23. WYRZUTY SUMIENIA


Hermiona była wściekła.

Emanowała magią, pragnącą krwawej zemsty.

Szalała z nienawiści.

Machnęła różdżką i wyczarowała niebieskawą tarczę, która zneutralizowała nadlatującą klątwę, ale nie poświęciła temu większej uwagi, zbyt skupiona na ściganiu zbiegłych z miejsca zdarzenia śmierciożerców. Dziś zaatakowano dzieci, niewinne istoty, niemające niczego wspólnego z wojną. Mimo to zostały okrutnie bestialsko wymordowane.

Wracaj, Hermiono! – Usłyszała głos Harry'ego, ale ani myślała się zatrzymać, napędzana przez najczystszą nienawiść.

Minęła następny róg, wciąż kierując się śladem śmierciożerców. Prawdę powiedziawszy, im dłużej walczyli na wojnie, tym ciężej było stwierdzić, która strona zwyciężała, niemniej jednak przeciwnicy mieli przewagę liczebną, a przez to z dnia na dzień stawali się coraz to śmielsi. Tym razem zaatakowali doświadczonego aurora i znanego członka Zakonu Feniksa. Kingsley Shacklebolt był potężnym czarodziejem i stoczył najprawdziwszą batalię, zanim przegrał. Hermiona wciąż miała go przed oczami. Leżał w kałuży krwi, uderzony klątwą, przez którą wykrwawił się na śmierć. Całkiem prawdopodobne, że żył na tyle długo, że zaalarmował rodzinę, która również została zamordowana. Szczerze mówiąc, potrafiła zaakceptować to, że Shacklebolt był celem śmierciożerców, ponieważ otwarcie przeciwstawiał się polityce Lorda Voldemorta. W przeciwieństwie do swoich synów był prawdziwym wojownikiem. Chłopcy nie mieli nawet jedenastu lat, ale i tak ich nie oszczędzono. Wciąż targały nią mdłości, gdy przypominała sobie ich powykręcane i powyrywane ze stawów kończyny.

Gdy biegła za śmierciożercami, znów poddała się nienawiści. Zakończyli swą misję i teraz zamierzali zbiec z miejsca zbrodni. Wkrótce dotrą do końca rozciągniętej wokół domu Shacklebolta bariery antyaportacyjnej i się deportują. Kiedy skręciła w następną uliczkę, usłyszała charakterystyczne ciche trzaski.

Nie mogli tak łatwo uciec. Hermiona uniosła różdżkę i cisnęła klątwą w najbliższego przeciwnika. Bolesny krzyk podpowiedział jej, że osiągnęła sukces i nie wszyscy zdążyli zbiec. Wtedy zobaczyła ciemną postać, z trudem podnoszącą się z asfaltowej uliczki. Zmrużyła oczy i ponownie machnęła różdżką, przez co nieprzyjaciel pofrunął wprost na czerwonego forda, zaparkowanego na poboczu. Otumaniony od uderzenia, śmierciożerca leżał w kałuży błota i skomlał z bólu. To nie powstrzymało dziewczyny przed następnym krokiem. Przystanęła, żeby znów wycelować.

Nie, proszę! – Usłyszała. – Nie chciałam…

Zdecydowała się na milczenie, bowiem wciąż buzowała od emocji. Zapragnęła wypuścić następną klątwę. Zacisnęła dłoń na uchwycie oręża, wiedząc, że błagania są zbyteczne. Ta obrzydliwa istota musiała zostać surowo ukarana. Chciała się zemścić. Jej magia szalała, niebezpiecznie trzaskając w powietrzu. Śmierciożerczyni się od niej odsunęła, jakby świadoma zagrożenia. Ogarnięta wrzącą furią, Hermiona była bezlitosna.

Otrzyma karę, podsumowała. Machnęła różdżką i pozwoliła sobie dokonać zemsty. Znów rzuciła dokładnie to samo zaklęcie, co wcześniej, tym razem z o wiele większą mocą, a potem bez emocji patrzyła, jak uderza w klatkę piersiową celu. Przeciwniczka wpadła na samochód i usłyszała obrzydliwy trzask, świadczący co najmniej o złamanym kręgosłupie. Ciało bezwładnie stoczyło się z maski na chodnik i tam pozostało. Hermiona stała niecałe dwa metry od niego.

Kiedy nienawiść wyparowała, opuściła rękę. Zamrugała, wpatrzona w nieruchomą, pozbawioną życia postać. Niepohamowana wściekłość i ślepa potrzeba zemsty również zniknęły, pozostawiając po sobie poczucie pustki.

Z wahaniem podeszła do śmierciożerczyni, a następnie przy niej przykucnęła. Wciąż miała na twarzy białą maskę, więc wyciągnęła doń drżącą rękę. Gdy ją ściągnęła, aż sapnęła, zobaczywszy zalaną łzami i przerażoną twarz.

Znała tę dziewczynę. Wiedziała, kogo zamordowała z zimną krwią. Chodziły ze sobą sześć lat do jednej szkoły i mijały się na korytarzach. Nieraz siedziały w jednej klasie i słuchały wykładu nauczyciela.


Westchnęła, obudziwszy się z koszmaru. Z trudem oddychała i była cała spocona. Serce jej biło z absurdalną szybkością, chcąc wyskoczyć z piersi. Z ociąganiem usiadła na posłaniu. Straszliwie bolała ją głowa, przez co miała zawroty i lekkie nudności. Gdy rozsunęła kotary, zastała całkowicie spowite ciszą dormitorium. Odetchnęła z ulgą, bowiem naprawdę nie chciała obudzić współlokatorek. W tej chwili nie mogła znieść wszechobecnej spokojnej atmosfery. Musiała się stąd wydostać.

Wciąż roztrzęsiona, wstała z łóżka i szybko włożyła buty, po czym chwyciła czarną szatę i szczelnie się nią owinęła. Ostrożnie podeszła do drzwi prowadzących do wyjścia z dormitorium. Kiedy szła szkolnymi korytarzami i przemykała się zakamarkami, wciąż miała w głowie obrazy z wojennego koszmaru. Szczerze mówiąc, nie dbała o to, gdzie zmierza, ani nie martwiła się przyłapaniem na gorącym uczynku.

Była zaskoczona, kiedy odkryła, że stopy zaprowadziły ją do najwyższego hogwardzkiego punktu, a mianowicie na Wieżę Astronomiczną. Może właśnie potrzebowała powiewu świeżego powietrza. Gdy wyszła na szkocki mróz, zadrżała i mocniej owinęła się szatą. Chociaż cienki materiał nie zapewniał należytej ochrony przed wszechobecnym chłodem, a mała platforma była pokryta warstwą śniegu, Hermiona podeszła do balustrady. Kiedy chwyciła się zimnego kamienia, ponownie zadygotała. Jakby nie patrzeć, wciąż był styczeń, a pogoda nie oszczędzała. Zupełnie się tym nie przejmując, pozwoliła swojemu wzroku błądzić poprzez mrok. Niebo było ciemnoniebieskie, a gwiazdy przesłonięte przez gęste, zimowe chmury. Jedynymi źródłami światła były otwarte drzwi, przez które weszła oraz księżyc, otoczony mleczną aureolą, zwiastującą duże opady następnego dnia. Błonia i Zakazany Las wyglądały na czarną masę rozpostartą u stóp Hogwartu.

Wzięła głęboki oddech. Nadal czuła się chora i roztrzęsiona po pobudce z koszmaru. Czemu znów musiała śnić o przeszłości? Dlaczego akurat teraz?

Pierwszy raz od naprawdę dłuższego czasu była szczęśliwa. Miała nadzieję, że żaden ukryty żal i smutek nie zmącą jej zadowolenia. Czemu duchy przeszłości upomniały się o nią właśnie w tym momencie?

W głębi duszy wiedziała, dlaczego właśnie to wspomnienie postanowiło ją dziś nawiedzić. Pansy Parkinson nie była pierwszą śmierciożerczynią, którą zabiła, ale był to akt zemsty, a nie samoobrony, czy czegokolwiek innego. Straciła kontrolę i odebrała życie dawnej koleżance ze szkoły. Razem z dziewczyną w Hermionie również coś umarło. Dobrowolnie oddała część swojej niewinności, żeby poddać się ciemności.

Zacisnęła dłonie na balustradzie.

Niedawno również straciła nad sobą kontrolę, aczkolwiek tym razem szkody, które wyrządziła, szczęśliwie, nie były nieodwracalne. Mimo to postąpiła niewłaściwie, dopuściła się niewybaczalnego. Oczywiście, Melanie Nicolls nie była jej ulubienicą, niemniej jednak to nie usprawiedliwiało samego czynu. Zaatakowała niewinną młodą dziewczynę, zupełnie zdezorientowaną i bezbronną. Czemu poddała się emocjom? Nie zawsze taka była, prawda? Nieokiełznana, a czasem nawet okrutna. Wiedziała, że się zmieniła – dawna Hermiona nie posunęłaby się do czegoś równie okropnego.

Spoglądała raz na Zakazany Las, raz na księżyc. Miała wrażenie, że jej czysta i niewinna strona jest równie nieosiągalna, co luna.

Kiedy postanowiła zapomnieć dawną siebie? Gdy przyłączyła się do zakonników? Najwyraźniej wojna zostawiła po sobie więcej śladów, aniżeli z początku podejrzewała. Została dotknięta przez ciemność. Widziała i robiła wiele okropności, a następnie została cofnięta w czasie. Mimo to mrok wciąż za nią podążał.

Los chciał, żeby ponownie stanęła twarzą w twarz z przyczyną swej rozpaczy, ale nastoletni Tom Riddle nijak przypominał Lorda Voldemorta. Podczas przerwy świątecznej po raz pierwszy zobaczyła w nim przebłyski człowieczeństwa. Nie był jeszcze bezuczuciowym potworem, z którym musiała się zmagać w swoim czasie. Oczywiście, daleko mu było do niewinnego młodzieńca, ponieważ wciąż miał w sobie tę złą i bezlitosną cząstkę. Wiedziała, że w ciągu następnych pięćdziesięciu lat utraci resztki dobroci. Zawsze żyła w przekonaniu, że to dążenie do nieśmiertelności doprowadziło go do ostateczności, ale co, jeżeli w grę wchodziło coś zupełnie innego?

Objęła się ramionami i wbiła wzrok w księżyc.

