12. NASTĘPSTWA WOJNY


Głośna eksplozja wyrwała Hermionę ze snu. Zerwała się z łóżka i wyciągnęła spod poduszki różdżkę, zanim tak naprawdę zdążyła wrócić do rzeczywistości. Rozejrzała się po pokoju, ale nie zobaczyła żadnych napastników. Czy ten hałas miał miejsce we śnie? Ziewnęła i spojrzała na zegarek. Trzecia w nocy…?

Zbyt wcześnie, żeby martwić się koszmarami, pomyślała zrzędliwie.

Położyła się ponownie, ale właśnie wtedy usłyszała następną eksplozję. Natychmiast wstała i podeszła do okna. Huk dochodził gdzieś z zewnątrz. Odsłoniwszy zasłony, miała widok na ulicę Pokątną oraz Londyn. Sapnęła przerażona, gdy zobaczyła czerwono-pomarańczową poświatę na niebie. Miasto stało w ogniu, a zewsząd unosił się czarny dym. W górze zobaczyła rzędy lecących samolotów. Było ich tak wiele, że dźwięk ich śmigieł przywodził na myśl trzęsienie ziemi. Właśnie wtedy, gdy patrzyła nań ze strachem, maszyny otworzyły luki i wypuściły następną serię ładunków. Bomba po bombie spadała na Londyn. Żadna nie była niewypałem, każda siała zamęt i spustoszenie.

Żołądek podszedł Hermionie prawie do serca. Nie przypuszczała, że niemiecki nalot może być tak potworny. Zanim się zorientowała, zaczęła płakać. Oczywiście, wiele słyszała i czytała o drugiej wojnie światowej, ale opowieści nijak się miały do rzeczywistości. Umierali niewinni – mężczyźni, kobiety i dzieci, zupełnie bezbronne i może nawet nieświadome. Zacisnęła dłonie w pięści, czując się strasznie bezradnie. Wiedziała, że tutaj, na alei Pokątnej, jest bezpieczna. Każda czarodziejska osada jest chroniona silnym polem ochronnym i innego rodzaju zabezpieczeniami. Niestety mugolska część miasta była zupełnie odsłonięta.

– Riddle!

Sierociniec był niechroniony, zaś chłopak pozbawiony różdżki. Co, jeżeli dom dziecka nie został niegdyś rozebrany, a zniszczony przez nocny nalot? Wydostanie się z płonącego miasta i wszechobecnych ruin graniczyło z cudem nawet z różdżką w ręku. Zacisnęła z niemocy pięści i kontynuowała obserwację. Niemieckie bombowce wciąż zrzucały bomby, a kiedy w końcu odleciały, zostawiły za sobą jedynie zniszczenia. Ogień się nie wypalił, a zajmował sąsiednie budynki.

Zapadła w sen dopiero wczesnym porankiem. Leżała zwinięta w kłębek na podłodze tuż przy odsłoniętym oknie, obudziwszy się zaledwie kilka godzin później. Wstała i wyjrzała przez szybę. Na zewnątrz nie było już ciemno, a poranne słońce przebijało się przez chmury. Nad miastem wciąż unosił się czarny dym, coraz to rzadszy i trochę bardziej przejrzysty. Gdzieniegdzie wciąż tlił się pożar. Hermiona nie mogła uwierzyć w to, czego była świadkiem w nocy. Dla niej druga wojna światowa była częścią odległej historii do tego stopnia, że przekształciła się w suche daty i zamieszczone w podręcznikach fakty. Teraz doświadczyła okrutnej rzeczywistości lat czterdziestych.

Z westchnieniem odwróciła się od okna. Czemu ludzie tak bardzo lubili toczyć wojny…? To niestety nie było jej obce. Jakby nie patrzeć, sama brała w jednej udział i widziała wiele okropieństw. Bez względu na stronę, którą się wybrało, nie sposób uciec od walki i pozostać krystalicznie czystym.

Hermiona podeszła do szafy i wyciągnęła świeży zestaw ubrań. Wzięła prysznic i się przebrała, a następnie zeszła na śniadanie. Chociaż było całkiem wcześnie, część stolików była pozajmowana. Znalazłszy wolne miejsce, od razu usiadła, a po chwili podeszła doń Luisa, kelnerka a Dziurawego Kotła.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się uprzejmie dziewczyna. – Co podać?

– Och, poproszę kilka tostów i kawę – odpowiedziała.

– Się robi. Wyglądasz, jakbyś potrzebowała kofeiny. Nie mogłaś spać, prawda? Nic dziwnego, skoro mugole tak hałasowali. Biedactwa. – Luisa potrząsnęła głową. – Dobrze, że nas to nie dotyka.

– Owszem. Jak często zdarza się coś podobnego? – zapytała z ciekawością.

– Jak dla mnie, to zdecydowanie zbyt często. Mam nadzieję, że wkrótce rozwiążą swój konflikt.

Skinęła głową ze świadomością, że wojna będzie trwała jeszcze mniej więcej dwa lata. Luisa poszła zrealizować zamówienie, zaś Hermiona została sama ze swoimi myślami. Nie chciała tego przyznać, nawet przed sobą, ale martwiła się o Riddle'a. Zeszłą noc spędził w niemagicznym Londynie. Co, jeżeli został ranny? Może sierociniec ucierpiał? W jej czasach dom dziecka nie istniał, ale nie znała dokładnej daty, kiedy zawieszono działalność. Nerwowo przeczesała włosy i właśnie wtedy kelnerka przyniosła jej śniadanie. DeCerto zaczęła jeść, ale myślami była gdzie indziej. Voldemort przeżył wojnę, więc to niemożliwe, żeby zginął podczas niemieckiego nalotu.

Wciąż może być ranny!, pomyślała.

I co z tego?, zapytała inna część jej umysłu. To wróg. Nie powinna się przejmować losem młodocianego Czarnego Pana. Nie zasłużył na troskę.

Mimowolnie wróciła myślami do dnia, gdy widzieli się po raz ostatni. Został trafiony klątwą, przez co stanęła w jego obronie i przytuliła go do aportacji. Ta sytuacja przypominała jej o wojnie, w której walczyła w przyszłości. Nigdy nie zostawiali towarzyszy na pastwę losu, choćby straszliwie rannych. Gdy Riddle został zraniony, owładnęło nią dokładnie to samo poczucie opiekuńczości, co zawsze.

Szybko dopiła kawę, po czym odstawiła kubek, westchnęła i wstała od stolika. Nie zaszkodzi, jeżeli sprawdzi, w jakim stanie jest sierociniec. Zaspokoi ciekawość i spełni swój obowiązek. Najprawdopodobniej wszystko jest w porządku.

