliksirów, żeby znaleźć dla rąk i umysłu zajęcie – dzięki temu zwracała mniejszą uwagę na szepczących uczniów. Właśnie grzebała w suszonych ogonach salamandry, kiedy poczuła, że ktoś siadał obok niej. Spojrzała w górę i zobaczyła uśmiechającego się doń Toma.
– Dzień dobry – powiedział.
– No witaj – odparła. Nie okazała ani grama entuzjazmu, chociaż w rzeczywistości naprawdę ucieszyła się, że nareszcie przyszedł. Przynajmniej wszyscy skończą z tą głupią paplaniną.
Uniósł brew.
– Widzę, że humorek ci dopisuje – skomentował z charakterystyczną dla siebie sarkastyczną nutą.
– Czemu się spóźniłeś? – zapytała, zupełnie zignorowawszy usłyszany przytyk.
– Musiałem się zapisać na lekcje aportacji – odpowiedział, umyślnie jej uszczypliwy ton. Następnie odchylił się na krześle i spojrzał nań z rozbawieniem. – Wcześniej zupełnie mi to wypadło z głowy, bo musiałem przekonać pewną upartą gryfonkę do swoich racji.
Hermiona zmrużyła oczy i właśnie wtedy coś sobie uświadomiła. Zaśmiała się pod nosem i nachyliła w kierunku chłopaka, przez co została spiorunowana wzrokiem przez niektóre zazdrosne dziewczęta oraz Longbottoma.
– Czy to znaczy, że wielki Tom Riddle nie umie się aportować? – wymruczała mu do ucha.
Zmarszczył brwi, najprawdopodobniej zauważając swoją pomyłkę. Najwyraźniej trafiła w samo sedno.
– Co z tobą, skarbie? Nigdy nie pokazałaś mi swojej licencji. – Odbił piłeczkę. – Czy legalnie aportujesz się razem z innymi ludźmi, czy może popełniasz przestępstwo?
– Oczywiście, że… – Przez moment była oburzona insynuacjami, a potem uświadomiła sobie, że śpiewająco zdała testy, ale na wydanym jej dokumencie z uprawnieniami widniała data z 1996 roku. Utarcie mu nosa i pokazanie licencji zdecydowanie nie jest dobrym pomysłem, prawda? Przełknęła ślinę i zerknęła na Toma. Wciąż patrzył nań wyczekująco z przyklejonym do twarzy diablo niewinnym uśmieszkiem. – Nigdy nie podeszłam do egzaminu – wymamrotała pod nosem.
Chłopak spojrzał na nią z naganą i pokręcił głową. Potem, jak gdyby nigdy nic, zaczął się rozpakowywać.
– Zachowujesz się, jakbyś zawsze postępował zgodnie z zasadami – syknęła, co sprawiło, że zachichotał, wykładając na stół czysty pergamin i pióro. Miał niewiarygodnie wielkie szczęście, gdyż Hermiona zapragnęła zetrzeć mu z twarzy ten uśmiech, ale do klasy wszedł akurat profesor Slughorn.
– Witajcie, drodzy uczniowie. – Uśmiechnął się nauczyciel i podszedł w stronę biurka. – Miło mi was znów widzieć po przerwie świątecznej. – Wyciągnął różdżkę i machnął nią w kierunku tablicy, na której natychmiast pojawiły się kredowe słowa.
Hermiona wciągnęła ze świstem powietrze i zacisnęła dłonie na krawędzi stołu, bowiem zupełnie zapomniała o eliksirze, który mieli zacząć warzyć. Zakręciło jej się w głowie i, nie kontrolując swoich odruchów, rzuciła siedzącemu obok chłopakowi znerwicowane spojrzenie. Zamrugała, chcąc odpędzić od siebie okropne urojenia, ale gdy znów spojrzała na tablicę, litery nie zniknęły.
– Wszystko w porządku?
Zesztywniała, usłyszawszy pytanie Toma.
– Tak – odpowiedziała, unikając nawiązania kontaktu wzrokowego. Na szczęście nie mógł kontynuować przesłuchania, bo Slughorn znów zabrał głos.
– Zgodnie z obietnicą dziś zaczniemy się zajmować Ortusem. To dość skomplikowany eliksir, ale jestem przekonany, że większość z was podoła wyzwaniu – powiedział profesor, ignorując zbiorowy jęk ze strony głównie gryfonów, a następnie puścił oczko w kierunku ławki, w której siedzieli we trójkę.
