19. TRZYMAJ SIĘ Z DALEKA
Obudziwszy się następnego ranka, Hermiona znalazła wciąż otwarty manuskrypt na swojej piersi. Najprawdopodobniej zasnęła podczas czytania. Podniosła książkę i spojrzała na skórzaną okładkę. Lektura okazała się naprawdę uciążliwa, bowiem nigdy wcześniej nie czytała równie skomplikowanej książki. To szalenie frustrujące. Ignotus Peverell miał irytujący zwyczaj przeskakiwania z jednego tematu do drugiego bez żadnego wyjaśnienia, co zaś sprawiało, że podążanie za nim było prawie niemożliwe. Chociaż nie chciała, musiała przyznać, że czasami po prostu nie pojmowała treści, więc skrycie liczyła, że jeżeli napisze o Czarnej Różdżce, wyłapie ten moment i zrozumie przynajmniej zarys koncepcji.
Westchnęła, przewróciła się na boczek, wstała z łóżka i schowała manuskrypt do sekretnego schowka w kufrze. Szczęśliwie, jej współlokatorki wciąż spały, więc odetchnęła z ulgą. Szczerze mówiąc, dziewczęta powoli zaczynały działać jej na nerwy nieustanną paplaniną, w dużej mierze pozbawioną sensu. Wyjątkiem od reguły była Diana Potter, która nie sprawiała wrażenie równie płytkiej, a przez to irytującej.
Chwilę później zeszła po schodach prowadzących do pokoju wspólnego. Mimowolnie się uśmiechnęła, ponieważ była to jedna z niewielu rzeczy, która się zmieniła na przestrzeni lat. Tapety wciąż pozostawały w barwach Gryffindoru, a kanapy zachęcająco miękkie i wygodne, czyli dokładnie takie, jakie zapamiętała ze swoich czasów. Naprawdę miło było znaleźć punkty wspólne i cieszyć się z drobnostek.
Zmarszczyła brwi, gdy spojrzała na siedzących na drugim końcu pokoju chłopców. To naprawdę rzadkie, aby Longbottom i Weasley wstawali tak wcześnie. Lupina mogła zrozumieć, bo prawdę powiedziawszy, często zwlekał się z łóżka nawet przed nią. Co jeszcze ciekawsze, dziś zebrała się wcześniej niż zazwyczaj, a to dawało do myślenia. Bez zastanowienia podeszła bliżej i mocniej zmarszczyła czoło. Mark miał podwinięty rękaw koszuli, przez co odsłaniał brzydki, czerwony ślad na ramieniu. Zranienie wyglądało tak, jakby coś parzącego owinęło mu się wokół ręki i pozostawiło na skórze ślad. Amarys przyszedł mu z pomocą, bowiem właśnie nasączał szmatkę bliżej niezidentyfikowanym eliksirem.
– Ała, uważaj! – Longbottom skrzywił się, gdy przyjaciel przyłożył chusteczkę do skaleczenia.
– Nie bądź mięczakiem, Mark – odpowiedział spokojnym głosem Lupin, starając się dobrze wykonać swą pracę.
Kiedy dotarła kanapy, spojrzała na czerwony ślad.
– Co się stało? – zapytała, zaniepokojona.
Chłopcy gwałtownie podnieśli głowy. Najprawdopodobniej zupełnie się nie spodziewali, że zostaną zaskoczeni w ten sposób. Hermiona zlustrowała wzrokiem ranę i stwierdziła, że wyglądała na bolesną i zdawała się ciągnąć wyżej, pod koszulę, ku barkowi.
– Co ci się stało? – powtórzyła, gdy nabrali wody w usta.
Chłopcy wciąż milczeli, więc zmarszczyła brwi. Czemu nagle zaniemówili?
– Skąd się tu wzięłaś? – spytał zdenerwowanym głosem Longbottom.
– Zeszłam z dormitorium – odpowiedziała zgodnie z prawdą, nie dając się zbyć. – Czy mam zapytać po raz trzeci?
Mark zaczął się wiercić na swoim miejscu, zaczynając się uginać pod jej twardym spojrzeniem. Hermiona była teraz naprawdę ciekawa. To Lupin się wyłamał.
– Spokojnie, nic poważnego – odparł za przyjaciela, ale sprawiał wrażenie człowieka, który wiele ukrywa. – Nie musisz się martwić.
– Nic poważnego, powiadasz… – Jeszcze raz zerknęła na zranione ramię. – Jak dla mnie, to całkiem głębokie poparzenie – dodała w kierunku Amarysa.
Lupin nie odpowiedział, a odwrócił wzrok. Najwyraźniej chłopcy dogadali się za jej plecami i postanowili pomilczeć. Dodając dwa do dwóch, wywnioskowała, że nie chcieli jej przestraszyć historią stojącą za skaleczeniem. Osiągnęli coś zgoła odwrotnego, bowiem cisza niepokoiła bardziej niż słowa. Przysiadła więc na stoliku naprzeciwko kanapy i przyjrzała się przyjaciołom.
– Możecie mi powiedzieć – podsumowała łagodnym głosem, chcąc ich nakłonić do wyznań. – Obiecuję, że zniosę wszystko.
– Nieprawda. Wiemy, że tylko byś się przestraszyła – odparł Longbottom, również zaniepokojony.
– Uwierz, że cokolwiek to jest, zniosę naprawdę wiele. – Uśmiechnęła się zachęcająco i pochyliła się do przodu, aby wywrzeć większą presję. – Po prostu mi powiedz.
Mark przygryzł wargę, a potem westchnął, najwyraźniej zdecydowany, żeby powiedzieć prawdę.
– Riddle.
Hermiona wytrzeszczyła oczy.
– To… Riddle jest odpowiedzialny? – Ponownie spojrzała na poparzenie i wciąż wiercącego się Longbottoma. Wtem prawie podskoczyła w miejscu, kiedy poczuła dłoń na ramieniu.
– Nie musisz się martwić – dodał Lupin. – Nie jesteś zagrożona.
Zamrugała ze zdziwieniem.
– Dlaczego miałabym czuć się zagrożona? Riddle zaatakował Marka, a nie mnie – podsumowała, szczerze zdezorientowana obrotem sytuacji. – Czemu w ogóle przeszedł do ataku?
– Cóż, ten palant groził ci podczas zaklęć, więc kiedy go przydybałem na korytarzu, powiedziałem mu, żeby trzymał się od ciebie z daleka. Właśnie wtedy mnie zaatakował – wyznał Longbottom, nagle rozzłoszczony.
Hermiona ponownie zamrugała, w pełni zszokowana tym, że Mark padł ofiarą Toma. Z drugiej strony, dlaczego w ogóle była zdziwiona? Igrała z Voldemortem we własnej osobie. Czy naprawdę potrzebował szczególnego powodu, aby być tym złym?
– Mimo wszystko musisz zachować ostrożność. – Lupin spojrzał nań z troską. – Riddle jest bezwzględny. Zanim odszedł, powiedział nam, że sobie nie odpuści.
– Nieprawda – odruchowo zaprzeczyła.
– Nie martw się, Hermiono – dodał Mark, najprawdopodobniej chcąc wyciszyć jej rosnące obawy. – Czegokolwiek nie spróbuje, staniemy mu na drodze.
Spojrzała na przyjaciół. Wydawali się szczerze zatroskani, co zaś było miłe, ale zbędne. Cokolwiek powiedział im Tom, najwyraźniej mocno to nimi wstrząsnęło.
– Nie potrzebuję ochrony – stwierdziła stanowczym tonem. – Samodzielnie załatwię tę sprawę. – Nie chciała, żeby czuli się odpowiedzialni za jej bezpieczeństwo, którego w gruncie rzeczy nie mogła zagwarantować. Zazwyczaj byli pogodnymi, normalnymi chłopakami, przez co nie zamierzała wciągać ich we własne problemy.
– Wiemy, że potrafisz o siebie zadbać, ale Riddle jest naprawdę potężnym czarodziejem – dodał Amarys. – I gdy straci grunt pod nogami, nie zawaha się użyć czarnej magii. Wczoraj cisnął w Marka klątwą Noceo.
Hermiona się zagapiła. Całkiem dobrze znała to zaklęcie, bowiem była to mroczne przekleństwo mające na celu wyłącznie zadanie bólu ofierze. W pewnym sensie przypominało Cruciatusa, ale pozostawiała na skórze celu wyraźne ślady. Wtem poczuła narastający gniew. Dlaczego Tom zawsze musiał wyskakiwać z czymś podobnym? Czemu czasem był cholernie delikatny i łagodny, żeby potem ciskać w ludzi podejrzanymi urokami? Zacisnęła dłonie w pięści, patrząc na poparzone ramię Longbottoma. Czuła, że traci nad sobą panowanie, a jej magia wymyka się spod kontroli. Gwałtownie wstała ze swojego miejsca, a następnie się odwróciła i ruszyła w stronę wyjścia z pokoju wspólnego. Niczym chmura gradowa wypadła na korytarz i zupełnie zignorowała nawoływania przyjaciół. Jeżeli miała zaraz eksplodować, dołoży wszelkich starań, żeby wyładować się na właściwej osobie.
Szła znajomymi korytarzami i prawie zbiegła ze schodów, mając głęboko gdzieś mijanych po drodze uczniów. Właściwie to nie miała zielonego pojęcia, gdzie dokładnie znajduje się wejście do pokoju wspólnego Slytherinu, ale była pewna, że natknie się na Toma w lochach – a przynajmniej był to kierunek, z którego zawsze wychodzili ślizgoni. Po drodze ani trochę się nie uspokoiła.
Jakim prawem walnął Marka mrocznym zaklęciem? Co sprawiało, że zawsze posuwał się do ostateczności?
