Kiedy Dumbledore odszedł, opuścił w końcu laboratorium i przeniósł się do swoich kwater. Usiadł ciężko na sofie i próbował się uspokoić. Był wściekły. Dlaczego ten zwariowany starzec zachował się tak dziwnie, gdy wyznał mu, niemal zmuszony, co usłyszał od Malfoy? Błysk troski i niepokoju, który Snape zobaczył w oczach dyrektora, doprowadził go prawie pod granice furii. Co to miało znaczyć? Dumbledore obawiał się, że Snape mógłby dać się wciągnąć w nieetyczny związek z uczennicą? I że może nawet do tego dążył?

Czuł się prawie tak, jakby każdy wziął sobie na cel, by doprowadzić go do ostateczności. Najpierw Malfoy ze swoim szalonym wyznaniem, teraz trudne do zidentyfikowania spojrzenie dyrektora, a przy tym – standardowo – pięć dni w tygodniu nauczania bandy intelektualnych niedorozwojów – z drobnymi tylko wyjątkami. Miał tego dość.

I gdy myślał, że nie może być gorzej, zapiekł go znak na przedramieniu. No tak, pomyślał z przekąsem. Zapomniał prawie o największym szaleńcu, który z pewnością pragnął doprowadzić go do ostateczności.

•*•.•*•

Rano Victoria opuściła salon Ślizgonów wcześnie. Pierwsze zajęcia miała o dziewiątej, ale przed śniadaniem chciała udać się do biblioteki, by doczytać o buntach goblinów w dziewiętnastym wieku – sprawdzian z tego tematu zbliżał się na historii magii wielkimi krokami.

Zamek o tej porze był rozkosznie pusty. Za oknami królował jeszcze półmrok; dzień wstawał bardzo powoli, do czego zresztą miał pełne prawo – dopiero co nastał w końcu listopad. Uwielbiała ciszę, spokój i samotność. Ludzie często dziwili się, że nie otacza się stale grupką znajomych jak jej brat – a przynajmniej dziwili się na początku, kiedy była młodsza; teraz chyba każdy się do tego przyzwyczaił.

Starała się nie myśleć o tym, że w południe ma eliksiry. Niemal cały wczorajszy dzień spędziła na przekonywaniu samej siebie, że nie zrobiła niczego złego – ot, pomyślała o swoim nauczycielu, kiedy była pod wpływem alkoholu, a potem, zmuszona, przyznała mu się do tego. Ale nie wyznała mu przecież miłości! Nie miała więc powodu, by się przejmować. Rzeczywiście – chyba go jednak w pewien sposób straciła; to w istocie było dobijające. Ale, jeśli głębiej się zastanowić, to czy w ogóle kiedykolwiek coś z nim miała? Czy coś naprawdę ich łączyło? Jakaś głębsza zażyłość, a nie tylko relacja nauczyciela i uczennicy? Podczas wczorajszych rozważań doszła do wniosku, że nie. Snape nigdy nie obdarzyłby jej sympatią – takim po prostu był człowiekiem. Nie dało się do niego dotrzeć. To z kolei oznaczało, że niczego wcale nie straciła, bo i niczego nie udało jej się nigdy wybudować. Temat Snape'a należało więc zupełnie odpuścić. I zapomnieć. Postanowiła to sobie z pewną ulgą, ale i pewnym bólem. Nie była zakochana, to pewne, ale… myślała o nim. I nie do końca rozumiała dlaczego.

Odpuszczenie tematu Snape'a we własnej głowie okazało się jednak nad wyraz trudnym zadaniem, bo gdy pokonała przedostatni korytarz na swojej trasie do biblioteki, usłyszała nagle za ścianą dziwną wymianę zdań, w której uczestniczył z pewnością jej profesor.

– Byłeś tam, prawda? – pytał gniewny, kobiecy głos. – Brałeś w tym udział? Jesteś jednym z tych pięciu, przyznaj się, Snape!

– Uspokój się, Hooch – odrzekł ponurym tonem mistrz eliksirów do nauczycielki latania. – To niemądre: emocjonować się z powodu spraw, których się nie rozumie.

– Jesteś skończonym łajdakiem. To na pewno rozumiem. Nie zasługujesz na zaufanie Dumbledore'a.

