18. WIĘCEJ SEKRETÓW


Obudziwszy się w szkolnym dormitorium, Hermiona była trochę zdezorientowana, ponieważ podczas przerwy świątecznej przyzwyczaiła się maleńkiego pokoiku w Dziurawym Kotle. Na właściwy trop naprowadziły ją również toczone w sypialni rozmowy. Usiadła na łóżku, rozsunęła kotary, a następnie wstała.

– Dzień dobry – przywitała się Rose.

– Dobry, dobry – odpowiedziała, przeczesując dłonią i tak rozczochrane włosy.

– Nareszcie wstałaś. – Uśmiechnęła się Lucia.

Hermiona podniosła wzrok i prawie jęknęła, kiedy zobaczyła, że wszystkie trzy współlokatorki zebrały się w grupie i patrzyły nań wyczekująco. Wspaniale. Czego chcą? Lucia wysunęła się naprzód i sprzedała jej lekkiego kuksańca.

– Widziałyśmy cię wczoraj w pokoju wspólnym. – Zrobiła dłuższą przerwę, która najprawdopodobniej miała dodać stwierdzeniu dramatyczności. – Z Tomem Riddle'em.

– Dlaczego się z nim spotkałaś? – Viola uniosła brwi.

To trochę zabawne, podsumowała zachowanie współdomowniczek, które wymieniały między sobą podekscytowane spojrzenia. Zajmijcie się własnymi problemami.

– Zaprosił cię na randkę? – drążyła Lucia, teraz szarpiąc koszulkę nocną Hermiony.

– Skąd ten wniosek?

Zmarszczyła brwi, bowiem nie potrafiła sobie wyobrazić Toma proponującego spotkanie tylko we dwoje. Szarmanckie zapraszanie dziewczyny na spacer przy brzegu jeziora z bukietem kwiatów w ręce zdecydowanie nie leżało w jego charakterze. Znając go, najprawdopodobniej złapałby z zaskoczenia pożądaną pannę i zaciągnąłby ją do bliżej nieokreślonego ciemnego zaułka, gdzie by się nań rzucił i całował do utraty tchu. W sumie to właśnie robił przy każdej nadarzającej się okazji, pomyślała, wróciwszy wspomnieniami do sali numerologii. Pozwalasz mu na podobne zachowanie, idiotko!

– Ewidentnie zależało mu na spotkaniu, bo przyszedł aż do naszego pokoju wspólnego. Chwilę razem posiedzieliście, a potem wyszliście. – Rose prawie krzyczała z podekscytowania.

– Właśnie, właśnie. – Lucia zaczęła podskakiwać. – Tom Riddle cię lubi!

– To takie ekscytujące! – dodała rozmarzonym głosem Rose.

Hermiona zapatrzyła się na nie z szeroko otwartymi oczami. Jasne, współlokatorki nie grzeszyły inteligencją, były płytkie i bardziej zainteresowane krążącymi po szkole plotkami, ale to, co teraz powiedziały, sprawiło, że zrobiło jej się słabo. Odkąd po raz pierwszy się pocałowali, panikowała na myśl o swoich uczuciach względem Toma, które były po prostu niewłaściwe i niebezpieczne, ale dotąd nie zastanawiała się, co dokładnie czuł wobec niej. Zmiana w jego zachowaniu była niezaprzeczalna. Czym się kierował? Wtem Lucia opadła na swoje absurdalnie różowe łóżko i wbiła w nią rozmarzone spojrzenie.

– Och, pomyśl o tym. Tom Riddle! Jesteś taką szczęściarą! – zagruchotała. – Oddałabym wszystko, żeby przynajmniej potrzymać go za rękę. Jest słodki i szarmancki, prawdziwy gentelman.

Hermiona zmarszczyła brwi. Może i rzeczywiście był przystojny, ale, szczerze mówiąc, daleko mu było do gentelmana. Najwyraźniej Lucia nie miała do czynienia z prawdziwym Riddle'em, pomyślała z rozbawieniem.

– Byłam przekonana, że nie darzysz go sympatią – powiedziała Diana.

– Cóż, to prawda – odparła z zadumą. Nienawidziłam go z całego serca.

– Czyli mimo przeciwności losu próbuje swoich sił? – zaszczebiotała Lucia. – Historia niczym z baśni. Taka romantyczna!

– Skoro tak twierdzisz. – Z trudem powstrzymała się przed przewróceniem oczami.

– Koniecznie musisz nam opowiedzieć wszystko, co się wczoraj wydarzyło – dodała Rose.

Przez chwilę patrzyła nań pustym wzrokiem, po czym wynalazła doskonałą wymówkę.

– Jest już późno. Chodźmy, bo inaczej spóźnimy się na zajęcia.

– Hermiono…

– Co racja, to racja – wtrąciła się Diana. – Nie możemy się spóźnić. Zapraszam do wyjścia, dziewczęta.

DeCerto była bardzo wdzięczna koleżance za poczucie obowiązku i chęć przestrzegania panujących w szkole zasad, gdyż dzięki temu mogła odetchnąć od plotkarek. Weszła do łazienki i zamknęła drzwi na klucz. Kiedy wyszła jakiś czas później, została niemile zaskoczona widokiem czekających na nią zirytowanych koleżanek. Wyglądało na to, że postanowiły pozadręczać ją pytaniami również w drodze na śniadanie. Niestety, miała rację. Gdy schodziły po schodach, dziewczęta otoczyły ją wianuszkiem, zasypując stwierdzeniami odnośnie urody i uroczego usposobienia Toma Riddle'a. Wszystkie zgodnie twierdziły, że z pewnością jest wspaniałym chłopakiem. Tyradzie towarzyszyły chichoty i pokrzykiwania. Gdy nareszcie dotarły do Wielkiej Sali, Hermiona na poważnie rozważała ciśnięcie w nie porządną klątwą. Och tak, to byłoby satysfakcjonujące i oczyszczające doświadczenie.


Tom siedział przy ślizgońskim stole z Prorokiem Codziennym w rękach, studiując artykuł. Na pierwszy rzut oka nie miał w sobie niczego interesującego, ale w niewyjaśniony sposób przyciągał wzrok, więc postanowił się w niego zagłębić.

WŁAMANIE DO MIESZKANIA NA LONDYŃSKIM PRZEDMIEŚCIU.

18 grudnia, w dzielnicy Islington, doszło do włamania do mieszkania, będącego własnością szanownego pana Nicolasa Flamela. Pokrzywdzony natychmiast wezwał służby porządkowe, kiedy zastał spustoszoną posiadłość. Na miejsce przestępstwa jako pierwszy przybył auror Grimes, który stwierdził, iż „właściciel miał sporo szczęścia, że podczas włamania pozostawał nieosiągalny", ponieważ na miejscu odkryto ślady walki. Według aurora Grimesa złodzieje pokłócili się między sobą o podział dóbr. Właściciel potwierdził, że jedyną skradzioną rzeczą była bezcenna książka, którą przechowywał w swojej biblioteczce.

Nicolas Flamel jest najbardziej znanym alchemikiem naszych czasów, a także wynalazcą eliksiru Reservo, który do pewnego stopnia pozwala na zatrzymanie czasu wokół przedmiotu nieożywionego. Jest również rzekomym właścicielem kamienia filozoficznego. Więcej informacji na ten temat na stronach 6-8.

Tom odłożył gazetę na stół i zmarszczył brwi. Ciekawy zbieg okoliczności. 18 grudnia był pierwszym dniem przerwy świątecznej i doskonale pamiętał, co się wówczas wydarzyło. Z rana wymknął się z sierocińca i przez pół dnia włóczył się po londyńskich przedmieściach. Pogoda nie dopisywała, ale chłód nie był przenikliwy. Właśnie wtedy spotkał Hermionę. Wpadła na niego zza rogu niczym chmura gradowa. W tamtym momencie był po prostu zirytowany jej obecnością i tym, że spotkali się podczas wolnego. Zanim zdążył zażądać konkretnych wyjaśnień, zostali nagle zaatakowani przez odzianego w czarny płaszcz mężczyznę, który najprawdopodobniej ścigał dziewczynę. Ostatecznie uciekli, aportując się w strefie na Pokątnej, ale prawda była taka, że wpadli na siebie w Islington. Ciekawy zbieg okoliczności, doprawdy. Czy Hermiona była zamieszana we włamanie, o którym pisano w gazetach? Zapytana o swój pościg, wymigała się od odpowiedzi.