Mimo wszystkich wysiłków dobrze wiedziała, że namieszała w przeszłości i wpłynęła na tutejszych ludzi. Na trzecim roku nauki profesor McGonagall stanowczo wydała jej ostrzeżenie. Nikomu nie było wolno mącić czasu.

Automatycznie zaczęła szybciej oddychać. Nie chciała iść tym tropem, bowiem wolała nie wyciągać wniosków. Po głowie krążyło jej jednak zasadnicze pytanie, kwestionujące wszystkie wysiłki, których się podejmowała.

Czy w pierwszej kolejności można zmienić przeszłości?

Zanim wybuchła wojna, zanim zdecydowała się wziąć w niej udział, wylądowała w nieswoim czasie. Chodziła na zajęcia w latach czterdziestych, rozmawiała i wchodziła w interakcje z tutejszymi ludźmi. W trakcie podróży zbrukała przeszłość swoim mrokiem.

Czy jestem winna?, zapytała sama siebie, nie chcąc poznać odpowiedzi.

W najgorszym przypadku ponosiła odpowiedzialność za całe to nieszczęście. To było co najmniej możliwe. Istniało prawdopodobieństwo, że sprowokowała kilka najistotniejszych wydarzeń. Co wydarzyło się najpierw? Przeniesienie się w czasie, czy też przyszłość, z której przybyła?

Co, jeżeli przyłożyła rękę do ugruntowania się charakteru Lorda Voldemorta? Czy zniszczyła ostatnią iskrę tkwiącego w nim człowieczeństwa z powodu tej ciemności, która w niej zamieszkiwała?

Mimowolnie zaczęła drżeć. Gdy wróciła wspomnieniami do wszystkich okropności, zrobiło jej się niedobrze. Widziała ludzi, którzy okrutnie cierpieli, wszystkie odebrane przez wojnę życia. Kiedy na nowo przeżywała rozpacz, miała ochotę wyskoczyć przez balustradę.

Chciała się rozpłakać, ale stłumiła łzy. Mazanie się było całkowicie pozbawione sensu.

Czy to moja wina…?


Tom szedł ciemnym korytarzem. Zamek był dzisiaj cichy, mimo że odbył się mecz quidditcha. Naprawdę nienawidził obowiązków prefekta. W międzyczasie mógłby robić całą masę innych, o wiele bardziej pożytecznych rzeczy, aniżeli sprawdzanie zamkowych zakamarków w poszukiwaniu łamiących zasad uczniów. Szczęśliwie, bycie prefektem miało też swoje zalety, rekompensujące nudne powinności, które musiał czasem wypełniać.

Był w dobrym nastroju, nawet pomimo przykrego obowiązku. Dziś był naprawdę udany dzień, prawda? Cóż, przekonanie Hermiony do zaakceptowania swojego przeznaczenia było zaledwie kwestią czasu.

Uśmiechnął się z zadowoleniem, przypomniawszy sobie moment, gdy wyciągnęła różdżkę. Była wówczas bezwzględna, wściekła i bezduszna.

Ot, przepiękna.

Zawsze wiedział, że ma sobie coś mrocznego. Z przyjemnością pomógł jej wydobyć tę ciemność na wierzch, aczkolwiek musiał przyznać, że był zaskoczony tym, jak dobrze zadziałał naprędce stworzony plan. Gdy chciała, Hermiona potrafiła wykazać się żarem. Zawsze starała się panować nad emocjami, ale wiedział, że miała ognisty temperament. Po raz kolejny dała temu popis, atakując Nicolls.

Uśmiechnął się szerzej, przypomniawszy sobie pieszczoty na kanapie. O tak, zdecydowanie udany dzień, podsumował, w pełni usatysfakcjonowany. Nareszcie mu uległa. Trochę się wysilił, ale dopiął swego.

Skręciwszy za następny róg, sprawdził zegarek. Wskazywał pierwszą w nocy. Może powinien wcześniej zejść z dyżuru i wrócić do pokoju wspólnego. Gdy sformułował tę myśl, minął schody prowadzące na Wieżę Astronomiczną i wzdrygnął się, czując powiew chłodu. Albo ktoś zapomniał zamknąć drzwi, albo jakiś uczeń postanowił pomyszkować po zamku. Przez chwilę rozważał zignorowanie tego problemu, ale postanowił rozwiązać sprawę i zaczął wchodzić po stopniach. Przyłapywanie innych na gorącym uczynku przynosiło profity, a mianowicie dostarczało mu materiałów do szantażu, o który niejednokrotnie było ciężko.

Szybko dotarł na szczyt i rzeczywiście natrafił na otwarte wrota. Na drugim końcu platformy zobaczył stojącego ucznia. Wyszedł na zewnątrz i natychmiast otoczył go mróz. Kimkolwiek był intruz, postanowił wlepić mu szlaban za marnowanie cennego czasu prefektów. Gdy podszedł bliżej, natychmiast rozpoznał burzę kręconych włosów.

– Hermiona? – zapytał, szczerze zdezorientowany.

Nie otrzymawszy odpowiedzi, zamrugał ze zdziwienia. Naprawdę miał przed sobą dziewczynę, z którą spędził praktycznie cały wieczór. Zmarszczył brwi. Co tutaj robiła? Gdy doń dotarł, zauważył, że pomimo przeszywającego zimna nie miała na sobie ciepłej peleryny, a tylko cienką szkolną szatę. Pod spodem wydawała się odziana w swoją piżamę – niebotycznie krótkie spodenki i obcisłą koszulkę bez rękawków. Co wyprawiała, szwendając się w czymś takim po zamku, w samym środku nocy, gdy na dworze jest minusowa temperatura?

Sprawiała wrażenie zamyślonej, ponieważ wciąż nie zarejestrowała, że zyskała towarzystwo. Zaciskała palce na kamiennej balustradzie i wpatrywała się beznamiętnie w niebo. Zdecydowanie coś było nie w porządku. Wyciągnął doń rękę i odkrył, że była lodowato zimna.

– Co tutaj robisz? – zapytał.

– Myślę – odpowiedziała po dłuższej chwili, jakby wciąż nieobecna duchem.

– Jest chłodno i naprawdę późno – stwierdził ostrzej, niż zamierzał, a następnie sięgnął po różdżkę i rzucił na dziewczynę zaklęcie ogrzewające. Wyglądało na to, że ciepło wyrwało ją z zamyślenia, gdyż drgnęła i odwróciła głowę. Znów dostrzegł w brązowych oczach smutek, żałość i desperację, których nienawidził. Jakim cudem wcześniej nie zauważył…? – Co się stało? – zapytał, zaskoczony własnym zmartwieniem.

Hermiona nadal po prostu się gapiła. Tom odniósł wrażenie, że choć wydawała się na nim skupiona, zupełnie go nie widziała. Po chwili ponownie spojrzała na otaczające Hogwart błonia.

– Czemu uważasz, że nie wszystko dobrze? – odparła beznamiętnym tonem.

Ostatnim razem widział ją w podobnym stanie – opuszczoną i zranioną – w noc poprzedzającą powrót do szkoły. Miała wówczas koszmar i mocno go przeżywała. Nie wiedział, co takiego widziała we śnie, ale musiało być dlań okropne. Dlaczego znowu popadła w marazm?

– Znowu obudziłaś się z koszmaru? – zapytał, zignorowawszy jej wypowiedź.

Wzruszyła ramiona i przeniosła spojrzenie na Zakazany Las. Tom zrobił krok naprzód i teraz niemal ocierał się klatką piersiową o jej ramię. Nijak zwróciła uwagę na zmniejszenie dystansu i dotyk. Wydawała się zagubiona we własnym świecie, a sądząc po wypisanej na jej twarzy rozpaczy, mógł się domyślać, że nie był kolorowy.

– Chcesz o tym porozmawiać? – zapytał łagodnie.

Szczerze mówiąc, desperacko chciał wiedzieć, o czym śniła. Czym się tak zdenerwowała? Wtem zapłonął w nim gniew. Zachodził w głowę, czy w nocy męczyła się z prawdziwymi wspomnieniami. Kiedyś mu wyjawiła, że przeżyła naprawdę wiele i niektóre rzeczy wracały w postaci koszmarów. Musiał powstrzymać swą magię przed trzaskaniem w powietrzu, bowiem tracił opanowanie, gdy wyobrażał sobie, że doznała niegdyś krzywd i teraz wciąż ponosiła ich konsekwencje. Pożałują swoich występków, pomyślał, rozwścieczony.

Hermiona pochodziła z kraju, w którym toczona była wojna, nie tylko mugolska, ale również czarodziejska. Z tego, co mu dotąd powiedziała, wynikało, że straciła kilka ważnych osób, co w praktyce oznaczało, że kręciła się naprawdę blisko frontowej linii. Zanim uciekła z domu, najprawdopodobniej widziała i doświadczyła strasznych rzeczy.

Spojrzał nań uważnie, ale wciąż go ignorowała, zapatrzona w Zakazany Las. Aby lepiej rozeznać się w sytuacji, położył jej dłoń na policzku.

– Widzę, że coś cię trapi – podsumował. – Jestem pewien, że jeżeli to z siebie wyrzucisz, poczujesz się znacznie lepiej.

Nareszcie się doń odwróciła. Znów zobaczył w jej oczach ten niewytłumaczalny smutek, podczas gdy minę miała beznamiętną.

– To nic takiego – stwierdziła chłodnym tonem.

– Jestem twoim chłopakiem, Hermiono – kontynuował, ponieważ wiedział, że wewnętrznie drżała. – Możesz mi powiedzieć dosłownie wszystko.

Spróbował innej taktyki, ale szybko przekonał się, że być może popełnił błąd, bowiem dziewczyna zmarszczyła brwi i mocniej zacisnęła dłonie na kamiennej balustradzie.

– Nie powinniśmy być razem – odpowiedziała z wypisaną na twarzy determinacją.

Zamrugał, całkowicie zdezorientowany. To nie wróżyło dobrze.

– Dlaczego tak mówisz? – wyszeptał.

– Ja… – zaczęła, ale natychmiast urwała i potrząsnęła głową, zanim kontynuowała mocniejszym tonem. – W moim życiu wydarzyło się kilka złych rzeczy. Te wydarzenia odcisnęły na mnie piętno, przez co naprawdę się zmieniłam. Nie jestem tą samą dziewczyną, co kiedyś. – Odwróciła wzrok, po czym wznowiła wywód o miększym tonem, zupełnie jakby rozmawiała sama ze sobą. – Coś w międzyczasie utraciłam… – Skrzyżowała z nim spojrzenie, ponownie zdeterminowana. – Nie powinnam marnować czasu innych, zwłaszcza na bezsensowne miłostki.