Wyszła z Dziurawego Kotła i pomaszerowała do strefy aportacji. Idąc, zmieniła czarodziejskie szaty na coś mniej oczywistego. Kiedy dotarła na miejsce, obróciła się wokół własnej osi i poddała charakterystycznemu uczuciu ściskania. Pojawiła się na drugim końcu Londynu, w dokładnie tej samej alejce, co poprzednio. Upewniwszy się, że żaden mugol niczego nie zauważył, wyszła z zaułka i skierowała się ku domowi dziecka. Gdy przechadzała się ulicą, natychmiast uderzyła w nią ciężka atmosfera powszechnej rozpaczy, która zdominowała okolicę. Wyglądało na to, że ta część miasta została oszczędzona przez większą ilość bomb, ale ludzie, których mijała, sprawiali wrażenie wstrząśniętych zaistniałą sytuacją i przerażonych. Po kilku minutach miarowego marszu natknęła się na straszliwy widok. Po prawej stronie ulicy, gdzie niegdyś stała stara kamienica, było gruzowisko. Sąsiednie domy również zostały zniszczone. Automatycznie przyspieszyła kroku, mając nadzieję, że budynek, który pragnęła zobaczyć, nie podzielił tego losu.

Gdy stanęła przed żelazną bramą, odetchnęła z ulgą. Sierociniec nie wydawał się naruszony nalotem. Wreszcie mogła przestać się bać. Sprawdziwszy budynek, odwróciła się z zamiarem odejścia, ale wtem przypomniała sobie o Carterze i sposobie, w jakim traktował Riddle'a. Skoro i tak już się pofatygowała, mogłaby przyjrzeć się sprawie bliżej.

Jak to najlepiej zrobić? Nie chciała znów tam wchodzić i wdawać się w rozmowę z kierownikiem ośrodka. Zawsze mogła rzucić na siebie kilka uroków ochronnych i maskujących oraz na spokojnie wejść do środka. Nie zostałaby wtedy nawet zauważona. Oczywiście, Riddle stanowił wyjątek, bowiem był czarodziejem.

Tak, to zdecydowanie brzmi jak dobry plan, podsumowała.

Zakradła się w ustronne miejsce, po czym wyciągnęła różdżkę i rzuciła na siebie niezbędne zaklęcia. Zadowolona z rezultatu, podeszła do bramy i otworzyła wrota. Idąc przez podwórze, uświadomiła sobie, że od tej pory powinna się powstrzymać od używania magii. Riddle wciąż był niepełnoletni i dlatego miał zakaz czarowania poza szkołą. Jeżeli ktokolwiek wyniucha tu zaklęcia, od razu zrzuci nań winę.

Oręż schowała do kabury. Na szczęście korytarz był pusty, więc przynajmniej na tym etapie los oszczędził jej trudności. Otworzyła drzwi do sieni i dopiero teraz zauważyła, że było to dość nietrafione określenie. Hol bardziej przypominał zwyczajny pokój, ot mały i zszarzały, co wprawiało przyjmowanych gości w przygnębienie. Stanęła przed podwójnymi przeszklonymi drzwiami, najprawdopodobniej do jadalni. Z lewej strony znajdowało się kilka par drzwi, zaś z prawej schody prowadzące na piętro. Projekt budynku sugerował, że pokoje wychowanków znajdowały się na wyższym poziomie. Niewiele myśląc, wspięła się po schodach i stanęła przed korytarzem z wieloma drzwiami. Wokół biegały dzieciaki, bez ładu i składu, pogrążone w swoich zabawach. Wszystkie miały na sobie szare topy. Zmarszczywszy brwi, przypomniała sobie, że Riddle również miał podobny podkoszulek. Może to coś w rodzaju obowiązującego w sierocińcu mundurka? Cóż, niezbyt oryginalne. Ostrożnie stawiała kroki, bowiem nie chciała nikogo potrącić. Maluchy wyglądały na stosunkowo zadbane i nawet szczęśliwe, ale nie była zaskoczona tym, że wszystkie są bardzo szczupłe. Jakby nie patrzeć, dorastały w czasach wojny, gdzie nieraz brakowało żywności. Szczęśliwie się złożyło, że większość mijanych drzwi była otwarta na oścież. Ograniczała się więc tylko do wetknięcia głowy do każdego pokoju, aby upewnić się, że nie pominęła właściwego. Te nieliczne, które były zamknięte, otwierała, nie zwracając na siebie niczyjej uwagi. Przeszła cały korytarz, ale nigdzie nie znalazła Riddle'a. Wyjrzała przez okno, z którego miała doskonały widok na całe podwórze, ogrodzone betonowym murem i żelaznym ogrodzeniem. Niektóre sieroty wesoło hasały po dworze, ale tam również nie go nie wypatrzyła.

Gdzie był…?

Ze zmarszczonymi brwiami zeszła po schodach na parter. Wróciła do punktu wyjścia. Szybkie spojrzenie na jadalnię potwierdziło, że Riddle nie jadł śniadania. Zastanowiła się, gdzie indziej szukać, ale właśnie wtedy drzwi nieopodal się otworzyły i wyszedł z nich Carter z nieznajomą kobietą. Wyglądała bardzo młodo i Hermiona ze zdumieniem zarejestrowała, że sprawiała wrażenie niewiele starszej od mieszkających tu starszaków.

– Tłumaczyłem ci to setki razy. Nowe zabawki są drogie – powiedział przełożony. – Coraz trudniej jest znaleźć darczyńcę.

– Rozumiem, panie Carter…

– W porządku. Zmykaj, Emmo. Jestem pewien, że masz masę obowiązków – dodał, zaś ta odeszła w pośpiechu.

– Spokojnie, Peter – odezwał się trzeci głos, dobiegający z wnętrza pokoju. – Przepracowujesz moje dziewczęta.

Carter odwrócił się i uśmiechnął do rozmówczyni.

– Znasz mnie, Michelle. Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił.

Z wnęki wyszła pulchna kobieta, na oko czterdziestoletnia. Miała brązowe włosy, przyprószone siwizną.

– Skoro tak mówisz – odparła, szczerze rozbawiona.

Kierownik zaśmiał się obrzydliwie, a Hermiona znów poczuła doń okropną niechęć. Kiedy przyjrzała się bliżej nieznajomej, doszła do wniosku, że jest równie fałszywa i obłudna, co Carter. Zdecydowanie byli po jednych pieniądzach.

– Co z małym Simonem? – zapytała jakby od niechcenia Michelle. – Nadal sprawia problemy?

– Wręcz przeciwnie. Te małe szkodniki potrzebują po prostu twardej ręki. Są normalnymi dziećmi, trochę rozrabiają, ale da się ich przywołać do porządku – odpowiedział. – Tom jest inny.