Jak zawsze, pomyślał, sfrustrowany.

Gdy przychodziło do przesłuchania, zawsze potrafiła się wyślizgnąć. Nigdy nie spotkał kogoś równie zamkniętego w sobie i strzegącego prywatności. Zazwyczaj nie miał żadnych problemów z nakłonieniem innych do spowiedzi, mniej lub bardziej wyczerpującej. Jestem całkiem przekonujący, dodał z zadowoleniem. Uśmieszek zniknął z jego twarzy, gdy wrócił myślami do dziewczyny. Czemu miałaby dokonywać włamania? Nie widział w tym sensu.

Z drugiej strony, to Hermiona. Wiedział, że była uzdolnioną czarownicą i zdeterminowana, potrafiła dokonać niemożliwego. Spojrzał na artykuł. Dlaczego czarodzieje w czarnych pelerynach ruszyli za nią w pościg? Czy naprawdę włamała się do mieszkania Nicolasa Flamela?

Tom zacisnął dłonie w pięści. Nienawidził tego, że był trzymany na dystans od spraw, o których powinien wiedzieć. Nie chodziło tylko o 18 grudnia, a o wszystkie te rzeczy, o których mu nie mówiła. Co robiła we Francji? Skąd miała o nim informacje? Jakim cudem przebiła się przez ministerialne ochrony? Dlaczego posługiwała się zaawansowaną magią? Zacisnął z frustracji usta. Tajemnice kłębiły się wokół Hermiony, która była odporna na każdą technikę przesłuchiwania.

To nieprawdopodobne.

Należała do niego, więc powinien mieć prawo wiedzy, czego doświadczyła w życiu. Naturalnie, musiał działać naprawdę ostrożnie i unikać nacisków, bowiem wciąż miała pewne wątpliwości. Najpierw powinien się upewnić, że zrozumiała podstawową zależność – była mu przeznaczona. Zanim spróbuje przełamać schemat i dobrnąć do prawdy, dziewczyna musi zaakceptować swoją przynależność.

Błądził wzrokiem po Wielkiej Sali, aż w końcu zatrzymał się przy wejściu, gdzie natrafił na Hermionę. Była otoczona dziewczętami z Gryffindoru, które chichotały, wyraźnie rozemocjonowane. Wygląda, jakby chciała je przekląć, zauważył z rozbawieniem. Automatycznie zlustrował ją od dołu do góry. Nagle poczuł chęć, aby doń podejść i pokazać światu, do kogo należy, aby inni chłopcy trzymali ręce przy sobie. Oczywiście, musiał się powstrzymać, przynajmniej na ten moment. To próba cierpliwości. Wiedział, że w ostatecznym rozrachunku ugra swoje i okaże się zwycięzcą. Kiedy skrzyżowali spojrzenia, uśmiechnął się przekornie, święcie przekonany, że wkrótce będzie świętował wygraną.

Kiedy Hermiona weszła do Wielkiej Sali, automatycznie spojrzała na stół Slytherinu. Prawie natychmiast odnalazła siedzącego przy śniadaniu Toma, który najwyraźniej również jej wypatrywał. Wtem się wyniośle uśmiechnął.

Zaiste, gentelman w każdym calu, pomyślała i prawie potrząsnęła głową.

Gdy omiotła go wzrokiem, doszła do wniosku, że przynajmniej w jednej kwestii Lucia miała całkowitą rację – facet był szalenie przystojny, aczkolwiek „słodki" nie jest słowem, którym by go określiła, gdyż tę mroczniejszą aurę czuć było na kilometr. Odwróciła głowę i bez słowa kontynuowała poszukiwania przyjaciół. Odetchnąwszy z ulgą, usiadła obok Lupina.

– Dzień dobry, Hermiono – przywitał się chłopak.

– Cześć, Mionka. – Uśmiechnął się Weasley.

– Czy dobrze spałaś? – zapytał Longbottom.

– Yhym – mruknęła i sięgnęła po dzbanek z kawą. Czuła, że powinna się dziś odpowiednio dokofeinować.

– Gotowa na nowy semestr? – spytał Richard.

– Jakbyś nie wiedział, stary. To oczywiste, że nie może się doczekać – powiedział Mark, zanim zdążyła choćby otworzyć buzię. – O nas należy się martwić! – dodał dramatycznym tonem i potrząsnął głową. – Słyszałem, że Legifer bierze na celownik wszystkich mężczyzn – wytłumaczył z uśmiechem na twarzy.

Weasley wyrzucił ręce w powietrze.

– Panie, oszczędź nas! Zostaliśmy skazani na zagładę!

Hermiona zmrużyła oczy i postanowiła dodać kilka słów od siebie.

– Wiecie, gdybyście mówili prawdę, nie byłoby wam teraz do śmiechu.

Chłopcy przestali chichotać, ale tylko na moment. Popatrzyli po sobie i nim minęło parę sekund, ponownie się wyszczerzyli. Obserwując przyjaciół, również pozwoliła sobie na mały uśmiech – byli uroczo dziecinni. Beztroscy ludzie skutecznie odwracali uwagę od prawdziwych problemów.

– W porządku, dość tych bzdur. – Lupin wstał od stołu. – Jeśli jeszcze nie zauważyliście, najwyższy czas, żeby udać się na lekcje.

– Mój drogi Amarysie. – Longbottom potrząsnął głową. – Zapewne już to słyszałeś, ale straszna z ciebie popsuj-zabawa.

Nadal roześmiani, we czwórkę zebrali się do wyjścia. W drodze na zaklęcia Hermiona szła za Markiem i Richardem, trochę zatopiona we własnych myślach, ale właśnie wtedy poczuła dłoń na przedramieniu. Odwróciła głowę i zobaczyła, że Lupin marszczy nań brwi. Chwilę przytrzymał ją w miejscu, żeby chłopcy się oddalili, a potem przeszedł do sedna sprawy.

– Czemu wczoraj spotkałaś się z Riddle'em? – zapytał łagodnym tonem.

Na moment wstrzymała oddech. Całkowicie o tym zapomniała, ale przecież Amarys siedział razem z nią w pokoju wspólnym. Co mogła mu powiedzieć na swoje usprawiedliwienie? Nie chciała wyciągać na korytarzu związku z Tomem, zwłaszcza że nie wiedziała, jak dokładnie określić naturę ich relacji.

– No tak – powiedziała, starając się kontrolować swój głos, żeby nie brzmieć na spanikowaną, czy też zaniepokojoną. – Chciał zwrócić coś, co zgubiłam – dodała, gwoli wyjaśnienia i w sumie nieszczególnie minęła się z prawdą.

Lupin zmrużył oczy.

– Nie groził ci na osobności, prawda? Zanim wyjechaliśmy na przerwę świąteczną, wywinęłaś mu niezły numer, więc pomyślałem, że postanowił się odwdzięczyć.

– Nic podobnego, naprawdę – powiedziała. Zupełne zapomniała o grudniowym incydencie i sposobnie, w jaki publicznie odegrała się na Tomie. W międzyczasie wiele się zmieniło, zwłaszcza ich dynamika. Sęk w tym, że nie do końca wiedziała, czy to dobra zmiana, czy też nie.

– Jesteś pewna? – Lupin wciąż był zatroskany. – Jeżeli się obawiasz, nie zdradzę reszcie twojej tajemnicy. Chciałbym, żebyś postawiła na szczerość.

– Naprawdę nie jestem nękana. – Uśmiechnęła się uspokajająco. – Wszystko w porządku.

– Rozumiem – stwierdził, aczkolwiek nie wyglądał na przekonanego. – Jeśli jednak czegoś spróbuje, nie wahaj się powiedzieć mi, Richardowi lub Markowi. Od samego początku cię ostrzegałem, że Riddle jest niebezpieczny i należy na niego uważać.

Skinęła głową.

– Hej, co się ociągacie? – Mark się odwrócił i zauważył, że zostali w tyle. – Myślałem, że mieliśmy się nie spóźnić.