Hermiona prawie przewróciła oczami na entuzjazm nauczyciela. To był chyba pierwszy raz, kiedy zapragnęła oblać przedmiot.
Jak mogła zapomnieć o Ortusie? Przecież ten przeklęty eliksir może sprowadzić nań katastrofę! Wróciła myślami do gruntownych badań, które przeprowadziła w poprzednim semestrze, gdy dowiedziała się więcej na temat zaliczenia. Ortus był miksturą, należącą do grupy eliksirów wiekowych, co samo w sobie nie stanowiło źródła problemu. Niestety, nie określał wieku osoby poddawanej eksperymentowi, a pokazywał faktyczną datę urodzenia. To było naprawdę koszmarne. Chociaż twierdziła inaczej, przyszła na świat przecież w 1979 roku.
Jeżeli to ona zostanie wybrana na testera, dojdzie do najgorszego. Jeżeli ujawnił rok urodzenia, wszyscy dowiedzą się, że pochodzi z przyszłości. Gdy niczego nie wykaże, nauczyciel i kilku bardziej spostrzegawczych uczniów z pewnością nabiorą podejrzeń, ponieważ Ortus znany był ze swej niezawodności. Sytuacja była po prostu patowa.
– Wiecie, co robić – zakończył wywód profesor, zaś Hermiona zamrugała, gdyż zupełnie się wyłączyła na czas tłumaczenia. – Zaczniemy prosto, a mianowicie od podstaw, czyli bazy eliksiru. Instrukcje zapisałem na tablicy. – Wskazał na biały drobny druczek. – Możecie zaczynać.
Jak się wywinąć? Jak się wywinąć?, myślała z rozgorączkowaniem, wyciągając różdżkę. Trochę zbyt mocnym ruchem rozpaliła ogień pod kociołkiem oraz, co niespotykane, podpaliła sobie róg podręcznika. Tom natychmiast ruszył jej na ratunek i sprawnym ruchem nadgarstka zgasił płomień. Gdy posprzątał bałagan, spojrzał nań podejrzliwym wzrokiem, przez co wybałuszyła na niego oczy. Zostałam przejrzana na wylot!, podsumowała z rozpaczą.
– Na pewno wszystko w porządku? – zapytał ponownie.
– Oczywiście. Czemu pytasz? – odparła z nadzieją, że stłumiła na czas narastającą panikę.
Ślizgon zmarszczył brwi, wciąż patrząc nań uważnie.
– Normalnie nie podpalasz otoczenia, a przynajmniej nie przypadkowo – odpowiedział powoli, jakby ważąc słowa.
– Eee, jestem entuzjastycznie nastawiona… – Spróbowała wcisnąć mu kit, ale widziała, że miał duże wątpliwości.
– Yhym – mruknął, wyraźnie nieprzekonany.
Hermiona odetchnęła z ulgą, kiedy po dłuższej chwili się od niej odwrócił i skupił na własnym kociołku. Żeby nie wzbudzać więcej podejrzeń, przeniosła wzrok na tablice i udawała, że czyta instrukcje. W międzyczasie próbowała opanować natłok myśli.
Uspokój się, Granger!
Nie ma potrzeby tak panikować, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Warzenie eliksiru Ortus zajmie dużo czasu, najprawdopodobniej połowę drugiego semestru, wciąż miała więc dużo czasu, żeby znaleźć jakieś sensowne rozwiązanie. Zaryzykowała szybkie spojrzenie na Toma, który zabrał się za cięcie muchomorów. Musiała postępować bardzo ostrożnie, bowiem był cholernie spostrzegawczy.
Przez resztę lekcji próbowała wykombinować sensowny sposób za spapranie eliksiru. Nie mogła się skoncentrować na bazie mikstury, przez co nie była zbyt pomocna chłopcom. To zaś sprawiało, że była niezdarna, a Riddle często marszczył brwi. Fakt, iż zauważał jej potknięcia, sprawiał, że jeszcze bardziej się denerwowała, co doprowadzało do wielu niespotykanych katastrof pokroju podpalonego podręcznika.
