- Chcesz usłyszeć dobrą wiadomość? - zaczął Matthew wchodząc do gabinetu lekarskiego.
Hermiona siedziała przy biurku wypełniając karty.
- Że chcesz za mnie to skończyć? - pokazała palcem na stos teczek, które wymagały uzupełnienia.
- Nie - Matthew opadł na fotel - Za trzy tygodnie święta!
Hermiona skrzywiła się lekko.
- Żadnego entuzjazmu?
- No jakoś…
Po korytarzu przebiegła dwójka pięciolatków, słychać było ich głośny śmiech przerwany po chwili głośnym sprzeciwem jednej z pielęgniarek.
- I wyjadę z Londynu na kilka dni… - dodał Matthew zaglądając przez otwarte drzwi na korytarz.
Do pokoju lekarskiego wbiegł pięcioletni Robert, prawie wpadając w uchylone drzwi.
- Chowaj mnie! - wydyszał znajdując sobie kryjówkę przy regale na dokumenty - Chowaj mnie szybko!
- To szybko! - Matthew rzucił się w kierunku chłopca udając w głosie jego przejęcie.
Zasłonił Roberta białym kitlem, kiedy w tym samym momencie do gabinetu wbiegł Michael - jego brat bliźniak. Hermiona i Matthew wymienili rozbawione spojrzenia widząc, że drugi pięciolatek jest bardziej zaskoczony obrotem sytuacji.
- Nie ma tu…
Biały kitel zachichotał trzęsąc się lekko. Michael rozjaśnił się w jednej sekundzie.
- Chłopcy! - pielęgniarka pojawiła się w drzwiach gabinetu - Do sali! Przepraszam, ale nie da się ich upilnować.
- Nic się nie dzieje… - przerwała jej Hermiona.
Kitel znowu zachichotał.
- Przeszkadzacie - pielęgniarka pogroziła palcem w kierunku chłopca.
- Ale tu nikogo nie ma… - Matthew bardziej zasłonił schowanego Roberta.
Michael wybuchnął śmiechem. A pielęgniarka srogo spojrzała w kierunku uzdrowiciela.
- Panie Madliner, ja bardzo proszę…
Przyłapany na gorącym uczynku Matthew odsłonił Roberta.
- Idziemy do sali!
- Chwilka… - Hermiona przerwała jej - spójrzmy na blizny, skoro już tu jesteście, co?
Pielęgniarka poczuła, że jest na przegranej pozycji, kiedy Matthew zaprosił dwójkę pięciolatków na kanapę. Zniknęła w głębi korytarza kręcąc głową. Hermiona podeszła do bliźniaków przyglądając się ich niewielkiem bliznom na policzkach.
- Boli? - zapytała kucając naprzeciw nich.
Obaj pokręcili głowami. Zielona skorupa już prawie zeszła, odkrywając niewielkie blizny.
- Czasem piecze - wymamrotał Michael po chwili - szczególnie po maści.
Matthew włożył im do rączek po piernikowej traszce.
- Nie mówcie nikomu - mrugnął do nich.
- To może będziemy używać innej maści? Co pan myśli, panie uzdrowicielu? - dodała Hermiona.
- Koniecznie. Takiej która nie będzie piekła.
- A jak będzie? - Michael spojrzał na nich nieufnie.
- Będziemy szukać.
- Ale teraz już do sali! - pielęgniarka pojawiła się w drzwiach poganiając ich dłonią.
- Przyjdziesz do nas? - zapytał cicho Robert patrząc na Hermionę.
- Przyjdę - dodała. - To dobrze… Odprowadziła maluchów wzrokiem.
- A mówiłaś, że nie jesteś dobra jeśli chodzi o dzieci… - zaczął Matthew sięgając po kolejną piernikową traszkę - Ciasteczko?
Pokręciła głową i usiadła za biurkiem.

Wychodząc z pokoju uzdrowicieli spojrzała na zegarek. Od godziny miała być w domu, mieli zjeść z Ronem kolację.
Przeszła przez korytarz. Drzwi do sali gdzie leżał Harry były uchylone. Przy łóżku siedziała znajoma blondynka. Hermiona przytrzymała się dyskretnie nie przekraczając progu sali.