Resztę drogi pokonali razem. Longbottom i Weasley tradycyjnie się wygłupiali, zaś Hermiona sporadycznie dorzucała swoje przysłowiowe trzy grosze, czasem kręciła głową i śmiała się z żartów. Kiedy weszli do klasy, chłopcy pomaszerowali na swoje miejsca w tylnym rzędzie, zaś dziewczyna przypomniała sobie, obok kogo właściwie ma przyjemność. Oczywiście, Tom siedział już na krześle, położywszy rękę na oparciu drugiego siedziska. Uśmiechał się do niej kącikami ust, równie arogancko, co zawsze. Hermionę po raz kolejny uderzyło, że jest naprawdę przystojny. Nic dziwnego, że szalała za nim prawie cała żeńska populacja szkoły. Lupin ma całkowitą rację, pomyślała. Jest szalenie niebezpieczny, ale w zupełnie inny sposób.

Wzięła głęboki oddech i wzmocniła uścisk na pasku szkolnej torby. Podeszła do swojej ławki i zajęła miejsce, podczas gdy ślizgon nadal uśmiechał się zarozumiale.

– Dzień dobry – przywitał się uprzejmie.

– Witaj, Tom – odpowiedziała, uniósłszy brew.

Wróciła wspomnieniami do pierwszej lekcji zaklęć. Była wówczas przerażona, bowiem została zmuszona do zajęcia miejsca obok wroga numer jeden. Jeżeli dobrze pamiętała, chłopak również był zirytowany jej obecnością. Teraz, paradoksalnie, wydawał się cholernie zadowolony z obecnego układu siedzeń, o czym świadczył podejrzanie zaborczy błysk w oku.

Tom spojrzał na siedzącą obok czarownicę. Wyglądała na trochę zdenerwowaną, ale podejrzewał, że był powodem owego stanu rzeczy, więc uśmiechnął się półgębkiem. Lubił mieć nań duży wpływ. Wiedział, że wciąż się wahała i nie była pewna ich związku, za co najprawdopodobniej odpowiadały pierwsze miesiące w szkole, podczas których go nienawidziła. Wcześniej walczyła z nim przy każdej nadarzającej się okazji. Nawet teraz próbowała przekonać samą siebie, że wciąż nie pała doń sympatią. To całkiem interesujące, podsumował. Chciała mu się oprzeć, ale to daremne staranie. Ostatecznie i tak mu się podda.

Przed przerwą świąteczną gardził nią całym sercem i traktował w nieodpowiedni sposób, co zrozumiał po czasie. Popełnił błąd, gdyż nie docenił przeciwnika. Wagę dziewczyny zauważył dopiero później i był szczerze zaskoczony własną opieszałością – powinien był wcześniej dojść do właściwych wniosków. Hermiona cechowała się wielkim talentem, inteligencją oraz potęgą. Na swój sposób była nietypowa, ale wartościowa, zupełnie niepodobna do otaczających go ludzi. Zazwyczaj nie poświęcał innym większej uwagi, dlatego też zawsze wykorzystywał wszystkich bez żadnych skrupułów. Manipulował chłopcami i uwodził dziewczęta, żeby robili rzeczy, których od nich oczekiwał. Jeżeli byli nieposłuszni, postanowili działać wbrew niemu, nigdy nie wahał się użyć siły, żeby osiągnąć cel. Hermiona DeCerto była kimś znaczenie więcej, aniżeli pionkiem na szachownicy, którego w dowolnym momencie mógł przesunąć.

Z powrotem spojrzał na jej twarz i z zadowoleniem zarejestrował, że się zarumieniła, najwyraźniej zauważając, że zlustrował ją wzrokiem. Wpływ, który nań wywierał, był wspaniały. Gdy przybyła do Hogwartu, przez kilka pierwszych tygodni, chociaż się starał, reagowała na niego chłodną obojętnością. Brak oczekiwanej reakcji potęgował jego irytację. Teraz wiele się zmieniło. Może nadal próbowała zaprzeczyć swojemu zauroczeniu, ale był zdeterminowany, żeby dopiąć swego. Która mu się oprze? Ilekroć sobie coś postanowił, zawsze wychodził na tym zwycięsko. Hermiona naprawdę niewiele mogła zrobić, aby mu się przeciwstawić. Chciwość i zaborczość nie opuściła go nawet na moment, a wręcz przeciwnie – poddawał się tym uczuciom za każdym razem, kiedy patrzył na dziewczynę.

W pewnym momencie Hermiona zauważyła, że Tom bezwstydnie pożera ją wzrokiem. Z zirytowaniem poczuła, że zaczyna się rumienić. Czemu próbował wyprowadzić ją z równowagi w klasie pełnej uczniów? Odwróciła wzrok. To przyciąganie, które doń czuła, było z natury złe i powinno być zduszone w zarodku. Nie było innego sposobu, żeby to opisać. Zbyt dobrze wiedziała, kim w rzeczywistości jest. W takcie świąt odkryła, że wciąż tkwi w nim człowieczeństwo, ale to automatycznie nie znaczyło, że był dobrym człowiekiem. Żeby wybrnąć z tego obronną ręką, powinna trzymać się od niego z daleka.

Uniosła głowę, kiedy do sali weszła profesor Merrythought. Chociaż nie grzeszyła wzrostem, to ciężko było ją przeoczyć. Nieustannie promieniowała godną pozazdroszczenia radością, co tylko potęgowało sympatię uczniów. Kobieta podeszła do swojego biurka.

– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się do klasy. – Mam nadzieję, że wszyscy miło spędziliście święta i jesteście gotowi na naukę następnych przydatnych zaklęć. – Odłożyła na stół wysłużoną torebkę i omiotła uczniów spojrzeniem. – Rozpoczęliśmy nowy semestr, więc dziś również zaczniemy od czegoś innego. Kto zna czar Infucatus?

Hermiona zmarszczyła brwi. Nauczycielka wprowadziła naprawdę interesujący temat, bowiem nie znała tego uroku. Jak to możliwe? Może powinna była poczytać przez wolne trochę podręcznika? Automatycznie spojrzała na leżącą na blacie lekturę, ot książkę w prostej czerwonej oprawie. Dopiero wtedy zrozumiała, że się obijała. Zamrugała, gdyż to do niej zupełnie niepodobne. Po lekcji powinna pójść do…

Uśmiechnęła się na ostatnią myśl. Biblioteka zawsze była dlań rozwiązaniem wszystkich problemów, lekarstwem na każdą możliwą chorobę. W tej chwili, zaledwie na sekundę, zupełnie zapomniała, że przeniosła się w czasie – znów wcieliła się w rolę zwykłego mola książkowego, którym niegdyś była i niewinnej dziewczyny. Jakieś to dziwaczne.

Spojrzała na Toma i nie była zaskoczona widokiem jego uniesionej ręki. W duchu przewróciła oczami, bo to przecież oczywiste, że znał odpowiedź na pytanie nauczycielki. Szczerze mówiąc, był jeszcze większym entuzjastą nauki od niej.

– Słucham, panie Riddle – Uśmiechnęła się Merrythough.

– Infucatus może zmienić kolor dowolnego przedmiotu, zgodnie z życzeniem czarodzieja rzucającego zaklęcie – odpowiedział natychmiast ślizgon.

– Owszem. – Pani profesor uniosła brwi. – Czy może pan również przytoczyć właściwą inkantację?

Hermiona z dyskomfortem obserwowała, jak Tom wyciąga swą różdżkę. Odkąd odebrał zarekwirowany oręż, spinała się za każdym razem, gdy go używał. Eleganckim ruchem machnął ręką. Zesztywniała, kiedy uzmysłowiła sobie, że jest obiektem testowym.

Infus.

Nie wyczuła żadnej zmiany, ale nauczycielka wydawała się pod wielkim wrażeniem, więc zaklęcie zadziałało prawidłowo.

– Wspaniale, panie Riddle. Dziesięć punktów dla Slytherinu.

Hermiona zamrugała, kiedy zauważyła, ze kilku ślizgonów się doń uśmiecha i spuściła wzrok na swoje szaty. W sumie to nie powinna być zaskoczona. Czerwono-złote brzegi zniknęły, podobnie jak godło Gryffindoru, zastąpione przez zielono-srebrne wykończenia i węża na piersi. Westchnęła pod nosem i przeniosła spojrzenie z powrotem na Toma, który udawał zainteresowanie wykładanym tematem i w ogóle nań nie patrzył.