DeCerto znieruchomiała i mocniej skupiła się na podsłuchiwanej rozmowie. Następne zdanie sprawiło, że uniosła ze zdziwienia brwi.

– Chłopak jest wstrętnym skurwysynem.

– Wiem, że jest odrażający. – Michelle skinęła z niesmakiem głową. – Od samego początku wiedziałam, że coś jest z nim nie tak.

– Owszem, najwyraźniej dawno temu zboczył z bożej ścieżki – dodał Carter, zaś kobieta się skrzywiła. – Odkąd zacząłem tu pracować, próbowałem dosłownie wszystkiego, żeby go naprowadzić na właściwą drogę, ale on zawsze prezentował swoje wypaczenie. I to bez względu na siłę, którą wkładam w porządne lanie.

Hermiona nie mogła uwierzyć własnym uszom. Co za popieprzony drań! Jakim cudem do opieki nad dziećmi wyznaczono takiego brutala?

– Ciężka sprawa. Swoją drogą, ile jeszcze będzie siedział w piwnicy?

Carter wzruszył ramionami.

– Jeszcze jeden dzień.

DeCerto zamrugała. Co było nie w porządku z tymi ludźmi? Oburzona, odwróciła się ku drzwiom, z których wyszli. Spojrzawszy przez nie, zobaczyła prowadzące na dół schody.

Piwnica…?

Jedne stopnie prowadziły na piętro, zaś drugie na niższy poziom, wcześniej założyła, że spiżarni i pomieszczeń gospodarczych. Odrzuciwszy wahanie, zaczęła schodzić w dół i po chwili rzeczywiście dotarła do ciemnego i brudnego podziemia. Ściany były z gołego betonu, a z sufitu zwisały pajęczyny. Na podłodze zebrały się kałuże wody, więc dach najprawdopodobniej gdzieś przeciekał. Hermiona zrobiła niepewny krok naprzód. Gdy chwilę odczekała, jej wzrok przyzwyczaił się do wszechobecnego półmroku. Zdeterminowana, wznowiła marsz i po jakiejś minucie dotarła do solidnie wyglądających drzwi. Spróbowała nacisnąć klamkę, ale bezskutecznie – wrota pozostały zamknięte. Rozejrzała się wokół, ale nigdzie nie zobaczyła innego wejścia. Riddle najprawdopodobniej był za tymi drzwiami. Włożyła dłonie do kieszeni w poszukiwaniu czegoś przydatnego. W końcu znalazła spinacz do papieru.

Może być, podsumowała.

Znajomość mugolskiego sposobu otwierania zamków okazała się całkiem przydatna podczas czarodziejskiej wojny. Nauczyła się tego od Freda i George'a. Odpowiednio zgięła spinacz i włożyła go do zamka. Co prawda, nie mogła poszczycić się mistrzostwem Wesleyów, ale była wystarczająco dobra, żeby po kilku minutach majstrowania usłyszeć charakterystyczne kliknięcie.

Ostrożnie otworzyła drzwi. Cela wydawała się trochę jaśniejsza od głównej części piwnicy przez wzgląd na małe, okratowane okno wybudowane prawie pod sufitem. Niestety, szyba była pęknięta, przez co do środka wpadało zimne, grudniowe powietrze. Hermiona zrobiła kilka kroków naprzód. Pokój był ciasny i równie brudny, co cała reszta. Ściany pokrywała pleśń, a podłoga zawilgotniała. Wypatrzyła na niej leżącego człowieka, więc natychmiast doń podbiegła. Riddle zwinął się w kłębek, miał zamknięte oczy i wykrzywioną z bólu twarz. Zanim zamknięto go w celi, został dotkliwie pobity, bowiem był posiniaczony, a jego skórę pokrywała zaschnięta krew. Wciągnęła z przerażeniem powietrze, gdy uświadomiła sobie, że koszulkę miał całą czerwoną, zwłaszcza na plecach.

– Riddle? – wyszeptała, delikatnie kładąc mu dłoń na ramieniu, zaś chłopak się wzdrygnął. – Spokojnie, tu DeCerto – dodała kojącym głosem.

Chłopak powoli otworzył oczy i spojrzał nań pustym wzrokiem. Mimowolnie zadrżała, widząc jego cierpienie.

– Co tutaj robisz? – zapytał zachrypniętym głosem.

– Jak myślisz? To oczywiste, że garściami czerpię z życia w tym jakże zachęcającym otoczeniu – parsknęła, odgarnąwszy mu z czoła kilka brudnych kosmyków. – Wstawaj – dodała i ostrożnie pociągnęła go za ramię.

Riddle syknął z bólu, ale z pomocą posłusznie usiadł. Prawą ręką ochraniał swą klatkę piersiową i starał się nie nadwyrężać pleców. Obrażenia, które była w stanie zobaczyć gołym okiem i widoczne na twarzy siniaki powiedziały jej wszystko. Carter stłukł podopiecznego na kwaśne jabłko. Chłopak był osłabiony i przewróciłby się, gdyby go w porę nie przytrzymała. Żeby posłużyć mu za wsparcie, owinęła rękę wokół jego ramion. Nie wiedziała, czy drżał z zimna, czy też z bólu.

– Musimy stąd wyjść – wyszeptała. – Czy dasz radę chodzić?

Ślizgon spojrzał nań pytająco, wciąż trochę otumaniony bólem. Prawie się skrzywiła, gdy z bliska zobaczyła ciemnofioletowe siniaki na jego przystojnej twarzy.

– Czemu tu jesteś? – ponowił pytanie.

– Chcę ci pomóc. – Uśmiechnęła się uspokajająco.

Riddle ani drgnął, najprawdopodobniej węsząc podstęp, więc Hermiona spróbowała go podnieść. Jęknął z bólu, ale po chwili zmagań, osiągnęli sukces. Strasznie się zataczał, więc musiała użyć nieco więcej siły. Chwyciła jego lewą, najwyraźniej niezranioną rękę i przerzuciła sobie przez głowę, aby mógł się swobodniej oprzeć. Następnie objęła go w pasie, żeby stabilniej chodził.

– Wejdziemy po schodach, a potem stąd zwiejemy, dobrze?

Brak odpowiedzi uznała za zgodę. Wyznaczyła kierunek, ale sprawa wcale nie była prosta, bowiem Riddle naprawdę miał trudności ze stawianiem kroków. Od czasu do czasu słyszała, jak wciąga ze świtem powietrze, a nawet syczy. Gdy dotarli do podnóża schodów, była wyczerpana, ale nie zamierzała się poddawać. Poprawiła swój chwyt, a potem, współpracując, zaczęli pokonywać stopnie, jeden po drugim. Lewą ręką złapała się poręczy, żeby nie stracić równowagi. Kiedy dotarli na piętro, Hermiona się zatrzymała i posadziła chłopaka na schodach. Ledwo był przytomny, więc, chcąc zwrócić na siebie jego uwagę, delikatnie położyła mu dłoń na policzku.