Tom zachichotał.

– Czyżbyś próbowała mnie przekonać, że obracam się w złym towarzystwie?

– To nie jest śmieszne.

– Owszem. – Spoważniał. – Przypomnij sobie, co ostatnio powiedziałem. Nie pozwolę ci odejść – przypomniał.

– Powinieneś. – Spojrzała na niego z wahaniem. – Jesteś szalenie popularny w szkole. Każda dziewczyna jest lepsza ode mnie.

– Mówisz o Nicolls? – zapytał.

– Cóż, naprawdę jest zakochana – wyszeptała.

W momencie pożałował swojej decyzji o wzbudzeniu zazdrości Hermiony. Najwyraźniej wyrządził o wiele więcej szkody, niż z początku zakładał.

– Już mówiłem, że zupełnie nie jestem nią zainteresowany.

– Tylko się bawiłeś? – spytała, aczkolwiek brzmiało to bardziej na stwierdzenie faktu.

Usłyszawszy oskarżenie, Tom naprawdę zaczął się martwić. To oczywiste, że wykorzystał Melanie, ale nawet nie pomyślał o wyrzutach sumienia. Nicolls była nieistotna i zbędna. Niemniej jednak nie mógł pozwolić, żeby Hermiona zmieniła zdanie, skoro przypieczętowali już związek.

– Nie powinnam była jej przeklinać – wyszeptała i, prawdę powiedziawszy, był szczerze zaskoczony usłyszanym żalem.

– Czemu? Jesteś od niej znacznie potężniejsza. – Zmarszczył lekko brwi. – Miałaś pewne prawo wykorzystać swą przewagę.

Gdy tylko zamknął buzię, natychmiast się zorientował, że popełnił okropny błąd. Hermiona w momencie puściła balustradę i obróciła się w jego stronę. Zmrużyła oczy i znów była wściekła.

– Cóż, powinnam się domyślać, że powiesz coś podobnego – syknęła z uszczypliwą nutą. – Zupełnie nie rozumiesz mojego problemu.

Miała całkowitą rację. Nie pojmował, dlaczego była rozwścieczona i borykała się z wyrzutami sumienia. Musiał okazać swoje zmieszanie, bowiem kontynuowała o wiele bardziej niebezpiecznym głosem.

– Zaatakowanie i przeklęcie niewinnej dziewczyny było niewłaściwe. Nicolls nie zasłużyła na podobne traktowanie, tylko dlatego, że się zakochała – wytłumaczyła. – Może nie wiesz, ale jestem świadoma, że posunęłam się do ostateczności, gdyż mnie specjalnie sprowokowałeś – dodała ze skruchą i goryczą.

Niedobrze, bardzo niedobrze, podsumował.

– Daj spokój. Nawet nie znasz Nicolls – odpowiedział, próbując ratować sytuację. – Naprawdę zasłużyła sobie na małe przekleństwo.

– Właśnie to jest sednem problemu – powiedziała, automatycznie przyjmując agresywną postawę. – Nie znam Melanie Nicolls i w gruncie rzeczy nie miałam żadnego powodu, żeby cisnąć w nią zaklęciem, ale zrobiłam to i żałuję.

– Nie użyłaś niebezpiecznej klątwy, a niewinnej, prawie dziecięcej igraszki. – Spróbował załagodzić sytuację. – Uwierz, że przeżyje.

– Owszem, tym razem.

Hermiona spojrzała na Toma. Wciąż miała przed oczami obrazy wojny. Zobaczyła, że ponownie, pchana niepohamowaną wściekłością, unosi różdżkę i przeklina Pansy. Wtedy sobie to wytłumaczyła i usprawiedliwiła, wyciszywszy wyrzuty sumienia. Walczyła na wojnie, na której dopuściła się niejednego przestępstwa. Co więcej, wiedziała, że gdyby sytuacja się odwróciła, Parkinson również nie okazałaby litości. Wtedy zrozumiała, że nie przeżywa śmierci śmierciożerczyni, bowiem dzięki temu najprawdopodobniej uratowała kilka niewinnych istnień i zapobiegła większej ilości zgonów – chodziło raczej o to, że zamordowała człowieka z chłodem w oczach i twardym sercem. Gdy usłyszała odgłos łamanego kręgosłupa, była usatysfakcjonowana. To było niewybaczalne i sprawiło, że poczuła do siebie wstręt.

Skrzyżowała z chłopakiem spojrzenie. Widziała, że wciąż nie rozumiał, że to, czego się dopuściła, było na wielu płaszczyznach niewłaściwe i haniebne. Naprawdę nie widział ciemności, w której się znajdowała? A może po prostu się w niej lubował? Jakby nie patrzeć, ponosił częściową odpowiedzialność za wczorajszy incydent. Umyślnie ją zranił i doprowadził do ostateczności, żeby zaspokoić swe ego.

Prawdopodobieństwo, że zdusiła w nim ostatki człowieczeństwa, drastycznie wzrosło. Chcąc zapobiec najgorszemu, stworzyła Lorda Voldemorta, więc odpowiadała za zbrodnie, których się w przyszłości dopuści.

Właśnie wtedy zauważyła, że twarz Toma złagodniała. Potem położył jej dłoń na ramieniu.

– W porządku, przyznaję, że wykorzystałem Nicolls – powiedział z niespodziewaną szczerością. – Zrobiłem to tylko i wyłącznie z jednego powodu. Wiedziałem, że nigdy inaczej nie przyznałabyś się do swoich uczuć, Hermiono.

– Jestem świadoma twoich manipulacji. – Uniosła dłoń, nawet w najmniejszym stopniu nieuspokojona okazaną szczerością. – Mimo to fakty nadal są faktami. Chociaż dołożyłeś wszelkich starań, nie kazałeś mi zaatakować niewinnej dziewczyny. Zrobiłam to z własnej i nieprzymuszonej woli.

– Wciąż nie rozumiem, dlaczego rozdmuchujesz tę sprawę do wagi problemu narodowego – stwierdził, trochę zirytowany.

– W przeciwieństwie do ciebie niektórzy nadal kierują się sumieniem! – syknęła i poczuła, że znów wzbiera się w niej gniew. W tej chwili naprawdę nie wiedziała, które z nich wykazało się większą podłością. On, ponieważ pociągał za sznurki, żeby zostali parą? Ona, gdyż dawała się wmanewrować w związek?

Tom zamrugał i zastanowił się, w jaki sposób rozwiązać problem. Po chwili namysłu ponownie spróbował uspokoić dziewczynę.

– Okoliczności okazały się niefortunne. Wiem jednak, że bardzo ci na mnie zależy.

Hermiona zacisnęła usta w cienką linię, doprowadzona do wrzenia. Była prawdziwie rozwścieczona prawdą skrywaną za tym stwierdzeniem. Nie mogła zaprzeczyć rzeczywistości, prawda? Lubiła go i to cholernie. Właśnie dlatego znalazła się teraz w bagnie po kolana. Zagotowała się ze złości i w sumie ucieszyła, że może zastąpić smutek gniewem. Ostatnie usłyszane stwierdzenie sprawiło, że pękła.

– Niczego o mnie nie wiesz! – krzyknęła i się od niego odsunęła, jednocześnie wyciągając różdżkę. – Nie masz zielonego pojęcia, co potrafię oraz czego się dotąd dopuściłam – syknęła.

Ukierunkowała swoją frustrację na Toma. Nienawidziła go za niezrozumienie, iście ślizgońskie manipulacje i wykorzystywanie ludzi wokół. Gardziła też sobą za pozwolenie na wyzysk i niezmąconą sympatię. Wiedziała, że powinien zniknąć z jej życia, ale paradoksalnie, chciała mieć go blisko.

Machnęła różdżką.

Fragor!

Z czubka wyleciał jasnoniebieski strumień energii i popędził w kierunku chłopaka. Naturalnie, ten nie spodziewał się ataku i był zupełnie nieprzygotowany do obrony. Mimo to zdołał uniknąć klątwy, odskakując w bok. Zaklęcie ostatecznie uderzyło w gargulca, który został wyrzeźbiony na balustradzie. Urok owinął się wokół rzeźby, a potem zacisnął się niczym gumowa rękawiczka. W kamieniu pojawiły się pęknięcia, a po mniej niż trzydziestu sekundach rozsypał się w proch. Hermiona nie zwróciła większej uwagi na rozbitego gargulca, gdyż pozostała skupiona na przeciwniku. Wylądował na platformie, kolanem i dłońmi oparłszy się o podłoże. Patrzył nań z niedowierzaniem wypisanym na twarzy. Nie chcąc tracić więcej czasu, ponownie machnęła różdżką i cisnęła w niego następną klątwą.

Obtero!

Tym razem Tom nie miał szczęścia. Wciąż był zakłopotany, kiedy został trafiony. Gdy upadł na plecy i poturlał się po podłodze, sapnął z bólu, ale to tylko podsyciło jej gniew – magia wciąż żądała uwolnienia, z radością przyklaskując jej złości. Wygięła nadgarstek, czym uniosła w powietrze szczątki kamiennego gargulca, a potem cisnęła nimi w kierunku chłopaka. Zanim nań opadły i spowodowały obrażenia, niespodziewanie zamieniły się w proch. Zamrugała i zauważyła, że trzymał w dłoni własną różdżkę i się podnosił.

– Co ty wyprawiasz? – zapytał, sprawiając wrażenie lekko roztrzęsionego. Wyraźnie był zdezorientowany zaistniałą sytuacją, ale jednocześnie przybrał bardziej ostrożną postawę. – Nie pragnę z tobą walczyć. – Uniósł dłonie w uspokajającym geście.

– I nawzajem! – krzyknęła. – Niemniej jednak to wciąż cię nie powstrzymało. – Miała gdzieś, że był niewinny zbrodni, o które go oskarżała. Jej magia trzeszczała wokół, podsycana niepohamowaną wściekłością. Powietrze wydawało się nasycone elektrycznością, że stopiło leżący na platformie śnieg. – Nigdy tego nie chciałam! – warknęła, czując spływające po policzkach łzy.

Gdy okropne wspomnienia znów się odezwały, wzięła głęboki oddech. Zginęło tak wielu ludzi. Czemu nie mogła im towarzyszyć? Wtedy nie musiałaby walczyć z ciemnością, która pragnęła wziąć ją w posiadanie i nie skaziłaby tutejszych uczniów.