Gdy znalazła się w lochach, spotkała kilku ślizgonów, którzy albo rzucali jej złowrogie spojrzenia, albo syczeli nań obraźliwie, gdyż gryfonki zazwyczaj nie zapuszczały się do wężowiska. Hermiona miała gdzieś ich zachowanie, skupiona wyłącznie na jednej osobie. Kiedy skręciła za następny róg, w końcu znalazła swojego poszukiwanego. Tom szedł spokojnie korytarzem, będąc otoczonym przez większą grupkę i wyglądał, jakby wczoraj normalnie wrócił do pokoju wspólnego. Oczywiście, pomyślała, wciąż rozwścieczona, stado popleczników. Zobaczyła Avery'ego, Lestrange'a, Malfoya, Blacka i najprawdopodobniej Albę, ale tożsamości ostatniego nie była w stu procentach pewna. Czemu ślizgoni zawsze wyglądają, jakby potajemnie coś kombinowali?
Czy Tiara nie powinna być rozsądna? Dlaczego pomyślała, że przydzielenie wszystkich przyszłych i niedoszłych złoczyńców do jednego domu było doskonałym pomysłem? Żeby nie przeszkadzali tym bardziej normalnym?
Gdy przystanęła w miejscu, Tom zwrócił nań uwagę i uniósł pytająco brew. Niemal potrząsnęła w odpowiedzi głową. Zachowywał się, jakby nie wiedział, co zmajstrował. Zatrzymał się kilka kroków przed nią, a jego poplecznicy zrobili dokładnie to samo i dodatkowo rzucili jej nieprzychylne spojrzenie. Ich również Hermiona miała gdzieś. Sapnęła na Toma potępiająco, więc zmarszczył brwi.
Ze złości stuknęła go palcem w klatkę piersiową.
– Co żeś zrobił? – syknęła.
Ślizgoni się zapowietrzyli, a potem wybuchnęli gniewnym szeptem, najprawdopodobniej szczerze oburzeni okazanym brakiem szacunku. Sprawiali wrażenie zirytowanych zobaczoną impertynencją, ale wciąż była zbyt rozgniewana, żeby rozpamiętywać ich agresywne nastawienie i zachowanie.
– Co masz na myśli? – zapytał spokojnym głosem.
– Skończ z udawaniem niewiniątka, Tom! – warknęła, kipiąc ze złości.
Ślizgoni byli bliscy wybuchu. W momencie popatrzyli się po sobie, po czym się poruszyli. Jeżeli naprawdę chcieli przejść do ataku, droga wolna – była na to przygotowana. Wystarczy pstryknięcie palcami, żeby dobyć różdżki i odwdzięczyć się pięknym za nadobne. Riddle nie odpowiedział, nadal patrząc nań w uprzejmym oczekiwaniu. To z kolei zirytowało ją do granic możliwości.
– Wczoraj przekląłeś Marka! – dodała.
– Longbottoma? – zapytał z groźnym błyskiem w oku.
– Owszem, Marka Longbottoma – potwierdziła. – Czy zawsze musisz krzywdzić ludzi? Co sobie myślałeś?
Zacisnął usta.
– Po prostu dostał to, na co zasłużył – odparł chłodno.
– Naprawdę jesteś takim łobuzem? – Zmierzyła go przenikliwym spojrzeniem.
Tom odwzajemnił gest, ale zanim zdążył odpowiedzieć, został wyprzedzony.
– Stul dziób! – Usłyszała i przywołała do siebie różdżkę. Stanęła twarzą w twarz ze ślizgonem, który nie wytrzymał napięcia i pękł. Momentalnie go rozpoznała. To Primus Lestrange, wysoki, krzepki chłopak o nieprzyjemnej aparycji. – Nauczę cię szacunku do lepszych od ciebie, mała dziwko! – splunął z morderczym wyrazem twarzy.
– Jakich znowu lepszych? Nie rozśmieszaj mnie! – zadrwiła, czemu towarzyszyły groźne syki. Gdy zobaczyła, jak pozostali chłopcy idą za przykładem Lestrange'a i również wyciągają broń, natychmiast przyjęła podstawę do pojedynku.
– Pożałujesz swojej bezczelności.
Primus machnął wściekle różdżką, ale dziewczyna była przygotowana. Zamierzała skontrować lecące zaklęcie, ale właśnie wtedy ich starcie zostało przerwane.
– Stać.
Lestrange natychmiast zaprzestał ataku i nawet opuścił różdżkę, ale zachował swój morderczy wyraz twarzy. Hermiona odwróciła głowę, aby spojrzeć na Toma, którego twarde oczy prześlizgiwały się po grupie ślizgonów. W pewnym momencie chłopcy zaczęli się niewygodnie wiercić, najwyraźniej czując się zaszczutymi.
– Odejdźcie – dodał jednocześnie łagodnym, ale i nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Zajmiemy się sprawą, Riddle – poprosił Primus.
– Właśnie – dodał Avery, obrzucając przeciwniczkę pożądliwym spojrzeniem. – Pokażemy tej dziewczynie, w jaki sposób należy okazywać szacunek.
Hermiona naprawdę nie lubiła Avery'ego. Zawsze patrzył na nią z niepokojącym błyskiem w oku. Co gorsza, teraz nie tylko wbił weń obleśny wzrok, ale również trzymał wyciągniętą różdżkę. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziała, jak silni są ślizgoni, bo nigdy tak naprawdę z nimi nie walczyła, pomijając ten jeden raz na korytarzu, prawie w środku nocy, kiedy potem zaciągnęli ją na skraj Zakazanego Lasu. Wtedy mieli po swojej stronie Toma, który zakończył starcie. Chociaż była pewna swoich umiejętności, to przeciwnicy mieli zdecydowaną przewagę liczebną i byli pierwotnymi śmierciożercami, z którymi nie miała żadnego doświadczenia. Wzmocniła uścisk na różdżce i podświadomie oddaliła się od wrogów, a tym samym przybliżyła się do ich przywódcy.
– Kazałem wam odejść – syknął Riddle, a mrok w jego głosie sprawił, że po jej kręgosłupie przebiegł dreszcz. – Nie zamierzam się więcej powtarzać.
Ślizgoni niechętnie schowali broń, po czym rzeczywiście zaczęli odchodzić, oczywiście, rzucając jej przy tym paskudne spojrzenia. Hermiona nie opuściła różdżki, dopóki ostatni z nich nie zniknął za następnym rogiem. Wtedy odetchnęła z ulgą. Wiedziała, co prawda, że daleko im było do śmierciożerców, których znała, ale wciąż sprawiali, że czuła się nieswojo.
– O co mnie właściwie oskarżyłaś? – zapytał beznamiętnie, gdy zostali we dwójkę.
Kiedy się odwróciła, natychmiast zapomniała o starciu i ponownie skupiła się na gniewie. Chłopak patrzył nań z góry, przywdziawszy swą tradycyjną chłodną maskę.
– Zaatakowałeś Marka – przypomniała.
– Cudownie, że z zakładasz, że zacząłem kłótnię – syknął, robiąc krok naprzód.
– Nie obchodzi mnie, kto pierwszy wykonał swój ruch, ale nie widzę, żebyś kulał, bo zostałeś porządnie przeklęty – powiedziała, rzucając mu rozzłoszczone spojrzenie.
– Jakby ci idioci mogli mnie kiedyś przekląć – zadrwił.
– Nie możesz tak po prostu spacerować po szkole i rzucać mroczne klątwy na ludzi, których nie darzysz sympatią – stwierdziła z naciskiem.
Tom zmrużył oczy.
– Dlaczego?
– To niewłaściwe zachowanie. – Hermiona przeczesała dłonią włosy, zirytowana brakiem zrozumienia. – W porządku? – zapytała i zadrżała, kiedy obdarzył ją twardym spojrzeniem.
– To żaden problem. Jak dotąd, ta strategia doskonale się sprawdzała – skontrował spokojnym głosem, aczkolwiek wyczuła w nim chłodną nutę.
Hermiona wzięła głęboki oddech. Gdy skrzyżowali spojrzenia, zobaczyła w jasnoszarych oczach ciemną otchłań, której się przestraszyła i która sprawiała, że czuła się nieswojo. Strach przywrócił wspomnienia, bowiem całkiem dobrze znała tę ciemność – nawiedzała ją w snach, pochłaniała i próbowała złamać.
Jak kiedykolwiek mogła uwierzyć, że Voldemort skrywa dobrą stronę…?
Z uczuciem straszliwej porażki zdecydowała się na milczenie. Odwróciła się na pięcie i bez słowa wyjaśnienia odeszła w swoją stronę. Nie chciała mieć z tą otchłanią niczego do czynienia, bo zbyt wiele już wycierpiała. Szła ciemnymi korytarzami, zirytowana panującą w lochach mroczną atmosferą. Marzyła teraz o wspięciu się po schodach i znalezieniu się w przyjemniejszym miejscu. Przeszła pewien dystans i właśnie miała zacząć wchodzić na piętro, kiedy została dogoniona. Całkowicie zignorowała towarzystwo.
Wspięli się po schodach, kiedy Tom postanowił się odezwać. Wciąż wiało od niego chłodem.
– Byliśmy w trakcie rozmowy, a ty po prostu sobie poszłaś.
Spojrzała nań z boku i zobaczyła, że jest rozgniewany.
– Szczerze mówiąc, powinieneś być wdzięczny, że przerwałam to w połowie – podsumowała szyderczo. – Oszczędziłam ci przekleństwa, którego ty byś się nie powstydził.