– Sprawdzę, czy mamy czystą drogę. Zaraz wrócę.

Riddle spojrzał na nią i po chwili skinął głową. Uśmiechnęła się doń łagodnie, po czym wstała i podkradła się do drzwi. Gdy przystanęła, z zadowoleniem zarejestrowała, że są niewidoczni z góry. Najpierw postanowiła sprawdzić jadalnię, a kiedy nie zobaczyła nikogo podejrzanego, sprawdziła prowadzący na zewnątrz korytarz. Minęła go i otworzyła frontowe drzwi. Wyjrzawszy na zewnątrz, uderzyło w nią rześkie, grudniowe powietrze. Przeskanowała wzrokiem podwórze i ze zdumieniem odnotowała brak żywej duszy. Z mocnym postanowieniem obróciła się na pięcie. Trzeba będzie zaryzykować. Jeżeli dopisze im szczęście, zostaną niezauważeni.

W najgorszym wypadku cisnę zaklęciem, pomyślała. Pal licho z tym, że Riddle jest nieletni. Nie może tutaj zostać.

Szybkim krokiem podeszła do schodów prowadzących do piwnicy. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że chłopak nie ruszył się z miejsca. Zacisnęła usta, mając teraz doskonały widok na jego przesiąkniętą krwią koszulkę. Dotarła do niego i pochyliła się do przodu, żeby nie poczuł się zaszczuty. Oparł głowę o ścianę, ale otworzył oczy, gdy wyczuł ruch. Wyglądał na wyczerpanego fizycznie i psychicznie. Jeżeli teraz się podda, to będzie koniec.

– Chodźmy – powiedziała i ponownie go podźwignęła.

Zataczając się, pokonali ostatnie schodki i weszli do przedpokoju. Riddle opierał się o nią jeszcze mocniej niż wcześniej, a to zaś znaczyło, że słabł z minuty na minutę. Naprawdę musieli się pospieszyć. Z trudem przeszli przez korytarz i dotarli do drzwi wyjściowych. Od bezpiecznego zaułka dzieliło ich jedynie duże podwórze. Już prawie byli przy żelaznej bramie, kiedy stało się najgorsze. Usłyszawszy krzyk, odwróciła głowę i zobaczyła stojącego w drzwiach Cartera. Był czerwony ze złości i machał im gniewnie ręką.

– Stój! – krzyknął i zaczął biec w ich kierunku.

Hermiona nie miała wyjścia. Nie zważając na ból Riddle'a, wzmocniła uścisk, wypuściła powietrze z płuc i ruszyła naprzód.

– Nie uciekniesz, mały niewdzięczny gnojku! – wrzasnął kierownik, widząc tylko odchodzącego podopiecznego. Mimo że nie należał do najszczuplejszych, biegł całkiem szybko.

DeCerto otworzyła bramę i zaryzykowała spojrzenie przez ramię, dopiero kiedy wyszli na chodnik. Carter prawie ich dogonił i od wrót dzieliło go zaledwie kilka metrów. Wciąż był zaczerwieniony i nadal gniewnie warczał, ale nie skupiała się na słowach. Westchnęła i podjęła decyzję. Wzmocniła uścisk na talii chłopaka i pociągnęła go w prawo. Dotarli pod betonową ścianę, która odgradzała sierociniec od reszty świata. Hermiona rozejrzała się w poszukiwaniu przechodniów, ale los im sprzyjał. Zacisnęła dłoń na trzymanym nadgarstku Riddle'a, że ten aż jęknął z bólu, ale postanowiła później przeprosić go za niedogodności. Zamknęła oczy i skoncentrowała się na swoim celu, po czym rozpłynęła się w powietrzu, zanim Carter wyskoczył zza bramy – najprawdopodobniej podziewał się zobaczyć skulonego gdzieś wychowanka, ale zastał pusty chodnik i żadnych śladów.

Zmaterializowali się kilka mil dalej w ciemnym zaułku nieopodal Dziurawego Kotła. Ślizgon się zachwiał i by się przewrócił, gdyby go nie podtrzymała.

– Wytrzymaj jeszcze chwilę, Riddle – powiedziała.

Zdjęła swoją szatę i przywołała do ręki oręż. Czując gładką strukturę drewna w dłoni, poczuła się uspokojona. Machnęła różdżką i przetransmutowała odzież wierzchnią na męską pelerynę. Zdecydowanie nie chciała być przepytywana przez właściciela przytułku, dlaczego sprowadziła do pokoju gościa w ciężkim stanie.

Odziawszy Riddle'a, ponownie go objęła i poprowadziła do obecnie zatłoczonego Dziurawego Kotła. Bez większych przeszkód przeszli przez parter i, nie wzbudzając podejrzeń, poprowadziła chłopaka na piętro. Gdy stanęli przed jej oazą, odetchnęła z ulgą i sięgnęła do kieszeni w poszukiwaniu kluczy. Otworzyła drzwi i weszli do pokoju. Zabezpieczyła wejście i odetchnęła pełną piersią.

Podprowadziła ślizgona do łóżka i go na nim posadziła. Następnie przykucnęła i spojrzała mu w oczy. Wciąż oddychał z widocznym trudem, przez co się zastanowiła, czy aby nie miał połamanych kilku żeber. Był bledszy niż zazwyczaj, chociaż nadal czujny.

– Jesteś w moim pokoju w Dziurawym Kotle. Niebezpieczeństwo minęło. – Uśmiechnęła się pokrzepiająco. – Nie jesteś w najlepszej kondycji. Muszę opatrzyć twoje rany, Riddle. – Była przekonana, że zrozumiał, do czego dąży, dlatego też mocniej przycisnął prawą rękę do klatki piersiowej. – Wiesz, że jestem naprawdę daleka od wyrządzenia ci krzywdy. Chcę tylko pomóc ci z obrażeniami – dodała. – Mam w tym niezłą wprawę. – Mrugnęła doń porozumiewawczo.

Nie czekając na sprzeciw, wstała i podeszła do szkolnego kufra. Otworzyła wieko i zaczęła grzebać w swoich rzeczach. Nim minęła chwila, znalazła to, czego szukała. Wyciągnęła na wierzch drewnianą szkatułkę, którą nazywała podręczną apteczką. Przygryzła dolną wargę i zaczęła przeglądać swoje zapasy.

Szkiele-Wzro? Najprawdopodobniej.

Maść na stłuczenia? Zdecydowanie.

Środek dezynfekcyjny? Bez dwóch zdań.

Eliksir na drobne skaleczenia? Owszem.

Środek przeciwbólowy? Oczywiście.