Hooch prychnęła jeszcze z pogardą i zaczęła szybko odchodzić. Była tak wzburzona – i, jak zwykle, roztargniona – że zupełnie nie zauważyła Victorii, kiedy weszła w korytarz, w którym ta się znajdowała.

Victoria, choć obiecała samej sobie, że nie będzie więcej wchodzić Snape'owi w drogę, po krótkiej chwili namysłu puściła się biegiem w stronę korytarza, z którego kilkanaście sekund wcześniej wyłoniła się Hooch. Dostrzegła Snape'a – stał nieruchomo blisko jednej ze ścian. Kiedy ją zobaczył, na jego twarzy wymalowało się zdumienie. Szybko jednak je ukrył, odwrócił się i zaczął odchodzić.

– Profesorze! Proszę zaczekać! – zawołała, zanim zdążyła pomyśleć, czy to dobry pomysł.

Ale jej serce – zapewne w opozycji do rozumu – czuło, że to był dobry pomysł. Dopiero co ktoś go obraził – i to dość brutalnie. On tyle robił dla Zakonu Feniksa… tak wiele ryzykował… a ktoś śmiał powiedzieć mu prosto w twarz, że nie zasługuje na zaufanie, którym go obdarzono? Nie chciała zostawić go samego z tymi słowami, choć zdecydowanie było to naiwne myślenie. Z pewnością Snape zostawał sam z o wiele gorszymi słowami – niejednokrotnie w życiu – i umiał sobie z tym poradzić.

Gdy sobie to uświadomiła, pożałowała nieco, że za nim krzyknęła. Jak mogłaby mu się przydać w takiej sytuacji? Co w zasadzie mogła powiedzieć? Nawet nie wiedziała, co było przyczyną jego sporu z profesor Hooch.

Ku jej nieszczęściu – zatrzymał się i obrócił. Zwolniła wtedy, a kiedy jego lodowate spojrzenie spoczęło na niej, prawie zadrżała.

Zauważyła, że mniej więcej pośrodku odległości, jaka ich dzieliła, leżała na posadzce jakaś gazeta; podeszła i sięgnęła po nią. Snape stał nieruchomo i cały czas czujnie ją obserwował.

Było to specjalne nocne wydanie Proroka Codziennego. Pierwsza strona informowała o brutalnym ataku pięciu zamaskowanych śmierciożerców na mugolską rodzinę, którego nikt z ofiar nie przeżył.

– Nie rozumiem – powiedziała cicho. – Nie dostałam w nocy żadnego wezwania. – Podniosła oczy na Snape'a.

– Ciesz się – odrzekł tylko tajemniczym, zimnym tonem.

Teraz, kiedy stała bliżej niego, mogła dostrzec w jego oczach nie tylko przeszywający chłód; było w nich coś jeszcze. Coś, co kazało zadać mu dziwne, gorzkie pytanie:

– Nadal chciałabyś być blisko mnie?

Wiedziała, że nawiązywał konkretnie do słów, które wypowiedziała podczas Nocy Duchów do Pansy – że chciałaby z kimś zatańczyć albo zwyczajnie pobyć blisko. Z tym „szczęśliwcem". Z Severusem Snape'em.

Wpatrzyła się w niego zaskoczona. Nie umiała odnaleźć w głowie odpowiednich słów na to pytanie, a i on nie miał zamiaru oczekiwać na odpowiedź – szybko odwrócił się i zaczął odchodzić. Tym razem Victoria nie zawołała za nim, by go zatrzymać.

•*•.•*•

Kiedy wybiło południe, Victoria znajdowała się już w pracowni eliksirów razem z innymi uczniami siódmego roku. Dziś mieli warzyć smoczy tonik – eliksir, którego najczęściej używano podczas leczenia smoków. Zajęcia teoretyczne odbyły się w zeszłym tygodniu, dlatego tego dnia Snape milczał, przechadzając się tylko co jakiś czas po klasie i zaglądając uczniom w kociołki.

Nie rzucał jednak złośliwych komentarzy, mimo że Neville Longbottom popełnił mnóstwo błędów już przy przygotowaniu składników – na przykład pomylił potrzebne do uwarzenia eliksiru pióro puchacza z piórem uszatki.

– Minus dwadzieścia punktów od Gryffindoru za brak przygotowania teoretycznego – rzucił tylko Snape, kiedy to zauważył.

