Ciemność. Stała na środku wrzosowiska. Czuła jak grzęźnie w mgle, a kształty dookoła niej rozmywają się.
- Hermiona…
Odwróciła się na dźwięk swojego imienia. Harry stał obok niej. Miał poszarzałą, zapadniętą twarz i ciemno-zielone oczy.
- Wracaj - powtórzyła, ale poczuła że mówienie sprawia jej wielką trudność - Wracaj, proszę.
Uśmiechnął się smutno.
- Nie umiem.
- Nie chcesz.
- Nie chcę…
Hermiona wyciągnęła w jego kierunku ręce, ale okazało się że nie może go sięgnąć. Poruszała ustami, ale nie dała rady wykrztusić słów.
- Potrzebujemy cię - wychrypiała w końcu.
Znowu uśmiechnął się. Na krótko.
- Tak ci się tylko wydaje - odpowiedział, a ona poczuła jak nagle brakuje jej tchu.

Hermiona zerwała się z łóżka próbując złapać oddech. Sypialnia spowita była w szarości wczesnego jesiennego świtu. Ron przewrócił się na drugi bok. Spojrzała na niego, jakby próbowała oszacować, która rzeczywistość jest tą prawdziwą.
W łazience odkręciła kran płucząc ręce w lodowatej wodzie. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Na twarzy widziała swoje pierwsze maleńkie zmarszczki, jakie pojawiają się tuż przed trzydziestką i wszystkie nieregularne godziny pracy, które wykwitały pod jej oczami z każdym nocnym dyżurem. Umyła twarz i długo wycierała ją szorstkim ręcznikiem zanim wróciła do łóżka. Kiedy kładła się Ron otworzył oczy.
- Co jest? - zapytał zaspanym głosem.
W odpowiedzi pocałowała go w usta. Mruknął z zadowoleniem.

- Weasley, znowu wyglądasz jakbyś nie spała - Matthew minął ją w korytarzu. Podał jej kilka kart pacjentów.
- Madliner, wyglądasz jakbyś spał za dużo - odpowiedziała mu uśmiechając się - Czy nie miałeś nocnego dyżuru.
- Miałem, ale mogę się jeszcze z tobą napić kawy…
- Dzisiaj nie masz zbyt wielu na stanie - powiedział podając jej kubek z kawą - Ta aurorka ze złamaną ręką dostanie wypis. Tak samo ten chłopak z siódemki… Theodor. John zostanie jeszcze kilka dni… Ponoć dzisiaj ma przyjść szef Biura Aurorów…
Hermiona kiwnęła głową. Usiadła na kanapie w pokoju lekarskim.
- A… mój pacjent… Black?
- Niewielka aktywność mózgu. Może to i lepiej, jego ciało musi się zregenerować. Byłem u niego kilka razy w nocy, pilnowałem…
- Dzięki - uśmiechnęła się - To już czwarta doba, powinno zacząć coś się dziać.
- Będzie dobrze - Matthew zdjął swój biały kitel i odwiesił na wieszaku - Głowa do góry Weasley. Cierpliwość…
- I pokora - dodała - Wiem. Masz rację.

Hermiona zajrzała do sali, gdzie leżał Harry. Przystanęła na chwilę przy łóżku, próbując zauważyć jakąkolwiek zmianę w jego twarzy czy sylwetce. Harry nigdy się jej nie śnił. W sumie nie przywiązywała też zbyt wielkiej wagi do snów, ale tym razem obraz drugiego człowieka był na tyle wyraźny i na tyle realistyczny, że nie potrafiła pozbyć się go ze swojej głowy.
- Hermiona? - Marcus Hall, szef oddziału ratunkowego szpitala św. Munga zaczepił ją przy rejestracji - Pozwolisz na chwilę?
Hermiona kiwnęła głową. Ruszyła w jego kierunku.
- Wiem, że ty i Madliner przyjmowaliście tamtej nocy tych aurorów.
- To prawda - kiwnęła głową.
- Jest u mnie Shacklebolt, szef biur aurorów, a Madliner skończył już dyżur. Czy mogłabyś powiedzieć mu kilka słów… na uspokojenie?
- Tylko, ja nie będę miała dla niego dobrych wiadomości.
Hall położył dłoń na klamce swojego gabinetu.
- Domyślam się… - westchnął.