Gdy lekcja dobiegła końca, Hermiona była szczęśliwa jak nigdy przedtem. To niesamowite, że Tom zdołał zatuszować jej błędy i uchronić wszystkich wokoło od nieprzewidzianych wypadków, których mogli paść ofiarą, a jednocześnie uwarzyć bazę pomimo ciągle rozpraszanej koncentracji. Kiedy Slughorn zobaczył srebrzystą ciecz, natychmiast zabrał się za wychwalanie talentu swoich uczniów.
– To najlepsza praca, jaką kiedykolwiek widziałem – powiedział z zadowoleniem, pochylając się nad jeszcze ciepłym kociołkiem. Kiedy się wyprostował, obrzucił podopiecznych aprobującym uśmiechem. – Dwadzieścia punktów dla Slytherinu dla pana Riddle'a i pana Malfoya – oświadczył dumą, a następnie przeniósł wzrok na Hermionę. – I oczywiście, dwadzieścia punktów dla panny DeCerto. Wspaniała praca, moi drodzy.
Dziewczyna się zarumieniła, gdyż tak naprawdę nie zasłużyła na pochwałę i nagrodę w postaci punktów dla Gryffindoru.
Tom powolnym krokiem przemierzał szkolne korytarze. W ręku ściskał kawałek pergaminu, tak mocno, że prawie go pokruszył. Kiedy wyszedł z pokoju wspólnego z zamiarem poszukania Hermiony i wyjaśnienia jej dzisiejszego dziwacznego zachowania, natychmiast doskoczył doń trzecioroczny ślizgon i dostarczył mu notkę.
Z początku myślał, że to zaproszenie od Slughorna na jedno z prywatnych spotkań, ale kiedy odpieczętował kopertę, rozpoznał eleganckie pismo Dumbledore'a. Co niespotykane, profesor zapragnął się z nim zobaczyć i porozmawiać.
Inaczej wyobrażał sobie ten wieczór, ale musiał zmienić plany i właśnie dlatego niechętnie szedł do gabinetu nauczyciela transmutacji. Czego ten starzec chciał? Zacisnął dłonie w pięści, jeszcze bardziej niszcząc zapisany pergamin. Zupełnie nie wiedział, o co może chodzić. Zanim nastanie kolejna przerwa, minie parę miesięcy, więc przypuszczał, że w grę nie wchodziło zarekwirowanie różdżki. Czegokolwiek chciał, nie wróżyło to nic dobrego.
Gdy dotarł do drzwi gabinetu, schował zmięta kartkę do kieszeni spodni i musnął palcami znajome drewno. Wziął głęboki oddech, żeby się uspokoić, a następnie zapukał do drzwi.
– Proszę.
Otworzył wrota i z niechęcią wszedł do środka. Natychmiast też skoncentrował się na znienawidzonym mężczyźnie, siedzącym za biurkiem, odzianym w jedną ze swoich charakterystycznych krzykliwych szat i patrzącym na niego przenikliwie. Tom, naturalnie, odwzajemnił to spojrzenie, starając się nie wyglądać na wstrząśniętego podejrzanym zachowaniem Dumbledore'a. Gdy podszedł doń bliżej, mimowolnie zarejestrował panujący w pomieszczeniu bałagan. Jak można pracować w takich warunkach? Wzdrygnął się i zirytował tym, że musiał być posłuszny człowiekowi, który nie miał kontroli nawet nad własnymi rzeczami.
– Usiądź, Tom.
Nie widząc innego wyjścia, spełnił polecenie. Wciąż był spięty, ponieważ profesor nie spuszczał z niego uważnego spojrzenia. Naprawdę nie wiedział, w czym tkwi problem, ale nie zamierzał dać się wciągnąć w żadną gierkę. Wziął więc głęboki oddech i spróbował nie okazywać emocji.
– Wiem, że żywisz przekonanie, że cię nienawidzę, chłopcze – powiedział po dłuższym czasie milczenia Dumbledore, a następnie westchnął.
Usłyszawszy oświadczenie nauczyciela, Tom uniósł brwi. Co takiego planował…? Naprawdę nie podobał mu się kierunek tej dziwacznej rozmowy.
– To nieprawda – kontynuował profesor, gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, zaprzeczenia lub potwierdzenia. – Rozumiem, że odbierałeś moje zachowanie jako szorstkie, ale zawsze miałem na uwadze twoje dobro.