Z fiolkami w garści wróciła do Riddle'a. Wciąż siedział sztywno na łóżku i śledził jej poczynania ostrożnym wzrokiem. Najwyraźniej odpoczynek sprawił, że trochę wrócił do siebie.

– W porządku, zaczniemy od ręki – powiedziała.

Zmrużył oczy.

– Czemu to robisz? – zapytał niepewnie. – Dlaczego mi pomagasz?

Hermiona westchnęła, nigdy wcześniej nie spotkawszy równie upartej osoby. Szczerze mówiąc, sama nie rozumiała własnego zachowania i pobudek. Tom Riddle był Lordem Voldemortem, ale teraz, kiedy ruszyła mu z odsieczą, nie mogła przestać w połowie pracy.

– Zrozum, że nie wszyscy mają ukryte cele – jedynie ślizgoni. Jesteś ranny, więc chcę oszczędzić ci bólu. Naprawdę tak trudno w to uwierzyć? – Uniosła w oczekiwaniu brwi, zaś Riddle rzucił jej niedowierzające spojrzenie. Potem, po dłuższej chwili wahania, powoli wyciągnął ku niej zranioną rękę. – Jednak masz trochę rozumu, prawda? – Uśmiechnęła się z zadowoleniem.

Chłopak nie raczył odpowiedzieć na zaczepkę, więc usiadła obok niego na łóżku i ostrożnie ujęła oferowaną rękę. Wyciągnęła różdżkę i zarejestrowała, że się spiął, ale nie cofnął. Uznawszy to za dobry znak, wymamrotała pod nosem zaklęcie. Kawałek materiału zasłaniającego ramię zniknął, dzięki czemu mogła lepiej rozeznać się w obrażeniach. Zobaczyła sporą opuchliznę i ciemnofioletowe sińce, ale nie to było najgorsze. Gdy postanowiła fizykalnie zbadać zranienie, Riddle jęknął, nieświadomie potwierdzając wcześniejszą diagnozę.

– Masz złamaną kość ramienną. Żeby przejść do dalszego leczenia, najpierw muszę nastawić ci rękę – podsumowała fachowym tonem. – To zdecydowanie nie będzie przyjemne.

Chcąc zniwelować ból, wzięła różdżkę i rzuciła zaklęcie zwiotczające, licząc, że to przyniesie przynajmniej minimalne ukojenie. Odetchnęła i przywołała swą magię. Ostatnim razem używała tego uroku krótko po przeniesieniu się w czasie. Wtedy też miała złamaną rękę, aczkolwiek lewą.

Spojrzała na Riddle'a.

– Gotowy?

Gdy skinął głową, przystąpiła do pracy. Ukierunkowała swoją magię i pozwoliła jej przepłynąć przez różdżkę. Kiedy kości zostały nastawione, chłopak syknął z bólu. Następne zaklęcie wyczarowało bandaże, które w sprawnej manierze oplotły się wokół ramienia.

– W porządku, to mamy z głowy. Trzymaj – powiedziała, podawszy mu kryształową fiolkę. Riddle odebrał eliksir, ale zawahał się przed wypiciem. Hermiona przewróciła oczami. Czy ten człowiek zawsze był taki nieufny? – Szkiele-Wzro pomoże zregenerować kość – wytłumaczyła.

Ślizgon spojrzał nań oceniająco, a potem zaryzykował i posłusznie wypił eliksir. DeCerto westchnęła. Zdecydowanie nie jest łatwym pacjentem, podsumowała.

– Dobrze. Zdejmij koszulkę – powiedziała, uprzednio odebrawszy mu pustą fiolkę. Uniósł brew, więc zacisnęła usta, sfrustrowana. – Bolą cię plecy, Riddle. Tym też muszę się zająć – dodała, ale nadal się nie ruszył. – Skończ się wygłupiać. Jakbym wcześniej tego nie widziała – parsknęła.

Nie wiedziała, dlaczego w pierwszej kolejności się tłumaczy oraz do czego konkretnie się odnosi – czy do półnagiego mężczyzny, czy też poranionych pleców. Szczerze mówiąc, miała doświadczenie w jednym i w drugim. Na szczęście, te dwie rzeczy nie zawsze były ze sobą powiązane, pomyślała z uśmiechem.

Riddle z niechęcią zdjął koszulkę. Hermiona musiała mu trochę pomóc, ponieważ miał trudności z prawą ręką. Właśnie wtedy zauważyła, że na lewym przedramieniu miał starą i długą bliznę, sięgającą prawie do barku. Postanowiła podrążyć temat w późniejszym czasie, bowiem teraz miała znacznie ważniejsze rzeczy na głowie.

Kazała chłopakowi położyć się na brzuchu. Oczywiście, ten znów się zawahał, więc przestała się patyczkować i popchnęła go na łóżko. Gdy przyglądała się jego skaleczeniom, nabrała ochoty na zaszlachtowanie Cartera. Plecy Riddle'a były pokryte siniakami, ale to mniejszy problem – większy stanowiły głębokie rany, gniewnie odznaczające się na bladej skórze. Żadne miejsce nie zostało oszczędzone. Kilka cięć wyglądało na starszych, jakby zadanych dawno temu, zaś te nowsze wciąż krwawiły. Hermiona wspięła się na łóżko i prawie usiadła na pacjencie okrakiem. Wzięła różdżkę i usunęła tyle zaschniętej krwi, ile zdołała, aby oczyścić skórę, bez ponownego otwierania ran. Skaleczenia ostrożnie wysmarowała maścią, którą sobie wcześniej przygotowała. Riddle zniósł to wszystko bez słowa sprzeciwu, aczkolwiek wiedziała, że go bolało, gdyż czasem zadrżał lub zajęczał. Starała się pracować szybko i sprawnie, aby nie przedłużać mu cierpienia. Po opatrzeniu ran wyczarowała następny bandaż, który owinął się wokół jego klatki piersiowej i pleców. To oczywiste, że jeszcze raz będzie musiała powtórzyć całą procedurę, żeby zapobiec zaognieniu się skaleczeń oraz potencjalnej infekcji. Skończywszy, otarła skropione potem czoło, pogłaskała ślizgona po niechlujnych włosach i zeszła z łóżka.

– To koniec. Możesz usiąść.

Hermiona podniosła z ziemi szarą koszulkę, po czym rzuciła nań Chłoszczyść, żeby pozbyć się krwi i doprowadzić ją do stanu używalności. Odwróciła się do chłopaka i podała mu odzież; ten od razu się ubrał. Zmarszczyła brwi, patrząc na jego fioletową twarz. Usiadła obok na łóżku i otworzyła pojemniczek z maścią na siniaki. Zanim Riddle zdążył coś zrobić, ujęła jego podbródek i pochyliła się do przodu. Wyglądał na mocno zdziwionego, patrząc nań dużymi oczami. Nie mogąc się powstrzymać, obdarzyła go szerokim uśmiechem. Włożyła palce do pojemniczka i zaczęła nakładać mu maść na skórę. Gdy skończyła, z zadowoleniem przyjrzała się swemu dziełu.