- Panie Shacklebolt, to jedna z naszych uzdrowicielek, Hermiona Weasley. Tamtej nocy przyjmowała…
- Hermiona - Kingsley uśmiechnął się w jej stronę wstając ze swojego miejsca - Zapomniałem, że tu pracujesz.
Wyczuła kłamstwo w jego głosie. Podali sobie ręce.
- Znamy się… z dawnych lat - wytłumaczyła Hermiona szybko.
- Sporo naszych wspólnych przyjaciół zginęło w drugiej wojnie...
Hall usiadł za biurkiem. Wskazał Hermionie miejsce na przeciwko siebie.
- Hermiona zajmuje się częścią aurorów…
- Tak, to prawda - wpadła mu w słowo Hermiona wpatrując się w dawnego znajomego - Ale nie mam zbyt wielu dobrych wieści.
- Dostałem raport - Shacklebolt wytrzymał jej spojrzenie - Powiadomiliśmy już bliskich…
- Dużym problemem jest to, że zaklęcia którymi dostali są nam całkowicie nieznane - Hermiona powiedziała szybko - W przypadku niektórych rozpoczęliśmy znane i sprawdzone procedury, ale nie przynoszą żadnych skutków.
- Od dawna podejrzewaliśmy, że magia jaką używają nasi przeciwnicy nie jest jeszcze do końca znana.
- Mogę jednak zapewnić, że aurorzy otrzymują tu najlepszą opiekę - wtrącił Hall - Będziemy raportować na bieżąco.
- Obecnie na oddziale znajdują się cztery osoby. Dwóch z nich niebawem dostanie wypis, a ich stan polepsza się z godziny na godzinę - ciągnęła Hermiona - Myślę, że mimo wszystko powinien pan do nich zajrzeć.
Kingsley pokiwał głową. Podniósł się z krzesła.
- Czy wskażesz mi sale? - zwrócił się do Hermiony.
- Nie wiem czy to dobry moment na odwiedziny… - zaczął Hall.
- Jeden z aurorów jest nadal nieprzytomny - dodała Hermiona nie ruszając się z miejsca - Aurorka z grupy podała jego dane, jednak myślę, że warto powiadomić jego bliskich i uzupełnić akta. Jego stan jest krytyczny.
- Jak się nazywa?
- Syriusz Black. Nic więcej nie wiemy.
Kingsley spojrzał na nią. Zorientował się, że wie.
- Panie ordynatorze - Shacklebolt zwrócił się do Halla - mimo wszystko chciałbym się zobaczyć z aurorami…
Hall westchnął. Również podniósł się zza biurka.
- Zapraszam - wskazał drzwi.

Hermiona została sama na korytarzu. Szukała sobie pretekstu, aby odciągnąć Shacklebolta od dyrektora oddziału, ale nie potrafiła nic wymyślić żeby nie wzbudzać zbyt dużego zainteresowania. Zza przymkniętych drzwi dochodziły głosy Kingsleya i Stevensa - młodego chłopaka, który kilka dni temu w walce stracił nogę. Wciąż miała przed oczami jego zmasakrowaną twarz kiedy przywieźli go tamtej nocy na oddział.
- Wskażę salę gdzie jest Syriusz Black, pana podwładny - powiedziała kiedy tylko Kingsley wyszedł z sali.
- Nie chcę… - zaczął Shacklebolt rozglądając się po korytarzu.
- Jest nieprzytomny, a stan jest ciężki…
- Hermiono - przerwał jej spokojnie - oboje wiemy jak naprawdę nazywa się twój pacjent. Bardzo mi przykro, że ucierpiał…
- Żartujesz! - przerwała mu głośno.
Na tyle głośno, że pielęgniarki z rejestracji spojrzały w ich stronę.
- Bardzo mi przykro, że ucierpiał… - powtórzył naciskając na każdą sylabę - I chociaż wiem, że jesteś wspaniałą uzdrowicielką powinnaś rozważyć przekazanie go komuś innemu.
Hermiona prychnęła z niedowierzaniem.
- Przepraszam, ale ty naprawdę żartujesz.
Kingsley schował dłonie w kieszeniach szaty.
- Ufam, że będziesz mnie powiadamiała o dalszym stanie pacjentów… - powiedział i odsunął się na kilka kroków.
- Poczekaj - dodała ciszej - czy możemy porozmawiać chociaż przez chwilę?
- Nie powiem ci zbyt wiele.
- Wiedziałeś, że Harry zmienił… tożsamość? Przecież rozmawiałam… byłam u ciebie…
Shacklebolt westchnął.
- Wiedziałem. Jest moim pracownikiem.
- I nic? - wypaliła.
- Syriusz Black jest jednym z moich aurorów - Shacklebolt znowu użył wypracowanego, spokojnego tonu - jest moim aurorem i chcę żeby tak zostało. A teraz wybacz. Wzywają mnie obowiązki.
Odszedł na kilka kroków.
- A co jeśli powiem prawdę?
Kingsley odwrócił się w jej stronę.
- Prawdę? Na razie zrób wszystko żeby się wybudził.