I przez resztę zajęć odjął Gryffindorowi prawie sto punktów – głównie przez pomyłki zestresowanego i przerażonego Neville'a. Ale nie tylko Gryffindor ucierpiał – Ravenclaw stracił dwadzieścia punktów, Hufflepuff czterdzieści i nawet Slytherin dziesięć.

Fakt, że Snape tylko odejmował punkty, zamiast drwić ze wszystkich przy każdej możliwej okazji, był szczególnie niepokojący. Zmiany w zachowaniu profesora Snape'a nie mogły zwiastować niczego dobrego – były oznakami albo tego, że oszalał i to dlatego przestał odczuwać potrzebę uświadamiania uczniom, jak bardzo są beznadziejni, albo tego, że wściekłość, która targała jego wnętrzem, była tak ogromna, iż nie potrafił nawet przeformować jej w słowa.

Victoria obstawiała to drugie. Snape z pewnością był wściekły, rozdrażniony i przybity – bardziej niż na co dzień. Wciąż miała w pamięci spotkanie z nim z poranka, a także artykuł, który doczytała podczas śniadania w Wielkiej Sali – nikt zresztą nie mówił wówczas o niczym innym, jak tylko o ataku śmierciożerców.

Musiał brać w nim udział. Być może zabił któregoś z tych mugoli. A nawet jeśli nie – nie mógł zrobić niczego, by powstrzymać przed tym towarzyszących mu śmierciożerców, nie wzbudzając podejrzeń zarówno ich, jak i Voldemorta.

Victoria czuła olbrzymi żal, kiedy o tym rozmyślała. Tyle od niego wymagano… Dumbledore, aby mieć szpiega, dosłownie nakazywał temu mężczyźnie tkwienie między śmierciożercami i wykonywanie rozkazów Czarnego Pana, aby ten ufał mu w pełni. Czarny Pan z kolei kładł na barki Snape'a straszliwe ciężary, zmuszając go do spełniania swoich chorych zachcianek – tym razem tą zachcianką było ukazanie Zakonowi Feniksa i reszcie czarodziejskiego świata, poprzez brutalne morderstwa, że jego śmierciożercy są jak najbardziej aktywni i niebezpieczni.

Kiedy zbliżał się dzwonek, zgasiła ogień pod swoim kociołkiem, kończąc pracę. Eliksir był gotowy, ale nie czuła zadowolenia z efektu. Przez swoje rozmyślania zupełnie nie potrafiła się skupić. Przybiło ją, gdy Snape zbliżył się, zajrzał do jej kociołka i skrzywił się, po czym odwrócił gwałtownie, niemal dramatycznie, i odszedł w stronę sąsiedniego stanowiska do warzenia, przy którym dygotał z nerwów nieszczęsny Longbottom.

Snape zadał im do napisania aż dwa eseje, co było pewną anomalią, ale nikt nie śmiał zaprotestować czy nawet cicho westchnąć. Kiedy tylko nauczyciel na to pozwolił, cała klasa w zawrotnym tempie dotarła pod drzwi i opuściła pracownię. Tylko Victoria trochę się wlokła – ale nie wcale dlatego, że planowała z nim porozmawiać. Wiedziała, że on by tego nie chciał – i ze względu na jej wyznanie, którym go zaskoczyła w sobotni wieczór, i ze względu na jego okropny nastrój. A ten okropny nastrój udzielił się także jej, dlatego stała się nagle taka powolna i zamyślona.

Gdy opuszczała klasę, w progu minęła się z profesor Vector. Kobieta miała zasmuconą i zatroskaną minę; nawet nie zwróciła uwagi na pannę Malfoy, której twarz wyglądałaby w zasadzie podobnie, gdyby nie to, że charakteryzowała się tendencją – zupełnie jak twarz Snape'a – do ukrywania swoich prawdziwych odczuć.

Vector nie zamknęła za sobą drzwi, a Victoria zatrzymała się za ścianą i obróciła głowę w stronę dopiero co opuszczonego pomieszczenia. Wiedziała, że nie miała żadnego prawa… że to było nierozsądne… nieuczciwe… pewnie nawet niepotrzebne… ale nie mogła się powstrzymać. Vector i Snape byli jakiś czas temu ze sobą w związku. Zaciekawiła się tym, w jakiej relacji pozostawali teraz – nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Czy byli przyjaciółmi, czy ich relacja stała się jedynie czysto zawodowa?

