Hej. Przypominam, że wymienione postaci nie należą do mnie. Pożyczam i oddaję w stanie nienaruszonym ;)

*Navy Yard. Laboratorium NCIS*

Abby Sciuto nie mogła skupić się na żadnym swoim zadaniu od momentu powrotu ze szpitala. W laboratorium panowała grobowa cisza. Muzyka, która zawsze huczała już na wysokości pierwszego piętra dzisiaj milczała. Zespół jej potrzebował. Gibbs jest potrzebował. Niestety wszystko co złapała leciało jej z rąk. Nie mogła pozwolić by dowody zebrane ze statku zostały zniszczone. Jedyna szansa, by dorwać tego, który skrzywdził jej szefa była w większości w jej rękach. Gdy z dłoni wypadła jej pusta probówka rozpłakała się i wsunęła pod biurko podciągając kolana pod brodę. Bała się czegokolwiek dotknąć. Jedyne czego potrzebowała to… jego. Całkowicie wyłączyła umysł, starając się myśleć tylko o Gibbsie. Zacisnęła mocno oczy i zaczęła mruczeć pod nosem.

- Obiecałeś że wrócisz. Powiedziałeś mi, że zawsze wracasz, to dlaczego nie wróciłeś dzisiaj? Dlaczego musiałeś tam jechać? Dlaczego nie pozwoliłeś by inny zespół przejął sprawę. Mieliśmy mieć dzisiaj wolne – pociągnęła nosem i starła łzy płynące po policzkach – Obiecałeś mi, że zawsze będziesz o mnie dbał, że nikt mnie nie skrzywdzi… A kto ma dbać o Ciebie? Kto będzie pilnował, żeby Tobie się nic nie stało? Gibbs – jęknęła przez łzy.

Jej słowotoku nie przerwało wejście Tima do pomieszczenia. Mężczyzna krążył od kilku chwil bo laboratorium w poszukiwaniu kobiety. Gdy usłyszał jej głos zaczął za nim podążać. Przykucnął przy biurku i spojrzał na nią. Serce mu pękało na widok jaki zastał. Wiecznie uśmiechnięta, pełna energii, teraz zalana łzami siedziała skulona pod biurkiem. Próbował się odezwać, ale gula jaka ścisnęła jego gardło mu to uniemożliwiła. Usiadł na podłodze i wsunął się pod biurko, delikatnie obejmując ją swoim ramieniem. Nie mógł nic więcej dla niej zrobić. Nic powiedzieć. Tylko być przy niej. Jak przyjaciel.

- On nie umrze, prawda? - szepnęła czując bliskość Tima, ale nie otworzyła oczu.

Mężczyzna wziął głęboki wdech i spojrzał na nią uważnie.

- Ohh… Oczywiście, że nie. Zbyt dużo przestępców chodzi po tym świecie, żeby Gibbs mógł sobie pozwolić na śmierć, Abby – wyszeptał, przyciskając ją mocniej do siebie.

- To dlaczego nie ma go tutaj? Dlaczego nie szuka tego, który mu to zrobił? Dlaczego leży tam, bez znaku życia?! - krzyknęła wyrzucając z siebie koleją falę płaczu.

- Hej – objął ją drugim ramieniem i przyłożył usta do jej skroni – Przyjdzie tutaj. Przecież nas tu nie zostawi samych. Przecież ktoś musi przynosić Ci świeżą dostawę Caf-Pow!. Ktoś musi lać DiNozzo po głowie.

- To niech tu wejdzie – mimowolnie zacisnęła dłoń na jego przedramieniu – teraz.

- Przykro mi, Abbs. Nie potrafię tego zrobić. Wiem, że musimy zrobić wszystko by złapać drania, który go skrzywdził. W ten sposób możemy mu pomóc. Później, będzie potrzebował naszej pomocy w powrocie do zdrowia. Musimy być w formie – przyjrzał się jej – a teraz nie wyglądasz jakbyś była w formie – uśmiechnął się lekko – pomogę Ci tutaj, okej? A jak skończymy pojedziemy do szpitala, żeby się z nim zobaczyć.

- Obiecujesz? - otworzyła oczy i spojrzała na niego.

- Na mały palec? - wyciągnął dłoń, na co Abby tylko skinęła głową.

- Ale jeszcze chwilę – ponownie zamknęła oczy.

- Ile potrzebujesz – szepnął, ponownie zamykając ją w uścisku swoich ramion.

* Navy Yard. Prosektorium NCIS*

Doktor Donald „Ducky" Mallard był w trakcie sprzątania stołu sekcyjnego, po zakończonej procedurze. W całości skupił się na pracy, którą miał do wykonania, by pozostała część zespołu mogła prowadzić dalej dochodzenie. Wszelkie materiały dowodowe, które udało mu się zabezpieczyć podczas sekcji przekazał przy pomocy Jimmiego Palmera do laboratorium, by ich najlepszy technik w osobie uroczej ghotki – Abby, mógł doprowadzić do ujęcia niebezpiecznego przestępcy.