Hermionę rozsadzała wściekłość. Owszem, złościła się na Toma, że posunął się do ostateczności i zaatakował jej przyjaciół, ale przede wszystkim miała pretensje do samej siebie, że dała się zwieść i obdarzyła wroga zaufaniem, na które niczym nie zasłużył. Co właśnie myślała? Że porzucił swą mroczną stronę i postanowił zostać dobrym gościem? Że odpuścił bycie Czarnym Panem? Potrząsnęła w irytacji głową i ruszyła w stronę Wielkiej Sali. Powoli zaczynało ją drażnić, że ślizgon deptał jej po piętach.
– Nie rozumiem, dlaczego jesteś zła – stwierdził w pewnym momencie. – Naprawdę się powstrzymałem i nie użyłem żadnych niebezpiecznych klątw.
Automatycznie się zatrzymała.
– Czyżby…? – zapytała z niedowierzaniem. – Wiesz, czym się charakteryzuje Noceo, prawda? – Nie dała mu czasu na odpowiedź, bowiem sama jej udzieliła. – To zaklęcie z dziedziny czarnej magii.
Tom zmarszczył brwi.
– Nie sądzisz, że trochę przesadzasz?
Stali przed drzwiami wejściowymi do Wielkiej Sali, gdzie słyszeli dobiegające ze środka rozmowy jedzących śniadanie uczniów.
– Słucham…? – zapytała, szczerze oburzona. – Nie bez powodu niebezpieczne klątwy zalicza się do czarnej magii – warknęła, a następnie pchnęła wrota i weszła do środka. Zanim zdążyła zrobić kilka kroków, zostania ponownie zatrzymana.
– Zaczekaj – powiedział i obrócił ją przodem do siebie.
– No co? – Natychmiast się zjeżyła. – Zamierzasz mnie przekląć?
Aby podkreślić wagę swoich słów, wbiła w niego wściekłe spojrzenie, ale właśnie wtedy stało się coś, czego zupełnie nie oczekiwała. Wydawał się mięknąć, aż w końcu wyzbył się gniewu.
– Nigdy bym… – zaczął łagodnym tonem, ale nie miał szansy dokończyć, bowiem mu przerwano.
– Zostaw Hermionę w spokoju!
Odwróciła głowę i prawie jęknęła, gdy zobaczyła pędzącego ku nim Longbottoma, przyglądającego się Tomowi z wypisanym na twarzy gniewem. Zamrugała, kiedy dostrzegła, że prawą ręką sięga ku kieszeni szaty, najprawdopodobniej, aby chwycić różdżkę. Lupin i Weasley zaś deptali mu po piętach, również gotowi do odparcia ewentualnego ataku. Tom również zwrócił uwagę na nadchodzących gryfonów, ale nie uwolnił jej ramienia z uścisku. Oczywiście, na jego twarzy znów pojawiła się beznamiętna maska.
– Longbottom – przywitał się chłodno. – Jak miło, że do nas dołączyłeś – dodał, aż ociekając sarkazmem.
Mark poczerwieniał.
– Mówiłem ci wczoraj, żebyś się do niej nie zbliżał!
Hermiona niemal podskoczyła, usłyszawszy, że Tom się zaśmiał.
– Och, rzeczywiście, prawie zapomniałem – stwierdził, rozbawiony. – Byłbym wdzięczny za doprecyzowanie. To było przed czy po tym, jak padłeś przede mną niemal na kolana?
Wstrzymała na moment oddech. Nie mogła uwierzyć w to, co właśnie powiedział i nie miała na myśli kpiących słów. Ukryta w przekazie zimna złośliwość przypomniała jej nagle, kim w rzeczywistości był. Tonacja głosu, agresywna postawa, zacięty wyraz twarzy – wszystko przywodziło jej na myśl Lorda Voldemorta.
Niespodziewanie wróciło doń wspomnienie ostatniego spotkania w Ministerstwie. Zbyt dobrze pamiętała okrutną mroczną moc wirującą wokół Czarnego Pana, manifestująca się w postaci uniemożliwiającej oddychanie, pogardliwej i agresywnej magii. Wtedy nie wyczuwała wokół niego żadnych pozytywnych emocji i wydawał się istotą zdolną wyłącznie do bezdennej nienawiści dla otoczenia. Kiedy się odzywał, uważnie dobierał słowa, aby zawierały w sobie truciznę, aby sprawiały ból i łamały ducha.
Okrutny. Bezlitosny. Zły.
Gdy przypomniała sobie Lorda Voldemorta, momentalnie zaczęła szybciej oddychać. Spróbowała wyszarpać się z uścisku Toma, ale chłopak był zbyt silny. Nie chciała, by jej dotykał i plugawił mrokiem. Chociaż wcześniej myślała zupełnie inaczej, nie mogła znieść tej bliskości.
Tom zauważył, że zaczęła walczyć i wbił w nią sondujące spojrzenie. Chociaż sprawiał wrażenie beznamiętnego i wyzbytego z pozytywnych uczuć, w jego oczach zalśniła troska. Hermiona zamrugała, pewna, że tylko to sobie wyobraziła i próbowała zracjonalizować zaistniałą sytuację.
– Puszczaj! – syknęła, spanikowana na poważnie.
Ślizgon natychmiast puścił jej ramię, więc odskoczyła na bezpieczną odległość z szybko bijącym sercem. Voldemort, pomyślała, przerażona.
Wciąż na siebie patrzyli. Tym razem nie potrafiła przejrzeć pustej maski, którą ponownie przywdział, ponieważ była zbyt zdezorientowana i nie mogła się skoncentrować, ale również bała się rzeczy, do których by się dokopała. Zesztywniała, kiedy poczuła rękę na ramieniu, ale gdy odwróciła głowę, zobaczyła, że Mark postanowił posłużyć jej wsparciem. Chłopak spiorunował Toma wzrokiem, po czym pociągnął ją w kierunku stołu. Co interesujące, Riddle nie zaprotestował.
Tom po prostu nie rozumiał, dlaczego złościła się z powodu klątwy, której użył. W porządku, miała rację, mówiąc, że było to zaklęcie z dziedziny czarnej magii i rzeczywiście mogło wyrządzić krzywdę. W pewnym momencie, w samym środku rozmowy, Hermiona odwróciła się i odeszła, a teraz wciąż go ignorowała w drodze na śniadanie. Szczerze mówiąc, był sfrustrowany i zirytowany jej niezrozumiałym zachowaniem, więc gdy weszli do Wielkiej Sali, postanowił dokończyć to, co zaczęli w lochach.
– Zaczekaj – powiedział i chwycił ją za ramię, a następnie obrócił w ten sposób, że znów stała zwrócona do niego twarzą.
Rzuciła mu wściekłe spojrzenie, co również go zezłościło. Wczorajsza sytuacja odwróciła się przeciwko niemu, a przez to oddalał się od pierwotnego celu, a mianowicie zdobycia dziewczyny. Choćby chciała, nie mogła mu uciec. Jeżeli wszystko zawiedzie, był przygotowany do zastosowania przymusu.
– No co? – syknęła. – Zamierzasz mnie przekląć?
W żadnym wypadku! To ostatnia rzecz, o której pomyślał. Czy naprawdę myślała, że ciśnie weń klątwą? Dał nauczkę jej przygłupim przyjaciołom, bo działali mu na nerwy – byli wszak nikim. Wściekłość, od której buzował, natychmiast wyparowała, gdy spojrzał na jej zarumienioną z gniewu twarz i doznał olśnienia – naprawdę żywiła przekonanie, że zrobi jej krzywdę.
Musiał postawić sprawę jasno.
– Nigdy bym… – Nie zdążył dokończyć, bowiem mu przerwano.
– Zostaw Hermionę w spokoju!
Odwrócił spojrzenie od dziewczyny i skupił się na nadciągającym Longbottomie. Znów się zdenerwował, tym razem na intruza. Czy ten palant zawsze musiał wtykać nos w nieswoje sprawy? Zacisnął zęby, tracąc część samokontroli – magia zapragnęła się uwolnić. Jego wściekłość sięgnęła granicy, kiedy zobaczył, że ręka gryfona zadrżała, zupełnie jakby zamierzał sięgnąć po różdżkę. Naprawdę chciałby ponownie pokazać temu idiocie, gdzie przynależy, ale musiał się powstrzymać. Odetchnął więc głęboko, a potem zabrał głos.
– Longbottom. Jak miło, że do nas dołączyłeś.
Zgodnie z przewidywaniami, głupiec natychmiast stracił nad sobą panowanie.
– Mówiłem ci wczoraj, żebyś się do niej nie zbliżał!
Hm, potrzebował sporo czasu, żeby wykombinować znośną ripostę, podsumował szyderczo i zaśmiał się z owej naiwności.
– Och, rzeczywiście, prawie zapomniałem. Byłbym wdzięczny za doprecyzowanie. To było przed czy po tym, jak padłeś przede mną niemal na kolana?
To prawie smutne, że tak łatwo mu szło. Z rozbawieniem obserwował, jak jest piorunowany wzrokiem. Naturalnie, pozostali dwaj gryfoni również wyglądali na zgorszonych. Najwyraźniej nie mogli zrozumieć, dlaczego powiedział coś takiego. Cóż, przynajmniej szybciej sformułował ripostę. Obrzucił chłopców wyniosłym spojrzeniem i uśmiechnął się złośliwie.
Właśnie wtedy wyczuł poruszenie. Automatycznie zerknął na Hermionę. Był zdezorientowany, kiedy zobaczył, że próbuje mu się wyrwać. Nawet na sekundę nie poluzował uścisku, a dziewczyna niestrudzenie walczyła. Wtem nań spojrzała i zamrugał, zauważywszy lęk w brązowych oczach. Sprawiała wrażenie szczerze przestraszonej. Czemu nagle spanikowała?
– Puszczaj! – wysyczała, naprawdę się bojąc.