Było tuż przed północą kiedy Hermiona weszła do domu. Ron siedział w fotelu w salonie przekładając papiery i licząc rachunki ze sklepu. Przyglądała się jego pochylonej sylwetce i skupieniu w jakim spisywał kolejne cyferki w kolumnach. Oświetlały go płomienie z kominka, wokół którego kiedyś ustawili trzy, lekko podniszczone fotele. Ron podniósł głowę czując widocznie jej wzrok na sobie.
- Co? - uśmiechnął się.
Pokręciła głową. Próbowała odwzajemnić uśmiech.
- Patrzysz się na mnie - bąknął cicho i znowu wrócił do cyfr w kolumnach - A ja muszę jutro zamówić dostawę…
Podeszła do niego cicho i wyjęła mu z rąk kartki papieru. Nachyliła się i pocałowała go w usta.
- Coś się dzieje? - zapytał odgarniając jej włosy z twarzy.
W odpowiedzi pocałowała go jeszcze raz. Usiadła mu na kolanach.
- Dawno się nie widzieliśmy - powiedziała cicho - Bardzo dawno.
- Dużo pracujesz.
Kiwnęła głową.
- Wiesz jak jest… - powiedziała nie bardzo wiedząc co innego może mu przekazać.
- Jak aurorzy? Ginny mówiła…
Hermiona znowu pocałowała Rona. Tym razem jednocześnie sięgnęła do paska jego spodni.
- Ginny jest w swoim pokoju - odpowiedział szybko chwytając ją za nadgarstki - James śpi.
Wstała. Spojrzała jeszcze na niego, ale Ron szybko odwrócił wzrok. Westchnęła lekko i bez słowa wyszła z salonu.

James krzyczał w niebogłosy kiedy weszła do kuchni. Siedząc na swoim krzesełku do karmienia walił metalową łyżeczką w blat. Ginny krzątała się przy szafkach.
- Nie zwracaj na niego uwagi, to terror dwulatka - zawołała Ginny od progu przekrzykując małego.
- Co się dzieje? - Hermiona nachyliła się lekko w kierunku chłopca.
James przestał krzyczeć widząc zbliżającą się do niego twarz. Wyciągnął rączki w jej kierunku czując, że Hermiona może być ratunkiem w wyzwoleniu go z siedziska.
- Molly będzie za pół godziny - wydyszała Ginny.
Zauważyła, że na jej eleganckiej bluzce są plamy z dziecięcej kaszki. Ostatnie znaki buntu Jamesa.
- Niech to szlag, idę się przebrać - warknęła.
James znowu wyciągnął rączki w kierunku Hermiony. Ta spojrzała za wychodzącą Ginny i wzięła chłopca na ręce.
- Miona - dwulatek uśmiechnął się szeroko.
- Napijmy się kawy - odpowiedziała mu jak dorosłemu.
Z chłopcem na rękach wyjęła z szafki kubek.
- A ja też dostanę?
Ron zaskoczył ją obejmując od tyłu. Pocałował ją w policzek i zmierzwił Jamesowi czarne włosy. Maluch teraz wyciągnął rączki do wujka.
- I w ten sposób go rozpieszczasz - zawyrokowała Ginny wpadając do kuchni w innej bluzce.
Ron właśnie zabawiał Jamesa podrzucając go lekko do góry.
- Co chce to ma - burknęła Ginny.
- Specjalistka od wychowywania dzieci - mruknął Ron wsadzając Jamesa do fotelika.
Młody głośno zaprotestował.
- Większa od ciebie - odgryzła się.
James zaczął krzyczeć. Ginny obrzuciła syna wściekłym spojrzeniem i wyjęła chłopca z krzesełka. Nadal głośno zaprotestował.
- Tylko się wtrącasz - rzuciła wychodząc z kuchni.
Słychać było jak krzyk Jamesa cichnie wraz z każdym jej krokiem. Ron spojrzał na Hermionę, która stała milcząc przy szafce.
- Nie patrz tak na mnie - warknął w jej stronę.
Podniosła ręce w geście poddania się. Ron ze złością zaczął przygotowywać sobie kanapki.
Nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Coraz częściej dochodziło do drobnych spięć, a z okrutną regularnością powracał również temat ich dzieci. Na początku, kiedy tylko zdecydowali się na wspólne życie Ron powiedział jej kiedyś, że nie wyobraża sobie życia bez dużej rodziny. Pokiwała wtedy głową w odpowiedzi. Tak naprawdę nie miała pojęcia co to oznacza ta "duża rodzina". Od wielu miesięcy nie widziała przestrzeni dla siebie, co dopiero dla "swojej" rodziny. Mając Ginny i Jamesa w sąsiednim pokoju czuła się często jak współlokatorka we własnym domu. Kiedyś raz zasugerowała Ronowi, że może to najwyższa pora, aby jego siostra znalazła sobie własne lokum - ich wymiana zdań skończyła się przykrą awanturą. Temat jednak wisiał w powietrzu. Żyjąc w tak dziwnym układzie dusili się od miesięcy.
- Mam dzisiaj nocny dyżur - Hermiona w końcu odezwała się cicho.
Ron wzruszył ramionami.
- Masz dużo dyżurów.
Hermiona miała ochotę trzasnąć drzwiczkami szafki. Spojrzała na niego wymownie, ale Ron nawet nie zaszczycił ją spojrzeniem.
- Ron? - odezwała się w końcu.
- No co? - znowu wzruszył ramionami - Przecież stwierdziłem fakt.
Spojrzał na nią, a jego wzrok przypominał wzrok rozgniewanego dziecka. Nie miała siły na kolejną przykrą wymianę zdań.
- Molly będzie za pół godziny - dodała.