– Hermiono, powiedz mi, proszę, co się stało? – Dopiero pytanie przywróciło ją do rzeczywistości.

– Wszystko!

Żołądek zacisnął jej się z nerwów, kiedy zobaczyła zmartwioną minę Toma. Nie zasługiwała i nie potrzebowała troski. Gnana wściekłością, znów uniosła różdżkę. Zakręciła nią szybko, wyćwiczonym ruchem, wyciągając przed siebie lewą dłoń.

Lampas!

W powietrzu, tuż przed ręką, zmaterializowała się mała płomienna kula. Szybko zyskała na wielkości i objętości, gdyż z sekundy na sekundę Hermiona pompowała w nią więcej pokładów magii. Wkrótce kula zaczęła niebezpiecznie pluć ogniem. Powietrze również się nagrzało, topiąc pozostałe na platformie resztki śniegu. Aby wprawić zaklęcie w ruch, przesunęła rękę zza płomienia pod spód i zacisnęła dłoń w pięść. Kula natychmiast zaczęła się obracać i wirować, po czym wystrzeliła w kierunku chłopaka. Tom zrobił krok wstecz, a następnie szybko machnął różdżką i wyczarował żółtawą tarczę. Urok był naprawdę wytrzymały, więc nie rozbił się, uderzywszy w barierę. Ślizgon wzmocnił koncentrację i zmarszczył brwi, podtrzymując swą obronę. Chwilę później postanowił zmienić taktykę. Sam zakręcił ręką i dziewczyna wyczuła w powietrzu naprawdę potężną magię. Ta natychmiast otoczyła ognista kulę, która najpierw zaczęła migotać, a potem zgasła, nie pozostawiwszy po sobie nawet śladu. Czerwone światło zniknęło i księżyc znów był jedynym źródłem światła na platformie.

Hermiona stanęła w bezruchu i po prostu patrzyła na chłopaka. Niestety, wciąż była szalenie zdenerwowała i potrzebowała się wyżyć.

– Nie chcę cię skrzywdzić – powiedział i zamrugała, usłyszawszy w jego głosie szczerą desperację.

– Trochę za późno! – odkrzyknęła.

Tom zmarszczył brwi, prawdziwie zdezorientowany, a może nawet przestraszony. Zupełnie to zignorowała. Jakby nie patrzeć, powiedziała prawdę.

Co, jeżeli było właśnie na odwrót? Że to ona go zraniła? Nie wiedziała. Była zagubiona i osamotniona. Załkała, nie mając pojęcia, dlaczego właściwie płacze. Wtem zesztywniała, zobaczywszy przez łzy, że chłopak zaczął się doń zbliżać. Natychmiast podniosła różdżkę i wycelowała. W momencie się zatrzymał, ale nadal patrzył na nią z wyraźnym zmartwieniem.

Będzie lepiej, jeżeli zniknie. Musiała zostać sama.

Chcę go.

Zamknęła na chwilę oczy i spróbowała odpędzić niechciane łzy. Odetchnąwszy, uniosła powieki oraz, chociaż czuła się wycieńczona i chora, wzmocniła uchwyt na różdżce i przestała się trząść.

Hermiona przywołała swoją magię i zakręciła ręką. Wszystko wokół niej zawirowało i nie minęło wiele czasu, gdy wyczarowała szalejący wir, zasysający powietrze. Burza gromadziła w sobie moc, dlatego też coraz bardziej się powiększała. Wkrótce klątwa stała się na tyle potężna, że ledwo mogła ją kontrolować. Wtedy zakończyła przepływ magii i przestała kręcić różdżką, a następnie ukierunkowała przekleństwo wprost na chłopaka.

Dimitto! – powiedziała jakby modlitewnym tonem.

Wir zadrżał, oderwał się od ziemi i popędził ku celowi. Tom otworzył szerzej oczy, zupełnie jakby przedtem przypuszczał, że jest bezpieczny, a potem machnął w skomplikowany sposób różdżką i wymruczał pod nosem inkantację, której nie usłyszała przez szum. Nie widziała, żeby cokolwiek się zmieniło, ale czuła subtelne zmiany w powietrzu. Wyglądało na to, że część magii ślizgona rozprzestrzeniła się po całej platformie, tworząc swoistego rodzaju sieć, która zgęstniała wokół wirującej klątwy. W rezultacie ta zaczęła tracić impet, a następnie się zatrzymała i zawisła w powietrzu, całkowicie otoczona przez pajęczynę mocy. Tom z elegancją machnął różdżką, a nici się zacisnęły i bez większego wysiłku zmiażdżyły wir. Następnym ruchem ręki otoczył swoją magią dziewczynę. Spróbowała się ruszyć, podnieść różdżkę, przygotować się do kolejnego ataku, ale była bezsilna.

– Uspokój się, Hermiono – powiedział błagalnym tonem.

Stał kilka metrów od niej i wciąż weń celował, ponownie zatroskany. Zupełnie się rozkleiła, a najgorsze było to, że nie mogła nawet otrzeć łez z policzków. Naprawdę nie chciała płakać. Nie miała przecież ku temu żadnych powodów, prawda? Czuła gniew, teraz głównie ukierunkowany na siebie, bowiem nie zamierzała się tak odsłonić. W akcie desperacji przywołała swoją magię i spróbowała odrzucić moc Toma, ale wciąż nie mogła kiwnąć palcem.

– Przepraszam.

Usłyszawszy najprawdziwszą szczerość, przestała się szamotać. Uniosła wzrok i zobaczyła, że wznowił krok i teraz znów doń szedł, emanując miękkością i wrażliwością.

– Nie powinienem był tobą manipulować – dodał łagodnym głosem.

Nie, żadnych przeprosin!, pomyślała i zamknęła oczy, ponieważ nie mogła wybaczyć ani jemu, ani sobie. Ponownie spróbowała przywołać swą magię, chociaż wiedziała, że to nadaremne starania. Kiedy jednak zmobilizowała każdą cząstkę swojej mocy, Czarna Różdżka postanowiła posłużyć wsparciem. Hermiona prawie sapnęła z zaskoczenia, gdy poczuła się niczym pająk obudzony w obcym kokonie. Zdezaktywowawszy zaklęcie chłopaka, znów mogła się swobodnie poruszać, tak więc zrobiła krok wstecz. Tom natychmiast się zatrzymał i spojrzał nań uważnie. Przez łzy dostrzegła, że był szczerze zdziwiony.

Minuo – wyszeptała, machnąwszy różdżką, zaś lazurowa klątwa pomknęła ku przeciwnikowi.

Ślizgon drgnął, więc najprawdopodobniej znał tę inkantację, ale mimo to nie rzucił żadnego przeciwzaklęcia ani nie wyczarował tarczy ochronnej.

Hermiona wciągnęła głośno oddech, kiedy zorientowała się, że zrezygnował z wszelkich prób obrony. Bez zastanowienia przecięła ręką powietrze, a klątwa zmieniła swą trajektorię. Niestety, przelatując obok, sięgnęła celu, bowiem przecięła ramię chłopaka, a następnie rozbiła się o ziemię.

Tom patrzył na nią z pustym wyrazem twarzy i nawet nie jęknął, kiedy został zraniony. Krew spływała mu po ręce i skapywała na platformę, zabarwiając kamień na jasnoczerwono.

Automatycznie zrobiła krok wstecz i uderzyła plecami o ścianę. Było jej słabo. Oddychała ciężko, nawet na moment nie spuściwszy wzroku z chłopaka. Ten zaprzestał również prób komunikacji, schował różdżkę do kieszeni szaty, a następnie się doń podszedł. Zupełnie nie zwracał uwagi na wciąż wycelowaną w siebie broń. Gdy wystarczająco się zbliżył, przystanął i z beznamiętnym wyrazem twarzy przyciągnął ją do uścisku. Objęta mocno ramionami, Hermiona mimowolnie do niego przylgnęła i wtuliła się w klatkę piersiową.

– Wcześniej powiedziałem, że nie pozwolę ci odejść – powtórzył, tym razem łagodnym głosem, przez co wydawał się składać szczerą obietnicę.

Zamknęła oczy, czując się chorą i wymęczoną za wszystkie czasy.

Tom czuł spływającą po ramieniu krew, ale nie miało to większego znaczenia. Skaleczenie bolało, ale nijak się nim przejmował. Był cholernie szczęśliwy, że Hermiona postanowiła zaprzestać walki i mu się poddała. Wciąż nie rozumiał, dlaczego nagle przystąpiła do ataku. Prawdę powiedziawszy, jeszcze przed chwilą emanowała złością i chęcią mordu, tak więc był zdziwiony, że powstrzymała swoje zaklęcie.

Co się stało…?

Gdy widzieli się ostatnim razem, wszystko wydawało się w porządku. Zaledwie parę godzin później znalazł ją w niespodziewanym miejscu, zupełnie nieprzygotowaną na mróz, całkowicie zrozpaczoną. Wzmocnił uścisk, kiedy poczuł, że zaczęła drżeć. Najgorsze, że nie objęła go w pasie, jak to zazwyczaj robiła, a po prostu stała i się o niego opierała.

Czym się załamała? Miał nadzieję, że nie przyłożył do tego ręki. Oczywiście, wiedział, że odpowiadał za przynajmniej część gniewu, który przed momentem rozładowała, ale liczył, że nie wpędził jej w tę paskudną rozpacz. Zdecydowanie powinien był się powstrzymać przed sprowokowaniem wybuchu zazdrości.

Szczerze mówiąc, był zaskoczony własnymi uczuciami i przemyśleniami. Osiągnął przecież dokładnie to, co chciał. Zmanipulował Hermionę, dzięki czemu odegrał się jednocześnie na Nicolls i zdobył dziewczynę.

Jakby nie patrzeć, dążył do tego od dawna, więc dlaczego teraz stał na mrozie i martwił się o jej samopoczucie?

Była naprawdę potężną czarownicą, rzadkim i wyjątkowym okazem, który pragnął pozyskać na własność. Cena, jaką musiał zań zapłacić, była zupełnie nieistotna. Liczył się tylko i wyłącznie rezultat, więc czemu przejmował się jej uczuciami?

Skąd w pierwszej kolejności wzięła się ta dziwaczna troska? Gdy drżała mu w ramionach, naprawdę chciał ukoić jej nerwy i dodać otuchy; pragnął, żeby poczuła się lepiej i zapomniała o smutku, którego doświadczyła.

Czemu się martwił…?