Natychmiast spełnił prośbę i wstrzymał na moment oddech, gdy od niego odskoczyła, chcąc zapewnić sobie swobodę ruchu i zachować dystans. To normalne, że się zaniepokoił – nie była łatwa do zastraszenia, więc dlaczego się spłoszyła…?
Odzyskawszy wolność, znów nań spojrzała. W jej oczach Tom dostrzegł ten dziwaczny błysk, co wcześniej. Emanowała smutkiem i rozżaleniem, ale na zupełnie innej płaszczyźnie. Oprócz tych emocji dopatrzył się również najprawdziwszego strachu, ukierunkowanego prosto na niego. Zastygła w bezruchu, patrząc nań w przerażeniu, ale odniósł nieprzyjemne wrażenie, że widzi obraz kogoś zupełnie innego. W momencie zapragnął podejść bliżej i zaoferować jej pokrzepiający uścisk, ale zanim zdążył cokolwiek zrobić, Longbottom wkroczył do akcji i położył dziewczynie dłoń na ramieniu. Tom zacisnął dłonie w pięści, nie pragnąc niczego poza przeklęciem tego sukinsyna. Oczywiście, nawet nie poruszył palcem, bowiem Hermiona zaczęła patrzeć pomiędzy nimi. Gdy zatrzymała wzrok na gryfonie, wyraźnie się uspokoiła.
Czemu się go bała? Kiedy Longbottom pociągnął ją w kierunku stołu Gryffindoru, nie zrobił kroku naprzód, zostając w dokładnie tym samym miejscu, co wcześniej. Najzwyczajniej w świecie nie wiedział, co powinien uczynić, żeby rozwiązać problem. Zdecydowanie potrzebował porozmawiać z Hermioną i rzucić trochę światła na zaistniałą sytuację. Gdyby postanowił teraz doń podejść, jedynie pogorszyłby sprawę i w najgorszym wypadku osiągnąłby zupełnie coś innego, niż chciał, a mianowicie tylko zwiększyłby dystans. Ostatkiem sił stłumił więc w sobie chęć złapania dziewczyny i wyciągnięcia jej za rękę z Wielkiej Sali. Zacisnąwszy usta, odwrócił się na pięcie i podszedł do swojego stołu.
Hermiona podążyła za Markiem, wstrząśnięta pokazem chłodu ze strony Toma. Czuła się osłabiona niespodziewanym powrotem wspomnień, które ponownie namieszały jej w głowie. Kiedy dotarli do stołu Gryffindoru i zajęli miejsca, wciąż była w ciężkim szoku. Szybko zorientowała się w sytuacji i rozejrzała po współdomownikach. Niektórzy patrzyli nań z zainteresowaniem, ale nie wszyscy, czyli nie przyciągnęli niepotrzebnej uwagi.
– Co ty sobie myślałaś, uciekając w ten sposób?
Spojrzała na Lupina, który patrzył nań zmartwiony.
– Właśnie, zaraz po tym, jak powiedzieliśmy ci, że Riddle postanowił się zemścić – dodał Longbottom z troską w głosie, w nerwowym ruchu przeczesując dłonią blond włosy i nadając im wyglądu rozwianych przez wiatr.
– Ee, to znaczy… Naprawdę nie musicie się o mnie martwić – wyjąkała w odpowiedzi.
– Och, czyżby? – Mark uniósł w niedowierzaniu brwi. – W takim razie wytłumacz nam, co się przed momentem stało, bo dla mnie to zostałaś osaczona.
– Nieprawda, po prostu rozmawialiśmy. – Hermiona nie chciała wciągać chłopców w sprawę.
– Uwierz, że nie wyglądało na to zwyczajną rozmowę. Riddle złapał cię za ramię i jestem pewien, że aż go świerzbiła ręką, żeby cię przekląć – stwierdził dziwnie poważnym tonem Longbottom. – Masz wielkie szczęście, że byłaś w Wielkiej Sali.
– Tak, raczej nie wyciągnie różdżki przy publiczności i w towarzystwie – poparł przyjaciela Amarys. – Zdecydowanie jest na to zbyt mądry.
– Dobrze, że nie naskoczył na ciebie w jednym z korytarzy – dodał Mark, patrząc na nią z wyraźnym zaniepokojeniem. – Wolę nawet nie myśleć, co mogłoby się wtedy wydarzyć. Riddle jest naprawdę zdolny do wszystkiego.
Hermiona spojrzała na swoje dłonie. Czuła się winna, ponieważ chłopcy szczerze się o nią troszczyli, zwłaszcza po wczorajszym incydencie. Nadal była zszokowana zachowaniem Toma, a tym samym pozbawiona siły i chęci na rozwianie obaw oraz dalsze zagłębianie się w temat, chociaż w głębi duszy wiedziała, że ich troska, choć miła, była bezcelowa. Szczerze mówiąc, miała do siebie pretensje, że uwierzyła, że ślizgońską nieszkodliwość.
– W porządku, chodźmy.
Wyrwana z zamyślenia, dziewczyna zamrugała i spojrzała na Longbottoma, który wstał ze swojego miejsca i wyciągnął do niej rękę. Zmarszczyła w niezrozumieniu brwi.
– Dokąd? – zapytała, zdezorientowana.
– Odprowadzę cię do klasy – odpowiedział chłopak, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie.
Hermiona zamrugała. Po śniadaniu czekała na nią numerologia, na której siedziała w samotności, gdyż chłopcy wybrali inne przedmioty.
– Czemu? – spytała, ponieważ Longbottom nie miał żadnego powodu, aby jej towarzyszyć. – Nie uczęszczasz na numerologię.
Mark potrząsnął głową.
– Nie pozwolę ci spacerować samej po szkole, kiedy ten palant pragnie twojej krwi.
– Oczywiście. – Skinął Weasley. – Nie pozwolimy, żeby Riddle cię dopadł.
Lupin również przytaknął przyjaciołom, ale z wypisanym na twarzy poważnym zdeterminowaniem. Hermiona nie wiedziała, jak zareagować. Miło było mieć świadomość bycia lubianą, ale nie mogła pozwolić, żeby chłopcy chodzili za nią krok w krok. Miała misję do wykonania, a nie chciała, żeby zobaczyli, co bada i przypadkowo poznali prawdę. Musiała się również dowiedzieć, czym była ta jasnoniebieska poświata, którą widziała wokół zamku i spróbować wykombinować, w jaki sposób jest powiązana z magią Czarnej Różdżki. Nie widząc teraz innego wyjścia, chwyciła wyciągniętą rękę i pozwoliła pomóc sobie wstać. Podniosła z ziemi szkolną torbę i wyszła razem z Markiem z Wielkiej Sali.
Tom obserwował Hermionę ze zwężonymi oczami. Prawie podniósł larum, kiedy zobaczył, że Longbottom trzymał dziewczynę za rękę. Chociaż szczycił się z samokontroli, niemal go rozerwało od środka. Z bezsilnością po prostu patrzył, jak ten idiota dotyka nie swojej własności. Zacisnął dłonie w pięści, podczas gdy dziewczyna opuściła Wielką Salę razem z tym przygłupem. Z trudem zwalczył potrzebę wybiegnięcia za nimi i pokazania temu idiocie, jakie miał wczoraj szczęście, że oberwał zaledwie klątwą Noceo. Było naprawdę wiele przekleństw, które pragnął mu zaprezentować. Musiał też przekonać Hermionę, żeby zerwała z nim kontakt, albo – w gorszym wypadku – żeby omijała spotkania we dwoje. Rozwiązanie siłowe odpadało, bowiem tylko pogorszyłoby sprawę. W jaki sposób pozbyć się Longbottoma, żeby nie zostać znów znienawidzonym?
Całkiem możliwe, że jest za późno, podsumował z frustracją.
Prawie się skrzywił, przypomniawszy sobie wyraz jej spanikowany wyraz twarzy. Wcześniej była po prostu wściekła i, prawdę powiedziawszy, nie powinien być zaskoczony – popełnił błąd, prowokując atak, ale zrozumiał to dopiero po fakcie. Czego w gruncie rzeczy oczekiwał? Że dziewczyna się nie dowie? Że automatycznie mu wybaczy? Postąpił nierozważnie i teraz ponosił konsekwencje swoich czynów. To oczywiste, że gdy dowiedziała się o całym zdarzeniu, zareagowała dość impulsywnie. Zawsze była opiekuńcza, ale i porywcza. Z czystym sumieniem mógł powiedzieć, że głównie dlatego się nią zainteresował, ale to jednocześnie sprawiało, że miał mniejszą kontrolę, niżby chciał. Zacisnął usta, wyciągnąwszy poprawne wnioski – nigdy nie powinien był atakować Longbottoma, a przynajmniej nie w tym momencie, gdy każdy szczegół mógł zmienić zdanie Hermiony.
Oparł się na krześle, sfrustrowany do granic możliwości, a potem gwałtownie wciągnął powietrze, przypomniawszy sobie o poranionych plecach. Gdy uderzył wczoraj o ścianę, rozharatał sobie strupy i teraz musiał się męczyć z nowymi ranami. To zaś sprawiło, że znów poczuł potrzebę zgniecenia Longbottoma niczym robaka.
Przez tego głupca stracił nad sobą panowanie, a przecież szczycił się doskonałą samokontrolą. Zbyt dobrze nauczył się po pierwszym roku, co może się stać, gdy się zapomni. Nigdy nie planował przeklinać gryfonów, a jedynie trochę im dogryźć, żeby częściowo rozładować napięcie. Wiedział, że Hermiona nie pochwalałby takiego zachowania, ale niestety stracił opanowanie, co wpędziło go w kłopoty. Jeżeli chciał odzyskać nadszarpnięte zaufanie, musiał wziąć się w garść.