– Czy mógłbyś odwrócić zaklęcie? – wyszeptała, pochyliwszy się ku niemu.

– Wolę cię w zielonym – odpowiedział z uśmiechem na twarzy, wciąż pozornie skupiony na słowach Merrythough.

Nie odwróciła wzroku, patrząc nań z uporem. Tom w końcu nie wytrzymał i zachichotał pod nosem. Oczywiście, poradziłaby sobie bez jego pomocy, ale gdyby zaprezentowała równie zaawansowaną magię na forum, zwróciłaby na siebie uwagę najbliżej siedzących uczniów. Poza tym chciała poznać odwrotną inkantację.

Confuto – wyszeptał po chwili i rzeczywiście, znów siedziała w dumnych barwach Gryffindoru.

Hermiona potrząsnęła głową i odwróciła się ku wykładowczyni, zupełnie ignorując drwiący uśmieszek, który przy okazji otrzymała. Trzymała pióro w dłoni i notowała wszystko, co powiedziała pani profesor. Lekcja okazała się naprawdę interesująca, bowiem nigdy nie zgłębiała podobnych uroków. Odkąd opuściła szkołę, skupiała się przede wszystkim na zaklęciach ofensywnych i defensywnych, które bywały przydatne na polu bitwy. Nigdy nie miała okazji nauczyć się tych uroczo niewinnych czarów, którymi się dziś zajmowali. Miło było sobie przypomnieć, że magia to nie tylko obrona i atak, ale również bardziej przyziemne sprawy.

Mimo że była pochłonięta sporządzaniem notatek, poczuła dotyk na głowie. Natychmiast uniosła wzrok i zobaczyła, że Tom delikatnym ruchem przeczesywał jej włosy. W dalszym ciągu siedział elegancko na krześle, pozornie w pełni skupiony na wykładzie, a czasem nawet zapisał zdanie lub dwa. Drugą ręką bawił się jej lokami, raz za razem zwijając je sobie na palce. To zachowanie było niezmiernie irytujące, dlatego też chciała zwrócić mu uwagę, ale uczucie niemocy powróciło. Próbowała zaprzeczyć przyjemności, ale nadaremnie.

Resztę lekcji spędziła więc na przekonywaniu samej sobie, że nie podoba jej się przeczesywanie włosów. Kiedy pani profesor nareszcie skończyła zajęcia, poczuła ogromną ulgę. Automatycznie spojrzała na Toma, ale chłopak w momencie zaprzestał pieszczoty i spokojnym ruchem pakował swoje przybory. Nie patrzył w jej stronę, ale widziała, że uśmiechał się zarozumiale.

Gagatek!

Zdawał się zupełnie nie zauważać efektu, jaki wywołał, ale jakoś nie potrafiła się na niego gniewać. Może powinna być zaniepokojona brakiem złości? Sfrustrowana, nerwowym ruchem przeczesała włosy, a następnie też zaczęła się pakować. Kiedy wstała, sapnęła z zaskoczeniem, bowiem prawie zderzyła się z klatką piersiową Longbottoma. Nawet nie zauważyła, gdy podszedł bliżej. Ewidentnie był wściekły, gdyż marszczył brwi i piorunował ślizgona wzrokiem. Poczuła żelazny uchwyt na nadgarstku, a potem została pociągnięta do przodu.

– Co ty sobie wyobrażasz? – Mark z ledwością tłumił gniew.

Hermiona zamrugała i spojrzała na Toma, który po prostu patrzył na Longbottoma z niczego niezdradzającą miną. W oczach jednak miał niebezpieczny błysk, który przybierał na sile, gdy zarejestrował, że znalazła się w potrzasku. Wstał od stołu, po czym oparł się na blacie i nonszalancko zakręcił różdżką w dłoni.

– Jak ci się wydaje? – zapytał zaskakująco spokojnym, niemal znudzonym głosem. – Śledziłem lekcję profesor Merrythough. – Spojrzał na gryfona i uśmiechnął się protekcjonalnie. – Mogłem się domyślić, że to dla ciebie całkiem nowa koncepcja.

Usłyszawszy chłodny ton, dziewczynę przeszył dreszcz. Wciąż opierał się o stół, z pozoru całkiem swobodnie, ale emanował rosnącym zagrożeniem. W oczach miał żelazny błysk, który dodawał wrażeniu grozy. Podczas przerwy świątecznej był zupełnie innym człowiekiem, przez co zapomniała, jak potrafi być prawdziwie przerażający.

– Trzymaj swoje brudne paluchy z daleka od Hermiony – kontynuował odważnie Mark.

Tom zrobił krok naprzód i po raz pierwszy od początku sprzeczki stanął twarzą w twarz z gryfonem. Zacisnąwszy dłoń na uchwycie, przestał bawić się różdżką. Przywiał tradycyjną beznamiętną maskę, przez którą prześwitywała chłodna nienawiść.

– Uważaj, Longbottom – powiedział niebezpiecznym głosem. – Nie powinieneś obrażać niewłaściwych ludzi. – Kryjąca się za tymi słowa groźba była jasna i nie potrzebowała dalszego tłumaczenia.

Hermiona się zapatrzyła, gdyż był cholernie onieśmielający. Naprawdę zapomniała, że kiedy chciał, bez większego problemu potrafił wzbudzić strach.

– Trzymaj się od niej z daleka! – Gdy Mark prawie krzyknął, ucieszyła się, że zostali w sali tylko we trójkę. – Żadnych gróźb, zrozumiałeś? – kontynuował wściekłym tonem.

– Och, gwarantuję, że zdziwiłbyś się, gdybyś naprawdę wiedział, do czego jestem zdolny. – Uśmiechnął się drapieżnie Tom, ewidentnie rozbawiony nieudaną próbą zastraszenia, a następnie ruszył ku drzwiom wyjściowym.

Kiedy mijał Hermionę, w pieszczotliwej manierze przesunął palcami po jej ramieniu. W jego oczach ponownie dostrzegła tę samą łagodność, co zazwyczaj, aczkolwiek na twarzy wciąż miał przyklejony arogancki uśmieszek. Z trudem przełknęła ślinę, a potem jakby w letargu patrzyła, jak wychodzi na korytarz.

– Zarozumiały kutas! – podsumował ślizgona Longbottom, spurpurowiały ze złości. Gniew szybko go opuścił, gdy spojrzał na stojącą obok dziewczynę. – Wszystko w porządku? – zapytał z troską.

Uniosła brwi.

– Jest okej – odpowiedziała uspokajającym tonem, chociaż prawda była zgoła inna. Tom podrywał ją w klasie pełnej uczniów i sprawił, że jej serce znów gwałtowniej zabiło. To z pewnością nie wróżyło dobrze.

– Wierzę – burknął, ale nadal wyglądał na zaniepokojonego. – Obiecaj, że powiesz mi, jeżeli czegoś spróbuje. – Z powrotem spojrzał na korytarz. – To parszywy drań – dodał ze złością.

Hermiona miała wielką ochotę odpowiedzieć coś w guście „Cóż, to Czarny Pan. Nie spodziewałam się niczego innego", choćby po to, żeby zobaczyć minę Longbottoma. Naturalnie, musiała się powstrzymać. Chłopak przez dłuższą chwilę lustrował wzrokiem drzwi, a potem odwrócił się i uśmiechnął.

– Chodź, bo inaczej spóźnimy się na obiad.