- Nie za wcześnie na drugą zmianę? - Matthew powitał ją w pokoju uzdrowicieli - Jest dopiero… trzynasta.
- Mnie tu nie ma - mruknęła odwieszając płaszcz do szafy.
Nałożyła biały kitel.
- Chcesz się ścigać o miano pracownika miesiąca?
Hermiona obrzuciła go spojrzeniem.
- To nie jest śmieszne - powiedziała lodowato.
Kiwnął tylko głową i pochylił się nad grubą teczką papierów, która leżała przed nim na biurku. Zrobiło jej się głupio. Przysunęła sobie krzesło i usiadła dokładnie naprzeciwko.
- Chcesz kawy? - zapytała po chwili.
Popatrzył na nią cierpliwie.
- Co tym razem?
- Życie - wzruszyła ramionami - Choroba zwana dorosłością.
- Wiesz, że wyglądasz jakbyś wzięła na siebie za dużo?
Znowu wzruszyła ramionami.
- Mówię poważnie - dodał Matthew - Śmiertelnie poważnie.
- Co na oddziale? - przerwała mu.
- Bez zmian. Ale w nocy zajrzyj do dwójki chłopców - Robert i Michael. Trafili dzisiaj na oddział. Pięć lat. Matka podejrzana o otrucie własnych dzieci, bo od razu trafiła na oddział dla niepoczytalnych. Chłopcy wyjdą z tego.
Hermiona kiwnęła głową.
- Nie mam najlepszej praktyki z dziećmi.
Matthew uśmiechnął się.
- Daj spokój, poradzisz sobie świetnie.
Hermiona wstała i przeszła się po pokoju. Aby ukryć swoje skrępowanie wzięła pierwszą lepszą książkę z półki i otworzyła ją na jakiejkolwiek stronie.
- A jeśli nie? Nie wszyscy…
Do pokoju zajrzała pielęgniarka. Skinęła na Matthew.
- Już idę - rzucił w jej kierunku.
Hermiona przekartkowała kilka stron próbując zająć czymś dłonie i ukryć się za książką.