Byli razem? Byli blisko? Czy daleka znajoma przychodziłaby tak często w odwiedziny do kolegi z pracy?
Potrząsnęła głową. To nie twoja sprawa - pomyślała.
Starała się ostatnio ograniczać swój czas spędzany przy łóżku Harry'ego. Starała się zachować profesjonalny dystans. W końcu życie musi zacząć toczyć się dalej, a ona czuła, że musi odnaleźć się w nim na nowo. Śnił jej się znowu. Nic nie mówił, tylko patrzył na nią i uśmiechał się. Był znajomy, ale jakoś dziwnie znajomy.
Kingsley nie pojawił się więcej na oddziale. Chociaż Hall wyraźnie naciskał, żeby ten spróbował powiadomić rodzinę pacjenta. Hermiona milczała, a Kingsley wykręcał się okrągłymi zdaniami. W sumie, co innego miał powiedzieć - pomyślała później.

- Mugole mogą wykręcać się tym, że stali w korku w drodze do domu. Jakie ty masz usprawiedliwienie? - zaczął Ron kiedy pojawiła się w kuchni.
Stał przy kuchence, a na stole czekały przygotowane talerze do kolacji.
- Przepraszam - powiedziała z westchnieniem.
Hermiona zdjęła z ramienia torbę i opadła ciężko na krzesło przy stole.
- Korki w teleportacji? - rzucił przez ramię.
- Powiedziałam, że przepraszam.
Ron odwrócił się w jej stronę i zmierzył ją spojrzeniem.
- Co jest?
- Nic.
- Wiesz, że to zawsze ty pytasz mnie "co jest?", a ja odpowiadam "nic"?
- Nic, jestem zmęczona - dodała.
- Wróciłem wcześniej, myślałem że będzie miło.
Zrobił kolację, a ona tego nawet nie zauważyła.
- Ron…
- Jesteś głodna?
Odwrócił się do niej plecami. Poczuła się głupio. Głupio to wszystko wyszło. Podeszła do niego i nieśmiało przytuliła się do jego pleców. Nie poruszył się.
- Pacjenci? - zapytał - Trochę tak… Tak…
Milczeli chwilę.
- Przepraszam - dodała - Gdzie Ginny i James?
- U mamy.
Ron odwrócił się w końcu do niej i pocałował ją w usta.
- Jesteśmy sami i myślałem żeby to wykorzystać. Hermiona oddała mu pocałunek. Jakieś dwa miesiące temu oddałaby wszystkie pieniądze za chwilę bycia tylko z nim, ale dzisiaj miała wrażenie, że przed oczami przesuwa jej się zbyt wiele obrazów żeby mogła być z nim naprawdę sama.
- To jesteś głodna? - zapytał uśmiechając się.
- Trochę.
- Bo już całkowicie wystygło…
Przerwała mu. Pocałowała go znowu i sięgnęła do jego spodni rozpinając mu pasek. Ron chwycił ją za ramiona i posadził na kuchennej szafce. Poczuła jak wkłada dłonie pod jej bluzkę.
Trzeba to zrobić, nie uprawiali seksu od tygodni - przeszło jej przez myśl.
Ogarnęło ją jakieś okropne zmęczenie. Poczuła się głupio kiedy nagle odkryła przed sobą, że na siłę próbuje włożyć w kolejne pocałunki jakąś zachłanność i zaangażowanie. Jest nieuczciwa. Omija prawdę od tygodni, a teraz to już jest okrutnie nieuczciwa…
- Ron, poczekaj - przerwała.
Odsunął się na kilka centymetrów. Zobaczył jej wyraz twarzy.
- Dobra, ale teraz to nie wiem o co ci chodzi.
- Ja… - zaczęła powoli - ja…
Wkurzył się. Zobaczyła to w ułamku sekundy.
- Jesteśmy sami, staram się być miły… - warknął nagle - Powiedz mi czego chcesz tym razem?
- Ron, to nie tak… - wydukała.
Chciał odejść, ale chwyciła go za rękaw koszuli.