– Spróbuj nie ocierać twarzy. Krem potrzebuje czasu, żeby się wchłonąć – wytłumaczyła, choć zapewne miał tego świadomość. – Może skoczę po coś do jedzenia. Wyglądasz na głodnego – dodała i, nie czekając na odpowiedź, podeszła do drzwi. – Nigdzie nie wychodź – dodała, zanim wyszła na korytarz. Schodząc na dół, od razu skierowała się do baru.

– Och, witaj. – Uśmiechnęła się Luisa. – Nie widziałam, jak wracałaś. Co mogę dla ciebie zrobić?

– Poprosiłabym o kilka kanapek. Chciałabym też zapytać o jeszcze jeden wolny pokój, tym razem dla mojego przyjaciela.

– Chwileczkę… – Kelnerka przestudiowała rezerwacje. – Całkiem dobrze się złożyło, bo gość z sąsiedniego pokoju dzisiaj się wymeldowuje. Gdy to się stanie, twój przyjaciel może się wprowadzić.

– Wspaniale – Uśmiechnęła się Hermiona.

– Zaraz przyniosę kanapki – dodała radośnie Luisa.

Kilka minut później DeCerto wróciła do swojego pokoju z talerzem pełnym przekąsek i dwiema butelkami piwa kremowego. Gdy tylko przekroczyła próg, zauważyła, że Riddle zasnął. Nie chcąc go zbudzić, delikatnie zamknęła drzwi i podeszła doń na palcach, odłożywszy talerz i trunki na nocnym stoliku. Kiedy wychodziła, sprawiał wrażenie piekielnie zmęczonego i wyczerpanego do granic możliwości. Z pewnością potrzebował odpoczynku. Wzięła koc i ostrożnie go przykryła.

Wygląda tak niewinnie, kiedy śpi, pomyślała, a potem potrząsnęła z niedowierzaniem głową. „Voldemort" i „niewinny" to dwa przeciwstawne słowa, które nie powinny być łączone w jednym zdaniu.

Mimowolnie spojrzała na szarą koszulkę, którą przywdział. Nawet po zaklęciu czyszczącym sprawiała wrażenie brudnej i bardzo zniszczonej. Hermionie zrobiło się niedobrze od samego patrzenia na nią. Sierociniec był prawdziwie odrażającym miejscem. Wprost nie mogła uwierzyć, że Riddle musiał tam wracać każdego lata. Czy Dumbledore wiedział, jak traktowane są w nim dzieci? Nie, to niemożliwe, pomyślała. Chociaż nie lubił Riddle'a i nie ukrywał tego nawet na lekcji transmutacji, nie posunąłby się do świadomego krzywdzenia ucznia, nad którym również powinien sprawować pieczę.

Mówisz o człowieku, który co wakacje odsyłał Harry'ego do Dursleyów, a przecież darzył go dużą sympatią, dodała z przekąsem.

Cóż, miał ku temu powód, odwarknęła sobie ze złością.

Opuściła pokój i wyszła na ulicę. Potrzebowała trochę czasu wyłącznie dla siebie, a także odrobiny świeżego powietrza, aby oczyścić umysł i się odprężyć. Wciąż miała trudności z przetrawieniem tego, co się dziś wydarzyło. Najpierw była świadkiem niemieckiego nalotu na Londyn, a potem zobaczyła rozgrywający się w sierocińcu koszmar. Jakim w ogóle cudem skończyła, ratując Lorda Voldemorta…? Pogrążona w myślach, bez celu przemierzała dość zatłoczoną Pokątną.

Niedługo święta, prawda?

Wszyscy wokół najprawdopodobniej robili zakupy. Z ostrym ukłuciem w sercu Hermiona uświadomiła sobie, że będzie to pierwszy rok, kiedy spędzi Wigilię i Boże Narodzenie w samotności. Zeszłoroczne święta nie należały do szczególnie udanych, bowiem czarodziejski świat był pogrążony w niekończącej się wojnie. Straciła już wtedy rodziców, ale wciąż miała Harry'ego i Rona. Co powiedzieliby chłopcy, gdyby zobaczyli, co wymodziła?

Może byliby mną zniesmaczeni, pomyślała ze smutkiem.

Dlaczego ruszyła Riddle'owi na ratunek? Jemu, ze wszystkich możliwych ludzi? Facet był przecież złem wcielonym. Lord Voldemort zasługiwał na wszystkie krzywdy, które mu niegdyś wyrządzono, z właściwie powinien oberwać jeszcze mocniej. Czemu czuła potrzebę sprawdzenia jego samopoczucia? Wiedziała, że nie zostanie ranny podczas niemieckiego bombardowania, bo inaczej dorastałaby w zupełnie innej przyszłości. Czemu pomaszerowała do sierocińca? Co stało się z jej pierwotnym planem zachowania dystansu? Odkąd przybyła do Hogwartu, sprawa przybrała zły kierunek i wszystko stopniowo się posypało. Na domiar złego, teraz Riddle smacznie spał w pokoju, który sobie wynajęła.

Z drugiej strony byłaby podłym człowiekiem, gdyby zostawiła go na pastwę losu. Carter naprawdę nie nadawał się do sprawowania opieki nad dziećmi.

I co z tego?, warknął gniewny głos w jej głowie. Voldemort zamordował twoich rodziców! Automatycznie zobaczyła przed oczami obraz zawalonego domu i zwęglonych ciał…

Usiadła na najbliższej ławce, próbując zwalczyć mdłości. Chociaż skupiała się głównie na rodzicach, nie tylko ich straciła przez wojnę i Voldemorta – zginęli również jej przyjaciele oraz zupełnie niewinni ludzie, nijak zasługujący na śmierć. Ci, których kostucha oszczędziła, już nigdy nie byli tacy sami, chociażby pani Weasley. Wcześniej była serdeczną, opiekuńczą, przyjazną i niezwykle ciepłą kobietą. Z czasem, gdy traciła syna za synem, powoli stawała się własnym cieniem. Ostatecznie stała się załamaną, pozbawioną nadziei czarownicą, ot pustą skorupą, niezdolną do dalszej egzystencji.

Mimowolnie zapłakała, aby po chwili ze złością otrzeć łzy.

Przestań!, zganiła się w myślach. Co by powiedzieli chłopcy, gdyby dowiedzieli się, czego dokonała? Jak śmiała pomóc wrogowi? Jak mogła uratować mordercę?