- Przepraszam, doktor Weasley?
W pokoju uzdrowicieli pojawiła się wysoka blondynka. Hermiona od razu poznała dziewczynę, którą dwa tygodnie temu wypisała z oddziału.
- Jennifer - uśmiechnęła się na widok pacjentki - siadaj. Jak ręka?
- Sprawna. Pozwolili mu już nawet wrócić do pracy.
Jennifer usiadła na przeciw Hermiony po drugiej stronie biurka.
- To chyba dobrze, prawda?
Jennifer kiwnęła głową. Obie zamilkły.
- Napijesz się czegoś? - rzuciła Hermiona próbując przerwa krępującą ciszę.
Wstała podchodząc do szafki nad którą lewitował parujący czajnik.
- Chciałam zapytać o Syriusza.
Hermiona spojrzała na nią uważnie.
- Niewiele mogę ci powiedzieć.
- Wiem, że macie procedury, ale… - Jennifer zaczęła błagalnym tonem.
- To nie tak - przerwała jej Hermiona - Niewiele ci mogę powiedzieć. Jest bez zmian.
- Wiesz… - zaczęła Jennifer spokojnie zaglądając jej w oczy - Chcemy dotrzeć do tego co to było za zaklęcie. Chcemy dowiedzieć się czego na nas użyto. Musimy dowiedzieć się co to była za magia.
- Rozumiem.
Hermiona nalała kubek kawy i postawiła go przed kobietą. Obeszła spokojnie biurko i usiadła zakładając nogę na nogę.
- To było dziwne. W pierwszej chwili podaliśmy Harry'emu srebro koloidalne i ekstrakt z męczennicy cielistej.
- Harry'emu?
- Syriuszowi - Hermiona poprawiła się machinalnie - Męczennica cielista zazwyczaj ma szybkie działania odtruwające, a srebro powinno oczyścić ranę od uroków. Rzecz w tym, że zaklęcie tak jakby zatruło krew…
Jennifer zanotowała kilka słów w małym notatniku.
- Pewne starożytne zaklęcia i uroki miały podobne zadania. Miały zniszczyć człowieka od środka…
Hermiona pokiwała głową.
- Pomyślałam tak samo, więc włączyliśmy leczenie odtruwające…
Jennifer znowu zanotowała kilka słów. Obie milczały.
- Kingsley poprosił mnie, abym zbadała sprawę - powiedziała w końcu Jennifer - mają mnie przenieść na jakiś czas do Londynu.
- Nie cieszysz się?
- Wczoraj na przedmieściach Edynburga znowu znaleziono martwego czarodzieja. Zamiast krwi miał czarną maź. Czy moje bycie tutaj rozwiąże problem?
Hermiona zamilkła.
- Jakie szanse ma Syriusz? - zapytała w końcu Jennifer.
- Szanse?
- Na to, że się wybudzi.
- Nie wiem.

Jennifer stała przy łóżku Harry'ego tępo wpatrując się w jego kartę informacyjną. Hermiona uchyliła lekko drzwi sali i nie przekraczając progu przyjrzała się chwilę pochylonej sylwetce kobiety. Jennifer miała w sobie coś znajomego - coś podobnego do tego co chował w sobie Harry. Czy byli blisko? Czy kiedykolwiek zdradził się z tym, że jest ojcem?
"Przystojny i cholernie inteligentny" powiedziała kiedyś o nim Jennifer. Byli razem?
- Niestety po dziewiętnastej pielęgniarki wygonią cię z sali - powiedziała w końcu Hermiona.
Jennifer drgnęła spłoszona.
- Jasne - wymamrotała zakłopotana.
Hermiona poczuła, że musi się wycofać, chociaż miała ogromną ochotę stanąć obok nich. Ale przecież jest uzdrowicielką, dla której Syriusz Black był zwyczajnym, kolejnym pacjentem.

Pierwsza w nocy. Na sali numer dziewięć było pusto. Hermiona rozejrzała się po pomieszczeniu i dopiero w rogu dojrzała jedno łóżko na którym leżały dwa małe chłopięcej ciałka. Chłopcy oddychali równomiernie śpiąc przytuleni do siebie. Chociaż mieli oddzielne łóżka, to widać było że strach i samotność sprawiła, że chcieli być jak najbliżej siebie. Na obu chłopięcych policzkach widać było zieloną wysypkę, a ich rączki pokrywały ropiejące bąble o szaro-zielonej skorupie.
Jeden z nich poruszył się niespokojnie przez sen. Drugi otworzył oczy. Widząc Hermionę znieruchomiał. Hermiona uśmiechnęła się.
- Śpij, nic się nie dzieje - wyszeptała przykrywając go kocem z drugiego łóżka.
Chłopiec podciągnął koc po brodę i zamknął oczy.
Hermiona usiadła na łóżku obok i popatrzyła na ich uśpione sylwetki.