Ślizgon zacisnął zęby i spróbował unormować oddech, żeby nie stracić resztek kontroli nad rozszalałą magią – przepływała przez niego niczym rzeka, desperacko pragnąca znaleźć ujście. Skrzyżował spojrzenie z Dumbledore'em i dostrzegł udawaną szczerość. Prawie zagotował się ze złości i zadrżał z wysiłku. Co znowu wymyślił? Czego chciał? Mimo palącego gniewu wiedział, że musiał w jakiś sposób zareagować. Stąpał po cienkim lodzie, bo nie miał zielonego pojęcia, co się tu wyprawiało.
– Wiem o tym, profesorze – powiedział doskonale opanowanym głosem, uprzednio unosząc głowę.
Oczywiście, nie było możliwości, żeby to kłamstwo przeszło i obaj mieli tego świadomość. Tom nie zamierzał zaprzeczać, zwłaszcza że Dumbledore najwyraźniej kierował się jakimś tajemniczym planem.
– Zawsze byłeś przekonującym aktorem, chłopcze. – Uśmiechnął się smutno nauczyciel. Co ciekawe, stwierdził to niespotykanie miękkim tonem, w którym nie zabrzmiała ani jedna oskarżycielska nuta.
Czemu porzucił wszelkie pozory?, zastanowił się nad możliwościami. Obaj występowali na scenie za każdym razem, gdy się spotykali w gabinecie, więc zbyt przyzwyczajony do odgrywania przedstawienia, zupełnie nie wiedział, jak powinien zareagować. Profesor zachowywał się inaczej, niż zwykle i budził niepokój.
Z pewnością nie został wezwany, żeby porozmawiać o ich skomplikowanej, podszytą obopólną nienawiścią relacji. Tom zamaskował zmieszanie. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz pragnął, było pokazanie swojej dezorientacji.
– Jesteś bardzo utalentowany – kontynuował po dłuższej chwili Dumbledore, patrząc na niego z czymś w rodzaju bolesnej tęsknoty. – Masz prawdziwy talent, którego inni ci zazdroszczą. Bez większego wysiłku robisz rzeczy, o których twoi koledzy i koleżanki marzą.
Kiedy usłyszał pochwałę, automatycznie się spiął. Szczerze wątpił, żeby ten stary głupiec nagle zapalał doń ciepłym uczuciem i postanowił zapomnieć ich zaszłości. Nie wiedząc, co odpowiedzieć, nadal milczał.
– Taki talent to dar dla nielicznych szczęściarzy – dodał profesor, pochyliwszy się do przodu. Tom dostrzegł na jego twarzy emocję, której nie zdążył zidentyfikować, bowiem po sekundzie zniknęła. – Co gorsza, jest on w równym stopniu przekleństwem oraz błogosławieństwem. Chociaż jest niebezpieczny, możesz dzięki niemu osiągnąć naprawdę wspaniałe rzeczy. – Skinął głową. – To z pewnością satysfakcjonujące widzieć się w ponadprzeciętnych kategoriach oraz uważać za lepszego od innych. Temu przekonaniu niewiele brakuje do wykorzystywania swojej pozycji albo do zmuszania ludzi do robienia rzeczy, które uważasz za słuszne. To okropne niebezpieczeństwo, czające się za każdym wspaniałym talentem.
Niewiele brakowało, żeby ślizgon zmarszczył w niezrozumieniu brwi i się odsłonił. Czemu Dumbledore niespodziewanie zapragnął prawić mu morały o umiejętnościach i etyce? Znów stłumił rosnący gniew. Czy ten obłąkany starzec naprawdę wezwał go wieczorową porą, żeby pogadać o głupotach? Tylko marnował czas, siedząc w gabinecie i słuchając podobnych bzdur.
– Chyba nie rozumiem, co próbuje mi pan przekazać, profesorze – podsumował uprzejmym, aczkolwiek chłodnym tonem.
– Och, to całkiem normalne – powiedział nauczyciel szczerym i pełnym zrozumienia głosem, a następnie się uśmiechnął ze smutkiem. – To bardzo trudne do zrozumienia, zwłaszcza dla młodego, wciąż dorastającego człowieka. Pozwól w takim razie, że spróbuję lepiej przybliżyć ci temat, chłopcze.