Wtem doznał olśnienia. W jakiś niewyjaśniony sposób zależało mu na Hermionie – na jej bezpieczeństwie i komforcie psychicznym. Nie wiedział dlaczego, ale pragnął się nią opiekować i zapobiec ewentualnemu cierpieniu.

Jakieś to dziwaczne.

Kiedy wzmocnił uścisk, zauważył, że była chłodna i przypomniał sobie, że przecież wyszła na dwór odziana w tę swoją niebotycznie krótką i odsłaniającą piżamę. Trochę się odsunął, po czym zdjął swą szatę i opatulił nią dziewczynę. Spojrzała na niego z pustym wyrazem twarzy, jakby zaskoczona czynem i prawie się skrzywił, wciąż widząc w jej oczach pozostałości po smutku. Bez słowa wyjaśnienia otoczył ją ramieniem i powoli poprowadził w kierunku drzwi. Wyznaczył drogę do pokoju wspólnego Gryffindoru, a w międzyczasie nie odezwał się ani słowem. Hermiona również milczała, co do niej zupełnie niepodobne i jednocześnie niepokojące. Mając tak barwną osobowość, nie powinna wybierać beznamiętności, z której sam chętnie korzystał. Zazwyczaj aż kipiała od emocji, więc zachodził w głowę, co takiego sprawiło, że wyciszyła swój ognisty temperament.

Kiedy dotarli pod portret, wyszeptał hasło, a następnie razem z nią wszedł do środka. Szczęśliwie, pokój wspólny był pogrążony w ciemnościach i nikt nie zarejestrował ich przybycia. Wyglądało na to, że wszyscy poszli spać, co w gruncie rzeczy nie było szczególnie zaskakujące, bowiem była druga w nocy. W miarę równym krokiem podeszli do schodów prowadzących do dormitorium dziewcząt, ale zanim się po nich wspięli, wyciągnął różdżkę i rzucił odpowiednie zaklęcie. Zdecydowanie nie chciał zjechać w dół po stopniach, które zamienią się w zjeżdżalnie.

Głupi, staromodni założyciele, parsknął.

Gdy weszli na schody, ponownie rzucił Hermionie zmartwione spojrzenie. Wciąż patrzyła przed siebie, wyprana z wszelkich emocji, chłodna i beznamiętna. Szczerze wątpił, żeby zwracała uwagę na to, gdzie właściwie idzie, ale dała się prowadzić, gdyż mu ufała – po prostu sprawiała wrażenie osoby, której nie obchodzą szczegóły. Kiedy dotarł do dormitorium szóstorocznych, ostrożnie otworzył drzwi i z ulgą zarejestrował, że pozostałe dziewczęta również spały. Ostatnią rzeczą, jaką teraz potrzebował, była grupa plotkarek z chęcią wysłuchujących powodu, dla którego zabłądził do żeńskiego dormitorium z rywalizującego domu. Wszedł do środka i pospiesznie przeszukał pokój. Gdy wypatrzył wolne łóżko, pociągnął ku niemu Hermionę, a ta, bez zająknięcia czy słowa protestu, posłusznie za nim poszła. Kiedyś byłby zachwycony okazałą uległością, ale nie tym razem.

Gdy podeszli do posłania, po cichutku zsunął z niej ślizgońską, o wiele za dużą szatę, a następnie rozebrał ją z gryfońskiej. Obie rzucił na oparcie krzesła stojącego przy stoliku nocnym. Stojąc przed nim w samej piżamie i patrząc nań okrągłymi oczami, wydawała się krucha i bezbronna, zupełnie niepodobna do dziewczyny, która jeszcze kilka minut temu atakowała go potężnymi klątwami na szczycie Wieży Astronomicznej.

Naprawdę nie wiedział, co myśleć o całym zajściu. Chyba po raz pierwszy w życiu był szczerze zagubiony.

Jakim cudem do tego doszło…?


Hermiona podążała za Tomem przez ciemne zamkowe korytarze. Nie wiedziała, dokąd idą, ale miała to głęboko w poważaniu. Czuła chłód, nijak związany z minusową temperaturą czy cienką piżamą. Chociaż była obejmowana, zimno przeszywało ją na wskroś, jakby w głąb samej duszy. Czuła się chora i miała wrażenie, że zaraz rozsadzi jej głowę. Jakoś się tym nie przejmowała, całkowicie odrętwiała. Najprawdopodobniej popadła w apatię. Opuścił ją palący gniew i zniknęła nienawiść, którą się kierowała. Miała wrażenie, że szalejąca wściekłość, która jeszcze przed chwilą dyktowała jej działania, doprowadziła do unicestwienia wszystkich innych emocji.

Wtedy zauważyła, że Tom z niespodziewaną dla siebie delikatnością ściąga z niej szatę wierzchnią. Gdy skrzyżowała z nim spojrzenie, zauważyła, że wciąż wyglądał na zatroskanego. Gdy wziął ją za rękę i poprowadził do łóżka, była w pełni posłuszna. Ze zdezorientowaniem uświadomiła sobie, że to jej posłanie w dormitorium dziewcząt. Jakim cudem? Nagle poczuła się strasznie zmęczona, więc z wdzięcznością usiadła. Tom opatulił ją kołdrą, a potem sam przysiadł na brzegu łóżka. Zaciągnął kotarę i rzucił nań urok wyciszający. Hermiona mocniej owinęła się puchem, bowiem dopiero teraz poczuła, że zmarzła również na ciele. Następnie oparła się plecami o wezgłowie i podciągnęła kolana pod brodę.

– Co się stało? – zapytał.

Chociaż przemawiał łagodnym głosem, usłyszała w nim stanowczą nutę. Rzuciła mu beznamiętne spojrzenie i zauważyła, że był w pełni skupiony. Co chciał, żeby właściwie powiedziała? Że była podła i w przeszłości robiła naprawdę potworne rzeczy? Że umawiał się z morderczynią?

Ironia powyższych stwierdzeń nie umknęła jej uwadze. Siedziała na jednym łóżku z młodym mężczyzną, który w przyszłości stanie się beztroskim inicjatorem wojny w czarodziejskim świecie, która pochłonie niezliczoną ilość żyć. Na ten moment jednak to ona zniszczyła więcej istnień.

Nie odpowiedziała na pytanie, kontynuując milczącą obserwację. Widząc jej upór, przysunął się bliżej, a ostatecznie usiadł ze skrzyżowanymi nogami dokładnie naprzeciwko niej.

– Nicolls jest mało istotna. Widzę, że chodzi o coś znacznie gorszego – zagaił łagodnym głosem.

Miał całkowitą rację. Na szczycie Wieży Astronomicznej rozważała wiele rzeczy, a atak na Melanie Nicolls był zaledwie wierzchołkiem góry lodowej.

– Na dworze stwierdziłaś, że niczego o tobie nie wiem – kontynuował cicho. – Czemu w takim razie nie przybliżysz mi kilku szczegółów?

– Nie mogę – wyszeptała po dłuższej chwili.

– Co się stało, zanim przybyłaś do Hogwartu, Hermiono? – zapytał, zupełnie zignorowawszy jej odmowę. – W jaki sposób zetknęłaś się z wojną we Francji?

Odwróciła wzrok. Wszystko się właśnie do tego sprowadzało, prawda? Chociaż nie chciała płakać, poczuła, że znów wilgotnieją jej oczy. To naprawdę niedorzeczne. Jak mogła siedzieć tutaj i rozpaczać po okropnościach, których się dopuściła?

– Opowiedziałaś mi trochę o swoich przyjaciołach i rodzinie. Wyjawiłaś, że zginęli – kontynuował zamyślonym głosem i przez to nie mogła się powstrzymać – pociągnęła nosem. – Jak odeszli? Też walczyli na wojnie? – zapytał, ale wciąż nie mogła na niego spojrzeć. – Zostałaś zmuszona do walki? – dodał z wahaniem.

– Nie – odpowiedziała, a potem nareszcie skrzyżowała z nim spojrzenie. W oczach błyszczała mu łagodność, przez co odniosła wrażenie, że zaprzeczenie przyniosło mu ulgę. – Nie musiałam brać udziału w wojnie, ale zdecydowałam się walczyć – dodała, nadal wypranym z emocji głosem.

Tom zaniemówił, owładnięty niedowierzaniem. Nie wiedział nawet, dlaczego wyskoczył akurat z takim pytaniem. Została w przeszłości zraniona, co przeżywała w Boże Narodzenie. Właśnie wtedy powiedziała mu, że uciekała przed wojną, która zabrała jej kilka ważnych osób. Niejednokrotnie rozważał najróżniejsze opcje, ale nie pomyślał o tej możliwości.

Wtedy zobaczył, że znów się rozpłakała. Stanowiło to całkowity kontrast z wypisaną na jej twarzy bezuczuciowością.

– Dlaczego?

– Cóż, miałam szansę odmienić losy świata – odparła zgodnie z prawdą. – I nie mogłam zostawić moich przyjaciół.

– Ale… masz dopiero siedemnaście lat – wydukał, będąc w najprawdziwszym szoku.

Zaśmiała się bezdusznie.

– Nie mów, że żyjesz w przekonaniu, że wojny mają ograniczenie wiekowe – parsknęła. – Nie chciałam walczyć, ale po prostu nie było innego wyjścia. – Zrobiła krótką przerwę, podczas której chłopak próbował poukładać sobie wszystko w głowie. Gdzieś z tyłu miała świadomość, że automatycznie przybrała twardszą postawę. – Spokojnie, miałam powód do walki i wspaniałych przyjaciół, zawsze gotowych do obrony moich pleców. – Zapłakała. – Niestety, zginęli, gdyż nie byłam wystarczająco uzdolniona, żeby odwdzięczyć się im tym samym.

Tom zmarszczył lekko brwi. Smutek znów zaczął przejmować nad nią kontrolę, ale przynajmniej teraz wiedział, że to wina zwierzeń. Od zawsze zakładał, że Hermiona miała bliższy kontakt z wojną, aniżeli powinna, a potem musiała uciekać z kraju, gdyż zagrożenie drastycznie wzrosło. Niemniej jednak nigdy nie spodziewał się, że walczyła na pierwszej linii frontu. Nawet nie chciał wyobrażać sobie, że biegała po lasach i toczyła bitwy z mrocznymi, znacznie od niej starszymi i bardziej doświadczonymi czarodziejami.