- Pierdol się - wyrwał jej się gwałtownie.
Po chwili usłyszała jak trzaska drzwiami.

Stwierdziła, że zrobi wszystko żeby zasnąć. Po prostu zasnąć w swoim łóżku i przestać myśleć. Usiadła na skraju i spojrzała za okno. Widać było jak latarnia oświetla pustą ulicę przed ich domem.
- Niech by cię szlag trafił - powiedziała na głos.
Usłyszała jego dźwięk i złość ukrytą w każdym zdaniu.
- Mnie? - usłyszała w swojej głowie.
Zamrugała, bo miała wrażenie, że w cieniu, obok komody i ciężkich granatowych zasłon stał Harry. Ukryła twarz w dłoniach.
- Oszalałam - dodała cicho.
- Nie, nie oszalałaś. Ale mogłabyś zacząć więcej mówić co cię gryzie.
Podniosła głowę. Harry stał obok i patrzył na nią przenikliwie.
- Ciebie tu nie ma - zaczęła powoli i nagle zebrało jej się na płacz. Bezgłośny szloch próbował wyrwać się z jej gardła, ale zamiast niego po policzkach zaczęły kapać łzy - Dlaczego ciebie nie ma?
Podszedł i kucnął obok. Wydawał się wyglądać odrobinę lepiej.
- Powiedz mu.
- Nie mogę.
- Powiedz… Będzie Ci lepiej.
- On cię nie znosi… On… - wykrztusiła dławiąc się łzami.
- To Ron, zrozumie… Zaczęła głośno płakać i ukryła twarz w dłoniach zwijając się w kłębek.
- Hermiona… - poczuła jak dotyk na swoich ramionach - Jezu, co się dzieje.
Ron chwycił ją i przytulił mocno do siebie. Leżała na łóżku, a on siedział obok i próbował ją podnieść. Miała policzki mokre od łez.
- Płakałaś przez sen - wymamrotał z zakłopotaniem.
- Ja… przepra… ja…
To był sen. Nie oszalała. Pocałowała go mocno w usta przerywając jego wyjąkany potok słów. Był zaskoczony, ale po chwili oddał pocałunek. Machinalnie zdjęła z niego koszulę i popchnęła na łóżko. Nie oszalała. Tym razem zrobiła wszystko żeby pokazać mu jak bardzo go teraz pragnie. Włożyła w to bardzo dużo energii. Nic nie mówili. Po wszystkim, upewniając się, że Ron już śpi wstała z łóżka. Rozejrzała się po pokoju czując jakby mogła być przez kogoś podglądana.
W łazience przemyła twarz zimną wodą.
Oszalała.

Wstać rano. Umyć się. Minąć Ginny w kuchni. Po drodze uśmiechnąć się do Jamesa, który właśnie skończył swoje poważne dwa i pół roku życia. Kruczoczarne włosy rosły mu z jakąś zdwojoną prędkością. Siedział w dziecięcym krzesełku, a dwie maskotki smoków lewitowały przed nim spokojnie. Wyciągał w ich stronę rączki.
- James, przestań! - przerwała wszystko ostro Ginny. Smoki opadły na stolik.
- To chyba dobrze, że… - zaczęła Hermiona próbując się uśmiechnąć - Pewnych zdolności nie powstrzymasz.
- Ostatnio za dużo jest tych zdolności - westchnęła Ginny - Przedwczoraj jak byliśmy u mamy, bez przerwy bawił się w ten sposób. Molly jest oczywiście zachwycona, ale… No wiesz… On trochę tego nie… nie kontroluje.
W okno zapukała sowa. Hermiona uchyliła je odbierając "Proroka Codziennego". Na pierwszej stronie zobaczyła zdjęcie Kingsleya.
- Słyszałam o tym - powiedziała Ginny zerkając na gazetę - Nadal nie ma postępów w sprawie ataków pod Edynburgiem. Pewne przecieki z biura aurorów mówią, że… że niedługo możemy spodziewać się tego samego pod Londynem.
- Myślałam, że nie zajmujesz się…
- Nie zajmuję się. Kolega o tym pisał.