Tom zagotował się ze złości. Powoli zaczął go denerwować protekcjonalny sposób zachowania Dumbledore'a oraz stłumił potrzebę ciśnięcia w niego bolesnym zaklęciem. Marzył, żeby móc poddać się pragnieniom swojej magii i pokazać temu starcu karę za marnotrawstwo cennego czasu. Oczywiście, musiał się opanować, bo gdyby naprawdę napadł na profesora, skończyłby na dywaniku u dyrektora. Zamiast tego, spojrzał nań z uprzejmym zainteresowaniem.
– Od naszego pierwszego spotkania wiedziałem, że jesteś niesamowicie utalentowanym czarodziejem. – Nauczyciel zmierzył go przenikliwym wzrokiem. – Zapadła mi w pamięć nasza pierwsza rozmowa. Byłeś taki młody i nie miałeś pojęcia o istnieniu magicznego świata. Zawsze lubiłem wprowadzać dzieci mugolskiego pochodzenia do naszego społeczeństwa, bo wykazywały fascynujące podekscytowanie nowym odkryciem. Byłeś taki sam, Tom – rozemocjonowany faktem, iż jesteś czarodziejem. Niemniej jednak w przeciwieństwie do innych nie byłeś zaskoczony nowiną, gdyż miałeś pewne rozeznanie we własnych mocach i umiejętnościach.
Ślizgon czuł się naprawdę nieswojo, ale ukrywał dyskomfort pod maską neutralnej uprzejmości. Najgorszy był smutny wyraz twarzy profesora.
– Już wtedy, mając jedenaście lat, wiedziałeś, że jesteś wyjątkowy. Nie byłeś w błędzie. Cechujesz się naturalnym zrozumieniem magii, którego nie sposób nauczyć się z książek czy różnego rodzaju traktatów. To zaś rzeczywiście odróżnia cię od innych czarodziejów i czarownic – kontynuował miękkim głosem nauczyciel. – Wtedy również przyznałem ci rację. Pamiętam, że byłeś bardzo zadowolony z mojego spostrzeżenia. – Przerwał na moment, żeby rzucić mu uważne spojrzenie. Następnie wydał z siebie ciężkie westchnienie. – Byłeś dzieckiem, a ja dorosłym, który wiedział lepiej. Szczerze mówiąc, wyjątkowość nie jest czymś pożądanym. To najprawdziwszy ciężar, który może nas zwodzić i prowadzić do robienia odrażających rzeczy. Wiedziałem o tym niebezpieczeństwie, dlatego też postanowiłem stanąć ci na drodze, abyś przypadkiem nie zbłądził i nie potknął się na ścieżce prowadzącej do wyłącznie żalu i smutku.
Tom znów zagotował się ze złości. Nie mógł znieść tej pozornej niewinności i dobroci. To niesamowite, że Dumbledore miał czelność twierdzić, że od zawsze chciał mu pomóc. Zasłaniał się teraz obrazem dobrotliwego staruszka, chętnie oferującego wsparcie, ale w rzeczywistości nawet mu przez myśl nie przeszło, żeby wyciągnąć doń pomocną rękę. Co wakacje odsyłał go do sierocińca i nijak się nim przejmował. Czy naprawdę sądził, że to wspaniałe rozwiązanie?
Zacisnął dłonie na podłokietnikach krzesła. Wciąż udawał uprzejme zainteresowanie.
– Obserwowałem cię bardzo uważnie, odkąd zacząłeś naukę w Hogwarcie. Widziałem, jak przybliżasz się do mrocznej ścieżki, z której ciężko zawrócić. Z rosnącym smutkiem obserwowałem, jak stawiałeś pierwsze nieśmiałe kroki w ciemność, aż w końcu wybrałeś swoją drogę. Dopuściłeś się strasznych rzeczy. – Dumbledore spojrzał nań z litością, co doprowadziło Toma do białej gorączki. – Zaczęło się od incydentu, który miał miejsce na twoim pierwszym roku. Już wtedy rozumiałeś, że jesteś bardziej utalentowany od kolegów i koleżanek, ale muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że będziesz dysponował potężną magią, którą zaprezentowałeś podczas wakacyjnej przerwy. Stało się wówczas to, przed czym drżałem – wykorzystałeś swoją magię, żeby kontrolować innych i wyrządzać krzywdę. Byłem wstrząśnięty, gdy odkryłem twoje poczynania, iście diabelską zbrodnię, którą popełniłeś, ale postanowiłem cię chronić i zaniechałem złożenia zeznania odpowiednim służbom. Byłeś dzieckiem i żywiłem głęboką nadzieję, że wciąż mogę cię uratować.