Tom wyszedł z sali zaklęć. Idąc korytarzem, odetchnął głęboko, próbując odzyskać nad sobą panowanie. Jego magia wciąż trzaskała w powietrzu, błagając o uwolnienie. Ten bezczelny sukinsyn znów ośmielił się dotknąć Hermiony! Automatycznie zacisnął dłonie w pięści. Starał się nie okazywać emocji, ale sporo go kosztowało zachowanie spokoju i nieprzeklęcie drania w zapomnienie. Och, jakże pragnął zaprezentować mu kilka wymyślniejszych klątw. Niestety, to nie wchodziło w rachubę – zdecydowanie nie pośrodku sali lekcyjnej i nie w obecności dziewczyny. To naprawdę irytujące, że uważała Longbottoma za przyjaciela, bo to nakładało na Toma sporo ograniczeń i utrudniało mu pracę. Nie mógł przecież chodzić po szkole i ciskać zaklęciami w jej znajomych – a przynajmniej jeszcze nie. Otwarte stosowanie przemocy z pewnością nie ułatwiłoby mu sprawy z przypieczętowaniem związku. Wyszedł więc z klasy, zanim zupełnie stracił nad sobą panowanie i namieszał w swoich własnych planach. Gdyby został i posunął się o krok dalej, zaprzepaściłby wszystko i potem żałował. Od samego początku wiedział, że zdobycie Hermiony będzie trudne i wymagające. Nie sposób było jej zmusić do podporządkowania, o czym utwierdził się w przekonaniu podczas przerwy świątecznej i sesji tortur na obrzeżach Zakazanego Lasu. Co dziwne, przed powalaniem Longbottoma powstrzymała go jeszcze jedna rzecz. Nie chciał skrzywdzić dziewczyny, bo to oczywiste, że poczułaby się zraniona atakiem na swojego przyjaciela. Odetchnął głęboko. Jeżeli trzeba, wolał wykluczyć rozwiązanie siłowe.


– Mówię ci, że jej groził – powiedział Mark do Richarda.

Siedzieli obecnie na historii magii i próbowali nie zasnąć, ponieważ profesor Binns znów zanudzał klasę na śmierć. Opowiadał o jakiejś mniej istotnej wojnie goblinów, ale brak modulacji głosowej sprawił, że Hermiona odpływała. Wcześniej przypisywała monotonię nauczyciela faktowi, że przecież był duchem, niezdolnym do zrozumienia koncepcji suspensu, czy zainteresowania uczniów, ale teraz, będąc w przeszłości, gdzie Binns wciąż jest żywym i czującym człowiekiem, nadal straszliwie zanudzał. Aby nie zasnąć w połowie zajęć, postanowiła posłuchać, o czym rozmawiają jej przyjaciele. Chłopcy siedzieli ławkę za nią, a odkąd Longbottom pokłócił się z Tomem po zaklęciach, wciąż szczekał i warczał, tylko o ton spokojniej. Obecnie wdał się w gorącą dyskusję z Weasleyem.

– Jestem pewien, że źle go zrozumiałeś, Mark.

– Wręcz przeciwnie – syknął, całkiem głośno, ale profesor niczego nie zauważył, bowiem nadal kontynuował swój wykład. – Widziałeś, co robił na lekcji. Jak to wyjaśnisz?

– Ciężko stwierdzić, po prostu dotknął włosów Hermiony – odpowiedział niepewnie Richard. – Nie widzę w tym żadnej groźby.

– Głaskał ją po głowie, zupełnie jakby był właścicielem posłusznego psidwaka – poprawił przyjaciela. – Zrozum, że facet coś kombinuje.

– Och, proszę. Nie wyjeżdżaj mi tylko ze swoją teorią spiskową, że Riddle jest zły do szpiku kości. – Weasley z pewnością przewrócił oczami, zaś dziewczyna się uśmiechnęła pod nosem.

– To żadna teoria!

– Masz jakieś dowody?

– Czy to nie oczywiste, skoro gościu jest cwanym i wrednym draniem? – argumentował Longbottom, drżąc od tłumionej wściekłości. – Teraz upatrzył sobie Hermionę.

Usłyszawszy słowa Marka, uśmiech zniknął z twarzy dziewczyny. Znów ma rację, podsumowała w myślach. Tom ustawił ją sobie na celowniku, ale zdecydowanie nie żeby się zemścić za przedświąteczne przedstawienie. Wręcz przeciwnie – Riddle chciał czegoś, czego nie była w stu procentach pewna. Podczas wolnego zmienił swe nastawienie, a zachowanie, które zaprezentował na zaklęciach, potwierdzało wszystkie przypuszczenia.

Czego pragnął…?

Co ważniejsze, czy powinna zwrócić mu uwagę? Publiczne pieszczoty, tak piętnowane w latach czterdziestych, były niewłaściwe, zwłaszcza propagowane na lekcji. Longbottom miał całkowitą rację – Tom był mrocznym czarodziejem, którego niejednokrotnie widziała w akcji. Może i rzeczywiście był niewinny zbrodniom swojego odpowiednika z przyszłości, jednakże cząstka Voldemorta wciąż w nim gdzieś siedziała, przyczajona i gotowa do ujrzenia światła dziennego. Hermiona miała tego świadomość, a jednak z jakiegoś niewyjaśnionego powodu nie potrafiła utrzymać dystansu. Czemu pragnęła, żeby się doń przytulił, nawet teraz?

Westchnęła.

Całkiem prawdopodobne, że rozwiązanie problemu leżało w jej dormitorium, zabezpieczone na cztery spusty na dnie szkolnego kufra. Liczyła, że dzięki pomocy manuskryptu wróci do swoich czasów i odzyska spokój ducha, zostawiając Toma w przeszłości…

Coś nieprzyjemnego osiadło jej na żołądku.

Spędziła w latach czterdziestych kawał czasu. Chociaż ta dekada była cholernie irytująca dla młodych czarownic, w Hogwarcie wszystko płynęło własnym rytmem, a tego zaś nie doświadczyła przez ostatnie dwa lata. Jakie życie czekało nań w przyszłości…? Powrót do ogarniętego wojną kraju…? Oczywiście, starcie zostało zakończone, ale państwo leżało w gruzach i należałoby je praktycznie od podstaw odbudować. Gdy wróci, będzie musiała samodzielnie wrócić do społeczeństwa.

Zapatrzyła się na stojącego na podwyższeniu nauczyciela, ale zupełnie go nie widziała.

W przyszłości nic nań nie czekało, a mimo to musiała tam wrócić. Nie przynależała do lat czterdziestych. Zabawa z linią czasu była szalenie niebezpieczna i mogła doprowadzić do najprawdziwszego kataklizmu. Zmieniła już za dużo rzeczy i powinna wziąć się w garść. Walczyła z wieloma sprawami, a ta po prostu była następną misją do wykonania. Nie powinna mieć żadnych wątpliwości.

Zamknęła oczy i wzięła głęboki oddech, pragnąc zapanować nad mieszanymi emocjami. Tom zachwiał jej determinację i światopogląd, pokazując, że można żyć bez wszechobecnego smutku, co czyniło wszystko znacznie trudniejszym. Czy ten koszmar, do którego została siłą wrzucona, okaże się nieskończony?

Wtem poczuła dłoń na ramieniu. Otworzyła oczy i podniosła głowę. Obok niej stał Longbottom i patrzył nań zaniepokojony.

– Wszystko w porządku? – zapytał.

Hermiona zmarszczyła brwi i rozejrzała się po klasie. Wyglądało na to, że zajęcia się skończyły, a uczniowie ewakuowali na korytarz. Jak to możliwe, że przeoczyła koniec lekcji? Zamrugała, po czym uśmiechnęła się słabo.

– Yhym – odmruknęła i pozwoliła pomóc sobie wstać.

Razem wyszli z sali, gdzie czekali na nich Weasley i Lupin. Nie sposób było przegapić, że chłopcy rozmawiali ściszonymi głosami. Sprawiali wrażenie zmartwionych, ale nie mogła znaleźć w sobie siły, żeby ich uspokoić – nie chciała dalej brnąć w kłamstwa, a z pewnością musiałaby się wysilić, żeby znaleźć dobre usprawiedliwienie.

Siedząc w Wielkiej Sali i skubiąc kolację, wciąż była trochę przygnębiona. Prawdę powiedziawszy, nie czuła wielkiego głodu. Chłopcy na wszystkie sposoby próbowali wyciągnąć ją z dołka, ale nadaremnie. Czuła się winna, widząc, że co kilka minut wymieniają zatroskane spojrzenia. Najprawdopodobniej byli przekonani, że skłamała i Tom naprawdę jej groził podczas zaklęć, co potwierdzały tylko nieprzychylne miny rzucane w stronę ślizgońskiego stołu.

Wzrok Hermiony również powędrował ku Slytherinowi, gdzie szybko zlokalizowała obiekt swojego zainteresowania. Chłopak siedział nonszalancko na krześle, aczkolwiek patrzył wprost na nią. O dziwo, prawie natychmiast poczuła się lepiej, wiedząc, że ktoś trzyma nad nią pieczę. Uśmiechnęła się doń, po czym wstała od stołu.