Gdyby ktoś kilka lat temu zapytał ją jak wyglądałoby jej dorosłe życie - powiedziałaby pewnie, że będzie miała dom, rodzinę i życie wypełnione przyjaciółmi do grobowej deski. Chciała mieć dzieci, ale miała w sobie ogromne poczucie, że nie poradzi sobie z tym zadaniem. Nawet jeśli przeczyta wszystkie możliwe książki dotyczące wychowania - to i tak okaże się złą matką. Zwyczajnie - złą matką.
Ron tego nie rozumiał. Dla niego bycie ojcem było jak coś nieuchronnego i naturalnego zarazem. Harry nigdy o tym nie mówił, ale czuła, że bał się tak samo jak ona. Odpowiadał, że nie wybiega tak daleko w przyszłość. Pamięta, jak razem z Ginny powiedzieli im, że spodziewają się dziecka. Wydawali się szczęśliwi. Kiedy na świecie pojawił się James poczuła się strasznie dziwnie. Tak jakby cała rodzina Wasley'ów zaczęła spoglądać na nią jak na "następną w kolejce". Poczuła, że wycofuje się z życia rodzinnego - że woli wziąć dwa razy więcej dyżurów w szpitalu niż odwiedzić ukochaną Molly w dniu jej urodzin i zasiąść z Weasley'ami przy wspólnym stole. Czy to oznacza, że to już jest "ten czas"? - myślała wtedy. I chociaż planowali z Ronem ślub to jednak wydawało jej się, że temat macierzyństwa nie będzie jej jeszcze dotyczył. "Życie nie będzie na ciebie czekało" mówił zawsze jej tata. Powtarzał to, kiedy przynosiła słabszą ocenę i tym jednym zdaniem sprawiał, że zaciskała zęby i pracowała dwa razy ciężej.
- Coś jest nie tak z pacjentem z szóstki. Wiem, że się nim zajmujesz.
Hermiona odwróciła się w stronę drzwi. W progu stała Greta - jedna z pielęgniarek.
- Co się dzieje? - zapytała szybko Greta skinęła na nią i wyszła na korytarz.