Hermiona sięgnęła po pełny kubek z kawą. Parująca kawiarka wróciła na swoje miejsce na kuchence. Milczały przez chwilę obserwując jak James karmi kawałkami jabłka maskotkowego smoka. Smok poruszył się i zamrugał.
- Chciałabym się ciebie poradzić - zaczęła po chwili Ginny.
- Hm…?
Hermiona pomyślała, że musi bardziej popracować nad tym żeby nie okazywać po sobie żadnych uczuć. Albo na przykład wypracować neutralne zainteresowanie. Jak to się robi?
- Chciałabym… - Ginny spuściła wzrok - Chciałabym… Spotykam się z kimś.
Żadnych uczuć.
- To… chyba świetnie - Hermiona uśmiechnęła się sztucznie - Nie… nie mówiłaś.
- To kolega z pracy - Ginny zawstydziła się lekko - W sumie to on napisał ten artykuł.
Hermiona spojrzała na ruchome zdjęcie Kingsleya i poczuła jak rośnie jej ciśnienie. Autorem był Olivier Brown.
- Chciałabym żeby… Chciałabym go zaprosić na świąteczny obiad - wypaliła w końcu. - Długo o tym myślałam. Znamy się długo, a od kilku tygodni… No wiesz. On wie, że jest James, wie… Lubię go. Tyle.
- Cieszę się. Ginny, to… to naprawdę świetnie. Oczywiście, że powinnaś go zaprosić.
- Naprawdę? - twarz dziewczyny pojaśniała.
Hermiona roześmiała się. Tym razem szczerze.
- Oczywiście. James go lubi? - zaczęła powoli.
- Jak na razie ich ulubionym wspólnym zajęciem jest bieganie i uciekanie od siebie nawzajem - Ginny parsknęła śmiechem.
James spojrzał na nie badawczo.
- Mama? - wyciągnął ręce w kierunku Ginny.
Wyjęła go z krzesełka i wytarła mu serwetką rączki.
- Bałam się, że to… to może za wcześnie. Może nie wypada… - Ginny postawiła Jamesa na podłodze.
- Gin… - Hermiona zaczęła powoli - Zasługujesz na szczęście i to jest… Na to jest zawsze odpowiedni czas.
Miała wrażenie, że ktoś inny wypowiada za nią te słowa.
- Dzięki.
Ginny przeczesała synowi włosy. James podszedł do Hermiony i podał jej pluszowego smoka.
- Weź - powiedział patrząc jej w oczy - Jest kolegą.

Na obchodzie trzymała się z daleka, co wywołało lekką irytację Halla i ogromne zadowolenie kilku nadgorliwych stażystów. Na widok spóźnionego Matthew, Hall dodatkowo burknął coś pod nosem.
- A jemu co? - zapytał ją szeptem Matthew kiedy przechodzili z sali do sali.
Wzruszyła ramionami. Spojrzał na nią z wyrzutem.
- Ciebie też coś ugryzło?
- Nie - obruszyła się.
- Może chociaż "kryłam cię zanim się spóźniłeś?"
- Panie Madliner, ja bardzo proszę o uwagę… - rzucił w ich stronę Hall.
Matthew wykonał przepraszający gest.
- Kryłam - warknęła, kiedy zatrzymali się przy łóżku Harry'ego.
Hall spojrzał na kartę wiszącą obok łóżka.
- Syriusz Black, auror… - zaczęła stażystka o mysich włosach.
- Wiem, wiem… - przerwał jej Hall machnięciem ręki.
- Pani Weasley, który to już dzień?
Stażyści odwrócili się w jej stronę. Stała na końcu.
- Dokładnie 49… Od 15 dni nie podajemy już eliksiru usypiającego. Według naszych szacunków organizm nabrał już wystarczająco sił żeby się wybudzić, ale…
- Utrzymujecie?
- Jeżówkę purpurową i traganek.
- Dodałbym jeszcze kilka kropli vilcacory, to powinno wspomóc układ odpornościowy.
- Podawaliśmy to w zeszłym tygodniu, a vilcacora jest niezwykle uzależniająca przez swoje działanie przeciwzapalne i przeciwbólowe…
- Prawda… - Hall zdjął okulary i potarł twarz - Nadal nie wiadomo czym dostał?