– Gdzie idziesz, Mionka? – zapytał Weasley, wpychając do buzi coś, co przypominało dużego pierożka.

– Wrócę do pokoju wspólnego. – Spróbowała się nie skrzywić. – Nie jestem głodna – dodała, gwoli wytłumaczenia, a następnie ruszyła do drzwi. Zanim wyszła, usłyszała jeszcze skrawek rozmowy między wciąż siedzącymi przyjaciółmi.

– Ciekawe, co się stało. – Richard był zmartwiony.

– Wszystko ci wyjaśniłem na historii magii. To ewidentnie Riddle! – syknął rozwścieczony Longbottom.

Znalazłszy się na zewnątrz, zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku pokoju wspólnego Gryffindoru. Korytarz był opustoszały, bowiem uczniowie nadal spożywali kolację. W głowie miała najprawdziwszy chaos, głównie składający się z mrocznych myśli, ale właśnie wtedy usłyszała, że jest śledzona. Odwróciła się i ze zdziwieniem zobaczyła nadchodzącego Toma. Odetchnęła z ulgą, ponieważ czuła się zagubiona i potrzebowała odrobiny wsparcia.

– Czemu wyszłaś tak wcześnie? – zapytał, gdy podszedł bliżej. W jego oczach błyszczało coś na kształt troski, ale nie miała całkowitej pewności. Szczerze mówiąc, tym razem naprawdę miał nieprzeniknioną minę.

– Nie czułam głodu – odparła.

– Coś się stało?

Uśmiechnęła się ze smutkiem, bo przecież nie może powiedzieć mu prawdy. Wszystko w porządku, tylko mam gówniane życie, którym jestem załamana, nie brzmiało zbyt dobrze.

Zamiast wymyślać wymówki, podeszła bliżej, objęła go w talii i mocno doń przylgnęła. Zamknęła oczy i zakopała twarz w umięśnionej klatce piersiowej. Westchnęła, czując oplatające ją ramiona. Natychmiast się trochę uspokoiła. Miała wrażenie, że problemy nagle stały się odległe.

Gdy minęła chwila, pocałował ją w czoło, a następnie podniósł jej podbródek.

– Czujesz się lepiej? – zapytał z uśmiechem na twarzy.

Hermiona się uśmiechnęła i skinęła głową. Szare oczy Toma zalśniły z zadowolenia, a potem chwycił ją za rękę i poprowadził korytarzem w kierunku pokoju wspólnego Gryffindoru. Szli w komfortowej ciszy, ciesząc się swoim towarzystwem.

Kiedy dotarli do portretu Grubej Damy, przystanęli na moment, zaś chłopak ponownie na nią spojrzał z troską w oczach. Znów była zaskoczona gamą pozytywnych emocji, które pokazywał, bo do niedawna kojarzyła go wyłącznie z negatywnymi. To naprawdę miła odmiana – nie być nienawidzoną, czy pogardzaną.

Uśmiechnęła się niepewnie, bowiem chociaż podobały jej się nowe uczucia, wiedziała, że nie powinna się w nie wybitnie zagłębiać. Wtem Tom położył jej dłoń na policzku, przez co wzdrygnęła się, czując to charakterystyczne elektryzujące mrowienie.

– Wiesz, że możesz mi powiedzieć, gdy coś cię niepokoi – stwierdził łagodnym tonem.

Prawie westchnęła, ponieważ było naprawdę wiele rzeczy, z którymi pragnęła się zdradzić, ale po prostu nie mogła. Oczywiście, miło byłoby porozmawiać z kimś o swoich problemach, ale wiedziała, że samodzielnie musi sobie z nimi poradzić.

Tom zmierzył dziewczynę uważnym spojrzeniem, a potem się ku niej pochylił i złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Hermiona próbowała zwalczyć trzepotanie w żołądku, ale właśnie wtedy ślizgon się odsunął i odwrócił do portretu.

– Aksamitna mrówka – wyszeptał hasło.

– Prawidłowo, drogi chłopcze – podsumowała z uśmiechem Gruba Dama, najprawdopodobniej zadowolona z przedstawionego jej widoku i otworzyła przejście do pokoju wspólnego.

Tom ponownie odwrócił się do Hermiony.

– Jeżeli znów będziesz miała koszmary, zapraszam do spędzenia nocy w moim łóżku. – Uśmiechnął się prowokacyjnie, a następnie pocałował ją w policzek i odszedł pewnym krokiem.

Na twarzy dziewczyny również zagościł uśmiech. Przez chwilę patrzyła na oddalające się plecy chłopaka, który kilkoma słowami i gestami sprawił, że znów nabrała chęci do życia, a potem weszła do pokoju wspólnego.


Tom szedł do pokoju wspólnego, zatopiony w myślach. Zobaczywszy twarz Hermiony w Wielkiej Sali, natychmiast wyciągnął poprawne wnioski – ponownie zatopiła się w smutku, którego doświadczył kilkukrotnie, a pierwszy raz podczas świąt, kiedy to rozpłakała mu się w ramionach. Co się stało?

Cóż, natrafił na następny z sekretów dziewczyny, aczkolwiek ten sprawiał wrażenie naprawdę istotnego. Coś sprawiło, że przeszła małe załamanie i musiał przyznać, że był zdeterminowany, żeby poznać powód owego stanu rzeczy. Może popełnił błąd i powinien zostać z nią dłużej? Raczej postąpił słusznie, ponieważ nie wywierał nacisku, okazał wsparcie, zaś Hermiona wciąż czuła się przy nim niepewnie. Trzeba to jak najszybciej zmienić, zdecydował.

Skręcił w boczny korytarz i uśmiechnął się złośliwie, widząc nadchodzącą z naprzeciwka znajomą grupę gryfonów. Wybornie, doprawdy. Chłodnym spojrzeniem zlustrował Longbottoma i przypomniał sobie, jak tuż po zaklęciach ośmielił się złapać dziewczynę za nadgarstek. To oczywiste, że nie będzie tolerował podobnego zachowania – była przecież niedotykalna dla innych. Magia, którą wcześniej z trudem opanował, znów dała o sobie znać.

Longbottom był żałosnym, nieudolnym głupcem i podróbką miernego czarodzieja. Dlaczego Hermiona zdecydowała się zaprzyjaźnić z tym idiotą? Gdy zobaczył, że chłopak rzuca mu ponure spojrzenie, uśmiechnął się szerzej. Rudzielec, który mu towarzyszył, oczywiście, był Weasleyem. Ostatnim z paczki był Amarys Lupin, który wydawał się najbystrzejszy z całej trójki, ale wciąż nie stanowił żadnej konkurencji. Z drugiej strony, czy w ogóle powinien liczyć się z jakimkolwiek zagrożeniem? Mimowolnie uśmiechnął się jeszcze szerzej.

Uniósł brew, gdy Longbottom się zatrzymał i patrzył nań wyczekująco. Co ten gnojek sobie wyobrażał?, pomyślał z rozbawieniem. Sprzeciwianie mu się zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem. Odkąd ten przebrzydły staruch zarekwirował mu różdżkę, nie mógł używać mroczniejszych klątw, a szczerze swędziała go ręka, żeby cisnąć w niego czymś naprawdę paskudnym, ale wiedział, że wtedy wiele by zaprzepaścił. Gdyby stracił nad sobą panowanie, Hermiona z pewnością by się o tym dowiedziała. Niemniej jednak, po pozaklęciowym incydencie, uznał, że przestanie zachowywać pozory grzecznego i ułożonego ucznia. Nie zaszkodzi pokazać Longbottomowi, gdzie jego miejsce, a było to niemożliwe, kiedy wciąż nosił maskę niewinności. Odprowadził dziewczynę do pokoju wspólnego, tak więc mógł trochę zaszaleć. Zdeterminowany, rzucił chłopakom kpiące spojrzenie.

– No proszę, proszę. Cóż za wielki zaszczyt – trójka gryfonów. – Uśmiechnął się rozbrajająco, kipiąc sarkazmem i z rozbawieniem obserwował, jak Longbottom przewraca oczami i zaczyna purpurowieć z gniewu. To zadziwiające, jak niektórych łatwo jest przechytrzyć i sprowokować. Aż zbyt łatwo, dodał.