Dopiero, gdy schował do magazynku środki czystości jego myśli opanował najbliższy przyjaciel jakiego kiedykolwiek miał. Zaczął się zastanawiać, czy dobrym pomysłem będzie wybranie się do szpitala, by dotrzymać mu towarzystwa. Szybko jego myśli zostały przerwane pojawieniem się Dyrektor Sheppard w prosektorium.

- Dzień dobry Doktorze – wysiliła się na minimalny uśmiech.

- Dzień dobry Dyrektor. W czym mogę pomóc?

- Nie, proszę bez części oficjalnej. Przychodzę do przyjaciela mężczyzny, którego… - przerwała.

- Kochasz? - spojrzał na nią uważnie.

- Kochałam… - poprawiła – boję się o niego. Wróciłam ze szpitala. Todd, lekarz który się nim zajmuje powiedział mi coś…

- Usiądźmy – wskazał ręką na krzesła, na których po chwili usiedli – Co takiego Ci powiedział? Jethro jest skryty i wiem, że są rzeczy, których o nim nie wiemy. Nie sądzę żeby to było coś strasznego.

- Czy rozmawiałeś z nim kiedyś o Kuwejcie?

- Ohh… Jak mówiłem, Jethro jest niesamowicie skryty. Wojna jest chyba ostatnią rzeczą o której chciałby kiedykolwiek rozmawiać. Chyba jak każdy żołnierz walczący na froncie. Po powrocie do domu już nic nie jest takie jak przed misją. Oczywiście wszystko w zależności od tego co dzieje się na froncie, ale każdy wraca odmieniony. Mniej lub bardziej, ale zawsze.

- Pustynna Burza była jego ostatnią misją. Po powrocie z niej dostał Purpurowe Serce – wzięła głęboki wdech.

- O tym wiedziałem. Chociaż nigdy nie widziałem tego w jego domu. Nie żebym szukał, ale zazwyczaj żołnierze zostawiają takie rzeczy w szczególnym dla siebie miejscu. No ale Jethro ani trochę nie jest zwyczajny – zaśmiał się.

- Jethro został poważnie ranny. Todd dostał go pod swoje dłonie gdy przetransportowali go z Kuwejtu do Frankfurtu.

- Czyli jest w dobrych rękach. Ohh to bardzo dobra wiadomość – odetchnął.

- W to nie wątpię, ale Todd go zapamiętał nie z imienia i nazwiska. Wtedy, gdy zobaczył go we Frankfurcie wyglądał niemalże tak samo jak dzisiejszej nocy. Ducky, Jethro był wtedy przez 19 dni w śpiączce.

Ducky spojrzał na nią z niedowierzaniem. W jego dokumentach medycznych nigdy nie widział żadnej wzmianki o tak poważnych urazach. Nie zapytał go nigdy o to, co działo się podczas jego służby wojskowej, sam wie jak te opowieści bywają bolesne. Nie dopytał też o jego nogę, która ewidentnie doznała jakiegoś urazu. Było to zauważalne od razu, ale nie pytał. Wyciąganie informacji z niego można było porównać do napadu na Fort Knox. Teoretycznie jest to możliwe, ale praktycznie całkowicie niewykonalne.

- Jak? - wyszeptał.

- Nie wiem, ale będę chciała się tego doszukać. Mogę nie mieć dostępu. Zobaczę.

- A jak on się czuje? Co powiedział lekarz?

- On jest… - wzięła wdech – jest poparzony, Todd wspomniał o dwóch ranach…

Ducky położył dłoń na jej ramieniu.

-Jethro jest silny. Nie wiem czy jest coś, co mogłoby go złamać.

- Pierwszy tomograf nie ujawnił żadnego urazu mózgu, ale… - przerwała, ocierając szybko łzę płynącą po policzku – Gdy chciałam wyjść z sali wszystko tam zaczęło przeraźliwie pikać. Nie wiem co się stało. Pobiegłam po pomoc. Nie pozwolili mi wejść do środka. Todd zabrał go jeszcze raz na tomograf. Naprawdę myślisz, że nic go nie złamie? - spojrzała na niego.

Ducky nic nie odpowiedział. Spodziewał się lepszych wieści. Te są częściowo dobre, bo pierwszy tomograf nie wykazał żadnych zmian, a pierwsze godziny są kluczowe. W końcu przerwał niewygodną ciszę.

- Pojadę do niego, skończyłem sekcję. Nie wiem czy mogę jeszcze w jakiś sposób pomóc zespołowi w znalezieniu tego łotra.

- Todd obiecał zadzwonić jak tylko coś będzie wiedział.

- Pozwólmy im się nim zająć. Tylko tyle możemy dla niego zrobić – westchnął.

Jenny wstała z krzesła i przetarła dłonią policzki.

- Dziękuję, za rozmowę. Pozwolisz, że wrócę do swoich obowiązków – wysiliła się na uśmiech po czym opuściła pomieszczenie.

CDN...