Hermiona nie mogła oprzeć się wrażeniu, że Harry słucha tego co mówi.
- Konsultowałam to z biurem aurorów. Była mowa o jakiejś formie starożytnej magii. Wydaje mi się, że celem zaklęcia było zakażenie krwi, zniszczenie organizmu od środka…
Hall pokiwał głową odszedł od łóżka. Kilku stażystów zapisało coś w notatnikach.
- A… Escyna? - wyrwało się stażystce.
Spojrzała uważnie na Halla.
- Nie potrzebujemy uszczelniania żył tylko oczyszczania krwi - przerwała jej Hermiona - Bardziej martwi mnie jej krwi i spowolnione gojenie mimo eliksirów na bazie srebra koloidalnego. Dodatkowo za jakiś czas mogą się nam skończyć opcje przeciwbólowe. Zmieniam tutaj leczenie, żeby organizm nie przyzwyczaił się do żadnej z nich…
- To przerwijmy. Może zbyt duże dawki przeciwbólowych substancji trzymają go w śpiączce - wpadła jej w słowo stażystka.
Hall podniósł głowę.
- Jak się pani nazywa?
- Lisa… Lisa Kramer - odpowiedziała zadowolona z siebie.
- Słuszna uwaga panno Kramer… - pomachał oprawkami od okularów i obdarzył ją uśmiechem - Hermiono?
- Czy nie narażamy w ten sposób pacjenta na niepotrzebne cierpienie? - zapytała szybko.
- Sama mówisz, że użyliśmy już zbyt wielu rzeczy. Zmieniasz leczenie, żeby nie przyzwyczaić organizmu… A tak naprawdę… nie mamy pewności, że go boli.
- Myślę, że… - Hermiona zaczęła powoli.
- Jak sugeruje panna Kramer… wprowadźmy ograniczenie. - skwitował Hall - Zostawmy jeżówkę i srebro. Dodałbym jeszcze… może wywar z korzeni kolcorośli? Sarsaparilla może zmusi go do otworzenia oczu…
- Ale… - Hermiona próbowała się wciąć. Hall zmierzył ją spojrzeniem.
- Zapisałaś? - zapytał oschle. Hermiona kiwnęła głową. Grupa skierowała się do wyjścia z sali.
- Oj… - Matthew westchnął stojąc obok niej.
Wyszli na korytarz.

- Muszę to powiedzieć - zaczął Matthew wchodząc do pokoju uzdrowicieli. Zamknął za sobą drzwi - Po pierwsze to Stary nigdy nie podważył twoich decyzji, a tym bardziej przy stażystach. A po drugie co to za laska ta Lisa?
Hermiona właśnie przeglądała grubą księgę siedząc przy biurku. Podniosła głowę i obdarzyła go niezbyt życzliwym spojrzeniem.
- Nadal trzyma cię zła energia?
Hermiona nic odpowiedziała. Matthew usiadł naprzeciwko niej. Wziął z biurka pluszowego smoka i rzucił w Hermionę.
- Ej! - warknęła - Tylko nie smokiem, to prezent.
- Mogę książką.
Hermiona pokręciła głową. Zauważył, że się odrobinkę rozluźniła. Miał rację, była zawsze ulubienicą na oddziale. Żadna z jej decyzji nigdy nie była nigdy podważona. Przez lata to właśnie do niej inni uzdrowiciele przychodzili konsultować przypadki.
- Swoją drogą… - zaczął powoli Matthew przeglądając kartę Harry'ego - trochę go faszerujesz tymi środkami przeciwbólowymi. To są bardzo… specyficzne dawki.
- Widziałeś jego klatkę piersiową? To musi naprawdę boleć - powiedziała stanowczo - Jak przywieźli go, to… to gówno chciało się weżreć aż do serca…
- Nie wiemy czy go to boli - przerwał jej - Koleś nam tego nie powiedział.
- Nie będę z tego powodu torturować pacjenta.
- Weasley, to nie jest tortura… Otępiasz go. To próba… Czasami trzeba coś zmienić. Rany już wyglądają lepiej.