Przywarła do ściany i zbliżyła się do otwartych drzwi najbliżej, jak mogła, nadstawiając ozdobione złotym, okrągłym kolczykiem ucho.

– Czytałam Proroka, Severusie – wyjaśniła na wstępie Septima Vector.

– Jak zapewne każdy w zamku – odburknął Snape; prawdopodobnie nie podniósł się z krzesła i, jak wierzyła Victoria, znając go już trochę, nawet nie spojrzał na profesor Vector, tylko dalej wpatrywał się w pergaminy, nad którymi ślęczał przy biurku, kiedy chwilę wcześniej opuszczała pracownię.

– Byłeś wśród tych pięciu? – zapytała łagodnym tonem, w którym wybrzmiewała troska.

– A jakie to ma znaczenie? Na pewno większość grona nauczycielskiego zdążyła cię już przekonać, że sam osobiście zabiłem wszystkich tych mugoli, mimo że oczywiście nie mogą o tym wiedzieć, bo tak się składa, że ich tam nie było – odparł ostro, a Septima jęknęła cicho na jego słowa.

– Nie mów tak. Nikt nie próbował mnie do niczego przekonać. Faktycznie… może z dwie osoby coś szepnęły, że mogłeś mieć z tym coś wspólnego, ale… Severusie, nie wszyscy wiedzą, że należysz do Zakonu. Niektórzy sądzą, że jesteś prawdziwym, okrutnym śmierciożercą i tylko czyhasz na życie Dumbledore'a.

– Dobrze wiem, jak działa Zakon Feniksa, oraz że członkowie przeważnie, dla bezpieczeństwa, nie wiedzą o sobie nawzajem. Dobrze też zdaję sobie sprawę z tego, jak jestem postrzegany przez wielu naszych wspaniałych kolegów i koleżanek – zakpił. – Po co przyszłaś, Septimo? Nie wydaje mi się, abyśmy mieli o czym…

– A właśnie, że mamy o czym! – przerwała mu Vector z typową, gryfońską żywiołowością. – Może i postanowiłeś pozostać samotnym do końca życia, ale to nie zmienia faktu, że ja i tak się o ciebie martwię. I będę się martwić.

– Nie potrzebuję niczyjej troski. Zajmij się sobą, Septimo. Mówię śmiertelnie poważnie. Nadchodzą naprawdę… mroczne czasy.

– Dobrze. Zajmę się sobą. W swoim czasie. A póki co… pozwól mi przyjść do ciebie wieczorem. Napijemy się wina jak kiedyś, pogramy w szachy… Rozluźnisz się trochę. Podejrzewam, że samotność nie jest najlepszą towarzyszką po takim przeżyciu. – Miała oczywiście na myśli nocny atak na mugolską rodzinę.

Snape westchnął ciężko, ale odpowiedział:

– Dobrze. Przyjdź.

Victoria zdała sobie sprawę, że mimowolnie zmrużyła oczy – jak zaniepokojony sytuacją drapieżnik. Nie chciała dalej przysłuchiwać się tej rozmowie, zresztą też nie mogła: Septima Vector prawdopodobnie za chwilę opuści gabinet.

Odeszła więc szybko i zdążyła zniknąć za rogiem, zanim profesorka numerologii wyłoniła się z klasy i ruszyła w stronę Wielkiej Sali; zaraz za nią wyjrzał z pracowni Snape, by rozejrzeć się po korytarzu, tknięty dziwnym przeczuciem, charakterystycznym chyba wyłącznie dla przewrażliwionych, wyczulonych szpiegów.

Spojrzał w dół. Pod ścianą, tuż przy drzwiach, leżał kawałek zapisanego pergaminu, zapewne upuszczony przez kogoś przypadkiem. Podniósł go, przyjrzał się badawczo i bez problemu zweryfikował pismo.

Pokręcił głową, podnosząc jeszcze raz wzrok, by omieść nim okolicę. Victoria Malfoy ewidentnie chciała pójść w jego ślady i zostać zawodowym szpiegiem, ale podczas misji popełniła straszliwy błąd, niewybaczalny dla tej grupy – zostawiła ślad swojej obecności.