Z mrocznych myśli wyrwało go poruszenie. Odwrócił głowę i prawie jęknął, zobaczywszy stojącego Avery'ego, sprawiającego wrażenie znerwicowanego. Możliwe, że od pewnego czasu próbował przyciągnąć jego uwagę.
– Tak? – zapytał z irytacją, bowiem nie chciał męczyć się teraz z idiotami. Wystarczyła krótka rozmowa z Ledo, żeby pogorszył mu się i tak parszywy humor. Aby to podkreślić, rzucił chłopakowi gniewne spojrzenie, czym osiągnął oczekiwany efekt – ten się odsunął.
– Chcie… chcieliśmy tylko zapytać, kiedy odbędzie się następne spotkanie… – Avery zadrżał. – Wczoraj zapomniałeś zapowiedzieć…
Tom zmrużył oczy. Gdy gwałtownie wstał, Ledo podskoczył i znów się cofnął.
– Cóż, wygląda na to, że musicie poczekać na termin, prawda? – odparł, przechodząc obok. Wyszedł z Wielkiej Sali, nawet nie obejrzawszy się przez ramię. Kipiał z gniewu i był sfrustrowany faktem, że nie może się wyładować na osobie za to odpowiedzialnej.
Hermiona siedziała na numerologii z piórem w ręku i niezapisanym kawałkiem pergaminu przed sobą. Jakoś nie mogła się skoncentrować. Patrzyła na prowadzącego zajęcia profesora, ale zupełnie go nie widziała, ani nie słyszała. Widziała w tym jeden plus, a mianowicie nie musiała się martwić żadnymi pytaniami, bowiem od samego początku roku szkolnego nauczyciel ani razu nie wywołał jej do odpowiedzi, nawet kiedy podnosiła rękę. Z drugiej strony na lekcje uczęszczali sami chłopcy, więc to zapewne cecha lat czterdziestych, a więc następne utrudnienie dla młodych, utalentowanych czarownic. Najprawdopodobniej wszyscy uważali, że to niemożliwe, aby panna miała jakieś pojęcie o liczbach i matematyce. Właśnie dlatego krótko po zapisaniu się na zajęcia przestała się angażować i próbować zwracać na siebie uwagę profesora Gaußa – prawdę powiedziawszy, wykazywał taką postawę, że wystarczyło jej tworzenie notatek. Bycie ignorowaną czy też lekceważoną zazwyczaj doprowadzało ją do szału, ale dziś naprawdę cieszyła się możliwością odetchnięcia i poleniuchowania. W głowie miała masę myśli.
W nerwach bawiła się piórem i niewiele brakowało, żeby się złamało. Zbyt rozkojarzona, zupełnie nie zwracała na to uwagi.
Szczerze mówiąc, złościła się głównie na siebie. Wielokrotnie próbowała się przekonać, że powinna zachować dystans, ale z uporem ignorowała to postanowienie. W głębi duszy wiedziała, że to tylko kwestia czasu, nim stanie się coś złego. Wróciła wspomnieniami do oparzeń, które zobaczyła u Longbottoma i znów się zacietrzewiła. Jakim prawem Tom postanowił go zaatakować…? Odwróciwszy perspektywę, powinna się cieszyć, gdyż to zdarzenie przypomniało jej, że Voldemort, chociaż młody i mniej doświadczony, wciąż stanowi zagrożenie. Nie dość, że rzucił na Marka niebezpieczną klątwę, to jeszcze pokazał swą prawdziwą twarz w Wielkiej Sali. Wciąż drżała na wspomnienie usłyszanych szyderstw, ale to chłodne rozbawienie doprowadziło ją na skraj wytrzymałości. Tom skrywał wiele rzeczy pod protekcjonalną maską. Dziś zobaczyła przebłysk jego nienawiści i złośliwości, które zawsze zdawały się w nim płonąć – zbyt dobrze znała te aspekty osobowości Voldemorta, aczkolwiek fakt faktem, że czarnoksiężnik nie trudził się ukrywaniem swojej natury. Westchnęła pod nosem, gdyż miała świadomość, że ta nienawiść trawi wszystko, czego dotknie. Przez naprawdę długi czas próbowała o niej zapomnieć, a teraz odczuła ją ze zdwojoną siłą. Nie oczekiwała podobnego obrotu wydarzeń, więc element zaskoczenia potęgował stres, którego doświadczyła. W trakcie przerwy świątecznej Tom był zupełnie innym człowiekiem – nie posuwał się do zastraszania, czy też przerażania.
Wiesz dlaczego, prawda?, zganiła się w myślach. Owszem, nie sposób zaprzeczyć faktom. Zgrywał nieszkodliwego, bowiem zostawił różdżkę w szkole.
Wydawał się miły, ponieważ po prostu nie miał okazji czegoś zmajstrować. Gdy odzyskał prawo do czarowania, pierwszą rzeczą, jaką uczynił, było bezpodstawne zaatakowanie jej przyjaciół. Oczywiście, wiedziała, że Tom był silniejszy od Marka, więc niemożliwe było, żeby gryfon zmusił ślizgona do wystosowania niebezpiecznej klątwy. Najbardziej był prawdopodobny scenariusz, gdzie Riddle wyżył się na Longbottomie, bo nie darzy go sympatią i chciał sprawić mu trochę cierpienia.
Zamknęła oczy i odetchnęła głęboko. Kiedy uniosła powieki, ze zdziwieniem spojrzała na połamane pióro. Zebrała kawałki i schowała je do torby, nawet nie myśląc o wyciągnięciu następnego. Po co się trudzić, skoro i tak nie uważała na lekcji…?
Gdy zajęcia dobiegły końca, podjęła decyzję. Naprawdę nie miała większego wyboru. Musiała trzymać się od Toma z daleka, zignorować swoje zdradzieckie uczucia i znaleźć drogę powrotną do swoich czasów. Wiedziała, z czego zrezygnuje, bowiem tylko Tom mógł odpędzić od niej smutek i samotność. To nie pierwszy raz, kiedy musi coś poświęcić, żeby doprowadzić sprawę do końca.
Profesor Gauß zakończył lekcję, zaś Hermiona włożyła pusty pergamin do torby, po czym wstała ze swojego miejsca i wyszła z klasy. Gdy tylko znalazła się na korytarzu, zobaczyła Lupina opartego plecami o ścianę i najwyraźniej na nią czekającego. Chłopcy podeszli do sprawy naprawdę poważnie i, szczerze mówiąc, nie wiedziała, czy była tym zirytowana, czy też mile zaskoczona. Westchnęła pod nosem, mając nadzieję, że to pomoże jej się z daleka od Toma.
– Jak lekcja? – zagaił Amarys, gdy podeszła doń bliżej.
Wzruszyła ramionami.
– Nijak, raczej nudna.
– No cóż, to całkiem naturalne. – Uśmiechnął się w odpowiedzi. – To numerologia – dodał, jakby mówił o oczywistości.
Hermiona uniosła brwi. Nieczęsto się zdarzało, żeby Lupin wypowiadał się równie negatywnie o jakichś zajęciach.
– Czyżbyś nie był fanem liczb i równań? – zapytała.
– Nieszczególnie – odpowiedział zgodnie z prawdą. – Co masz następne?
– Przerwę.
– Co planowałaś porabiać?
Musiała coś wykombinować, bowiem nie mogła zdradzić mu swych planów. Odkrycie sekretu zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, zwłaszcza że zamierzała dowiedzieć się czegoś więcej o tej jasnoniebieskiej poświacie, albo przeczytać następny rozdział manuskryptu. Naprawdę potrzebowała sposobu na podróż w czasie. Chociaż zabawnie byłoby obserwować zmieniającą się mimikę Amarysa, musiała się powstrzymać i skłamać – nie zamierzała odwiedzać go w międzyczasie w Świętym Mungu.
– Chciałam iść do biblioteki – powiedziała w zamian. – No wiesz, zacząć pisać wypracowanie dla profesor Merrythought.
– Wspaniale. – Odsunął się od ściany. – Też planowałem odwiedzić bibliotekę.
Hermiona prawie jęknęła. Miała nadzieję, że Lupin po prostu ją odprowadzi, a potem pójdzie w swoją stronę, dając jej wolną rękę, ale wyglądało na to, że nie miała szczęścia. Z trudem powstrzymując się przed westchnieniem, poszła z chłopakiem do biblioteki. Nigdy nie przypuszczała, że kiedyś będzie wkurzona z powodu szkolnych zbiorów i miejsca przeznaczonego do nauki. Gdyby mogła, potrząsnęłaby głową.
– Ach, panna DeCerto. – Uśmiechnęła się ciepło pani Peters. – Pan Lupin – dodała, patrząc na gryfona. – Szczerze mówiąc, zastanawiałam się, kiedy znów was zobaczę. To dopiero drugi dzień po przerwie świątecznej. Jak udało wam się trzymać tak długo z daleka od książek? – zapytała z przyjazną drwiną w głosie, zaś dziewczyna odwzajemniła uśmiech. – Cóż, radzę się pośpieszyć i ostrzegam, że dziś jest tłoczno. Profesor Kettleburn jest chory, więc musiał odwołać swoje zajęcia – dodała, gwoli wyjaśnienia.
– W porządku, dziękujemy.
Wyglądało na to, że bibliotekarka rzeczywiście miała rację – wiele stoików było zajętych przez odrabiających lekcję uczniów. Mimowolnie westchnęła. Znalezienie wolnego miejsca będzie graniczyło z cudem.