- Swoich pacjentów możesz traktować jak króliki doświadczalne.
- Jezu… - Matthew wstał z krzesła.
W pomieszczeniu zapadła cisza. W pewnym momencie drzwi się otworzyły i weszła trójka stażystów z Lisą Kramer na czele. Na ich widok umilkli i przeszli przez pomieszczenie do stolika w kącie. Hermiona podniosła głowę i zauważyła, że Matthew się w nią wpatruje.
- Ma pan rację, panie Madliner - powiedziała spokojnie i głośno, aby stażyści również ją usłyszeli - Nie wzięłam tego pod uwagę.
Matthew wyglądał jakby chciał powstrzymać śmiech.
- Właściwie… Chciałbym skonsultować z panią przypadek mojej pacjentki - powiedział równie głośno.
Lisa Kramer wyraźnie ich podsłuchiwała. Hermiona wstała zza biurka.
- Mam teraz chwilę - żachnęła się - O co chodzi?
Matthew przepuścił ją w drzwiach żeby mogli wyjść na korytarz. Spojrzał na nią z rozbawieniem.
- O kogo chodzi? - zapytała po chwili.
- Ee… Mam problem, bo nie mam jeszcze prezentu dla siostry, a mamy już 20 grudnia…
Hermiona zatrzymała się nagle i podniosła dłonie w geście poddania się.
- A to zapytaj Lisę Kramer, to nie leży w moich kompetencjach.

Odwiedziła go po południu. Spojrzała w kartę, do której były naniesione wszystkie zarządzone przez Halla zmiany. Oczywiście, że Harry nie był dla niej zwyczajnym pacjentem. Każdy krok jego leczenia skrupulatnie analizowała, często kilkukrotnie wyliczając dawki i eliksiry.
- Obudziłbyś się - powiedziała głośno.
Rany na jego twarzy rzeczywiście już prawie się zagoiły. Półtora miesiąca pobytu w klinice robiło swoje, choć nadal widać było po nim chorobę, walkę i zmartwienia. A może tylko ona to widziała?
- Przepraszam, nie wiedziałam… - usłyszała za sobą.
W progu sali stała Jennifer.
- Ja… tylko na chwilę - Hermiona odwróciła się w jej kierunku i zrobiła krok w tył.
- Jak… Jak… on się czuje?
Po Jennifer nie było widać walki. Była zmęczona, może i miała swoje zmartwienia, ale wyglądała zdrowo. Inaczej. Może dlatego, że nie miała w sobie tej wielkiej tajemnicy?
- Chciałabym wiedzieć… - odpowiedziała Hermiona. Próbowała się uśmiechnąć - Bez zmian.
- No tak… - dodała Jennifer.
Obie stały przy jego łóżku nie ruszając się z miejsca. Hermiona wzięła głęboki oddech. Czuła, że powinna wyjść i zostawić ich samych. Ale przecież to ona jest jego wieloletnią przyjaciółką, przecież poznali się w wieku 11 lat…
- Często go odwiedzasz… - zaczęła w końcu.
- I chyba tylko ja.
Ostatnio Jennifer była u niego prawie codziennie. Hermiona patrzyła na nią trochę z politowaniem, trochę z podziwem i trochę z zazdrością. W sumie lubiła dziewczynę, ale coś w niej nie dawało jej spokoju. Ile Jennifer wiedziała o tym kim Harry naprawdę jest?
- Byliście blisko?
- Byliście? - Jennifer spojrzała na nią badawczo.
- Albo… jesteście?
Jennifer milczała.
- Masz dzieci?
Hermiona cofnęła się lekko.
- Co?
- Twój smok z kieszeni fartucha mruga jednym okiem.
Hermionę zmroziło. Owszem, miała ze sobą smoka jak odwiedzała bliźniaków kilka sal dalej, a teraz zapomniała o nim całkowicie.