To zaś wiele wyjaśniało. Była cholernie zdolną czarownicą i niejednokrotnie prezentowała magię wykraczającą poza ogólnie przyjęte normy dla szóstego roku nauki. Udział w bitwach tłumaczył także blizny, które ukrywała pod ubraniami. Mimowolnie zacisnął dłonie w pięści, przypomniawszy sobie przypadkiem odkryte cięcia na brzuchu.

– Chciałam wrócić do stanu przedwojennego. Za wszelką cenę pragnęłam powstrzymać zło – kontynuowała po chwili milczenia, więc znów wzmógł swą uwagę. – Walczyliśmy tak długo i bez wytchnienia, że w końcu zapomniałam o naszej sprawie – dodała, znów płacząc. – Straciłam wielu, wielu przyjaciół, a z każdym stopniowo zaczęłam tracić nadzieję. Jedyne, co mi pozostawało, to przetrwać jedną bitwę, żeby wziąć udział w następnej. – Uniosła dłoń i niedbałym ruchem otarła mokre policzki. Potem znów skrzyżowała z nim spojrzenie. – Jestem straszną hipokrytką – powiedziała ni stąd, ni zowąd. – Zawsze myślałam, że stoję po właściwej stronie, tej dobrej, naturalnie, ale prawda jest zgoła inna. Nie jestem w niczym lepsza od mrocznych czarodziejów, których próbowałam powstrzymać. – Zrobiła krótką pauzę, zanim kontynuowała pełnym goryczy głosem: – Może jestem jeszcze gorsza, choć zaprzeczam prawdzie. Twierdzę, że jestem sprawiedliwa i kieruję się prawidłowymi wartościami, ale nim kończy się dzień, zabijam kolejną osobę.

Usłyszawszy ostatnie zdanie, Tom uniósł brwi.

– Nie miałam wówczas wyjścia – dodała niemalże błagalnym tonem, jakby próbowała go przekonać do swoich racji. – Tamtych ludzie nie sposób było powstrzymać zwyczajnym zaklęciem ogłuszającym.

– To zrozumiałe – powiedział, gdy przezwyciężył początkowe zaskoczenie. – Zrobiłaś, co musiałaś, żeby przeżyć. To całkowicie normalne. Podejrzewam, że na twoim miejscu postąpiłbym tak samo.

– Możliwe. – Skinęła głową, jakby rozumiała, że miał rację, ale potem odwróciła wzrok. – Zanim się zmieniłam, nigdy nie przeklęłabym Nicolls, a teraz… – Nagle cmoknęła z oburzeniem. – Nienawidzę osoby, którą się stałam. Jestem okropna i czasem boję się własnych reakcji. – Zawahała się, a potem ponownie nań spojrzała. – Walczyłam dwa lata i ostatecznie porzuciłam wszelką nadzieję. Teraz myślę, że jest już za późno.

– Na co? – zapytał, szczerze zaniepokojony.

– Żeby wrócić.

Hermiona wzięła głęboki oddech i spojrzała na Toma z niemym błaganiem, żeby powiedział, że nadal nie jest za późno. Bała się usłyszeć prawdę – że nie zasługuje na nic lepszego, niż cierpienie. Widziała, że coś błysnęło mu w oczach, ale nie zdążyła zidentyfikować tej emocji. Wtem przysunął się jeszcze bliżej, aż usiadł obok i również oparł się plecami o wezgłowie łóżka. Bez słowa objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie.

Mimowolnie zesztywniała.

Nie powinna być tak blisko. Jakby nie patrzeć, to przez niego tyle się wycierpiała. On również powinien zachować dystans, ponieważ rozprzestrzeniała wokół siebie ciemność, która mogła zdusić w nim wszystko, co dobre i jeszcze niewinne.

Była zdezorientowana.

Nie sposób wrócić z mrocznych zakamarków.

– Już dobrze, Hermiono – powiedział łagodnym głosem. – Gdziekolwiek się zagubiłaś, nie jesteś sama. Chętnie ci potowarzyszę.

Usłyszawszy kojące zapewnienie, wzięła drżący oddech, zacisnęła dłonie na szarym bezrękawniku i położyła mu głowę na ramieniu. Nie mogąc się dłużej powstrzymać, poddała się szlochowi i rozkleiła na dobre. Gdy zaczęła płakać, Tom wzmocnił uścisk, więc z desperacją wtuliła się w jego klatkę piersiową.

Czuła się naprawdę okropnie z powodu rzeczy, których dopuściła się podczas wojny. Odrażające obrazy, które nieraz nawiedzały ją w koszmarach, spędzały sen z powiek. Widziała tyle bólu i ludzkiego nieszczęścia. Gdy ujrzała pierwszą śmierć, zrozumiała, że zostanie złamana. Odkąd opuściła swoją epokę, zostawiła za sobą ludzi, którzy mogli podzielać jej smutek, gdyż przeżyli podobne piekło. Tutaj, w latach czterdziestych, było zupełnie inaczej. Czuła się osamotniona i odizolowana. Chodziła na lekcje i zgłaszała się do odpowiedzi, zachowywała pozory i próbowała wypełnić pustkę, skupiona na misji, ale czy w prawdziwym życiu nie chodziło coś znacznie więcej?

Nie chciała dłużej znosić tej przeklętej samotności.

Zacisnęła mocniej dłonie na swetrze i zatopiła się w ciepłocie ciała, do którego przylgnęła. Może nadszedł najwyższy czas, żeby wyjść ze skorupy i zaakceptować oferowane towarzystwo?

Zapłakała.

Nie wiedziała, ile minęło, zanim się uspokoiła, ale gdy przestała płakać, odkryła, że z emocji prawie rozerwała chłopakowi sweter. Czuła się słaba i wymęczona.

– Jest późno. – Tom złożył na jej czole delikatny pocałunek. – Spróbuj się trochę przespać.

Hermiona skinęła głową i pozwoliła mu położyć się na łóżku. Skuliwszy się pod kołdrą, w końcu poczuła rozchodzące się po ciele ciepło, rozpraszające ten uciążliwy, przenikliwy chłód. Z przyjemnością przymknęła oczy, czując ciepłą dłoń przeczesującą jej włosy, a potem dotyk znikł, bowiem chłopak wstał. Natychmiast chwyciła go za rękę i spojrzała nań z prośbą w oczach. Wciąż sprawiał wrażenie zatroskanego.

– Możesz zostać, dopóki nie zasnę? – zapytała z wahaniem.

Tom się uśmiechnął.

– Czy to oznacza, że zmieniłaś zdanie i wciąż jesteśmy razem? – odpowiedział kpiącym tonem, aczkolwiek usłyszała w nim lekką obawę.

Na moment zaniemówiła. Automatycznie pomyślała o wojnie, która wybuchnie za pięćdziesiąt lat i o wszystkich ludziach, których wówczas straciła. Wróciła wspomnieniami do mrocznych czarodziejów, wygłoszonych przepowiedni i zastanowiła się nad nieprzewidywalnością czasu – był wszak wielką niewiadomą, niekoniecznie zgłębioną.

– Yhym – wyszeptała, nie wiedząc, czy naprawdę popełnia wielką zbrodnię, czy też po prostu wchodzi w zwyczajny związek z przystojnym chłopakiem. W ostateczności postanowiła zaufać uczuciu, które brało ją we władanie.

Uśmiechnęła się łagodnie, zobaczywszy wypisaną na jego twarzy ulgę. Gdy usiadł z powrotem na łóżku i oparł się plecami o wezgłowie, natychmiast się doń przytuliła. Cholernie zmęczona, poczuła, że z ramion spada jej niewyobrażalny ciężar. Wtuliła się w Toma, wdychając przyjemny zapach.

Nie musiał się odzywać, gdyż sama obecność wystarczyła, żeby znalazła ukojenie.


Resztę nocy przespała spokojnie, niedręczona przez koszmary. Z rana usiadła w Wielkiej Sali i zabrała się za pałaszowania śniadania. Sięgnęła po dzbanek z kawą i nalała sobie filiżankę. Kiedy odłożyła go na stół, zerknęła na ślizgoński stół. Wypatrzyła Melanie Nicolls siedzącą razem z grupką rówieśniczek i odetchnęła z ulgą, uświadomiwszy sobie, że znów wyglądała normalnie. Szczęśliwie, zaklęcie zmieniające kolor skóry zostało zneutralizowane i nie wyrządziło żadnych trwałych szkód. Wciąż miała wyrzuty sumienia, że rzuciła klątwę na niczemu winną dziewczynę. Kiedy oderwała spojrzenie od Nicolls, spojrzała na Toma, który – naturalnie – zajmował swoje zwyczajowe miejsce. Z miękkością i niewielkim uśmiechem na twarzy patrzył wprost na nią. Mimowolnie odwzajemniła gest.

Gdy się obudziła, leżała sama w łóżku, więc najprawdopodobniej rzeczywiście opuścił dziewczęce dormitorium, kiedy odpłynęła. W pewnym sensie była rozczarowana, ale możliwe, że postąpił właściwie. Gdyby wróciła do rzeczywistości i zastała go obok siebie, współlokatorki z pewnością miałyby wiele do powiedzenia.

Mimowolnie wróciła wspomnieniami do poprzedniego wieczoru. Nie widząc innego rozwiązania problemu, zaczęła się zwierzać.

Nie wiedziała, czy podjęła słuszną decyzję, czy też skazała przyszłość na zagładę. Wciąż czuła się, jakby zdradzała przyjaciół i wszystkie swoje przekonania. Nadal obwiała się, że doprowadziła do najgorszego i zaprzepaściła wysiłki najbliższych.

Cholernie się bała, lecz mimo to zrobiła krok naprzód. Szczerze mówiąc, nie miała żadnej pewności, czy naprawdę rozsadzała linię czasową, czy może tworzyła tę, którą znała. Założenie, że zrozumiała istotę czasu i swoją obecność w przeszłości, było przejawem skrajnej głupoty i arogancji.

To groteskowe, biorąc pod uwagę okoliczności, jednakże zdecydowała się podążać za radą, którą niegdyś wypowiedział Ron. Skończyła z analizowaniem każdego, nawet najmniejszego szczegółu i po prostu zaufała własnemu instynktowi.