Maska uprzejmości, którą Tom przywdział na początku rozmowy, zaczęła się powoli rozsypywać. Coraz trudniej przychodziło mu udawanie grzeczności.
Co chciał przez to powiedzieć…?
– Zdecydowałem się podjąć kroki, aby zapobiec następnemu zdarzeniu. Liczyłem na wyeliminowanie potencjalnej sytuacji, w której mógłbyś ponownie użyć swojej magii w niewłaściwy sposób. Byłeś bardzo młody i wiedziałem, że jeżeli cię powstrzymam przed pokusami, w końcu dostrzeżesz odpowiednią drogę. – Dumbledore pokręcił ze smutkiem głową. – Właśnie wtedy, gdy postanowiłem uważniej cię obserwować, pojawiło się nieoczekiwane zagrożenie, niemające z tobą większego związku. Wymagało, niestety, mojej uwagi, ponieważ ponosiłem za nie częściową winę. – W głosie profesora zabrzmiało zmęczenie. – Musiałem popuścić wodzów i skończyło się na tym, że mniej się tobą interesowałem. Z tego miejsca zaznaczę, że moja nieobecność nie oznaczała, iż nie słyszałem o twoich następnych zbrodniach. Wiem znacznie więcej, aniżeli przypuszczasz, drogi chłopcze. Dowiadywałem się o przerażających rzeczach, które bardzo mnie niepokoiły, ale powstrzymywałem się od interwencji. W zeszłym roku jednak zrobiłeś coś, co dogłębnie mną wstrząsnęło. – Nauczyciel rzucił mu przeszywające spojrzenie. – Nie mam dowodów, żeby udowodnić ci winę, ale wiem, że otworzyłeś Komnatę Tajemnic – dodał poważnym tonem.
Tom zesztywniał. Najwyraźniej Dumbledore nie spodziewał się, iż odpowie na otwarte oskarżenie, bo kontynuował swój wywód.
– Kiedy usłyszałem o zbrodni, którą popełniłeś, byłem zdruzgotany, bowiem dowiodło to, że wszystkie moje wcześniejsze wysiłki poszły na marne, a ty wciąż nie zboczyłeś z mrocznej ścieżki, przed którą tak desperacko próbowałem cię chronić – powiedział o wiele surowszym głosem. – Gdy dowiedziałem się, że otworzyłeś Komnatę Tajemnic, wiedziałem, że poniosłem sromotną klęskę. Twoje sumienie obciążyła śmierć niewinnego człowieka. – Westchnął i pokiwał ze smutkiem głową. – Nawet po tym incydencie miałem nadzieję, że się opamiętasz i zejdziesz z ciemnej drogi. Morderstwo przypominało zwyczajny wypadek, więc liczyłem, że popełniłeś okropny błąd, ale nie planowałeś odebrać komuś życia. Teraz już nie mam tej niezłomnej pewności. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie przypadkiem ja popełniłem błąd, gdyż zbyt długo ignorowałem oczywiste fakty. Zaledwie kilka miesięcy później znów zawiodłeś moje zaufanie.
– O czym pan mówi, profesorze? – zapytał ślizgon, walcząc o zachowanie samokontroli.
Dumbledore rzucił mu twarde spojrzenie.
– Wiem, że podczas przerwy świątecznej opuściłeś sierociniec, Tom.
Chłopak wciągnął ze świstem powietrze. Skąd się dowiedział? Na moment porzucił swą maskę i wbił w nauczyciela przestraszone spojrzenie. Powoli tracił zimną krew. Skąd ten starzec miał informację, że wybył z domu dziecka?
– Zawarliśmy umowę, chłopcze. Złamałeś złożone mi przyrzeczenie. Nie pierwszy raz, niestety – kontynuował Dumbledore chłodnym tonem. – Najwyraźniej dawałem ci tak wiele szans na odkupienie grzechów, że zacząłeś je lekceważyć. Wszystko wskazuje na to, że nic do ciebie nie dociera. Nadal robisz to, co ci się żywnie podoba. Jestem przekonany, że opuściłeś sierociniec również podczas przerwy wakacyjnej, ale nie mogę tego udowodnić. Rozmawiałem z przełożonym placówki opiekuńczo-wychowawczej. Pan Carter potwierdził, że spędziłeś w swoim pokoju zaledwie kilka dni.