Żeby trafić na wolne biurko, musieli przejść przez prawie całą bibliotekę. Zanim usiadła, Hermiona rzuciła okiem na sąsiedni stolik i wstrzymała oddech, gdy zauważyła siedzącego przy nim Toma. Po chwili, jakby wyczuwszy na sobie czyjeś spojrzenie, chłopak uniósł głowę znad książki i niemal natychmiast skrzyżował z nią spojrzenie. Z trudem wypuściła powietrze, zatopiwszy się w tych pięknych jasnoszarych oczach.
Lupin również zauważył Riddle'a.
– Możemy po prostu napisać esej w pokoju wspólnym – podsumował, pochyliwszy się w jej stronę.
Hermiona wciąż patrzyła na Toma. Czemu zachowanie dystansu okazywało się takie trudne…? Jak mogła go zignorować, kiedy serce prawie wyskoczyło jej z piersi…?
– Nie, w porządku… – powiedziała spokojnym tonem. – Zostańmy.
– Na pewno? – Amarys brzmiał na zatroskanego.
Przytaknęła i podeszła do stolika. Usiadła, otworzyła torbę i wyciągnęła z niej kawałek pergaminu oraz niezniszczone, nowiuśkie pióro. Czuła się zdenerwowana tym, że Tom był nieopodal. Jeżeli naprawdę chciała o nim zapomnieć, musiała wziąć się w garść. Zaryzykowała kolejne spojrzenie na ślizgona i zauważyła, że wciąż nań patrzy. Chociaż przywdział beznamiętną maskę, w jego oczach dostrzegła zmartwiony błysk. Szybko odwróciła wzrok i przygryzła z nerwów dolną wargę. Nie może sobie pozwolić na ponowne popadnięcie w zauroczenie. Cała ta sytuacja była niedorzeczna. Szkoda biegać w kółko i szargać sobie nerwów z powodu szczenięcego, nietrwałego uczucia. Miała przecież wiele innych, o wiele ważniejszych problemów na głowie. Automatycznie wróciła myślami do dnia, w którym pierwszy raz się pocałowali. Momentalnie poczuła się bezpieczna i chroniona, uścisk odegnał samotność i żałość, a ten komfort był bardzo kuszący. To piękna iluzja, doprawdy.
Hermiona przeczesała dłonią włosy. Wiedziała, że nadal jest obserwowana, najprawdopodobniej z zatroskaniem, ale miała świadomość, że to tylko udoskonalona do perfekcji gra aktorska. Tom ukrywał swą prawdziwą twarz, która była okrutna i bezlitosna, o czym świadczył wczorajszy atak na Longbottoma, absolutnie bez żadnego powodu poza zwykłym brakiem sympatii. Potrząsnęła głową, chcąc pozbyć się tych myśli z głowy. Nie zamierzała dłużej rozwodzić się nad problemem, więc skoncentrowała się na wypracowaniu, które musiała napisać na zaklęcia.
Tom patrzył na siedzącą obok Hermionę i powoli poddawał się frustracji. W tej chwili coś zapisywała, najprawdopodobniej pisząc esej. Była skupiona na wypracowaniu przez ostatnią godzinę i nie rzuciła mu nawet jednego spojrzenia. Wyglądało to tak, jakby z rozmysłem go ignorowała. Może powinien doń podejść i zagadać? Najgorsze, że towarzyszył jej Lupin, a najlepiej byłoby porozmawiać na osobności. Bez kręcących się wokół gryfonów, zdecydowanie miał na nią większy wpływ.
Och, gdyby tylko mógł przekląć tego chłopaka. Wtedy bez większego problemu złapałby Hermionę i przekonałby ją, że jest mu przeznaczona. Oczywiście, musiał się powstrzymać, gdyż otrzymał gorzką lekcję.
Gdy zauważył, że dzieląca gryfonów odległość była nieduża, poczuł gniew, potęgowany byciem ignorowanym. Gdyby uparcie kontynuowała swoją strategię, musiałby zmodyfikować swoją. Zasadniczy problem polegał na tym, że nawet gdyby zdecydował się działać bardziej stanowczo, to nie zagwarantowałoby mu sukcesu. Wiedział, że przymusem niczego nie ugra, a wręcz przeciwnie – znacznie utrudniłby sobie sprawę. Hermiona była utalentowaną i potężną czarownicą, więc musiałby się naprawdę wysilić i sięgnąć do czarnej magii, a tego nie pragnął, ewentualnie w ostateczności, gdyby wszystko inne zawiodło, bo była trudna w obsłudze i prawie niemożliwa do poskromienia. Odkąd przybyła do Hogwartu, nigdy nie okazała przynajmniej oznak uległości w stosunku do mężczyzn, co odróżniało ją od reszty dziewcząt – w innym wypadku miałby na tym polu znaczną przewagę. Niezależność, którą okazywała wszem wobec, dokładała sprawie uciążliwości.
Wtem zauważył, że zwinęła swój pergamin, więc najprawdopodobniej skończyła wypracowanie i zamierzała opuścić bibliotekę. Kiedy wstała od stołu razem z Lupinem, postanowił doń podejść i spróbować swoich sił, ponieważ dłuższa zwłoka nie wyszłaby mu na dobre. Hermiona zobaczyła, że się zbliża i zastygła w bezruchu, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami. Niestety, Lupin również go przyuważył i się wstrzymał, wyraźnie zaniepokojony. Co gorsza, wysunął się trochę naprzód, zupełnie jakby był broniącym damę w opałach rycerzem. Tom zmrużył oczy, zdegustowany jego postawą i zachowaniem. Hermiona z pewnością nie potrzebowała słabego czarodzieja do ochrony.
– Miałeś zostawić nas w spokoju – powiedział ściszonym głosem gryfon.
Prawie się zagotował ze złości i musiał stłumić swą magię, pragnącą uwolnienia i demonstracji. Z trudem się opanował i spojrzał na dziewczynę, która wciąż sprawiała wrażenie zdenerwowanej.
– Muszę z tobą porozmawiać – stwierdził.
– Zupełnie nie rozumiem dlaczego. – Odwróciła wzrok i pozwoliła chwycić się Lupinowi. Razem wyszli z biblioteki, a Tom pozostał na miejscu.
Wyglądało na to, że miał jeszcze jeden problem do rozwiązania.
Późnym wieczorem Hermiona spacerowała po zamku. Zaklęcie niewidzialności to naprawdę cudowna sprawa, dzięki której była w stanie zgubić i zdezorientować przyjaciół. Kiedy razem z Amarysem wyszła z biblioteki, wspólnie udali się na obiad, gdzie chłopak opowiedział reszcie, co znów zaszło. To tylko pogorszyło całą sprawę, bowiem chłopcy jeszcze mocniej się doń przykleili – zaczęli na zmianę odprowadzać ją na zajęcia, czekali na nią po lekcjach, a potem razem wracali do pokoju wspólnego. Zachowywali się paranoicznie, co doprowadzało ją do najprawdziwszego szału. Nadopiekuńczość była miłą odmianą, ale cholernie przytłaczała. Udała więc, że postanowiła położyć się wcześniej spać i chociaż weszła do dormitorium, żeby rzucić na siebie zaklęcie, nawet nie położyła się na łóżku. Niewidzialna dla wszystkich, wyszła na korytarz i na szczęście, jej przyjaciele niczego nie zauważyli. W tej chwili przechadzała się po okolicach zamku, nieopodal hogwardzkiego jeziora, skąd miała doskonały widok na całą szkołę. Niebieskawa poświata wciąż otaczała mury, ale nie była równie widoczna, jak w dzień powrotu uczniów. Hermiona nie wiedziała, dlaczego w pierwszej kolejności zobaczyła ten odblask i musiała zdobyć więcej informacji. Czy naprawdę widziała rzucone na zamek zaklęcia ochronne…?
Zatrzymała się na niewielkim wzgórzu pokrytym śniegiem, zwrócona twarzą do kamiennych murów. Wzięła głęboki wdech, zamknęła oczy, przywołała swoją magię i natychmiast poczuła przepływ mocy. Mocno się skoncentrowała i pozwoliła magii rozwinąć skrzydła, a po chwili poczuła, jak się rozprzestrzeniała i dotykała wszystkich rzeczy wokół – leżącego na ziemi śniegu, grupy niedaleko stojących drzew i zamarzniętej tafli jeziora. Pozwoliła swojej mocy wędrować po okolicy, co było bardzo męczące. Zaczęła się pocić, ale wciąż pozostała skoncentrowana na celu, a mianowicie zamku. Nie minęło dużo czasu, nim znów poczuła stałe pulsowanie pochodzące od szkoły. Wszystko, czego dotknęła, drgało w jednym rytmie. Z pewną dozą zdziwienia zrozumiała również, że nawet jej moc się do niego dostosowała. Postanowiła przyjrzeć się bliżej swojej magii, gdyż im mocniej się koncentrowała, tym wyraźniej dostrzegała zależności. Jeżeli ta jasnoniebieska poświata naprawdę stanowiła zabezpieczenie szkoły, to zdawała się przenikać jej własną moc. Gdy Hermiona zgłębiała tajemnicę, natknęła się na nitki pochodzące od Czarnej Różdżki, wciąż przeplatające się w mentalnym warkoczu. Nie mogła, co prawda, porządnie jej uchwycić, ale zauważyła coś zgoła innego. Chociaż wszystko wokół szumiało od pulsowania, ta wydawała się zupełnie niewzruszona.
Otworzyła oczy i zaprzestała wysiłku. To doświadczenie z pewnością było pouczające. Czymkolwiek był ten niebieskawy błysk, zobaczyła go wyłącznie magii Czarnej Różdżki, która sprawiała wrażenie nań odpornej. Czy naprawdę była w stanie wytrzymać kilkusetletnią magię obronną Hogwartu? Oczywiście, wiedziała, że Insygnium jest cholernie potężne, ale to i tak było imponujące. Od samego początku żyła w przekonaniu, że różdżki są przedłużeniem ramienia czarodzieja i nie posiadają własnej magii, ograniczając się do roli magicznego pośrednika, a tu proszę, cóż za niespodzianka.