– Widzisz? Mówiłem ci wcześniej, że to dupek. Wolałeś nie słuchać – syknął do Weasleya. – Pozwól, że się powtórzę. Trzymaj się z daleka od Hermiony – warknął w kierunku Toma.

Nie mogąc się powstrzymać, zaśmiał się z tej żałosnej próby zastraszenia.

– Uprzejmie odmówię – odpowiedział znudzonym tonem. Idiotę naprawdę prosto podjudzać – wystarczyło kilka kłamstw i gróźb, a kretyn z całą pewnością spróbuje rzucić w niego klątwą, dając mu idealną wymówkę do odparcia ataku i wyprowadzenia własnego. W końcu musiał się bronić, prawda? – Nie zamierzam pozwolić, żeby uszło jej na sucho bezczelne zachowanie – dodał i obserwował wyborne przedstawienie.

Zgodnie z oczekiwaniami, spojrzenie Longbottoma pociemniało, zaś pozostali gryfoni zastygli w bezruchu, zaszokowani i trochę rozzłoszczeni. Cóż, ludzie zazwyczaj reagowali w podobny sposób, kiedy postanowił odsłonić swą prawdziwą twarz. Widok oburzenia na ich twarzach był poniekąd pokrzepiający.

– Nie skrzywdzisz Hermiony!

– Jakbyś był w stanie mnie powstrzymać – parsknął. – Jeżeli zechcę, zrobię znacznie więcej, a ty będziesz się miotał z bezsilności.

Z chłodnym rozbawieniem patrzył, jak Longbottom traci resztki samokontroli. Nawet gdyby chciał, nie zdołałby powstrzymać cisnącego mu się na usta pogardliwego uśmieszku. Weasley i Lupin wciąż wydawali się zaskoczeni zaobserwowaną zmianą charakteru.

– Co jest z tobą nie tak, Riddle? – prawie krzyknął gryfon. – Hermiona w niczym nie zawiniła. Trzymaj się od niej z daleka!

– Zaakceptuj podstawowe fakty, Longbottom. – Tom uniósł brew i wysyczał nazwisko rozmówcy, jakby było najokropniejszą obelgą. – Jeżeli postanowię wymierzyć jej karę za publiczny policzek, nic na to nie poradzicie. Choćbyście chcieli, nie możecie ze mną konkurować.

Spodziewał się, że idiota wyciągnie różdżkę i spróbuje go przekląć, ale straszliwie się pomylił. Zamiast tego, Longbottom rzucił się na niego niczym najprawdziwszy mugol. Złapany za kołnierz szaty, uderzył plecami o ścianę i prawie syknął, chwilowo zamroczony niespodziewanym bólem. Najgorsze, że rany, które otrzymał w sierocińcu, nie do końca zdążyły się zagoić, a teraz piekły żywym ogniem oraz najprawdopodobniej ponownie się otworzyły i krwawiły. Ból w połączeniu z podduszeniem, którego również doświadczył przez zbyt ciasny chwyt na kołnierzu, sprawił, że stracił nad sobą panowanie. Za bardzo przypominało mu to przeżycia związane z Carterem.

– Nie zbliżaj się do Hermiony! – krzyknął Longbottom.

Tom zdecydował się na milczenie i nie wszedł w potyczkę słowną. Zamiast tego po prostu wyciągnął różdżkę.

Lacesso – syknął.

Klątwa natychmiast uderzyła w klatkę piersiową przeciwnika, który został odrzucony do tyłu i uderzył plecami o podłogę. Ślizgon odsunął się od ściany, na którą został wcześniej popchnięty, naprawdę wściekły. W sierocińcu musiał znosić fizyczne znęcanie, ale innego nie zamierzał tolerować. Wycelował i ponownie przeklął podnoszącego się chłopaka, który tym razem poleciał na przeciwległą ścianę. Prawdę powiedziawszy, nie był szczególnie zaskoczony, że zdołał dwukrotnie zwalić go z nóg w ciągu niespełna minuty. Właśnie decydował, którego zaklęcia użyć w następnej kolejności, ale właśnie wtedy kątem oka zauważył lecącego ku niemu czerwonego oszałamiacza, ot podstawę podstaw wszystkich pojedynków. Przewrócił oczami i leniwie machnął różdżką. Urok został przekierowany i rozbił się o ścianę sąsiedniego korytarza.

Omiótłszy wzrokiem rozgrywającą się scenę, uśmiechnął się okrutnie. Weasley pomagał wstać wciąż roztrzęsionemu Longbottomowi, podczas gdy Lupin spróbował zażegnać spór i również wyciągnął różdżkę. Wszyscy trzej gryfoni byli rozeźleni i nastawieni przeciwko niemu. Jakby mogli cokolwiek zdziałać, pomyślał z drwiną. Gdy Longbottom nareszcie stanął na nogach, razem z Weasleyem wycelowali weń różdżki.

– Jesteś powalony, Riddle! – krzyknął ten najbardziej rozwścieczony, wyglądając na wstrząśniętego swoją porażką, zaś Tom, usłyszawszy podsumowanie, roześmiał się w głos. – Reducto! – Gryfon machnął ręką, podczas gdy rudzielec dodał „Petrificus totalus!".

Lupin jako jedyny wykazał się inteligencją, ponieważ rzucił zaklęcie w sposób niewerbalny. Nie trzeba było geniusza, żeby po ruchach nadgarstka dokonać identyfikacji uroku. Przeciwnikowi brakło odwagi, żeby posłań ku niemu coś znacznie gorszego, aniżeli najzwyczajniejszy czar wiążący. Trochę szkoda.

Wszystkie zaklęcia poszybowały w kierunku Toma z prędkością światła. Przynajmniej potrafią poprawnie wycelować, pomyślał i parsknął pod nosem. Smagnął różdżką i wyczarował ciemnoczerwoną kulę wielkości tej używanej do wróżenia, która pochłonęła zaklęcia przeciwników. Poświata przybrała na sile, zaś chłopcy sapnęli, przestraszeni ewentualnymi konsekwencjami. Żałosne, doprawdy, dodał w myślach, a następnie wzmocnił kulę własną magią – ta posłusznie popędziła w kierunku gryfonów. Gdy była wystarczająco blisko, Tom machnął różdżką, a zaklęcie po prostu eksplodowało, posyłając całą trójkę na ścianę. Zanim zdążyli złapać oddech, postanowił ich rozbroić. Z satysfakcją patrzył, jak podnoszą się z ziemi, zszokowani i unieszkodliwieni; oręża wylądowały na podłodze w pewnej odległości. I pomyśleć, że żeby wyeliminować trzech gryfonów, potrzebował tylko jednego prostego uroku.

Pewnym krokiem ruszył naprzód, z rozbawieniem obserwując rozgrywającą się scenę. Chłopcy próbowali stanąć na nogach, rzucając mu wściekłe spojrzenia. W zamian obdarzył ich olśniewającym uśmiechem.

– Nie myśl, że to koniec, dziwaku – warknął Longbottom.

Tom westchnął. Ten idiota niczego się nie nauczył. Najpierw miał czelność dotykać Hermiony, a teraz śmiał go obrażać. Niedopuszczalne i niewybaczalne, podsumował, a następnie pozwolił swojej magii działać i kontynuował lekcję.

Noceo!, pomyślał, wybrawszy cel.

Jasnozielone nitki wystrzeliły z czubka jego różdżki i pomknęły w stronę Longbottoma, a po chwili go oplotły. Chłopak upadł na kolana i zaczął krzyczeć, a na twarzy Toma pojawił się okrutny uśmiech. Automatycznie wzmocnił uścisk na uchwycie, a tym samym podtrzymał klątwę. Weasley natychmiast przykucnął obok przyjaciela i spróbował pozbyć się jasnozielonych nitek. Zbędny wysiłek, podsumował Tom. Zaklęcie, które właśnie rzucił, miało naprawdę wiele wspólnego z czarną magią, więc szczerze wątpił, aby którykolwiek z gryfonów był w stanie je zneutralizować. Uśmiechnąwszy się złośliwie, przez chwilę patrzył na wijącego się z bólu Longbottoma, a potem się znudził bezsensownym staniem na korytarzu. Wciąż miał przecież ważniejsze rzeczy do zrobienia. Zakończył klątwę, a następnie schował różdżkę do kieszeni. Zielone nitki zamigotały, po czym rozpłynęły się w powietrzu. Gryfon przestał krzyczeć, a dwaj przyjaciele posłużyli mu za podpory.