- Nie chce wrócić - powiedziała Greta, kiedy Hermiona weszła do sali Harry'ego.
Przy jego łóżku paliła się jedynie mała lampka.
- Wiem.
Greta parsknęła śmiechem.
- Od trzech dni przestaliśmy podawać mu eliksir usypiający. Źrenice już reagują na światło, więc mózg jest gotowy do wybudzenia. Według badań we krwi pozostało tylko trzynaście procent trucizny po zaklęciu zatruwającym, którym go potraktowano…
- Wiem o wszystkim - przerwała jej Hermiona - Sama zadecydowałam o zaprzestaniu podawania eliksiru. Do czego zmierzasz?
- I… już jest.
- Słucham?
- No właśnie - Greta uśmiechnęła się - Musiałam to sprawdzić i teraz wiem, że ciebie słucha.
Hermiona skrzyżowała ręce na piersi. Stała naprzeciw łóżka nie zbliżając się do Harry'ego.
- O czym ty mówisz?
- Powinien wrócić do swojego ciała, ale nie może się zdecydować. Widzę go, jak krąży. Pojawia się podczas obchodów i słucha…
- No i…? Co możemy zrobić? To jego decyzja.
- Nie rozumiesz. On pojawia się tylko jak ty jesteś. Jak przychodzę do niego sama to jest inaczej. Nie wiem gdzie wtedy jest, ale nie tutaj… Dzisiaj kiedy odwiedziła go ta dziewczyna… też go tu nie było.
Hermiona zastygła w bezruchu. Greta podeszła do ciała Harry'ego i chwyciła go za nadgarstek badając puls.
- Jest inny - spojrzała na niego - Nie chcę się wtrącać, ale… Wiem, że się znacie. Widzę.
Hermiona pokręciła głową.
- Greto… - zaczęła powoli.
- Widziałam różne rzeczy - Greta przerwała jej - Widziałam różne przypadki i różnych pacjentów. Ale w naszej pracy najważniejsze jest ratowanie życia.
- Wiem, ale jeśli ktoś wyrzekł się życia?
Hermiona spojrzała na Gretę. Kobieta uśmiechnęła się.
- Doktor Weasley, jest pani uzdrowicielem…?
Dziewczyna kiwnęła głową.
- To uzdrawiaj. On ciebie słucha. Spróbuj.
Hermiona spojrzała nieufnie na Gretę. Sięgnęła do dłoni Harry'ego. Chwyciła ją i przymknęła oczy. Poczuła jakby wraz z dotykiem coś wessało ją do innego wymiaru.
Otworzyła oczy, ale nadal siedziała na łóżku.
- Gdyby coś się działo, jestem obok - usłyszała słowa Grety i znowu zamknęła oczy.
Ogarnęła ją ciężka ciemność. Znajdowała się na środku niczego. Tak jak we śnie, który prześladował ją od dwóch tygodni, tyłem do niej stał on.
- Harry… - zaczęła cicho, tak jak zawsze.
Odwrócił się. Miał poszarzałą, wychudzoną twarz. Pokręcił głową.
- Wracaj.
Parsknął śmiechem. Ruszył w jej kierunku i zbliżył się na odległość kilku centymetrów.
- Wracaj - powtórzyła - Proszę.
Znowu pokręcił głową. Spojrzał jej w oczy, a ona poczuła jakby w jej głowie miała miejsce mała eksplozja.
Otworzyła oczy, po policzkach ściekały jej łzy, a Greta trzymała ją za ramiona.
- Żyjesz? Hermiona kiwnęła głową. Greta kucnęła obok.
- Pacjenci przeważnie są jak wampiry energetyczne. By wyzdrowieć potrzebują więcej energii więc zabierają ją od uzdrowicieli. Ale on właśnie podarował ci swoją. Brakowało ci, więc oddał.
- Co?
- Widziałam. Skrócił właśnie swoje życie o jeden dzień.
- Nie chciałam tego…
- Wiem.
Hermiona obserwowała ją pytającym spojrzeniem, ale Greta odeszła od szpitalnego łóżka.
- Greto? - Hermiona zawołała za kobietą - Wytłumacz mi.
Wytłumaczę - Greta odwróciła się - Ale…
Kobieta spojrzała na bezwładnie leżące, nieprzytomne ciało Harry'ego.
- Pogadaj z nim. Lepiej żeby kiedyś się obudził.
Hermiona pokręciła głową.
- Nie umiem.
Przepraszam, ale naprawdę… Greta spojrzała na zegarek na nadgarstku.
- Dzisiaj będzie bardzo spokojna noc - powiedziała zostawiając ich samych - Rozmowa bardzo dobrze wam zrobi.
Wychodząc zamknęła drzwi od szpitalnej sali.

Hermiona przysunęła sobie krzesło do łóżka Harry'ego. Westchnęła lekko i spojrzała na wychudzoną dłoń leżącą bezwładnie na łóżku. Nie miała odwagi jej dotknąć. Przeczesała wzrokiem salę i rozsiadła się wygodniej. Spojrzała na zegarek. Minęła druga w nocy.
- Nie wiem co mam ci powiedzieć - usłyszała własny głos - Naprawdę nie wiem.
Przesunęła lampkę, tak aby dawała mniej ostrego światła na jego twarzy. Przecież tak naprawdę niczego się nie spodziewała.
- Na sali obok leży dwójka chłopców. Pięcioletnich, chłopców którzy cierpią na zatrucie jakimiś podejrzanymi eliksirami, które podała im ich matka.
Hermiona poczuła jak w jej ciele zbiera się złość.
- Ale w sumie ty mógłbyś być prezesem klubu beznadziejnych rodziców - powiedziała głośniej - I cieszę się, że nie możesz mi nic odpowiedzieć, bo chyba zrobiłabym ci krzywdę…
Hermiona przerwała nagle.
- Chciałabym być mamą - dodała - Ale bardzo boję się, że będę w tym gorsza niż ty.
Przymknęła oczy. Stała na środku wrzosowiska.
- Ty byś nie uciekła - usłyszała za sobą.
Odwróciła się. Stał tuż za nią i uśmiechał się. Wyciągnęła nawet do niego ręce.
- Harry… - zaczęła.
Obudził ją hałas zrzucanej na podłogę tacki z lekami. Pielęgniarka przepraszającym wzrokiem zbierała potłuczoną fiolkę z eliksirem. Hermionę oślepiło światło.
- Która godzina? - wychrypiała.
Ktoś przykrył ją kocem. Zasnęła podpierając się na łokciach.
- Za dwadzieścia szósta - wymamrotała pielęgniarka.
Hermiona spojrzała na Harry'ego. Przez ułamek sekundy miała wrażenie, że się uśmiechnął.