Tom się gapił. Udawało mu się wrócić do obojętnego wyrazu twarzy, ale tylko na moment. Chociaż się bardzo starał, emocje zaczęły brać nad nim górę.
– Wygląda na to, że moje wysiłki poszły na marne, bo jesteś beznadziejnym przypadkiem. – Dumbledore pochylił się do przodu. – Zależy mi jednak, żebyś wiedział, że nie zamierzam z ciebie zrezygnować, chłopcze. Nie mam najmniejszego zamiaru cię porzucić. Muszę tylko zmienić trochę strategię. – Odchylił się na krześle, wciąż świdrując ślizgona wzrokiem. – Wiem, że ciągnie cię do czarnej magii. Czarodzieje, którzy posiadali wyjątkowe wyczucie mocy, zawsze patrzyli w tamtą stronę i najłatwiej ulegali pokusie. Wcześniej próbowałem pokazać ci inne ścieżki, ale to jasne, że nie masz w sobie wystarczająco siły, aby oprzeć się zakazanemu owocowi. – Urwał na moment, a potem kontynuował chłodnym tonem. – Uznałem, że aby ocalić twą duszę, muszę odebrać ci tę pokusę.
Oddech Toma przyspieszył, zaś Dumbledore wciąż patrzył nań z dziwnym smutkiem wypisanym na twarzy. Niemniej jednak to następne słowa sprawiły, że pod ślizgonem zarwał się grunt.
– To bardzo przykre, ale porozmawiam z dyrektorem Dippetem o twoim wydaleniu ze szkoły.
Chłopak stracił głos, a przed oczami latały mu mroczki.
– Nie powinieneś postrzegać tego jako kary, Tom, ale jako szansę, żeby zacząć od początku – kontynuował z litością profesor, zaś ślizgon z trudem powstrzymał odruch wymiotny. – Na nowej drodze życia nie będziesz ryzykował ulegania podobnym pokusom. Z początku z pewnością będzie ci trudno przyzwyczaić się do sytuacji, ale z czasem sobie poradzisz, bo jesteś silny. To niestety konieczność.
Tom nie wytrzymał. Odrzuciwszy wszelkie pozory, pokazał swą prawdziwą twarz.
– Nie możesz mnie odesłać! – syknął ostrym tonem.
– Uwierz, że to nie jest koniec świata. – Dumbledore spojrzał nań ze smutkiem. – Nadal możesz wieść satysfakcjonujące życie, nawet bez swojej magii – dodał kojącym głosem.
Absolutnie wykluczone. Nie mógł wrócić z powrotem do mugolskiego społeczeństwa. Gdyby naprawdę został zmuszony do najgorszego, musiałby spędzić w sierocińcu jeszcze dwa lata, aż do skończenia osiemnastu lat. To o niebo gorsze od sporadycznego pomieszkiwania w domu dziecka przez czas wakacji i świąt. Będzie pozbawiony nadziei i braku sposobu na ucieczkę. Nie przeżyłby podobnych katuszy.
Mimowolnie zaczął drżeć.
Wróciły do niego wspomnienia z ostatnie pobytu w przytułku. To było straszne. Został zamknięty w piwnicy na wiele, wiele dni i ciągle kulił się ze strachu, że Carter wróci i dokończy dzieła. Nie, nie mógł tam wrócić. Bez magii był nikim.
Przez dłuższą chwilę patrzył na swoje dłonie. Potem zebrał się na odwagę i z trudem zabrał głos, rad, że się nie załamał.
– Proszę, nie odsyłaj mnie z powrotem…
– Wybacz, to jedyny sposób – powiedział po trzydziestu sekundach milczenia profesor, zaś Tom skrzywił się, słysząc ostateczną nutę. – Nie odwiedziesz mnie od tego pomysłu. Porozmawiam z dyrektorem o twoim wydaleniu.
Ślizgon powoli podniósł głowę i ponownie skrzyżował z Dumbledore'em spojrzenie. W jego oczach dostrzegł tylko przekonanie o słuszności własnej decyzji oraz ponurą determinację.
– Skończyliśmy rozmawiać, drogi chłopcze. Myślę, że powinieneś wrócić do dormitorium i spakować swoje rzeczy. Obawiam się jednak, że będziesz musiał zostawić w szkole wszystko, co jest związane z magicznym światem.