Zamknęła oczy. Widziała w życiu wystarczająco dużo smutku i rozpaczy. Nie chciała ich zwielokrotniać, zwłaszcza że mogła temu przeciwdziałać. Riddle naprawdę cierpiał. Może nie zasługiwał na pomoc, ale gdy zobaczyła go leżącego na brudnej, zawilgotniałej podłodze, zamkniętego w celi i dotkliwie pobitego, nie potrafiła się powstrzymać. Gdyby się wówczas odwróciła i odeszła, nie mogłaby spojrzeć w lustro.

Czasu nie cofnę.

W głębi duszy wiedziała, że nie odeśle go z powrotem do sierocińca. To byłoby po prostu nieludzkie. Nie umiała tego dobrze wytłumaczyć, ale w jakiś niewyjaśniony sposób czuła się za niego odpowiedzialna.

Cudownie!

Westchnęła, sfrustrowana, i wstała z ławki. Nie chciała zmagać się teraz z wyrzutami sumienia. Próbując wyrzucić z głowy niechciane myśli, weszła do małej apteki. Musiała uzupełnić swój kuferek, gdyż zużyła prawie wszystkie zapasy.

Wyszła z niej z kilkoma torbami, a potem skierowała się z powrotem do Dziurawego Kotła. Idąc uliczką, przeszła obok sklepu, który najwyraźniej był poprzednikiem Madam Malkin. Zaciekawiona, przystanęła i zerknęła na wystawę. Po chwili wahania weszła do środka. Postanowiła trochę obkupić Riddle'a, bo naprawdę nie mogła patrzeć na tę szkaradną szarą koszulkę.

Wróciła później, niż się spodziewała. Gdy mijała bar, z uprzejmym uśmiechem skinęła Luisie głową i skierowała się na schody prowadzące na piętro. Weszła do pokoju bez pukania i zobaczyła, że chłopak wreszcie się obudził. Siedział na łóżku i czujnie ją obserwował. Wyglądał znacznie lepiej, a przynajmniej odespał zmęczenie i wyczerpanie. Nadal miał posiniaczoną twarz, ale przebarwienie zejdzie w ciągu kilku dni.

– Cześć – przywitała się przyjaźnie.

Nie odpowiedział, wciąż nań patrząc. Hermiona odłożyła torby z zakupami na podłogę, po czym podeszła bliżej i usiadła obok niego na łóżku. Wtem zauważyła nietknięte kanapki i zmarszczyła brwi. Była przekonana, że konał z głodu, ale mimo to nie tknął przygotowanego jedzenia – najprawdopodobniej nie z grzeczności, po prostu wciąż węszył bliżej niezidentyfikowany spisek. Z westchnieniem pochyliła się do przodu i położyła talerz na posłaniu.

– Nie zatrułam posiłku – powiedziała. Szczerze mówiąc, też dawno niczego nie jadła, więc po prostu sięgnęła po kromkę. Riddle wciąż odmawiał konsumpcji, zapatrzony w nią z pustym wyrazem twarzy. Straszny uparciuch, pomyślała ze zrezygnowaniem. Wzięła kanapkę i podsunęła mu ją pod nos. – Oszczędź sobie problemów żołądkowych. Wiem, że jesteś głodny – dodała, gdy uniósł brew. – Weź przynajmniej gryza. Jest naprawdę dobra – kontynuowała.

Chłopak przesunął wzrokiem po kanapce, potem po jej wyciągniętej ręce, aż w końcu skrzyżował z nią spojrzenie. Mimo że sprawiał wrażenie beznamiętnego, dostrzegła w jego oczach pewną dozę nieufności.

– Nie bądź dzieckiem. – Uśmiechnęła się złośliwie, zmieniwszy taktykę. – Zapomniałeś, że zostałam przydzielona do Gryffindoru? W przeciwieństwie do ślizgonów gryfoni nie doprawiają jedzenia trutką. – Puściła mu oczko. – Jeżeli chcemy kogoś zabić, po prostu to robimy. Rzucamy odpowiednią klątwę i już, żadnych podchodów.

Hermiona nie miała stuprocentowej pewności, ale przez moment wydawało jej się, że unosi kąciki ust. Następnie wyciągnął rękę i odebrał od niej kanapkę. Rzuciła mu promienny uśmiech i wznowiła jedzenie. Skończyli pałaszować w milczeniu, aczkolwiek zadowoliła się jedynie jedną kromką – dobrze wiedziała, że Riddle potrzebował nadrobić zaległości. Kiedy talerz był pusty, machnęła różdżką, odsyłając go na dół.

– No widzisz, prawie bym zapomniała – powiedziała. – Proszę, to dla ciebie – dodała i wyciągnęła z kieszeni klucz.

Ślizgon zmarszczył brwi i zmrużył podejrzliwie oczy.

– Co to jest?

– Myślałam, że jesteś całkiem mądry. – Uśmiechnęła się szyderczo. – Ten przedmiot jest powszechnie nazywany kluczem.

– To widzę. – Spojrzał nań oceniająco. – Dlaczego mi go dajesz?

– Cóż, otwiera drzwi do sąsiedniego pokoju. Chyba nie spodziewałeś się, że będziemy dzielić łóżko. – Uśmiechnęła się prowokacyjnie.

Riddle wyglądał na mocno zdezorientowanego, patrząc raz na klucz, raz na nią.

– Czyli… zostanę tutaj? – zapytał, wyraźnie zmieszany.

Hermiona uniosła brwi. Czy naprawdę spodziewał się, że go wyleczy i zaprowadzi z powrotem do sierocińca?

– Oczywiście. Nie pozwolę ci wrócić do domu dziecka.

Ślizgon wciąż nie mógł przetrawić nowo zdobytych informacji, bowiem nawet nie ruszył palcem. Ociężale sięgnął po klucz i przez chwilę mu się przyglądał.

– W porządku, pierwszy krok za nami – podsumowała rozbawionym głosem, wstając z łóżka. – Chodź, pokażę ci twój pokój – dodała i podała mu dłoń. Gdy znów zaczął zachowywać się nieufnie, pochyliła się do przodu i wzięła go pod ramię – momentalnie się spiął. – Wstań – powiedziała łagodnym tonem, jakby oswajała wyjątkowo nieśmiałe zwierzątko. – Nie planuję niczego podejrzanego. Chcę tylko, żebyś poszedł do swojego pokoju i się położył. Naprawdę musisz się dobrze wyspać i odzyskać siły.

Hermiona nie wiedziała, ile czasu Riddle był zamknięty w piwnicy, ale domyślała się, że przynajmniej z tydzień. Z pewnością szybko wybudzał się z kilkugodzinnych drzemek i potrzebował odpocząć. Gdy pozbędzie się zmęczenia, jego rany automatycznie będą się szybciej goić. O dziwo, chłopak się posłuchał i wstał z łóżka. Może po prostu był zbyt wyczerpany, żeby się sprzeciwiać.