Zamrugała, wciąż patrząc na Toma. Wiedziała, że darzyła go gamą uczuć, nie tylko tych pozytywnych. Nie mogła wymazać z pamięci, kim właściwie był, gdyż wiele się wydarzyło. Chociaż naprawdę niewielu dostrzegało tę oczywistość, otaczał go mrok, a za pięknymi, jasnoszarymi oczami niejednokrotnie skrywała się bezbrzeżna ciemność. Hermiona przekroczyła horyzonty i zobaczyła znacznie więcej. Tylko on sprawiał, że czuła się lepiej. Może i był czarnoksiężnikiem, ale paradoksalnie, posiadał moc odpędzenia od niej mroku. Nie sposób zaprzeczyć, że go potrzebowała. Kiedy znów nań spojrzała, to ciepłe, mrowiące uczucie powróciło ze zdwojoną siłą.

Wzięła głęboki oddech. Zdecydowawszy się zostać z Tomem, wiedziała, że prędzej czy później może pożałować swej decyzji, niemniej jednak nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

Zaśmiała się pod nosem. To wszystko było nieźle pokręcone.

– Czy ty mnie w ogóle słuchasz?

Usłyszała zirytowany głos, więc podniosła głowę i zerknęła na Longbottoma, który marszczył nań brwi. Siedział obok niej, zaś Weasley i Lupin naprzeciwko. Prawie jęknęła, widząc zatroskane miny chłopców. Wczoraj byli podekscytowani, w mniejszym lub większym stopniu zwycięstwem ze ślizgonami i uroczym uśmiechem Stelli Lovegood, więc nie skarcili jej za zniknięcie po meczu i szwendanie się nie wiadomo gdzie bez nadzoru. Najwyraźniej dzisiaj, w pełni świadomi popełnionej gafy, postanowili odbić to sobie z nawiązką.

– Nie możesz rozpływać się w powietrzu – kontynuował swoją tyradę Mark. – Co by było, gdyby Riddle znalazł cię samą?

Chłopcy wciąż żyli w przekonaniu, że jest nękana i dręczona. Wiedziała, że nadszedł najwyższy czas, żeby powiedzieć im o Tomie, zwłaszcza że wczorajszą rozmową przypieczętowali swój związek, jednakże nie wiedziała, w jaki sposób najlepiej przekazać nowinę, nie wyrządzając przy tym żadnych szkód. Naprawdę szczerze mu nie ufali, a Longbottom dodatkowo nienawidził. Oczywiście, rozumiała, że ich niechęć nie jest bezpodstawna i to właśnie stanowiło sedno problemu.

– Nie musicie się martwić – powiedziała po raz setny. – Wiecie, że potrafię o siebie zadbać.

Mark westchnął i potrząsnął z frustracji głową.

– Jak mogłeś pozwolić jej na samowolkę? – Spiorunował Lupina wzrokiem.

Hermiona uniosła brwi.

– Już mówiłem, że bardzo mi przykro – odparł chłopak ze skruszoną miną.

Marlinie, muszę im wkrótce powiedzieć, pomyślała, śledząc dyskusję. Jak to najlepiej rozegrać?

– Zdecydowanie powinnaś być bardziej ostrożna – stwierdził zaskakująco poważnym tonem Weasley. – Riddle jest bezwzględny. I zna za dużo paskudnych klątw.

– Tak, to drań w każdym calu – dodał Longbottom.

Jesteś tchórzem, Granger!, krzyknęła w myślach. Trójka chłopców była jej jedynymi przyjaciółmi i naprawdę nie chciała ich stracić. Wiedziała, że odwlekanie prawdy najprawdopodobniej odwróci się przeciwko niej, ale nie umiała się zmusić, żeby wyznać swe grzechy.

– Eee, słuchajcie… – zaczęła, ale Mark natychmiast jej przerwał.

– Zapomnijmy o wczorajszej wpadce. To przeszłość – powiedział do Amarysa i Richarda. – Od teraz musimy lepiej dbać o Hermionę. Nie pozwolimy, żeby ten dziad zbliżył się do niej choćby na metr.

Chłopcy pokiwali gwałtownie głowami, a dziewczyna z trudem stłumiła jęk rozpaczy. Jej samozwańczy obrońcy zupełnie nie zwracali nań uwagi, więc przewróciła z irytacji oczami. Najzwyczajniej w świecie wyłączyła się z rozmowy i pozwoliła im dalej snuć strategiczne plany. Przymknęła na moment oczy, gdy ten cichy głosik znów nazwał ją tchórzem.

Nim minęło kilka minut, z nikłym uśmiechem na twarzy zarejestrowała, że zagorzała dyskusja przeobraziła się w swobodne pogaduszki na zupełnie inny temat.

Longbottom wciąż przeżywał wczorajszy mecz, gdyż skupił się na najlepszych zagraniach.

– Nigdy nie zapomnę wyrazu twarzy Avery'ego! – Uśmiechnął się złośliwie do Weasleya. – Świetnie wymierzyłeś tym tłuczkiem.

– Się wie!

– Cudownie, że oberwał – dodał Mark.

Hermiona odetchnęła z ulgą, że przestała być obiektem ich zainteresowania, przynajmniej tymczasowo. To zaś, oczywiście, nie znaczyło, że mogła dalej brnąć w kłamstwa. Naprawdę musieli się dowiedzieć prawdy o Tomie.

Skończ z tym tchórzostwem!, podsumowała.

Gdy śniadanie dobiegło końca, wstała od stołu, wciąż się zastanawiając, jak mogłaby później czmychnąć przyjaciołom. Kiedy skierowali się do wyjścia, nadal była pogrążona w myślach, dlatego też nie zauważyła, że w pewnym momencie przestali wesoło rozmawiać. Gdy wróciła do rzeczywistości i podniosła wzrok, zarejestrowała, że przybrali poważne miny i postawę obronną. Zmarszczyła brwi i wstrzymała oddech, zobaczywszy zbliżającego się szybkim krokiem Toma. Najwyraźniej czekał, aż skończy śniadanie, żeby doń podejść i zagadać. Mimowolnie się uśmiechnęła.

Kiedy się zbliżył, zerknął podejrzliwie na chłopców, którzy wciąż emanowali chęcią ochrony. Niedobrze, podsumowała, spanikowana. Powinnam była się przełamać i wyznać prawdę.

– Czego chcesz? – Longbottom od razu przeszedł do ataku.

Ślizgon uniósł wdzięcznie brew i obdarzył go znudzonym spojrzeniem. Następnie przesunął wzrokiem po pozostałych gryfonach, żeby ostatecznie zatrzymać się na Hermionie. Przez chwilę po prostu stał w miejscu i się nań gapił, przywdziawszy swoją zwyczajową beznamiętną maskę. Gdy się jednak bliżej przyjrzała, dostrzegła w jego oczach przekorny błysk.

– Cóż, postanowiłem sprawdzić, czy DeCerto przetrwała wczorajszy mecz – powiedział obojętnym głosem. – Miałem cichą nadzieję, że oberwie w tył głowy tłuczkiem. Jest straszliwym wrzodem na tyłku.

Longbottom poczerwieniał ze złości i ruszył ręką w kierunku różdżki, zaś Weasley i Lupin zaczęli mordować Riddle'a wzrokiem. Zanim którykolwiek zdążył podnieść głos, albo – co znacznie gorsze – cisnąć weń zaklęciem, postanowiła interweniować.

– Właśnie myślałam nad tym samym – powiedziała chłodnym tonem. – Naprawdę wielka szkoda, że opuściłeś boisko bez żadnego szwanku – dodała i z zadowoleniem odnotowała rozbawienie, skryte za maską udawanego gniewu.

Tom zmrużył oczy.

– To wszystko podpowiada mi, że powinnaś była zostać w swoim kraju. Gdzie dokładnie? W Niemczech?

Uniosła brwi i zrobiła krok naprzód.

– Nie, głuptasie. – Spojrzała nań szyderczo, próbując nie wybuchnąć gromkim śmiechem. – Tak się ciekawie złożyło, że pochodzę z Francji.

– Śmiesz mnie obrażać? – Riddle również podsunął się do przodu.

Hermiona znów była pod wrażeniem jego umiejętności aktorskich. Gdyby nie wiedziała, że naprawdę się dobrze bawił, z pewnością byłaby przestraszona.

– Zasłużyłaś na karę – podsumował niskim i niebezpiecznym głosem, a potem zrobił jeszcze jeden krok naprzód i przystąpił do ataku. Objął dziewczynę w pasie i do siebie przyciągnął. Następnie uniósł dłonią jej podbródek i zmierzył twardym wzrokiem. Oczywiście, nie dała się zwieść, bowiem była to niema prośba na pozwolenie.

Prędzej czy później i tak się domyślą, pomyślała, kątem oka zarejestrowawszy wystraszone spojrzenia przyjaciół. Raz kozie śmierć, dodała, po czym się uśmiechnęła.

Zamknęła oczy, kiedy poczuła usta chłopaka na swoich. Automatycznie wyciągnęła ku niemu ręce i zacisnęła je na czarnej szacie, kiedy została przyciągnięta bliżej. Wszystkie zatroskane myśli natychmiast wyleciały jej z głowy, niemniej jednak wciąż odnotowała zaskoczone i oburzone sapnięcia przyjaciół. W tym całym zamieszaniu zupełnie nie zarejestrowała cichnącego hałasu w Wielkiej Sali.

Gdy Tom zakończył delikatny pocałunek, z przyjemnością oparła głowę o jego klatkę piersiową.

– Co…? Co ty najlepszego wyprawiasz…? – Usłyszała rozwścieczony głos Longbottoma i przez moment zastanowiła się, czy ukierunkował się na nią, czy też nie.

Uniosła głowę i zobaczyła, że chłopak szczerzy się zarozumiale, więc natychmiast go zganiła.

– Zetrzyj ten uśmieszek z twarzy.

Tom zamrugał.

– Wybacz, to silniejsze ode mnie – wyszeptał. – No wiesz, część bycia ślizgonem.

Hermiona przewróciła oczami.

– Yhym, mimo upomnienia nadal się szczerzysz – powiedziała z irytacją, za co została obdarzona bardziej promiennym uśmiechem.

Wyplątawszy się z uścisku, zebrała się na odwagę i odwróciła do przyjaciół. Wciąż stali w swoim miejscu, w różnym stopniu zszokowani i mniej lub bardziej oburzeni zaistniałą sytuacją. W ramach wsparcia złapała Toma za ramię. Lupin sprawiał wrażenie szczerze zaskoczonego. Wiedziała, że nie pochwalał jej zachowania, ale dostrzegła w jego oczach iskierkę zrozumienia i akceptacji. Weasley chyba nadal nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył, bowiem dalej wytrzeszczał oczy i kręcił z niedowierzaniem głową. Longbottom to zupełnie inna bajka. Spurpurowiał ze złości i zacisnął dłonie w pięści. Przesuwał spojrzeniem od Hermiony do ręki Riddle'a, której się chwyciła i z powrotem. Dziewczyna wzięła głęboki oddech, żeby się uspokoić, ale nadaremnie. Czas postawić na pełną szczerość i liczyć na rozgrzeszenie.