– Czy ty masz w ogóle pojęcie, jakie zaklęcie właśnie rzuciłeś?

Tom uniósł brwi, zdziwiony poziomem wiedzy Lupina. Najwyraźniej trochę nie docenił przeciwnika, bowiem gryfon wydawał się mieć pojęcie, co przed momentem zobaczył. Noceo było naprawdę potężną klątwą i nieszczególnie powszechnie znaną, niemniej jednak oburzenie w głosie Lupina było absurdalne.

– Uwierz, że to pestka w porównaniu z bardziej bolesnymi klątwami. – Uśmiechnął się złośliwie. – Chcesz demonstracji? – parsknął, a następnie odszedł w swoją stronę.

Czasem trzeba się rozerwać, podsumował.

Został gryfonów samych sobie, po czym skierował się do lochów. Po tym jakże satysfakcjonującym pokazie siły, z pewnością przestaną stawać mu na drodze do zdobycia Hermiony. Jeżeli nie, pomyślał z uśmiechem, to żaden problem powtórzyć im odebraną dziś lekcję. Od samego początku powinni byli wiedzieć, że denerwowanie go nie jest najlepszym pomysłem.


Hermiona leżała skulona na łóżku. Zawczasu zaciągnęła kotary, chcąc rozkoszować się błogą ciszą w dormitorium. Inne dziewczęta wciąż były w Wielkiej Sali na kolacji i na szczęście nie musiała słuchać ich bezsensownej paplaniny. Czuła się zaskakująco spokojna i żadne mroczne myśli nie zaprzątały jej głowy. Od czasu historii magii była wyjątkowo przygnębiona, bowiem zauważyła, że nie ma żadnej przyszłości, kiedy przeniesie się w czasie. Odkąd znalazła się w pocieszających objęciach Toma, odrzuciła poczucie beznadziei.

Jedną dłonią nieświadomie przesunęła po policzku, gdzie została pocałowana, zaś w drugiej trzymała otwarty manuskrypt, chcąc trochę poczytać. Niestety, zapisane treści wciąż były trudne do zrozumienia i nadal nie natknęła się na wskazówkę dotyczącą Czarnej Różdżki. Nim minęła chwila, spostrzegła naskrobaną na marginesie notatkę. Zmarszczyła brwi, nie wiedząc, co powinna o niej myśleć – była po prostu dziwaczna.

Absurdalni idioci! Właśnie z taką ignorancją mam do czynienia. To niczym rzucanie pereł przed wieprze! Nie wymyślono wystarczająco uwłaczającej obelgi, żeby w pełni oddać bezmyślność ludzi.

Gdy stworzyłem arcydzieło, udałem się do miasta, żeby pokazać kolegom po fachu zaczarowane lustro. Chciałem podzielić się moim geniuszem. Chester jest znany w całym kraju czarodziejem, przez wzgląd na rozległą wiedzę i ponadprzeciętne umiejętności w sztuce magicznej. Byłem przekonany, że miejscowi magowie docenią mój kunszt i wysiłek, który włożyłem w stworzenie artefaktu.

Straszliwie się pomyliłem. Wszyscy byli zaślepieni sztywnością własnego, mniej utalentowanego pojmowania prawdziwej sztuki. Wyszydzili me szlachetne nazwisko i nazwali zaklęte lusterko diabelskim i niszczycielskim dziełem. Zupełnie nie dostrzegli skrywanego za klątwą piękna. Byłem zgorszony ich głupotą i oślim uporem, gdyż spodziewałem się otwartych umysłów. Takie rozczarowanie, doprawdy. Mistrzowie upierali się, że mój sposób uprawiania magii jest plugawy i wypaczony na wielu płaszczyznach, prowadzący prosto do samego piekła. Chcieli, żebym się wyrzekł mej drogi. To niedorzeczne! Nigdy nie posunę się do czegoś podobnego. W trybie natychmiastowym opuściłem miasto i zamieszkujących go ograniczonych umysłowo mieszkańców. Nie zamierzam wrócić do zaściankowości. Uwolnienie magii od stuletnich ograniczeń jest jedyną właściwą drogą. Po gorzkim rozczarowaniu postanowiłem zerwać z czarodziejską społecznością i odwrócić się do niej plecami.

Teraz gdy nie muszę wypełniać magicznej przysięgi, którą niegdyś złożyłem, nareszcie odzyskałem wolność. Obiecuję, że będę nieugięcie pracować nad zrzuceniem jarzma, które zbyt długo krępowało tę cudowną moc, zwaną magią.


Tom wymknął się z pokoju wspólnego Slytherinu. Minęła godzina ciszy nocnej, ale koniecznie musiał się czymś zająć. Idąc ciemnym korytarzem, doszedł do wniosku, że regularne spotkania z rycerzami stały się uciążliwe. Zastanawiał się, czy warto je kontynuować. Z drugiej strony ci idioci od czasu do czasu bywali użyteczni i przydatni. Jeżeli chciał wciąż mieć na nich wpływ, nie mógł się teraz wycofać.

Raczej całkowitą kontrolę, poprawił się ze złowieszczym uśmiechem na twarzy.

Szybko dotarł na czwarte piętro, gdzie zastał swoich rycerzy przed miejscem zwyczajowej zbiórki. Zbliżył się po cichu i z zadowoleniem odnotował, że zrobili mu przejście, a nawet lekko pochylili głowy, wyrażając szacunek.

– Otwórz pokój. – Skinął na Avery'ego.

Chłopak natychmiast spełnił polecenie i zaczął chodzić w tę i z powrotem przed kamienną ścianą, skrywającą wejście. Gdy minął przejście po raz trzeci, to nareszcie się ukazało. Avery pchnął drzwi, zaś Tom wszedł jako pierwszy.

Znalazłszy się w środku, skupił się na otoczeniu. Stał w stosunkowo dużej komnacie, której podłoga była wyłożona czarnym, błyszczącym flizem, a ściany wyrzeźbione z szorstkiego kamienia. Po obu stronach pokoju znajdowały się ogromne, bogato zdobione okna, pozwalające wpadać do wnętrza promieniom słonecznym, dzięki czemu komnata została zalana krwistoczerwonym światłem. Z sufitu zwisały lampy naftowe, płonące magicznym płomieniem.

Tom podszedł do stojącego pod jednym z okien tronu i usiadł nań wygodnie. Był wykonany z ciemnego drewna, w którym wyrzeźbiono finezyjne figury. Podłokietniki przypominały dwa wijące się węże, więc oparł na jednym rękę i omiótł wzrokiem wszystkich zgromadzonych, którzy zebrali się przed nim w pełnej szacunku odległości i patrzyli nań z podziwem oraz, co zarejestrował z rozbawieniem, dozą strachu.

– Moi rycerze, minęło zdecydowanie zbyt dużo czasu od naszego ostatniego spotkania – powiedział, przyglądając się ślizgonom. – Mam nadzieję, że w międzyczasie pozostaliście wierni naszym przekonaniom i ideałom – dodał groźnym głosem, po czym uśmiechnął się kącikami, słysząc gorące zapewnienia. – W porządku. Wystąp, Malfoy. Mam dla ciebie zadanie – kontynuował, a chłopak posłusznie wyszedł naprzód. Tom wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty starannie złożone poranne wydanie Proroka Codziennego i podał je podwładnemu. – Coś zostało skradzione niejakiemu Nicolasowi Flamelowi – podsumował, gdy Abraxas spojrzał nań wyczekująco. – Chcę, żebyś dowiedział się czegoś więcej, zwłaszcza co właściwie było obiektem kradzieży.

– Oczywiście. – Malfoy skinął głową.

Tom gestem poprosił go, aby się wycofał, zaś chłopak elegancko się skłonił, zanim dołączył do pozostałych ślizgonów. Szczerze mówiąc, nie miał pewności, czy Hermiona rzeczywiście była zamieszana we włamanie, ale zamierzał się dowiedzieć. Dzięki koneksjom swojej rodziny Abraxas miał największe szanse powodzenia, głównie przez wzgląd na ciąg polityczny i wtyki w Departamencie Aurorów.

Wydawszy rozporządzenia, raz jeszcze omiótł chłopców wzrokiem.

– Zacznijmy nasze spotkane.