Może powinna po prostu spróbować zyskać większą kontrolę nad tą mocą? W niektórych sytuacjach bywała naprawdę przydatna i mogła nieraz uratować życie. Prawdę powiedziawszy, dotąd sięgała po nią instynktownie, gdy czuła się zagrożona, więc może potrzebowała świadomości oraz treningu, który był zdecydowanie lepszy od książkowej, bardzo ubogiej w informacje i ciężkiej do zrozumienia wiedzy.
Ostatni raz omiotła spojrzeniem jasnoniebieską poświatę, a następnie ruszyła z powrotem do szkoły. Zrobiło się późno i trochę zmarzła, szwendając się na zewnątrz, więc schowała skostniałe dłonie w kieszeniach szaty i pospieszyła ku głównym wrotom. Gdy weszła do zamku, pozwoliła sobie na chwilę relaksu, bowiem otuliło ją przyjemne ciepło. Kiedy szła, słyszała stukot własnych butów, ale nijak się przejęła, gdyż większość uczniów smacznie spała w swoich łóżkach. Miała zamiar szybko przemknąć przez pokój wspólny, a następnie zakopać się w miękkiej pościeli, odpłynąć i zapomnieć o wszystkich problemach. Wspięła się po ruchomych schodach, skręciła w boczny korytarz i właśnie wtedy zobaczyła nadchodzącego z naprzeciwka Toma. Chociaż dzieliła ich pewna odległość, natychmiast skrzyżowali spojrzenia, zaś niewielki uśmiech, który dostrzegła na jego twarzy, jasno symbolizował, że została rozpoznana.
Czemu zawsze musimy się spotykać w przyciemnionych, odosobnionych korytarzach?, pomyślała, sfrustrowana spotkaniem.
Serce mimowolnie zabiło jej gwałtowniej. Najwyraźniej rozwiązanie w postaci strategii ignorowania i uniku nie spełniało oczekiwań, ponieważ cholernie zbyt często wpadali na siebie czystym przypadkiem. Wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić, po czym kontynuowała podróż. Jak trudne może być przejście obok chłopaka z przywdzianą maską obojętności, a potem popędzenie do pokoju wspólnego…?
– Hermiono? – Usłyszała, gdy tylko go minęła, więc się zatrzymała i odwróciła. Stał w miejscu i patrzył nań swoimi przepięknymi oczami.
– Tak? – zapytała ze spokojem, którego właściwie nie czuła.
– Dlaczego mnie ignorujesz? – spytał, uprzednio podchodząc doń bliżej. Mimo że próbował brzmieć na opanowanego, gdzieś w środku sprawiał wrażenie wymagającego.
Kiedy zmarszczył brwi, najprawdopodobniej naprawdę nie rozumiejąc sedna problemu, w dziewczynie znów wezbrała się złość. Czemu musiała usprawiedliwiać swoje działania? Nie zrobiła niczego złego, więc skąd to irytujące poczucie winy?
– Jestem przekonana, że doskonale wiesz, czemu nie chcę z tobą rozmawiać! – syknęła.
Jego spojrzenie pociemniało i teraz patrzył na nią wściekle, niemniej jednak nie dała się zastraszyć, ponieważ sama była rozgniewana.
– Wyobraź sobie, że nie wiem – odpowiedział chłodnym tonem. – W porządku, przyznaję, że zaliczyłem starcie z twoimi przyjaciółmi, ale nie pojmuję, dlaczego z nimi rozmawiasz, a mnie ignorujesz.
Hermiona uniosła z oburzeniem brwi. Czemu miałaby zaprzestać kontaktu z chłopcami? Zostali przecież podstępnie zaatakowani i z pewnością nie ponosili winy za całe zdarzenie.
– Wyskoczyłeś na nich z różdżką – podsumowała z gniewem. – I rzuciłeś Noceo na Marka.
– Och, czyli startujemy z nierównego pułapu? – zapytał z wyraźnym poczuciem niesprawiedliwości. – Chcesz powiedzieć, że nie wolno mi cisnąć zaklęciem w Longbottoma, ale on ma pełne prawo do złapania mnie i podduszenia? – wycedził z irytacją.
DeCerto się zapatrzyła. Co takiego zrobił Mark…? Nawet nie przypuszczała, że cokolwiek zawinił. Jej złość natychmiast wyparowała, zastąpiona tradycyjnym poczuciem opiekuńczości i odpowiedzialności za bezpieczeństwo Toma.
– Naprawdę to zrobił…? – wyszeptała z niedowierzaniem.
– Owszem.
– Skrzywdził cię? – dodała, zaniepokojona.
– Słu… słucham…? – Zgłupiał, ewidentnie zakłopotany niespodziewanie usłyszaną troską. Przez chwilę po prostu się gapił.
– Czy jesteś ranny? – powtórzyła łagodnym głosem.
Tom odwrócił wzrok.
– Nie – odpowiedział, zapomniawszy o gniewie.
– To dobrze.
Hermiona podeszła bliżej i wzięła go za rękę. Oczywiście, wiedziała, że potrafi się obronić i, nawet zaatakowany przez trójkę mniej doświadczonych gryfonów, wyszedłby ze starcia bez najmniejszego szwanku. Martwienie się o jego bezpieczeństwo było więc bezpodstawne i całkowicie irracjonalne, ale wciąż miała w pamięci wydarzenia z przerwy świątecznej. Wystarczająco się w życiu nacierpiał.
Zapomniała o wcześniejszych postanowieniach i uśmiechnęła się doń delikatnie. Tom zamrugał, szczerze zdezorientowany. Wciąż sprawiał wrażenie wytrąconego z równowagi tą niespodziewaną zmianą zachowania.
– To nadal nie daje ci prawa do przeklinania Marka – podsumowała.
Zmrużył oczy.
– Czemu wciąż nazywasz go Markiem?
– Cóż, tak właśnie ma na imię – odpowiedziała, uprzednio przewróciwszy oczami. Nie wiedziała, czy to przez poranną sprzeczkę, ale był dziś naprawdę trudny w obsłudze i markotny.
– Nie lubię go – syknął ze złośliwym błyskiem w oku.
Westchnęła.
– Wiem i myślę, że mogę to zaakceptować – stwierdziła. – Czy mógłbyś, bardzo cię proszę, postarać się nie przeklinać moich przyjaciół w przyszłości?
Tom uniósł brew i, zanim się obejrzała, przyciągnął ją do uścisku.
– Wybacz, niczego nie mogę obiecać – odparł z charakterystycznym uśmieszkiem.
Hermiona przewróciła oczami i pozwoliła się przytulić. Gdy została pieszczotliwie pocałowana w czoło, natychmiast się odprężyła, z błogością przymknęła oczy i mocniej się w niego wtuliła. Czemu raz za razem popełniała ten sam błąd? Gdyby wiedziała, że nie wzbudzi żadnych podejrzeń, potrząsnęłaby głową.
Kiedy objęła go w pasie, zauważyła, że się skrzywił i trochę zesztywniał. Szybko się odsunęła i spojrzała nań uważnie.
– Co się stało?
– Nic, wszystko dobrze – odpowiedział, ale unikał nawiązania kontaktu wzrokowego.
– Tom? – zapytała surowym głosem.
– Naprawdę nic mi nie jest – odparł, porzuciwszy niedostępną fasadę.
Uniosła brwi, zupełnie nieprzekonana, ale nie zareagował na nieme żądanie. Podeszła więc bliżej i położyła mu dłoń na ramieniu.
– Czy bolą cię plecy?
Gdy chłopak znów nie odpowiedział, złapała go za ramię i pociągnęła korytarzem. Kiedy dotarli do drzwi prowadzących do nieużywanej sali lekcyjnej, zatrzymała się i zaklęciem otworzyła przejście. W klasie było ciemno, więc wciągnęła go do środka, zabezpieczyła drzwi i machnięciem różdżki wyczarowała jasną kulę, która natychmiast uniosła się ku sufitowi, dając im trochę światła. Skończywszy przygotowania, odwróciła się do ślizgona, który wciąż stał przy wejściu, dokładnie w miejscu, gdzie przystanął. Podeszła bliżej i ponownie wzięła go za rękę. Tom zamrugał, wyraźnie spięty, ale potem się poddał.
– Usiądź. – Uśmiechnęła się i poprowadziła go do jednego z wielu wolnych krzeseł. O dziwo, był posłuszny, więc spełnił wydane polecenie i spojrzał nań z pustym wyrazem twarzy. Westchnęła, mając mały problem w zidentyfikowaniu obecnie targających nim emocji. – Spojrzę na twoje plecy – stwierdziła.
– Nie trzeba, poradzę sobie – odparł po chwili milczenia.
– Skończ z głupkowaniem i zdejmij koszulę – powiedziała łagodnym tonem.