– Ee, cóż, bez sensu was przedstawiać, skoro się wszyscy znacie. – Zaśmiała się nerwowo. – Tak jakby… się spotykamy.

– Tak jakby? – Tom uniósł brwi.

Wymierzyła mu kuksańca w bok.

– Spróbuj być bardziej pomocny – wyszeptała.

Zachichotał.

– Nigdy nie mówiłem, że będę olbrzymim wsparciem – odpowiedział kpiącym tonem, po czym pochylił się i pocałował ją w policzek.

To sprawiało, że Longbottom spurpurowiał jeszcze bardziej i drgnął, jakby naprawdę zamierzał wyciągnąć różdżkę i rzucić wszem wobec rękawicę. W momencie poczuła się winna. Może powinna była go ostrzec, zanim pozwoliła się pocałować. Sądząc po morderczym spojrzeniu Marka, zdecydowanie musiała wyjaśnić wszystko przyjaciołom, od samego początku aż do końca. Nie chciała ryzykować wyzwania na pojedynek.

– Muszę porozmawiać z chłopakami. – Spojrzała na Riddle'a. – Mógłbyś zostawić nas samych?

Tom zamrugał, wyraźnie zdziwiony, a potem wbił w nią rozgniewany wzrok. Niemal westchnęła z frustracji.

– Czemu musicie zostać we czworo? – zapytał wymagającym tonem.

– Dajże spokój. To konieczność – powiedziała, chcąc go przekonać słowem, ale gdy prośba nie przyniosła oczekiwanego rezultatu, lekko go popchnęła. – Nie masz przypadkiem czegoś ważniejszego do roboty? Nie musisz porozkazywać swoim jakże wspaniałym sługusom? – zapytała, unosząc brew, zaś ślizgon zmrużył oczy, nie ruszywszy się nawet na minimetr. – Odpuść, Tom. – Spróbowała zwalczyć narastającą frustrację. – Spotkamy się później, dobrze? – dodała, patrząc nań błagalnie.

– W porządku – powiedział powoli po dłuższej chwili intensywnego milczenia. – W takim razie do zobaczenia.

Skinęła głową i delikatnie go odepchnęła. Zanim jednak wyszedł z Wielkiej Sali, nie mógł się powstrzymać i rzucił Longbottomowi pełne wyższości spojrzenie.

Hermiona ponownie skoncentrowała się na chłopcach. Miała nadzieję, że wciąż widzą w niej przyjaciółkę. Nadal wpatrywali się weń z niedowierzaniem, aczkolwiek pierwszym, któremu udało się wyrwać z osłupienia, paradoksalnie, był Mark. Wciąż kipiał ze złości, a potem zmarszczył brwi i wykrzywił wargi, po czym złapał ją za rękę i wytargał na korytarz. Weasley i Lupin natychmiast popędzili ich śladem. Wychodząc, zdołała jeszcze zerknąć na stół Gryffindoru. Uczniowie gapili się nań otwarcie i z zapartym tchem śledzili widowisko. Zacisnąwszy usta, zarejestrowała, że inne domy również sprawiały wrażenie zainteresowanych przedstawieniem.

Longbottom puścił jej nadgarstek, kiedy dotarli do najbliższej pustej klasy. Richard zamknął za nimi drzwi, a potem się doń przysunął – był szalenie poważny. Amarys zatrzymał się jeszcze bliżej.

– Co to było? – Mark nie wytrzymywał.

– Ja… – powiedziała, po czym urwała, nie mogąc znieść patrzenia mu w oczy. Spuściła spojrzenie i zaczęła się nerwowo skubać rękaw szaty.

– Czemu pozwoliłaś Riddle'owi się pocałować? – kontynuował przesłuchanie.

Wzdrygnęła się, kiedy krzyknął. Wiedziała, że się w równym stopniu nienawidzili, więc to oczywiste, że nie był wyrozumiały.

– Przepraszam – wyszeptała, teraz skupiona na własnych dłoniach. – Powinnam była wcześniej wam powiedzieć.

– Co takiego? Że całujesz się po kątach z przebrzydłym draniem? – warknął. – A dziś dodatkowo jeszcze w Wielkiej Sali. Masz szczęście, że żaden z nauczycieli cię nie zobaczył, zwłaszcza Legifer. Inaczej musiałabyś odrabiać szlaban do samiuśkiego końca szkoły.

Z jakiego powodu? Zamrugała ze zdezorientowaniem.

– Spróbuj opanować nerwy, Mark. – Lupin wkroczył do akcji, więc rzuciła mu pełne wdzięczności spojrzenie. – Jestem święcie przekonany, że Hermiona może nam wytłumaczyć całą sytuację.

Longbottom zmrużył oczy i założył ręce na piersi. Usłuchawszy Amarysa, pohamował złość i przestał się wydzierać.

– Cóż, nasza znajomość nie zaczęła się najlepiej, bo od konfliktu – powiedziała na początek, zaś Mark parsknął pod nosem. – Muszę jednak przyznać, że byłam w błędzie – kontynuowała miękkim, ale stanowczym tonem. – Spotkaliśmy się przypadkiem podczas przerwy świątecznej i był naprawdę miły…

– Czyli wystarczy być miłym, tak? – Longbottom się zjeżył.

– Nie przerywaj – skarcił przyjaciela Lupin.

– To niedorzeczne. – Mark odwrócił się do Amarysa. – Mówimy o Riddle'u. To największy dupek po słońcem.

– Nieprawda! – powiedziała Hermiona, której również powoli puszczały nerwy.

– Facet jest wcieleniem zła!

W pewnym sensie miał całkowitą rację, pomyślała ze zrezygnowaniem i zamknęła buzię.

– Widzisz? Nawet nie możesz temu zaprzeczyć! – wykrzyknął triumfalnie, prawidłowo odczytując jej reakcję.

– Cóż, wciąż jest moim chłopakiem – warknęła, straciwszy nad sobą panowanie. Szczerze mówiąc, była zaskoczona usłyszanym we własnym głosie przekonaniem.

Longbottom patrzył nań przez chwilę, a potem bez słowa odwrócił się na pięcie i wyszedł z klasy. Hermiona spojrzała ze smutkiem na drzwi, a cała jej złość w momencie wyparowała. Westchnęła ze zmęczeniem i oparła się o jedno z biurek. Nie rozwiązała polubownie sprawy. Mark sprawiał wrażenie wściekłego i nie wyglądał, jakby w najbliższym czasie miało mu przejść. Czy mogła go udobruchać? Jakby nie patrzeć, nie powinna go zmuszać do akceptacji faktu, iż zdobyła sympatię.

– Naprawdę się umawiacie…?

Wyrwana z zamyślenia, podniosła głowę i zerknęła wprost na stojącego kilka kroków od niej Weasleya. Lupin przyklapnął na biurku i również rzucił jej zainteresowanie spojrzenie. Widząc ich wyrozumiałość, odetchnęła z ulgą. To naprawdę niesamowite, jak Richard był podobny do Rona. Zamrugała, żeby odegnać od siebie niebezpieczne wspomnienia, po czym odpowiedziała na pytanie.

– Tak.

Weasley przez moment po prostu nań patrzył, a potem powoli skinął głową i się delikatnie uśmiechnął. Natychmiast odwzajemniła gest. Była cholernie wdzięczna, że przynajmniej jeden z jej przyjaciół zaakceptował ten związek. Lupin, który obserwował tę wymianę zdań, siedząc na jednym z biurek, zeskoczył na podłogę i podszedł bliżej.

– Jesteś pewna? – zapytał z troską.

Hermiona uniosła brwi.

– To znaczy?

– Cóż, Riddle jest znany z… bycia niewiernym i szybkiego kończenia związków – odpowiedział po chwili wahania.

– Ufam mu – odparła i prawie się zakrztusiła własnymi słowami – chociaż były prawdziwe, brzmiały naprawdę źle.

Amarys wciąż miał wątpliwości.

– Skąd ta pewność? Zaledwie kilka tygodni temu wciąż go nienawidziłaś.

Trafił w sedno, ale przecież nie mogła powiedzieć, że bardziej pogardzała Lordem Voldemortem, aniżeli Tomem Riddle'em. Podczas przerwy świątecznej naprawdę wiele się zmieniło, zwłaszcza to, w jaki sposób nań patrzyła. W pewnym sensie przekroczyła horyzonty i, przejrzawszy masę chłodu, którą nieustannie zakładał, poznała całkiem sympatycznego i nawet współczującego chłopaka. Co więcej, on dokonał tego samego, bowiem gdyby nie dostrzegł w niej sprzymierzeńca, nigdy nie pozwoliłby na zmniejszenie dystansu i zbliżenie.

Był szalenie skryty i szczerze wątpiła, aby dał przepustkę komuś innemu. Wzniósł wokół siebie bardzo solidne mury i strzegł ich pieczołowicie. Miała wrażenie, że fasada, którą podtrzymuje jest mechanizmem obronnym, którego wystawił w roli swego strażnika. Prawdę powiedziawszy, wciąż nie wiedziała, jakim cudem się doń zbliżyła i czemu się przed nią otworzył, ale była wdzięczna za okazane zaufanie. Uczucie, którym ją obdarzył, było czymś wyjątkowym. To naturalne, że dorastając w środowisku pozbawionym ciepła, wyrósł na chłodnego i nieufnego młodego człowieka. Odsłonięcie serca i prawdziwych uczuć z pewnością przyszło mu z niewiarygodnym trudem. Niejednokrotnie musiał patrzeć, jak inne dzieci z sierocińca są adoptowane i odchodzą z nowymi rodzicami, żeby stworzyć szczęśliwą rodzinę, podczas gdy on zostawał z niczym. Był sam, zagubiony i zdezorientowany przez magiczne zdolności, które wykazywał od najmłodszych lat. Albus Dumbledore miał poniekąd rację – Voldemort nigdy nie obdarzył nikogo miłością, gdyż po prostu nie został jej nauczony.

Zamrugawszy, ponownie spojrzała na Lupina.

– Wiele się zmieniło. Szczerze mu ufam – odpowiedziała z przekonaniem.