- Nie… - zaczęła powoli czując mały wybuch adrenaliny - To… to prezent od… siostrzeńca. Od syna…
Wkopała się. Wkopała się tak strasznie, że aż ją zemdliło. Do tej pory udawała przed sobą, że to są dwa różne światy. Teraz przez tego cholernego smoka spotkały się. Harry, czy chcesz smoka od swojego syna, którego porzuciłeś dwa lata temu? - …syna siostry mojego męża - zakończyła nieporadnym uśmiechem.
- Uroczy - Jennifer przytaknęła.
Hermiona zaczęła zastanawiać się, czy zauważyła jej zakłopotanie.
- Muszę wracać… - wymamrotała nieporadnie - wracać do pracy…
- Jasne… ja… posiedzę jeszcze chwilę - Jennifer kiwnęła głową i przysunęła sobie krzesło.

Na korytarzu miała wrażenie, że pluszowy smok zaczął strasznie ciążyć jej w kieszeni. Starała się uspokoić oddech. Smok, Ginny, James, Harry… I Olivier Brown, redaktor "Proroka Codziennego", który jest całkowicie nieświadomy całego syfu.
Od dawna nie myślała o nim jako o ojcu, który porzucił rodzinę. Skupiła się na ratowaniu życia, skupiła się na tym żeby nie zdradzić Ronowi, że ich szkolny przyjaciel leży na jednej z sal w Mungu. Chociaż tak naprawdę każdy z tych tematów był powiązany.
Oddychała głęboko, ale poczuła nagle, że oblewa się zimnym potem i zaczyna drżeć w środku. Ostatniej nocy Harry znowu jej się śnił. Tym razem był znacznie bardziej prawdziwy.
"Powiedz prawdę" mówił we śnie. Na koniec udało jej się chwycić go za rękę. Zapamiętała, że była ciepła.
- Nie miałaś już wychodzić? - Matthew minął ją na korytarzu - Ej, wszystko dobrze?
- Tak… - mruknęła - Jakoś zrobiło mi się słabo…
- Pomóc… pomóc ci?
- Nie… już mi lepiej, naprawdę.
Spojrzał na nią badawczo.
- Idź do domu.

Bywały dni kiedy brakowało jej przyjaciółki. Nigdy jej nie miała, więc wyobrażała sobie jak to byłoby mieć bliską koleżankę, której można powierzyć wszystkie sekrety. Ale dziewczyny z mugolskiej szkoły podstawowej do której chodziła, raczej się od niej odsuwały. Za dużo zgłaszała się na lekcjach i lubiła czytać na przerwach. Kiedy dokuczali jej w szkole, mama zawsze mówiła, że to minie - że jak dorośnie to będzie inaczej.
W Hogwarcie też jej trochę brakowało przyjaciółki. Ale miała chłopaków i Ginny. Zawsze było komu się zwierzyć, albo od kogo usłyszeć słowo wsparcia w pokoju wspólnym. Teraz przydałaby jej się przyjaciółka.
Zamiast do domu trafiła na Oxford Street, do samego oka cyklonu Bożonarodzeniowego szaleństwa. Ludzie mijali ją z pakunkami i torbami, krzyczeli do swoich telefonów, popychali się i ścigali łapiąc taksówki. Mieli w sobie jakąś niezwykłą kruchość. Gdyby nie poszła do Hogwartu to byłaby jedną z tych dziewczyn, które właśnie w Starbucksie popijają waniliową latte zapamiętale plotkując o biurowych romansach? Pewnie nie.
Ale spodobała jej się ta myśl.
Hermiona westchnęła lekko. Londyńska wilgoć zaczęła zamieniać się w przeszywający chłód. Stwierdziła, że czas na nią i z suchym trzaskiem teleportowała się do domu. Nikt nawet nie zauważył, że zniknęła.

W domu było cicho, nietypowo i niepokojąco cicho. Przeszła przez korytarz idąc od razu do sypialni. Ron znowu pewnie wróci później, bo przedświąteczny czas zawsze spędzał w sklepie.
- Halo… - powiedziała głośno wchodząc do sypialni - Nie ma tu… nikogo… prawda?
Przywołała światło kilkoma ruchami. Była sama.


* Wszystkie nazwy "substancji" są prawdziwymi nazwami ziół. Przed użyciem skonsultujcie się z uzdrowicielem :)