Tom przez chwilę po prostu nań patrzył, więc uniosła w oczekiwaniu brwi. Na szczęście odwrócił wzrok i posłusznie zaczął rozwiązywać krawat. Odetchnęła z ulgą, że podporządkował się i tym razem. Machnęła różdżką i przywołała z dormitorium podręczną apteczkę. Pudełeczko natychmiast zmaterializowało się w powietrzu, a następnie podleciało do najbliższego stolika i postawiło się na blacie. Hermiona otworzyła wieczko i sprawdziła zapasy. Wyglądało na to, że miała wszystko, czego potrzebowała, ale w przyszłości będzie musiała zakupić kilka drobiazgów. Gdy odwróciła się do ślizgona, zauważyła, że zdjął szkolne szaty i szary bezrękawnik, a teraz ściągał koszulę. Kiedy się rozebrał do połowy, musiała przyznać, że wyglądał szalenie kusząco. Zwalczywszy w sobie pragnienie, skupiła się na ważniejszych rzeczach. Kiedy usiadł tyłem do niej, podeszła bliżej i spojrzała na jego plecy. Wciąż były obandażowane, aczkolwiek nie materiałem, który założyła mu ostatnio. Machnęła ręką, a opatrunek zniknął. Siniaki, które sprezentowano mu w sierocińcu, zupełnie zniknęły, co odnotowała z ulgą, ale rany wciąż pozostały niezaleczone. Szczerze mówiąc, miała do siebie pretensje, bo mogła wcześniej o tym pomyśleć. Minęły zaledwie cztery dni, odkąd wrócili do szkoły, więc to naturalne, że cięcia nadal pozostawały świeże. Oceniwszy stan zranień, doszła również do wniosku, że niektóre niedawno się otworzyły i przysporzyły mu sporo bólu. Może Tom został ranny, kiedy postanowił podrażnić gryfonów. Jakby nie patrzeć, powiedział, że Longbottom nim wyszarpał.
Oczyściła rany, a następnie zaaplikowała kilka leczniczych eliksirów, które miały wspomóc i znacznie przyspieszyć proces gojenia. Kiedy skończyła, ponownie machnęła różdżką i obandażowała plecy. Z uśmiechem na twarzy położyła mu dłonie na ramionach, a potem pochyliła się do przodu.
– Przepraszam, powinnam była wcześniej o tym pomyśleć – wyszeptała mu do ucha.
Tom zesztywniał, a potem zabrał głos.
– Myślałem, że znów mnie nienawidzisz.
– Cóż, to oczywiste – odparła kpiącym tonem.
Pocałowała go w policzek, więc obejrzał się przez ramię. Wciąż przywdziewał nieprzeniknioną maskę, ale zobaczyła w jego oczach delikatny błysk. Lubiła tę miękkość, bowiem sprawiała, że czuła się komfortowo i w jakiś sposób odciążona. Co więcej, zmiękczony, wyglądał zdecydowanie mniej przerażająco – był wówczas tak różny od chłopaka, którego zobaczyła dziś w Wielkiej Sali, gdy obrażał Marka Longbottoma; naprawdę przypominał jej wtedy Voldemorta.
– Wciąż jesteś prawdziwą zagadką – podsumował, nie oderwawszy od niej wzroku.
– Uwierz, że tak już zostanie. – Uśmiechnęła się Hermiona i uniosła wyzywająco brew, kiedy odwzajemnił gest. – W porządku, wystarczy. – Odwróciła się i zaczęła pakować buteleczki z eliksirami z powrotem do pudełka. – Możesz się ubrać. Nie chcemy siedzieć w pustej klasie przez wieczność.
Kiedy grzebała w apteczce, poczuła, że podszedł bliżej. Nim minęła chwila, znalazła się w jego objęciach.
– Jesteś pewna? – wymruczał kuszącym tonem.
Mimowolnie zadrżała. Stała doń tyłem, więc przyciskał swą klatkę piersiową do jej pleców. Musiała wziąć głęboki oddech, aby nad sobą zapanować. Z przyjemnością odchyliła głowę, kiedy przypomniała sobie, że przecież nadal nie przywdział koszuli.
– Proponuję, żebyś przemyślała sprawę, zwłaszcza że jestem na wpół rozebrany – dodał uwodzicielsko, po czym zaczął składać delikatne pocałunki na jej odsłoniętej szyi. – Chcesz zostać tu trochę dłużej?
Zamknęła oczy, oddając się wszechogarniającej błogości. Czuła ciepło ciała drugiej osoby i to działało nań pobudzająco – dzięki niej znów zapomniała o doskwierającej samotności. W momencie zapragnęła dotyku, ale wiedziała, że to nie najlepszy moment. Dzisiaj Tom pokazał światu swą prawdziwą twarz i nie mogła zignorować tego faktu. Kiedy rano obrażał Longbottoma, naprawdę się go obawiała. Skryte za słowami chłód i złośliwość sprawiły, że poczuła się przerażona, zupełnie jak za dawnych czasów – miała wrażenie, że ponownie została wrzucona do pełnego przemocy i walki świata, pogrążonego w niekończącym się konflikcie. Świadomość, że jedyna osoba, która mogła odegnać od niej samotność i sprawić, żeby zapomniała o bolesnych wspomnieniach, jednocześnie jest człowiekiem, który będzie odpowiedzialny za potworności, których doświadczyła w swojej przeszłości, była po prostu niemożliwa do zniesienia. To wszystko sprawiło, iż była zdezorientowana, a nawet przestraszona możliwościami.
Najwyraźniej Tom zauważył, że zesztywniała, bo odwrócił ją w swoich ramionach. Automatycznie spojrzała na niego wielkimi oczami. Czuła się naprawdę niepewnie, nawet w tym momencie. Jak rozwiązać ten impas…?
Ślizgon podniósł jej podbródek, a następnie pochylił się do pocałunku. Hermiona ponownie zamknęła oczy i poddała się przyjemności. Pieszczota była niewymagająca, delikatna, a nawet troskliwa – przypominał obietnicę bardziej, niż cokolwiek innego; w niewerbalny sposób prosił, żeby przestała się bać.
Szczere czy udawane…?
Odegnawszy niechciane myśli, natychmiast doń przylgnęła, objęła go i zaczęła odpowiadać na pocałunki. Wyczuwając zmianę, wzmocnił uścisk, ale nie zwiększył nacisku. Czuła się oszołomiona bliskością i przyjemnym ciepłem oraz uspokojona okazywaną czułością. Kiedy została wypuszczona z objęć, oparła głowę o jego klatkę piersiową i pozwoliła sobie na ostatnią chwilę cudownego odprężenia.
Nim minęła minuta, Tom wyplątał się z uścisku, a następnie uśmiechnął się i odwrócił. Ubrany w koszulę, bezrękawnik, sięgnął po krawat i zawiesił go luźno na szyi. Szatę wierzchnią przerzucił przez ramię, po czym podszedł z powrotem do dziewczyny i wziął ją za rękę. Rzuciła mu uważne spojrzenie, w którym wciąż dostrzegł niepewną nutę, zupełnie jakby nie wiedziała, co powinna zrobić ze swoimi uczuciami.
Kiedy się uśmiechnął, Hermiona zamrugała. To niesamowite, jaki wydawał się teraz odmieniony. Nie było w nim ani grama mroku, którego doświadczyła dziś rano.
Tom podszedł do wyjścia, więc podążyła za nim. Gdy dotarł do drzwi, zatrzymał się i wyciągnął różdżkę, żeby zdjąć zaklęcia zabezpieczające. Co zastanawiające, fakt, że trzymał w dłoni oręż, przestał być dlań paraliżujący, zaś wcześniejsza panika odeszła w niepamięć.
Zamek w drzwiach kliknął i ślizgon otworzył drzwi. Gdy wyszli z klasy, Hermiona zobaczyła grupkę trzech dziewcząt idących tym samym korytarzem. Kiedy podeszły bliżej, rozpoznała w nich swoje współlokatorki z dormitorium. Rose, Lucia i Violet wesoło gawędziły, więc zauważyły ich po dłuższej chwili.
Tom właśnie zamykał drzwi do sali, zaś Hermiona zesztywniała, zapatrzona w gryfonki, które również znieruchomiały. Dziewczęta najpierw spojrzały na ich złączone dłonie, a potem na chłopaka, którego wygląd pozostawiał wiele do życzenia. Wciąż miał przewieszoną przez ramię czarną szatę, luźno zwisający z szyi krawat i odpięte górne guziki białej koszuli. DeCerto niemal widziała ich obracające się w głowie trybiki, zanim wyciągnęły zupełnie niewłaściwe wnioski. To, że właśnie wychodzili z opustoszałej klasy, tylko pogorszyło całą sprawę. Gryfonki zaczęły chichotać, zaś Rose i Lucia miały nawet czelność mrugać sugestywnie powiekami. Hermiona zaś momentalnie nabrała wielkiej ochoty na walenie głową w ścianę. Chociaż prawda była zgoła inna, współlokatorki były zaślepione wyniuchanym romansem i z pewnością będą próbowały dowiedzieć się czegoś więcej przy każdej nadarzającej się okazji, zwłaszcza w bezpiecznym zaciszu szkolnego dormitorium. Co gorsza, wiedziała, że to zbyt dobry temat do rozpuszczenia plotek, aniżeli żaden inny i następnego dnia z pewnością wszyscy o tym usłyszą. Naprawdę musiała znaleźć sposób, żeby zapobiec najgorszemu.
Gryfonki miały na tyle przyzwoitości, żeby po chwili wznowić krok i nie wytykać ich palcami za bulwersujące zachowanie. Gdy wznowiły marsz, nadal rozemocjonowane i rozchichotane, Hermiona przymknęła oczy, modląc się o cierpliwość. Kiedy zniknęły za następnym rogiem, ich rozmowa ucichła i na korytarzu zapadła błoga cisza – dopiero wtedy odważyła się spojrzeć na ślizgona i niemal jęknęła, bowiem na jego twarzy widniał ten charakterystyczny irytująco czarujący uśmiech.
– Skoro i tak zamierzają rozpuścić plotkę, to może przynajmniej damy im prawdziwy powód? – zapytał podejrzanie niewinnym głosem, wskazując dłonią na dopiero co zamknięte drzwi.
W odpowiedzi Hermiona przewróciła oczami, a Tom wybuchnął śmiechem.