Kiedy przechodzili przez korytarz, musiała go podtrzymać. W międzyczasie podniosła położone wcześniej na podłodze torby. Riddle wyraźnie chciał chodzić samodzielnie, ale wciąż wymagał pomocy. Nie mogła uwierzyć, że musiał wracać do tego przeklętego sierocińca w każde wakacje. To okropne.

Gdy stanęli przed drzwiami, odebrała od niego klucz i otworzyła pokój, który w znacznym stopniu przypominał jej własny. Po jednej stronie stało łóżko, a po drugiej szafa; nawet drzwi prowadzące do łazienki były w tym samym miejscu. Razem podeszli do posłania i właśnie wtedy spojrzała na stolik, któremu towarzyszyło siedzisko.

– Hej, spójrz. – Uśmiechnęła się przyjaźnie. – W wyposażeniu mieszkania masz nawet krzesło. Masz teraz lepszą miejscówkę od mojej.

Posadziła Riddle'a na posłaniu, a ten jęknął, gdy się zgarbił. Następnie położyła torby na podłodze.

– Co to jest?

– Cieszę się, że pytasz – powiedziała, wyjmując z taśki ubrania, które kupiła w sklepie. Ostatecznie przewiesiła je na oparciu krzesła. – Masz w czym chodzić.

Ślizgon zamrugał.

– Kupiłaś mi ubrania?

Sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego, ale nie wiedziała, czy to dlatego, że nie spodziewał się podobnego gestu, czy też był zdziwiony tym, że wyszła z podobną inicjatywną.

– Może przegapiłeś najnowsze doniesienia, ale szary wyszedł niedawno z mody – powiedziała, żartobliwie ciągnąc go za rozciągniętą koszulkę. Mrugnąwszy, sięgnęła do drugiej torby, gdzie spakowała zakupione w aptece mikstury. Wyjęła na wierzch dużą fiolkę, po brzegi wypełnioną fioletowawym płynem. – To eliksir słodkiego snu. Zażyj go, kiedy się położysz, a szybciej odzyskasz zdrowie. To zaś – tu pokazała mu drugą, mniejszą fiolkę – eliksir przeciwbólowy. Myślę, że również powinieneś napić się go przed snem. – Odłożyła mikstury na stolik nocny, po czym znów skupiła się na Riddle'u. – Jakbyś czegoś potrzebował, to wiesz, gdzie mnie znaleźć. Nie krępuj się i po prostu przyjdź.

Chłopak znów rzucił jej puste spojrzenie, a kiedy nie odpowiedział, uznała, że najwyższy czas wrócić do siebie. Odwróciła się i właśnie wtedy została złapana za nadgarstek. Zatrzymana, spojrzała nań pytająco.

– Zupełnie cię nie rozumiem, DeCerto – wyznał po chwili milczenia. – Byliśmy wrogami, odkąd przeniosłaś się do Hogwartu. Dlaczego teraz mi pomagasz?

– Daj spokój. Nie byliśmy dla siebie tacy okropni, prawda? – powiedziała z uśmiechem.

– Rzuciłem na ciebie Cruciatusa.

– Owszem. – Spoważniała. – Jeżeli chcesz, jutro możemy omówić moje motywy. Ostatnio naprawdę wiele przeszedłeś i potrzebujesz odpoczynku.

Hermiona wróciła do swojego pokoju, zamknęła za sobą drzwi i podeszła do szkolnego kufra. Otworzyła wieko i machnęła różdżką, aby odsłonić sekretny schowek. Wyjęła z niego manuskrypt Peverella. Z książką w ręku podeszła do łóżka i się nań położyła.

Kiedy po raz piąty przeczytała bez zrozumienia ten sam akapit, musiała przyznać, że zupełnie nie może się skupić. Myślami wciąż wracała do dzisiejszych wydarzeń i śpiącego w sąsiednim pokoju chłopaka.

Przez ostatnie dwa lata jej naczelnym celem było pokonanie Voldemorta i zakończenie wojny, którą rozniecił. Razem z przyjaciółmi pracowała nad tym w pocie czoła. To było jej całe życie – walczyć i przetrwać. W ciągu dwóch lat straciła wszystkich bliskich i sojuszników. W ostatecznym rozrachunku została sama, ale pokonali wroga. Straciła wszystko, ale mogła żyć ze świadomością, że ich wysiłek nie zostanie zapomniany. Właśnie wtedy, gdy osiągnęli sukces, los spłatał jej złośliwego figla. Została wysłana z powrotem w przeszłość, żeby ponownie stawić czoła czarnoksiężnikowi, równie okrutnemu i przerażającemu, co zawsze, ale w jakiś sposób innemu. Lord Voldemort był dziwacznym i abstrakcyjnym obrazem wszystkiego, co złe i podłe na świecie. Był najprawdziwszym demonem w ludzkiej skórze. Tom Riddle wciąż był pozbawionym skrupułów mordercą, ale nie brakowało mu człowieczeństwa, przez co nie wiedziała, w jaki sposób poradzić sobie z młodocianym Czarnym Panem. Wbrew rozsądkowi Voldemort był prosty w obsłudze – stanowił uosobienie zła, dlatego też nim gardziła. Riddle był bardziej skomplikowany – owszem, cechował się nikczemnością, ale też pewnego rodzaju wrażliwością; potrafił cierpieć w milczeniu, zarówno ze strony Cartera, jak i Dumbledore'a. Miał swoje słabe strony i w sumie to było dlań bodźcem do działania. Teraz wyrzucała sobie akt miłosierdzia. Oczywiście, wydostanie go z sierocińca, w którym był maltretowany, było słuszną decyzją.

Czy na pewno zasługiwał na pomoc?, pomyślała z wahaniem. Za te wszystkie zbrodnie, których się dopuścił? Albo raczej – których się w przyszłości dopuści?

Zasłużył na cierpienie, a mimo to wyciągnęła do niego pomocną dłoń. I, jeżeli miała być szczera, uczyniłaby to ponownie.

Czy wspieranie Riddle'a, Lorda Voldemorta, było słuszne? Co by powiedzieli chłopcy? Czy, gdyby mogli się odezwać, nazwaliby ją zdrajczynią?

Hermiona potarła nasadę nosa, czując nadchodzący ból głowy. Nienawidziła moralnych dylematów. Sęk w tym, że podjęła decyzję, przekraczając próg sierocińca i poczuwając się do odpowiedzialności. To wręcz groteskowe. Może i miała wyrzuty sumienia, ale nie było już odwrotu. Cóż, czas wypić piwo, którego nawarzyła. Chce, czy nie chce, Tom Riddle zostanie z nią do końca przerwy świątecznej.

Westchnęła.